Monthly Archives: Listopad 2012

TWIERDZA NIEZDOBYTA

 

Doskonała to bez ochyby warownia, pod której ochroną spokojnie leży całe miasto Gdańsk, albowiem bez zezwolenia owej fortalicji nie może nic ani Wisłą w morze spłynąć, ani z morza wpłynąć do Wisły. Otaczają tę fortalicję liczne kanały i fosy i liczne obwarowania najdokładniej wedle przepisów nowej sztuki fortyfikacyjnej wykonane | Charles Ogier, sekretarz króla Francji po wizycie w 1693 roku

Twierdza Wisłoujście nie budzi wśród Polaków takich emocji, jak gdańska Stocznia kojarząca się z działalnością Solidarności, czy półwysep Westerplatte, na którym rozegrała się pierwsza wielka bitwa II wojny światowej. Twierdza, nie uwikłana w polską martyrologię w takim stopniu, jak inne gdańskie zabytki historii, skrywa wiele ciekawych tajemnic, które warto zgłębić. Nigdy nie zdobyty symbol siły i bogactwa miasta, przed wiekami będącego w stanie przeciwstawić się potędze króla polskiego, cara Rosji, czy francuskiego cesarza, należy przywrócić pamięci.

Pierwsze umocnienia w miejscu, w którym obecnie znajduje się Twierdza Wisłoujście, powstały już w połowie XIV wieku, a ich twórcami byli zaproszeni wiek wcześniej przez Konrada mazowieckiego Zakonnicy Szpitala Najświętszej Maryji Panny Domu Niemieckiego znani szerszej publice, jako Krzyżacy. To oni w 1482 roku wybudowali tam murowaną wieżę (wcześniej znajdowała się tutaj fortyfikacja drewniana, najpierw spalona przez husytów, a potem zniszczona przez szalejący na Bałtyku sztorm), która poza rolą obronną, pełniła także aż do 1758 roku funkcję latarni morskiej, pamiętajmy wszakże, że w tamtych czasach miejsce to znajdowało się bezpośrednio przy ujściu Wisły do Morza Bałtyckiego, co zmieniło się w po upływie kolejnych stuleci i powstaniu Półwyspu Westerplatte.

Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce dla twierdzy strzegącej Gdańsk – wówczas jednego z największych i zarazem najbogatszego miasta tej części kontynentu? Miasta będącego jednym z najważniejszych punktów handlowych łączących zachód ze wschodem, opływającego w dostatki i cieszącego się ogromnym prestiżem. Najlepiej obrazuje to liczba mieszkańców miasta, która wynosiła wówczas około 20 tysięcy (a to w XV/XVII/XVII wieku bardzo dużo). Dla porównania, liczba mieszkańców innych polskich miast, takich jak Kraków i Warszawa wynosiła odpowiednio 10 tysięcy i 5 tysięcy, a budżet Gdańska w XVII wieku był znacznie większy, niż wszystko, co znajdowało się w skarbcu króla polskiego.
„To tak, gdyby Gdańsk miał więcej pieniędzy od rządu Donalda Tuska” – wytłumaczył obrazowo przewodnik podczas naszej wizyty w twierdzy.

Tak ważny ośrodek musiał być strzeżony od strony morza i odpowiadała za to właśnie twierdza, która w latach 1562-1563 została wyposażona w trójkondygnacyjną wieżę artyleryjską, zwaną „Wieńcem”, a na przełomie XVI i XVII wieku otoczono ją czterobastionowym fortem na planie kwadratu. Sercem całości był tak zwany Fort Carré, dziedziniec, który znajdował się we wschodniej, bardziej reprezentatywnej stronie Twierdzy (tutaj znajdowało się główne wejście ozdobione wspaniałym portalem z datą „1602”, przez które przechodzili królowie polscy i car rosyjski). Od tej strony całość była chroniona fosą połączoną z Martwą Wisłą, a głęboko pod powierzchnią gruntu, w bastionach, zbudowano rozmaicie wykorzystywane kazamaty (o bogactwie tego miejscu może świadczyć chociażby jakość murowanej posadzki w podziemiach twierdzy, którą podziwiać możemy i dziś). Wraz z wzrostem znaczenia Twierdzy kolejni jej użytkownicy wybudowali domki oficerskie i koszary.

Twierdza Wisłoujście wielokrotnie była celem w kampaniach wojennych, ale nigdy nie została zdobyta! W 1577 oblegał ją bezskutecznie król polski Stefan Batory, a w czasie bitwy pod Oliwą (1627) ostrzeliwała szwedzka flota. W 1734 na murach twierdzy swoje zęby złamały wojska rosyjsko-saskie, w 1793 pruskie, 1807 – Napoleon, a w 1814 znowu Prusacy. W latach 1622-1629 twierdza stała się bazą polskiej floty wojennej. W nocy z 5 na 6 lipca 1628 polskie okręty pod Wisłoujściem zostały zaatakowane przez szwedzkie wojska lądowe z użyciem artylerii, w wyniku czego zostały zatopione okręty „Żółty Lew” i galeon „Święty Jerzy”. Nikt nie zdołał złamać obrońców Twierdzy, choć w wyniku ustaleń politycznych fortyfikacje kilka razy poddawano.

