ZAPOMNIANY DZIENNIK ZAPOMNIANEGO PISARZA

Pisane przez Leopolda Buczkowskiego wspomnienia z Powstania w Warszawie („Dziennik z Żoliborza”) należą do większej części zatytułowanej „Dziennik wojenny”. Jest to tekst zapomniany, marginalnie przypominany zarówno przez historyków, jak i pasjonatów dziejów Powstania.

Losy Leopolda Buczkowskiego, malarza, grafika i przede wszystkim prozaika, który pojawił się w szerszej świadomości czytelników w 1954 roku dzięki powieści „Czarny potok”, są typowe dla obywateli polskich mieszkających przed ’39 rokiem na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. Podczas kampanii wrześniowej Buczkowski został wzięty do niewoli, z której następnie zbiegł do Podkamienia (tam też mieszkał przed wojną).

Aktywna działalność ukraińskich nacjonalistów, tolerowanych przez władze Rzeszy, nabrała na sile tuż po ataku Niemiec na Związek Radziecki w 1941 roku. W marcu ’44 roku amordowano dwóch braci pisarza – Tadeusza i Zygmunta, co skłoniło Buczkowskich do przeprowadzki na zachód. Razem z matką, żoną Marią i bratem Marianem zamieszkał Leopold w Warszawie, przy ulicy Mysłowickiej 13. Właśnie tam, na Dolnym Żoliborzu, zaskoczyło go Powstanie.

Zapis obserwacji poczynionych przez Buczkowskiego z Powstania robi wrażenie i uderza czytelnika przejmującym autentyzmem. Literaturze, o której tutaj mówimy, bliżej z pewnością do reportażu, bo i zapisywana jest natychmiast, na gorąco, wśród gruzów i barykad.
Oto zapis z 1 sierpnia:

„Przez działki, równolegle do szosy, ale w kierunku Potockiej, pod ciągłym ostrzałem gnają znowu dwa plutony, wśród ludzi jeden rozpylacz, kilka karabinków, reszta to rewolwery, biegną chłopaki skuleni. Każdy jednak z granatem w garści; biegną też i ranni, jeden, ten w kaszkiecie, paskudnie ranny w nogę, ale trzyma się; lewą ręką przyciska chlebak wyładowany granatami. […] Upadki, nie mam czasu, nie patrzę, czy się podniosą.”

Jest to opis wzięty wprost z pola walki, którym nawiasem mówiąc, stało się w tamtym czasie całe miasto, dlatego z pozoru nie ma się, co dziwić wspominanej przeze mnie dynamiczności opisu. Tekst ukazuje swą oryginalność na tle powstaniowej publicystyki i pisarstwa wspomnieniowego.
Kolejny krótki fragment pochodzi z 7 września:

„Szklany dom tandetnie zbudowany, bomba rozpruła go do spodu. Walka trwa. Rola AL. Poszli do lasu, do Kampinosu? Kto w nocy rabunki uprawia? Dlaczego bandytów nie strzelają? Durna ta Francja. Naród uparty, naród dziki, jak powiada Stefan. Kto jeszcze żyje? Chwile zwątpienia w ludzi, rozpacz. Czy będą wieszać szwabów? Prawo azylu. Przychodzą bandyci za krowami do nas, przy okazji penetrują sad. Z „wału” strzela nieustannie sukinsyn, strzela z działka samopowtarzalnego po ludziach zbierających zieleniznę na barszcz. Biedni chłopcy z AK, obdarci, niedożywieni.”

Buczkowski jest w swoich zapiskach niezwykle dosadny. Dosadność ta niejednokrotnie ociera się o cynizm, o brutalność, niekiedy bywa wulgarna i kpi z narodowo-politycznego sacrum.
Pisarz jest jednym z tłumu, pogrążonym w piekle powstańczego, palącego się dzień i noc miasta. Twórca „Dziennika z Żoliborza”, pisarz, ale także zwykły, szary człowiek, przerażony jest strachem, śmiercią zbierającym wielkie żniwo, ciągłym zamętem i chaosem. To we wspomnieniach Buczkowskiego silniej niż gdziekolwiek indziej słychać szum spadających bomb z nurkującego sztukasa, czuć słodkawy, mdlący zapach palonych murów, czuć krew i całe to niezapomniane szaleństwo, kompletnie niedające się zmieścić w tradycyjne ramy postrzegania zjawisk rozgrywających się wokół nas. Autor często razi językową dosadnością.

