RECENZJA FILMU: TAJEMNICE WESTERPLATTE

1Film osadzony w ścisłych historycznych ramach podlega nieco innemu kryterium oceny, niż fabularne dzieło zrodzone z czystej fikcji. Zapewne dlatego „Tajemnice Westerplatte” w reżyserii Pawła Chochlewa wzbudziły wśród krytyków i samej widowni tak wielkie kontrowersje. Obraz, choć potrafił przekazać w sposób umiejętny pewne ważne dla tej historii emocje, niewłaściwie rozłożył akcenty, a ma na sumieniu również inne poważne grzechy.

Film nie jest ani tak tragiczny, jak skłonni są uważać wołający o pomstę do nieba za obrazoburcze ich zdaniem obrazki ukazujące pijanych żołnierzy piewcy polskiej mitologii, ani tak dobry, jak twierdzą pałający chorobliwą wręcz potrzebą odbrązowienia naszych narodowych legend światli znawcy dziesiątej muzy.

Jest przeciętny, bo choć przekazuje ogromną dawkę ważnych emocji, zawodzi z powodu banalnego scenariusza i sztucznych dialogów. Jest przeciętny, bo choć oszczędnie dawkuje patos i nie obrzuca nas martyrologicznym tonem, rozczarowuje papierowymi charakterami i nieumiejętnym rozłożeniem quasi-historycznych akcentów.

Okładka książki "Tajemnice Westerplatte" - PawłaChochlewa i Aldony Rogulskiej-Batory

Okładka książki “Tajemnice Westerplatte” – PawłaChochlewa i Aldony Rogulskiej-Batory

Historia, w tym historia Polski w czasie II wojny światowej, nie jest ani czarna, ani biała. Kto uważa, że wśród Lwów z Westerplatte, Powstańców Warszawskich, czy zdobywców Monte Cassino byli tylko posągowi herosi ten jest zwyczajnie naiwny. Zapewne i wśród obrońców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte znaleźli się ludzie o słabszych charakterach, którzy w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa drżeli o własną skórę.

Paweł Chochlew rozkłada tu jednak akcenty w sposób koniec końców nieuczciwy, choć nie mam powodu uważać, że uczynił to umyślnie i wolę myśleć, że to błąd debiutującego na dużym ekranie reżysera. Wielce bowiem prawdopodobne, że pojawiający się na ekranie pijani żołnierze oraz dezerterzy nie są wyssanym z palca fantazmatem twórców filmu (niech na ten temat wypowiedzą się zawodowi historycy), ale częstotliwość z jaką Chochlew przesuwa ich na pierwszy plan swej opowieści, jest już zwykłym wypaczeniem.

Gdyby było inaczej, dwustu żołnierzy nie zdołałoby stawić oporu i to przez siedem dni czterem tysiącom lepiej uzbrojonych, wspomaganych ciężką artylerią oraz lotnictwem najeźdźcom zza zachodniej granicy. Czy ten sposób prezentacji fabuły powinien nas dziwić? Chyba nie, bo najnowszym krzykiem intelektualnej mody jest wszakże kwitować wszelki wysiłek Polaków żyjących w pierwszej połowie XX wieku cynicznym uśmiechem.

Bez względu jednak na to, w jak efektowny sposób ów “nowoczesny” punkt widzenia prezentuje Kuba Wojewódzki, mainstreamowi recenzenci i popularne media, odwaga nie przestaje być odwagą, poświęcenie nie staje się głupotą, a poczucie obowiązku – naiwnością, tylko dlatego, że słowa te są dziś wyeksploatowane, a ich dodatkowy sens został z biegiem lat przez nas naddany, w myśl „świętej” zasady wyśmiewania wszystkiego, co nie mieści się we współczesnych ramach pojmowania świata. Współczesny Polak nie jest w stanie, widać to wyraźnie w obrazie Pawła Chochlewa, pojąć hierarchii wartości, którą wpojono jego żyjącemu kilkadziesiąt lat temu przodkowi. Gorzej, gdy nie okazuje jej szacunku i ma ją za wynaturzoną tragikomedię.

W2

Ruiny koszar obecnie (fot. Basia Łapka)

Dlatego tak bardzo dziwiło mnie, gdy w jednej z ostatnich scen filmu mowa jest nagle o wielkim poświęceniu żołnierzy i ich niepospolitym męstwie. Dziwiło mnie nie dlatego, że wątpię w prawdziwość takiego stanu rzeczy, lecz ponieważ na ekranie nie było to dostatecznie wyeksponowane. To dobrze, że twórcy filmu nie chcieli stworzyć obrazu pełnego mdłego patosu, lecz podczas rozpaczliwej ucieczki od romantycznych mitów, sami wpędzili się w kozi róg pełen niczym nieusprawiedliwionych dwuznaczności.

Na Westerplatte nie było miejsca na mięczaków, ludzi bez odpowiedniego kręgosłupa moralnego. Oddział stacjonujący na Półwyspie został starannie wyselekcjonowany i składał się z niezwykle karnych, odpornych psychicznie i sprawnych fizycznie mężczyzn (warunkiem było poza polskim obywatelstwem, również wyznanie katolickie), którzy doskonale zdawali sobie sprawę, w jak specyficznym miejscu się znaleźli, a ponadto przez wiele tygodni przygotowywano ich do mających nastąpić warunków ekstremalnych. Chochlew zdał się o tym zupełnie zapomnieć; nie wziął tego pod uwagę, co dziwi, bo w innych sprawach stara się być przesadnie wiernym dokumentom.

Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z fikcją, a historią której nie sposób wyabstrahować z konkretnego miejsca, czasu, okoliczności i kontekstu. Zabrakło mi zwłaszcza tego ostatniego. Skoro bowiem major Henryk Sucharski cierpi na ataki epilepsji, a jest to postać dla obrazu fundamentalna, brak choćby zdawkowego komentarza o przyczynach jego psycho-fizycznej niedyspozycji wprowadza mniej zorientowanego widza w błąd.

Plakat 1Reżyser i zarazem scenarzysta „Tajemnic Westerplatte” postanowił nie wpisywać się (słusznie, czy nie, niech ocenią to historycy – mnie ten zabieg wydał się uczciwym) w trend, który czynił z Sucharskiego tchórza i wywyższał jego zastępcę Franciszka Dąbrowskiego do rangi jedynego bohatera. Próbując ukazać ten fascynujący w założeniu i niestety przeciętnie zrealizowany (głównie za sprawą kiepskich dialogów i mało przekonującego Roberta Żołędziewskiego w roli kpt. „Kuby” Dąbrowskiego) konflikt na linii: zasłużony, dojrzały dowódca – młody, pełen pasji zastępca, twórcy filmu polegli raz jeszcze.

Szkoda zwłaszcza, że tego drugiego pozbawił autentyzmu. Filmowy kapitan Dąbrowski, jedna z postaci, na którym opiera się główna oś fabularna, miast stać się widzącym sens w walce do ostatniego naboju oddanym sprawie patriotą, którym de facto był i to także opinii historyków, okazał się w skutek kiepsko napisanego scenariusza – postacią nie z krwi i kości, a jedynie jałową rolą nasuwającą na myśl kreacje psychopatycznego szaleńca.

Kilka razy reżyser spróbował też (a może to tylko złudzenie?), puścić do widza oko, czy też bardziej zachęcić go do intelektualnej gry w sens znaczenia pojęcia „wojna po latach”. Nie potrafię, bo okazałem się widocznie widzem o zbyt ciasnych horyzontach, odszyfrować sensu ukrytego w jednej najciekawszych scen – rozmowie zalanego w sztok oficera (najlepsza w filmie rola, wykreowana przez Mirosława Bakę) z kpt. Dąbrowskim, podczas której ten pierwszy (po uprzednim, ostentacyjnym, oddaniu moczu na propagandowy plakat) wypowiada słowa: „Przegramy, bo na to zasługujemy”. Bez względu na to, pod jak awangardowym płaszczykiem myślowym mieści się odpowiedź na to pytanie, osobiście wydała mi się ona wulgarnym robieniem „sztuki dla sztuki”.

Wspomnijmy jednakowoż, że „Tajemnice Westerplatte” znakomicie oddają grozę, jaką odczuwali (tak przynajmniej można przypuszczać) pozbawieni pomocy z zewnątrz i pozostawieni na łaskę losu żołnierze-straceńcy, egzystujący w świecie regulowanym nie przez pory dnia, a następujące po sobie fale wściekłych, niemieckich ataków.

Niemiecki gen. Eberhardt salutuje przed mjr Sucharskim podczas rozmów o poddaniu Westerplatte. W dowód dla waleczności obrońców uznania mjr Sucharski zachował szablę.

Niemiecki gen. Eberhardt salutuje przed mjr Sucharskim podczas rozmów o poddaniu Westerplatte. W dowód dla waleczności obrońców uznania mjr Sucharski zachował szablę.

Emocje towarzyszące nasłuchom radiowym, bombardowaniom, życiu „pod ciągłym ostrzałem”, życiu pachnącym krwią, potem, tytoniem i czarną kawą, nie pozostawiają widza obojętnym, podobnie zresztą jak i przemawiające same za siebie, powściągliwe, pozbawione patetycznego anturażu sceny, które w konsekwencji zrodziły mit o lwach z Westerplatte, a których szukałem być może z większą pazernością, a to z powodu wspomnianej już wcześniej dysproporcji mentalno-historycznej.

Szkoda, że autorzy produkcji zaprzepaścili zalety fatalnym wyważeniem akcentów, kiepskim scenariuszem (ach gdyby wciąż mógł pisać Jerzy Stefan Stawiński), papierowo nakreślonym konfliktem pomiędzy głównymi bohaterami, przerysowaną, karykaturalną wręcz momentami grą aktorską Wesołowskiego, Szyca i Żołędziewskiego oraz kiepskimi efektami specjalnymi (niemiecki desant ukazany w filmie nijak się ma do realiów), które ostatecznie można wybaczyć, bo zdajemy sobie sprawę, że Chochlew dysponował zaledwie ułamkiem budżetu, którym dysponował Steven Spielberg podczas kręcenia, nie wiedzieć czemu często pojawiającego się w kontekście polskiej produkcji, „Szeregowca Ryana”.

Gdyby „Tajemnice Westerplatte” był filmem o fikcyjnej bitwie II wojny światowej zasługiwałby w szkolnej skali ocen na “czwórkę”. Ponieważ jednak nie jest to historia zrodzona z wyobraźni, obraz choć zdał egzamin, czyni to na słabej “trójce”, głównie dzięki kilku świetnie zmontowanym scenom, muzyce A.P. Karczmarka, solidnej kreacji Michała Żebrowskiego i przede wszystkim emocjom. Cóż… Chciałoby się jednak czegoś więcej. Chociażby tytułowej tajemnicy, której w komiksie historycznym Chochlewa zwyczajnie nie ma.


W połowie marca czeka nas premiera „Baczyńskiego” w reżyserii Kordiana Piwowarskiego – film, na który nie ukrywam, czekam z wielkimi nadziejami…

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

One response to “RECENZJA FILMU: TAJEMNICE WESTERPLATTE

  1. I simply couldn’t leave your web site before suggesting that I really loved the
    standard info a person provide in your guests?
    Is gonna be again ceaselessly in order to check up on new posts

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s