Warto również pamiętać, że twierdza była miejscem zbierana cła, a jej podziemia aż kipiały od wszelkiego rodzaju bogactw (także dlatego pozwolono sobie na wzorowaną posadzkę, o której wspomnieliśmy wcześniej). Na niepokorne statki, które zamierzały wymknąć się z portu bez uiszczenia odpowiedniej opłaty czekały specjalne łańcuchy, które w razie alarmu rozmieszczano w poprzek rzeki i działobitnie, z których można było prowadzić ogień wzdłuż murów.

Jak wytłumaczył nam przewodnik, twierdzy nie sposób było zdobyć szturmem ze względu na przemyślane rozmieszczenie poszczególnych pionów obrony, skonstruowanej wedle najnowocześniejszej sztuki fortyfikacyjnej. Zdobycie jej od strony morza graniczyło z cudem między innymi ze względu na niemożność operowania większą ilością statków w okolicach ujścia Wisły do morza (okręty jedynie blokować twierdzę). Podobnie rzecz się miała ze wschodnią częścią – odsłoniętą od strony nacierających (co ułatwiło obrońcom ostrzał), osłanianą fosą, wysokim murem i stromym, pionowym podejściem. Zdaniem fachowców trzystu obrońców mogło się tutaj bronić bez końca, a twierdzę można było zdobyć jedynie nakładem niewyobrażalnej daniny krwi, na którą nie mógł sobie pozwolić ani król polski, ani cesarz pruski, ani car, ani wreszcie Napoleon Bonaparte.

Załoga, która w czasie pokoju wynosiła 150 osób, zaś w czasie wojny została podwajana, miała do dyspozycji własny browar, a wolny czas najczęściej spędzała w znajdującym się nieopodal domu publicznym prowadzonym przez… zakonników. Wspomniany przybytek był rzecz jasna źródłem nie tylko uciech znudzonych żołnierzy, ale w pewnym okresie również gigantycznych problemów spowodowanych chorobami wenerycznymi, które zebrały w załodze twierdzy spore żniwo.

W twierdzy znajdowały się domki oficerskie (zostały zbudowane w pierwszych dziesięcioleciach XVII w. formie dwukondygnacyjnych zwieńczonych trójkątnymi szczytami domków) i Dom Komendanta znajdujący się w części południowej zespołu fortyfikacyjnej. Wejście do niego wiedze schodami na piętro poprzez kamienny ozdobny portal i taras z kamienną balustradą. Dekoracyjny portal Domu Komendanta uległ pod koniec II wojny światowej prawie całkowitemu zniszczeniu, dziś możemy podziwiać zaledwie jego fragment..

Twierdza odegrała również smutną rolę w polskiej historii, pełniła bowiem funkcję więzienia, w której przetrzymywano uczestników polskich powstań narodowych. Gdy morze „odsunęło” się od fortyfikacji na odległość 500 metrów, a nanoszony przez falę piach utworzył Westerplatte, Wisłoujście nie mogło już pełnić swej wcześniejszej roli i zapewne dlatego nie odegrało żadnej roli w okresie I i II wojny światowej, choć należy pamiętać, że w czasie hitlerowskiej okupacji znajdował się tutaj lazaret i niewielka jednostka wojskowa.
Źródła donoszą ponadto, że w momencie rozpoczęcia ostrzału Westerplatte we wrześniu 1939 roku ze znajdującego się nieopodal, na zakręcie „Pięciu Gwizdków”, pancernika Schleswig-Holstein, twierdza była miejscem odpoczynku nacierających na półwysep żołnierzy Wehrmachtu. Tutaj w przerwach między natarciami jedli posiłki, odpoczywali i jak donosi jeden z odnalezionych listów, siedzieli pod drzewem i palili papierosy.

Okupacja hitlerowska obeszła się z twierdzą delikatnie, inaczej było w 1945 roku, gdy nadeszli ze wschodu Sowieci. Choć w twierdzy nie znajdował się w momencie podejście Armii Czerwonej nawet jeden Niemiec – mury, domki oficerów, koszary i wieża zostały ogniem artylerii rosyjskiej wręcz zrównane z ziemią.
Odbudowa całości zespołu fortyfikacyjnego trwa od 1974 roku i dziś jest to jedno z najciekawszych, choć mocno niedocenianych, miejsc na turystycznej mapie Gdańska, które należy polecić z czystym sumieniem, tym bardziej, że podczas zwiedzenia twierdzy jesteśmy oprowadzani przez fachowych przewodników, którzy ujawnią nam niejedną tajemnicę skrywaną przez Wisłoujście.