„Mogę to obejrzeć, proszę Pana? – pytam tego chuja łysego”

Dziś powszechny dystans do polskich mitów romantycznych, w tamtym czasie nie był popularny. Sytuacja polityczno-historyczna determinowała posługiwanie się sacrum narodowym, a drwiąca retoryka z „bohaterszczyzny” rodem z Gombrowiczowskiego „Transatlantyku” nie należała do powszechnych. W sytuacji ekstremalnej, w momencie Powstania (choć całą okupację niemiecko–sowiecką należałoby uznać za ekstremalną sytuację), kiedy przyszło egzystować w zupełnie nowej rzeczywistości, dochodziły do głosu coraz bardziej racjonalistyczne opinie. Racjonalizm mógł być powodowany hekatombą zniszczeń, jakich doświadczano każdego dnia. Wzmagało to poczucie bezsilności i rozczarowania.
Buczkowski buntuje się wobec mitologizacji Powstania, wobec dziedzictwa kultury zachodnioeuropejskiej, wobec mitów narodowych.
W zapisie z 20 sierpnia mówi o bombardowanej Warszawie:

„Monte Cassino – to gówno […] Redaktor PPS porównuje Warszawę z Leningradem i Madrytem! Ale się wymądrzył.”

Nie bez powodu sami Niemcy porównywali Powstanie w Warszawie z bitwą o Stalingrad.

„Sława śmierci stunogiej. Brawo narodzie europejski! Wraz z papieżem, chrystianizmem, gonokokami, burdelem, Pen Clubem i inną zajebaninką. […] Zniszczenia w Warszawie – w budynkach 48% – w ludziach 22% – to już wystarczy. Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują wszystkich Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? […] Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? Ha? Kurwy jakieś gmatwają naszymi szlachetnymi sercami? Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat […] Nie bądźcie świniami, moi szanowni Panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

W tych słowach kryje się bezsilność, poczucie niesprawiedliwości, wściekłość, zwątpienie, pretensja do nieuczciwych przyjaciół z zachodu i drwina z mitów narodowych, bo nie przyniosły żadnych korzyści.

„Wśród żołnierzy AK czerwonka i grypa. Czym leczyć? Błogosławieństwem papieskim? […] Świetni wszyscy jesteście. Ja was znam, bo i w sobie mam coś z was.”

Mamy tu do czynienia ze szczerością z samym sobą, brakiem hipokryzji, a co za tym idzie, jeszcze większą dozą autentyzmu. To nie suchy cynizm zaprzeczający wszystkiemu i wszystkim. Autor potrafi zdobyć się na słowa podziwu względem walczących akowców, kobiet, cierpiących dzieci.

„W podziemiach czarna noc, charczą ciężko ranni. Pomścimy Pawiak! Podnoszę ręce! Hande hoch i łzy ukradkiem ocieram.”

Co ciekawego w tym brutalnym świecie odnajduje Buczkowski również formy przypominające poezję. Zapiski fragmentami stają się liryczne, mniej dosadne i znacznie bardziej subtelne.

„Noc zrzutów – gwiazdy, w gwiazdach konanie rwących się, różnokolorowych pocisków – samoloty nisko, grają cicho. Rozrywy granatów nad dachami – w świetle reflektorów widzę sześć spadochronów, jeden trafiony!”

Wspomnienia Leopolda Buczkowskiego z Powstania są tekstem zapomnianym, podobnie zresztą, jak większość tego typu zapisek stworzonych przez znanych ludzi pióra (wspomnę o nich w przyszłości). Tekst autora „Czarnego Potoku” jest sporym wyzwaniem dla czytelnika, bo zmusza do godzenia się na ciągłe kontrasty i „zderzenia”: romantyzm – nie romantyzm; poezja – nie poezja, literatura – potoczna wulgarna gadanina. Wszystko jawi się to nam w „Dziennikach z Powstania” w sposób szalenie zdynamizowany, co rusz przyśpieszający, nie wolny od banałów, ale co najważniejsze – niezwykle autentyczny.

Źródła:
Dzienniki z Powstania Warszawskiego, oprac. Zuzanna Pasiewicz, LTW.
Bartoszewski W., Dni walczącej Stolicy, Świat książki, Warszawa 2004.

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

One response to “ZAPOMNIANY DZIENNIK ZAPOMNIANEGO PISARZA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s