Źródła:
Twierdza Wisłoujście, broszura Muzeum Historycznego Miasta Gdańska
Oficjalna strona internetowa: mhmg.gda.pl

Foto:  Basia Łapka

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

WIĘZIEŃ NUMER 62754

Transporty rosną w tygodnie, miesiące, lata. Gdy skończy się wojna, będą liczyć spalonych. Naliczą cztery i pół miliona. Najkrwawsza bitwa wojny, największe zwycięstwo solidarnych i zjednoczonych Niemiec. Ein Reich, ein Volk, ein Führer – i cztery krematoria. Ale krematoriów będzie w Oświęcimiu szesnaście, zdolnych spalić pięćdziesiąt tysięcy dziennie. Obóz rozbuduje się, aż się oprze naelektryzowanym drutem o Wisłę, zamieszka go trzysta tysięcy ludzi w pasiakach, będzie się zwał Verbrecher-Stadt – „Miasto przestępców”. Nie, ludzi nie zabraknie. Spalą się Żydzi, spalą się Polacy, spalą się Rosjanie, przyjdą ludzie z zachodu i południa, z kontynentu i wysp.| Tadeusz Borowski – „Proszę państwa do gazu”

Spisywana na łamach kronik historia lubuje się w dużych liczbach, dużych ludziach, dużych miastach i doniosłych wydarzeniach. W przypadku naukowych opracowań zaciera się perspektywa pojedynczego człowieka, pamiętajmy więc, że wielkie dzieje tworzone są przez losy konkretnych ludzi, którzy sumując swoje doświadczenia i przypadki kreują bieg wielkiej polityki i historii.

O moim pradziadku (na zdjęciu), jak i o wielu spośród milionów, którzy ginęli samotnie w Oświęcimiu, Majdanku, Powstaniu Warszawskim i podczas całej niemiecko-sowieckiej okupacji nikt nie napiszę książki i trudno mieć o to do historyków jakikolwiek pretensje. Wisława Szymborska w jednym ze swoich wierszy napisała jednak, że milion nieszczęść nigdy nie zrobi takiego wrażenia, jak jedno nieszczęście, bo rzeczony milion do tylko sucha liczba. – Statystyka.
Docierając do historii pojedynczych ludzi nie wysnujemy więc wniosków pozwalających nam na ocenę przebiegu wojny, czy jakiejkolwiek dziedziny życia. Dotarcie do historii pojedynczych ludzi pozwoli jednak zachować nam ostrość rzeczonej perspektywy i przypomni, że tu nie z abstrakcyjnymi liczbami mamy do czynienia, ale z losem ludzi z krwi i kości.

Mój pradziadek, Władysław Piotrowski, mieszkał wraz z żoną Józefą i dziewięciorgiem swoich dzieci w Łaszczynie, niewielkiej wsi położnej dziś w województwie łódzkim, powiecie rawskim, gminie Cielądz. Był człowiekiem ubogim, a na życie zarabiał prowadząc skromne gospodarstwo, z którego utrzymać rodzinę w raczkującym dopiero po 123 latach zaboru państwie było zadaniem niezwykle trudnym.

Cieszącą się dwudziestoletnią zaledwie niepodległością Rzeczpospolitą zamieszkiwali poza Polakami – Żydzi, Ormianie, Rosjanie, Litwini, Białorusini oraz Niemcy. Nie trudno domyślić się, że to właśnie ci ostatni po agresji hitlerowskiej we wrześniu 1939 roku, ze zwykłych sąsiadów stali się panami życia i śmierci, nie tylko w dużych miastach, ale i na prowincji.

Zajęty przez Niemców Łaszczyn znalazł się w granicach Generalnej Guberni, ziem nie wcielonych bezpośrednio do III Rzeszy, a pełniących rolę eksperymentu nazistowskich ideologów. Eksperymentu, w ramach którego wprowadzano w życie teorię rasy panów i tworzono świat, w którym polska ludność stać się miała ogromną rzeszą niewolników.

Pełne trosk przed wojną życie Władysława Piotrowskiego po wkroczeniu hitlerowców stało się jeszcze cięższe. Niekończące się represje w tym system racjonowania żywności, czy policyjny terror dawały się we znaki nie tylko mieszkańcom Warszawy, czy Krakowa, ale i polskim wsiom.
Pewnego dnia (dziś nie sposób ustalić dokładnej daty) w Łaszczynie pobity został jeden z Niemców. Nie wiadomo w jakich okolicznościach doszło do napadu, ani kto za niego odpowiadał – powodów (rabunek, nienawiść?), jak i odpowiedzialnych za to osób (członkowie partyzantki, ludzie będący w okolicy przejazdem, mieszkańcy wsi) mogło być przecież wiele.

Ktoś jednak musiał odpowiedzieć za podniesienie ręki na niemieckiego Pana, a ponieważ mój pradziadek podpadł kilku mieszkańcom Łaszczyn, do żandarmerii niemieckiej dotarł donos, że za pobicie odpowiada właśnie on. Niemcy zjawili się w biednym chłopskim gospodarstwie mojego pradziada jeszcze tego samego dnia i rozkazali mu pójść ze sobą. Józefa – żona Władysława oraz dziewięcioro ich dzieci (w tym mój dziadek) mogli jedynie patrzeć, jak żandarmi wsadzają ich męża i ojca do samochodu i wywożą w nieznanym kierunku.

Hitlerowcy nie zamierzali prowadzić śledztwa w sprawie wspomnianego pobicia. Wystarczył fikcyjny donos, a oskarżony z miejsca stawał się winnym. Nie inaczej było i tym razem. W setkach podobnych przypadków stosowano rozmaite kary (od więzienia po karę śmierci), na mojego pradziadka spadło zaś coś, czego skali cierpienia, jeszcze nikt wówczas nie potrafił ani zrozumieć, ani właściwego ocenić.

Mój przodek trafił do transportu oznaczonego literą „R”, co oznacza, że więźniowie przybyli do miejsce przeznaczenia z Radomia. Być może tam właśnie pradziadek został osądzony i tymczasowo przetrzymywany, wszakże bliższy od Radomia ośrodek miejski – Łódź, został wcielony do Rzeszy.0000000000000000000000000
Ważnym jest jednak, co innego – miejscem docelowym transportu „R” był Obóz Auschwitz-Birkenau, a mój pradziadek przestał być Władysławem Piotrowskim. Stał się więźniem numer 62754.

Obecnie nie dysponujemy informacją na temat konkretnego dnia, w którym pradziadek trafił do Oświęcimia (pracownicy Muzeum Auschwitz-Birkenau dzięki działaniom podjętym przez mojego ojca, starają się nam w tej, jak i wielu innych kwestiach dotyczących pobytu pradziadka w obozie, pomóc i mam nadzieję, że wkrótce będziemy dysponować dokładniejszymi danymi). Wiadomo natomiast, że wspomniany transport przybył na teren obozu w latach 1940-42.

Pomysł utworzenia obozu w miejscu starych polskich koszar wojskowych w Oświęcimiu powstał pod koniec pierwszego roku wojny we Wrocławiu w ówczesnym Urzędzie Wyższego Dowódcy SS i Policji Nadokręgu „Südost”. 20 maja 1940 roku przywieziono tutaj pierwszych 30 więźniów – przestępców kryminalnych narodowości niemieckiej, wybranych na żądanie pierwszego komendanta obozu Rudolfa Hößa z obozu w Sachsenhausen.

Obóz zanim stał się symbolem Holokaustu, został przeznaczony na miejsce przetrzymywania polskiej inteligencji oraz Polaków zaangażowanych w walkę (w tym okresie okupantowi zaczął dawać się we znaki polski ruch oporu). Pierwszy masowy i polski zarazem transport do Auschwitz odbył się 14 czerwca 1940 roku, a znaleźli się w nim osadzeni z więzienia w Tarnowie więźniowie polityczni (głównie Polacy oraz kilku polskich Żydów).

Po wizycie Himmlera w marcu 1941 zdecydowano o rozbudowie obozu, tak aby mógł pomieścić 30 tysięcy więźniów, a także postanowiono stworzyć drugi obóz Auschwitz II, który w przyszłości miał stać się miejscem eksterminacji przede wszystkim Żydów. W tym też mniej więcej okresie nad bramą wejściową do obozu umieszczono słynny napis „Arbeit macht frei” i być może niedługo potem do obozu przybył transport radomski, w którym znajdował się mój pradziadek.

O tym, że polskich więźniów przeznaczono w Oświęcimiu do niewolniczej, morderczej pracy ponad ludzkie siły oraz o tym, w jakim zimnie, zatrważającym głodzie, bólu i strachu żyli osadzeni napisano i powiedziano tak wiele, że nie ma sensu tego powtarzać.
O pobycie dziadka w Oświęcimiu wiemy niewiele i dysponujemy zaledwie dwoma informacjami, które jednak same w sobie również dają wiele do myślenia i to nie tylko historykowi.

Ponoć pewnym jest (informację tę zawdzięczamy pracownikom Muzeum w Oświęcimiu), że Władysław Piotrowski trafił do obozowego szpitala. Nie trudno odgadnąć, co mogło być powodem pobytu w tej pozornej, w porównaniu z piekłem baraków, apeli, katorżniczej pracy i ciągłego głodu, oazy spokoju, która rzecz jasna szpitalem była tylko z nazwy, a najwartościowszym lekiem, jakim dysponowali w tamtym miejscu lekarze był spokój (przerywany zresztą dość czesto przez wizyty Niemców). Czy natomiast za pobytem mojego pradziada w tym miejscu stało pobicie przez esesmana, czy też na przykład choroba wywołana brudem i głodem na tę chwilę nie jestem w stanie nic powiedzieć.

Nie znam daty urodzin mojego pradziadka, nie wiem, kiedy został aresztowany w Łaszczynie, kiedy dotarł do oświęcimskiej kaźni i trafił do obozowego szpitala. Znam tylko jedną datę – datę jego śmierci.
Niemcy nie pozwolili mojemu pradziadkowi dożyć Nowego Roku, zamordowali, czy też zamęczyli go 31 grudnia 1942 roku, co bez względu na bezpośrednią przyczynę zgonu (mógł nim być głód, choroba, wypadek przy pracy, rozkaz odwiedzającego szpital esesmana, czy też kaprys jednego z niemieckich żołnierzy) ukazuje pełnię tego piekła.

Jego syn, a mój dziadek powiedział ponoć kiedyś, że pradziadek zginął w komorze gazowej. Najwięcej spośród 150 tysięcy Polaków, którzy zginęli w Oświęcimiu zmarła w komorach gazowych, przez rozstrzelanie lub też w wyniku zastrzyku fenolu. Pamiętajmy jednak, że w świadomości wielu osób, być może i mojego dziadka (syna Władysława) Oświęcim tak silnie kojarzony był ze śmiercią w wyniku zagazowania, że każdy zgon w obozie nieprecyzyjnie (i nieprawdziwie) kojarzono właśnie z komorami gazowymi, przeznaczonymi przede wszystkim dla ludności pochodzenia żydowskiego, a w znacznie mniejszym stopniu polskiego, czy rosyjskiego.

Równie interesujące i jak sądzę poruszające losy, stały się udziałem mojego drugiego pradziadka, przedwojennego dorożkarza warszawskiego, Franciszka Zielenieckiego – oraz jego rodziny mieszkającej przed wojną i podczas okupacji na sławetnym Czerniakowie. Córka pradziadka – Maria, moja babcia, walczyła w Powstaniu Warszawskim, a warte uwagi, bo zwyczajnie ciekawe, są losy również rodziny od strony mojej mamy. O tym również pozwolę sobie napisać w niedalekiej przyszłości.

* * *

– Uzupełnienie artykułu –

Otrzymaliśmy wiadomość z Archiwum Auschwitz, w którym p. Krystyna Leśniak (z biura informacji o byłych więźniach) pisze:
“Władysław Piotrowski, został przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia. W obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754. Dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego, blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego oraz 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. W dniu 31.12.1942 r. odnotowano jego zgon w obozie. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.”

*  *  *

Remek Piotrowski

4 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

TAJEMNICE WESTERPLATTE

Grad żelaza spadał na głowy, a zdawało się, że to nie bomby, a niebo wali się na obrońców Westerplatte. Rozerwane grzmotami powietrze zasnute było czarnym pyłem. Czasu nie było. Powietrza nie było. Ani oddechów, słów, nawet myśli żadnej, tylko ocean żelaza i cud, bo nadal trwali i żyli, kradli oddechy jedną nogą wciąż stąpając po poparzonej ziemi, drugą już w niebie.

Obrona Westerplatte, czyli pierwsza bitwa II wojny światowej, przez lata obrosła w legendę, ale trudno się temu dziwić, wszakże na gdańskim półwyspie dwustu obrońców przez siedem dni przeciwstawiało się czterem tysiącom świetnie uzbrojonych żołnierzy wspomaganych morderczym ostrzałem artyleryjskim, bronią pancerną i dwoma dywizjonami bombowców.
Niewyobrażalne wręcz proporcje działają na wyobraźnię, podobnie jak i rozstrzygnięcie bitwy – Westerplatte nie zostało zdobyte, a poddane w wyniku dysproporcji sił i braku nadziei na pomoc z zewnątrz. Na półwyspie zginęło piętnastu obrońców, Niemcy zaś musieli pogodzić się ze stratą czterystu poległych i rannych.

Obrona Westerplatte doczekała się z czasem wielu opracowań i publikacji książkowych. Relacje świadków często przekazywane drogą ustną oraz znikoma ilość źródłowych dokumentów nie ułatwiały pracy badaczom mającym na celu stworzenie pełnego obrazu bitwy o polską Składnicę Tranzytową. Nic więc dziwnego, że legenda obrastała w różne mity, choć trzeba przyznać, że dotyczyły one w znakomitej większości mniej istotnych szczegółów.

Do dziś badaczy dzieli chociażby ustalenie dokładnej liczby polskich żołnierzy biorących udział w obronie Westerplatte i przede wszystkim ocena postawy dowódcy – majora Henryka Sucharskiego.

ILE BYŁO LWÓW NA WESTERPLATTE

Problem z ustaleniem dokładnej liczby żołnierzy, którzy jako pierwsi na świecie przeciwstawili się zbrojnie hitleryzmowi, wynika ze sposobu uzupełniania załogi Westerplatte przed wrześniem 1939 roku. Składnica Tranzytowa na Westerplatte, podobnie jak Poczta Polska, Urząd Celny i biuro PKP, była polską placówką na terenie Gdańska, które po I wojnie światowej na mocy postanowień traktatu wersalskiego zyskało status Wolnego Miasta – nie było więc pod względem administracyjnym ani w pełni polskie, ani w pełni niemieckie, co zwłaszcza dla naszych zachodnich sąsiadów stanowiło źródło frustracji.

Zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami w Składnicy Tranzytowej, mającej po wybudowaniu portu w Gdyni małe znaczenie przeładunkowe, ale duży prestiż, mogło przebywać tylko 2 oficerów, 20 podoficerów i 66 szeregowych. Polacy przewidując atak Niemców, w tajemnicy przed wrogiem latem ’39 roku zaczęli powiększać i dozbrajać załogę swojej placówki. Gdy pancernik „Schleswig-Holstein” 1 września o godzinie 4.43 oddał pierwsze salwy w kierunku Westerplatte, w sześciu wartowniach znajdowało się ponad dwustu obrońców.

Pierwsze badania poczynione w latach siedemdziesiątych oceniły stan liczbowy polskich obrońców na 183 żołnierzy. Kolejne powiększyły tę sumę do 218. Odkrycie dokumentów, w tym rozkazów z sierpnia 1939 roku, pozwoliło zweryfikować wcześniejsze ustalenia i przesunąć granicę liczbową bliżej 210. Zwrócono przy tym uwagę na błąd polegający na błędnym ustalania tożsamości żołnierzy, w skutek czego z jednego żołnierza często robiono dwóch.

Na przykład na pierwszej liście załogi sporządzonej przez Leona Pająka widniał Jan Zameryka, a na drugiej autorstwa Bolesława Fenglera zapisany został Franciszek Zaweryka. Jak się okazało jest to jeden człowiek – Franciszek Zameryka. Podobne błędy poczyniono ze strzelcem Dymitrowiczem, który faktycznie okazał się Janem Zmitrowiczem i strzelcem Konstantym Murawskim, który okazał się Konstantym Żurawskim.

Inny żołnierz Alfons Kąkol został dodany do ogólnej liczby załogi, choć jego nazwisko nie pojawiało się w odnalezionych dokumentach, a i Niemcy po kapitulacji nie zanotowali obecności tego żołnierzy w swoich listach. Jak wyjaśnił jeden z towarzyszy, Kąkol służył na Westerplatte, gdzie na pewno pojawił się przed wrześniem ’39 roku, a w momencie poddania Składnicy zdołał zbiec i ukrył się w Mikołajewie chcąc uniknąć niewoli. Stąd brak jego nazwiska w odszukanych przez historyków dokumentach.

W najnowszych opracowaniach badacze szacują liczbę obrońców na 205-210, którą ustalił w 1974 roku Zbigniew Flisowski i którą w dużej mierze potwierdza Stanisława Górkiewicz. Oczywiście podobne ustalenia mają wymiar wyłącznie kronikarski, nie zmieniają bowiem w najmniejszym nawet stopniu oceny fenomenu, jakim była obrona Westerplatte.

MAJOR SUCHARSKI

Gdy po siedmiu dniach piekła Westerplatte skapitulowało dowództwo niemieckie w dowód uznania (potem nie będzie się to już powtarzać na żadnym froncie) pozwoliło majorowi Henrykowi Sucharskiemu odejść do niewoli z szablą przy boku. Postać dowódcy Westerplatte przez lata budziła podziw, a wrażenie to wzmocnił jeszcze film Stanisława Różewicza z 1967 roku z wybitną rolą Zygmunta Hübnera, który wcielił się w postać Sucharskiego.

Kilkanaście lat temu zaczęto kwestionować legendę majora, a książka Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego pod tytułem „Westerplatte 1939. Prawdziwa historia”, rzuciła na sprawę zupełnie nowe światło, które ma swoje odzwierciedlenie chociażby w głośnym komiksie „Załoga śmierci” (ma mieć również w filmie Pawła Cholewa, które wejdzie do naszych kin 1 lutego) . Według Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego już 2 września, po ciężkim bombardowaniu, Sucharski przeszedł załamanie nerwowe i od tej pory rolę dowódcy pełnił kapitan Franciszek Dąbrowski.

Entuzjaści tej teorii uważają, że mit Sucharskiego stworzył aparat komunistyczny, któremu rzekomo miało przypaść do gustu plebejskie pochodzenie majora (był synem biednego szewca), w przeciwieństwie do kapitana Dąbrowskiego wywodzącego się z szlacheckiej rodziny. Jeśli zgodzimy się na taki scenariusz wydarzeń poważne wątpliwości musi budzić niekonsekwencja PRL-owskiej ideologii, wszakże Sucharski brał czynny udział w wojnie polsko-bolszewickiej (temat szalenie trudny do zaakceptowania dla komunistów), a za odwagę na polu walki został nawet odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Ponadto warto pamiętać, że Sucharski był praktykującym katolikiem. Do myślenia daje również to, że żaden z byłych podopiecznych majora nigdy nie podważył roli Sucharskiego w obronie półwyspu, choć być może na takie zachowanie nie pozwalał żołnierski kodeks honorowy.

Doświadczenie na polu bitwy, odpowiedzialność, karność i powściągliwość w życiu osobistym, jakimi cechował się Sucharski, każą na wnioski wysuwane przez Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego patrzeć z pewną dozą podejrzliwości. Oczywiście za teorią załamania nerwowego przemawia szereg faktów i należy ją brać, jako prawdopodobną.

Legendarny dowódca Westerplatte zmarł 30 sierpnia 1946 roku w Neapolu. W 1971 roku ekshumowano szczątki Sucharskiego i przeniesiono do kraju, gdzie 1 września urna z jego prochami została pochowana na Westerplatte, a w uroczystościach pogrzebowych brały udział w Gdańsku tysiące Polaków.

Ciekawy i zarazem dający do myślenia epizod dotyczący Sucharskiego zawarła na łamach książki „Lwy Westerplatte” Stanisława Górkiewicz. Na początku lat siedemdziesiątych autorka spotkała się z kapelanem wojskowym Janem Mertą. Duchowny w roku 1946 przebywał we Włoszech pełniąc tam rolę kapelana w polskim szpitalu w Casamassima. Pewnego ciepłego sierpniowego dnia Merta odwiedził przypadkiem jeden z brytyjskich szpitali w Neapolu i spotkał w nim kilku Polaków.

Jeden z osłabionych i bardzo wychudzonych żołnierzy poprosił księdza o spowiedź .
– Księże kapelanie, chciałbym, aby po śmierci przewieźli mnie do Polski – powiedział po wyznaniu grzechów chory.
– Nie gadaj głupstw, chłopie, na własnych nogach dojdziesz do kraju razem z innymi, niebawem będziemy tam maszerować, a bo to nie wiesz, jak jest w polskim hymnie, że z ziemi włoskiej do Polski? – odpowiedział ksiądz.
– Och nie, ja już nie…

Jana Mertę wzruszyły szczere słowa żołnierza, ale dopiero gdy wychodził ze szpitala jedna z pielęgniarek uświadomiła mu, że rozmawiał z majorem Sucharskim – słynnym dowódcą Westerplatte. Ksiądz natychmiast wrócił do szpitalnej sali i rozpoczął z majorem długą rozmowę na temat walk września ’39 roku. Cierpiący na zapalenie otrzewnej Sucharski był w tamtym momencie już pogodzony ze swoim losem. Na koniec spotkania jeszcze raz smutnym głosem powiedział kapelanowi.
– Oby mnie tylko po śmierci pochowali w kraju… choćby na najuboższym cmentarzu wiejskim, ale w Polsce, ach, ta Polska…

Major Henryk Sucharski zmarł tydzień później i został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojskowym w Casamassima w prowincji Bari we Włoszech. W 1971 roku spełniło się marzenie dowódcy Westerplatte i jak w „Mazurku Dąbrowskiego”, przebywając ostatnią drogę z ziemi włoskiej do polski spoczął na zawsze w Polsce, na półwyspie Westerplatte – tam, gdzie jak w wierszu Gałczyńskiego „czwórkami do nieba szli…”.

Źródła
Stanisława Górkiewicz, Lwy z Westerplatte, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1988
Zbigniew Flisowski, Westerplatte, Warszawa 1974
Apoloniusz Zawilski, Bitwy polskiego września, Znak, Kraków 2011
Foto: Basia Łapka

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

ZAPOMNIANY DZIENNIK ZAPOMNIANEGO PISARZA

Pisane przez Leopolda Buczkowskiego wspomnienia z Powstania w Warszawie („Dziennik z Żoliborza”) należą do większej części zatytułowanej „Dziennik wojenny”. Jest to tekst zapomniany, marginalnie przypominany zarówno przez historyków, jak i pasjonatów dziejów Powstania.

Losy Leopolda Buczkowskiego, malarza, grafika i przede wszystkim prozaika, który pojawił się w szerszej świadomości czytelników w 1954 roku dzięki powieści „Czarny potok”, są typowe dla obywateli polskich mieszkających przed ’39 rokiem na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. Podczas kampanii wrześniowej Buczkowski został wzięty do niewoli, z której następnie zbiegł do Podkamienia (tam też mieszkał przed wojną).

Aktywna działalność ukraińskich nacjonalistów, tolerowanych przez władze Rzeszy, nabrała na sile tuż po ataku Niemiec na Związek Radziecki w 1941 roku. W marcu ’44 roku amordowano dwóch braci pisarza – Tadeusza i Zygmunta, co skłoniło Buczkowskich do przeprowadzki na zachód. Razem z matką, żoną Marią i bratem Marianem zamieszkał Leopold w Warszawie, przy ulicy Mysłowickiej 13. Właśnie tam, na Dolnym Żoliborzu, zaskoczyło go Powstanie.

Zapis obserwacji poczynionych przez Buczkowskiego z Powstania robi wrażenie i uderza czytelnika przejmującym autentyzmem. Literaturze, o której tutaj mówimy, bliżej z pewnością do reportażu, bo i zapisywana jest natychmiast, na gorąco, wśród gruzów i barykad.
Oto zapis z 1 sierpnia:

„Przez działki, równolegle do szosy, ale w kierunku Potockiej, pod ciągłym ostrzałem gnają znowu dwa plutony, wśród ludzi jeden rozpylacz, kilka karabinków, reszta to rewolwery, biegną chłopaki skuleni. Każdy jednak z granatem w garści; biegną też i ranni, jeden, ten w kaszkiecie, paskudnie ranny w nogę, ale trzyma się; lewą ręką przyciska chlebak wyładowany granatami. […] Upadki, nie mam czasu, nie patrzę, czy się podniosą.”

Jest to opis wzięty wprost z pola walki, którym nawiasem mówiąc, stało się w tamtym czasie całe miasto, dlatego z pozoru nie ma się, co dziwić wspominanej przeze mnie dynamiczności opisu. Tekst ukazuje swą oryginalność na tle powstaniowej publicystyki i pisarstwa wspomnieniowego.
Kolejny krótki fragment pochodzi z 7 września:

„Szklany dom tandetnie zbudowany, bomba rozpruła go do spodu. Walka trwa. Rola AL. Poszli do lasu, do Kampinosu? Kto w nocy rabunki uprawia? Dlaczego bandytów nie strzelają? Durna ta Francja. Naród uparty, naród dziki, jak powiada Stefan. Kto jeszcze żyje? Chwile zwątpienia w ludzi, rozpacz. Czy będą wieszać szwabów? Prawo azylu. Przychodzą bandyci za krowami do nas, przy okazji penetrują sad. Z „wału” strzela nieustannie sukinsyn, strzela z działka samopowtarzalnego po ludziach zbierających zieleniznę na barszcz. Biedni chłopcy z AK, obdarci, niedożywieni.”

Buczkowski jest w swoich zapiskach niezwykle dosadny. Dosadność ta niejednokrotnie ociera się o cynizm, o brutalność, niekiedy bywa wulgarna i kpi z narodowo-politycznego sacrum.
Pisarz jest jednym z tłumu, pogrążonym w piekle powstańczego, palącego się dzień i noc miasta. Twórca „Dziennika z Żoliborza”, pisarz, ale także zwykły, szary człowiek, przerażony jest strachem, śmiercią zbierającym wielkie żniwo, ciągłym zamętem i chaosem. To we wspomnieniach Buczkowskiego silniej niż gdziekolwiek indziej słychać szum spadających bomb z nurkującego sztukasa, czuć słodkawy, mdlący zapach palonych murów, czuć krew i całe to niezapomniane szaleństwo, kompletnie niedające się zmieścić w tradycyjne ramy postrzegania zjawisk rozgrywających się wokół nas. Autor często razi językową dosadnością.

„Mogę to obejrzeć, proszę Pana? – pytam tego chuja łysego”

Dziś powszechny dystans do polskich mitów romantycznych, w tamtym czasie nie był popularny. Sytuacja polityczno-historyczna determinowała posługiwanie się sacrum narodowym, a drwiąca retoryka z „bohaterszczyzny” rodem z Gombrowiczowskiego „Transatlantyku” nie należała do powszechnych. W sytuacji ekstremalnej, w momencie Powstania (choć całą okupację niemiecko–sowiecką należałoby uznać za ekstremalną sytuację), kiedy przyszło egzystować w zupełnie nowej rzeczywistości, dochodziły do głosu coraz bardziej racjonalistyczne opinie. Racjonalizm mógł być powodowany hekatombą zniszczeń, jakich doświadczano każdego dnia. Wzmagało to poczucie bezsilności i rozczarowania.
Buczkowski buntuje się wobec mitologizacji Powstania, wobec dziedzictwa kultury zachodnioeuropejskiej, wobec mitów narodowych.
W zapisie z 20 sierpnia mówi o bombardowanej Warszawie:

„Monte Cassino – to gówno […] Redaktor PPS porównuje Warszawę z Leningradem i Madrytem! Ale się wymądrzył.”

Nie bez powodu sami Niemcy porównywali Powstanie w Warszawie z bitwą o Stalingrad.

„Sława śmierci stunogiej. Brawo narodzie europejski! Wraz z papieżem, chrystianizmem, gonokokami, burdelem, Pen Clubem i inną zajebaninką. […] Zniszczenia w Warszawie – w budynkach 48% – w ludziach 22% – to już wystarczy. Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują wszystkich Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? […] Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? Ha? Kurwy jakieś gmatwają naszymi szlachetnymi sercami? Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat […] Nie bądźcie świniami, moi szanowni Panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

W tych słowach kryje się bezsilność, poczucie niesprawiedliwości, wściekłość, zwątpienie, pretensja do nieuczciwych przyjaciół z zachodu i drwina z mitów narodowych, bo nie przyniosły żadnych korzyści.

„Wśród żołnierzy AK czerwonka i grypa. Czym leczyć? Błogosławieństwem papieskim? […] Świetni wszyscy jesteście. Ja was znam, bo i w sobie mam coś z was.”

Mamy tu do czynienia ze szczerością z samym sobą, brakiem hipokryzji, a co za tym idzie, jeszcze większą dozą autentyzmu. To nie suchy cynizm zaprzeczający wszystkiemu i wszystkim. Autor potrafi zdobyć się na słowa podziwu względem walczących akowców, kobiet, cierpiących dzieci.

„W podziemiach czarna noc, charczą ciężko ranni. Pomścimy Pawiak! Podnoszę ręce! Hande hoch i łzy ukradkiem ocieram.”

Co ciekawego w tym brutalnym świecie odnajduje Buczkowski również formy przypominające poezję. Zapiski fragmentami stają się liryczne, mniej dosadne i znacznie bardziej subtelne.

„Noc zrzutów – gwiazdy, w gwiazdach konanie rwących się, różnokolorowych pocisków – samoloty nisko, grają cicho. Rozrywy granatów nad dachami – w świetle reflektorów widzę sześć spadochronów, jeden trafiony!”

Wspomnienia Leopolda Buczkowskiego z Powstania są tekstem zapomnianym, podobnie zresztą, jak większość tego typu zapisek stworzonych przez znanych ludzi pióra (wspomnę o nich w przyszłości). Tekst autora „Czarnego Potoku” jest sporym wyzwaniem dla czytelnika, bo zmusza do godzenia się na ciągłe kontrasty i „zderzenia”: romantyzm – nie romantyzm; poezja – nie poezja, literatura – potoczna wulgarna gadanina. Wszystko jawi się to nam w „Dziennikach z Powstania” w sposób szalenie zdynamizowany, co rusz przyśpieszający, nie wolny od banałów, ale co najważniejsze – niezwykle autentyczny.

Źródła:
Dzienniki z Powstania Warszawskiego, oprac. Zuzanna Pasiewicz, LTW.
Bartoszewski W., Dni walczącej Stolicy, Świat książki, Warszawa 2004.

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA