TAJEMNICE WESTERPLATTE

Grad żelaza spadał na głowy, a zdawało się, że to nie bomby, a niebo wali się na obrońców Westerplatte. Rozerwane grzmotami powietrze zasnute było czarnym pyłem. Czasu nie było. Powietrza nie było. Ani oddechów, słów, nawet myśli żadnej, tylko ocean żelaza i cud, bo nadal trwali i żyli, kradli oddechy jedną nogą wciąż stąpając po poparzonej ziemi, drugą już w niebie.

Obrona Westerplatte, czyli pierwsza bitwa II wojny światowej, przez lata obrosła w legendę, ale trudno się temu dziwić, wszakże na gdańskim półwyspie dwustu obrońców przez siedem dni przeciwstawiało się czterem tysiącom świetnie uzbrojonych żołnierzy wspomaganych morderczym ostrzałem artyleryjskim, bronią pancerną i dwoma dywizjonami bombowców.
Niewyobrażalne wręcz proporcje działają na wyobraźnię, podobnie jak i rozstrzygnięcie bitwy – Westerplatte nie zostało zdobyte, a poddane w wyniku dysproporcji sił i braku nadziei na pomoc z zewnątrz. Na półwyspie zginęło piętnastu obrońców, Niemcy zaś musieli pogodzić się ze stratą czterystu poległych i rannych.

Obrona Westerplatte doczekała się z czasem wielu opracowań i publikacji książkowych. Relacje świadków często przekazywane drogą ustną oraz znikoma ilość źródłowych dokumentów nie ułatwiały pracy badaczom mającym na celu stworzenie pełnego obrazu bitwy o polską Składnicę Tranzytową. Nic więc dziwnego, że legenda obrastała w różne mity, choć trzeba przyznać, że dotyczyły one w znakomitej większości mniej istotnych szczegółów.

Do dziś badaczy dzieli chociażby ustalenie dokładnej liczby polskich żołnierzy biorących udział w obronie Westerplatte i przede wszystkim ocena postawy dowódcy – majora Henryka Sucharskiego.

ILE BYŁO LWÓW NA WESTERPLATTE

Problem z ustaleniem dokładnej liczby żołnierzy, którzy jako pierwsi na świecie przeciwstawili się zbrojnie hitleryzmowi, wynika ze sposobu uzupełniania załogi Westerplatte przed wrześniem 1939 roku. Składnica Tranzytowa na Westerplatte, podobnie jak Poczta Polska, Urząd Celny i biuro PKP, była polską placówką na terenie Gdańska, które po I wojnie światowej na mocy postanowień traktatu wersalskiego zyskało status Wolnego Miasta – nie było więc pod względem administracyjnym ani w pełni polskie, ani w pełni niemieckie, co zwłaszcza dla naszych zachodnich sąsiadów stanowiło źródło frustracji.

Zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami w Składnicy Tranzytowej, mającej po wybudowaniu portu w Gdyni małe znaczenie przeładunkowe, ale duży prestiż, mogło przebywać tylko 2 oficerów, 20 podoficerów i 66 szeregowych. Polacy przewidując atak Niemców, w tajemnicy przed wrogiem latem ’39 roku zaczęli powiększać i dozbrajać załogę swojej placówki. Gdy pancernik „Schleswig-Holstein” 1 września o godzinie 4.43 oddał pierwsze salwy w kierunku Westerplatte, w sześciu wartowniach znajdowało się ponad dwustu obrońców.

Pierwsze badania poczynione w latach siedemdziesiątych oceniły stan liczbowy polskich obrońców na 183 żołnierzy. Kolejne powiększyły tę sumę do 218. Odkrycie dokumentów, w tym rozkazów z sierpnia 1939 roku, pozwoliło zweryfikować wcześniejsze ustalenia i przesunąć granicę liczbową bliżej 210. Zwrócono przy tym uwagę na błąd polegający na błędnym ustalania tożsamości żołnierzy, w skutek czego z jednego żołnierza często robiono dwóch.

Na przykład na pierwszej liście załogi sporządzonej przez Leona Pająka widniał Jan Zameryka, a na drugiej autorstwa Bolesława Fenglera zapisany został Franciszek Zaweryka. Jak się okazało jest to jeden człowiek – Franciszek Zameryka. Podobne błędy poczyniono ze strzelcem Dymitrowiczem, który faktycznie okazał się Janem Zmitrowiczem i strzelcem Konstantym Murawskim, który okazał się Konstantym Żurawskim.

Inny żołnierz Alfons Kąkol został dodany do ogólnej liczby załogi, choć jego nazwisko nie pojawiało się w odnalezionych dokumentach, a i Niemcy po kapitulacji nie zanotowali obecności tego żołnierzy w swoich listach. Jak wyjaśnił jeden z towarzyszy, Kąkol służył na Westerplatte, gdzie na pewno pojawił się przed wrześniem ’39 roku, a w momencie poddania Składnicy zdołał zbiec i ukrył się w Mikołajewie chcąc uniknąć niewoli. Stąd brak jego nazwiska w odszukanych przez historyków dokumentach.

W najnowszych opracowaniach badacze szacują liczbę obrońców na 205-210, którą ustalił w 1974 roku Zbigniew Flisowski i którą w dużej mierze potwierdza Stanisława Górkiewicz. Oczywiście podobne ustalenia mają wymiar wyłącznie kronikarski, nie zmieniają bowiem w najmniejszym nawet stopniu oceny fenomenu, jakim była obrona Westerplatte.

MAJOR SUCHARSKI

Gdy po siedmiu dniach piekła Westerplatte skapitulowało dowództwo niemieckie w dowód uznania (potem nie będzie się to już powtarzać na żadnym froncie) pozwoliło majorowi Henrykowi Sucharskiemu odejść do niewoli z szablą przy boku. Postać dowódcy Westerplatte przez lata budziła podziw, a wrażenie to wzmocnił jeszcze film Stanisława Różewicza z 1967 roku z wybitną rolą Zygmunta Hübnera, który wcielił się w postać Sucharskiego.

Kilkanaście lat temu zaczęto kwestionować legendę majora, a książka Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego pod tytułem „Westerplatte 1939. Prawdziwa historia”, rzuciła na sprawę zupełnie nowe światło, które ma swoje odzwierciedlenie chociażby w głośnym komiksie „Załoga śmierci” (ma mieć również w filmie Pawła Cholewa, które wejdzie do naszych kin 1 lutego) . Według Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego już 2 września, po ciężkim bombardowaniu, Sucharski przeszedł załamanie nerwowe i od tej pory rolę dowódcy pełnił kapitan Franciszek Dąbrowski.

Entuzjaści tej teorii uważają, że mit Sucharskiego stworzył aparat komunistyczny, któremu rzekomo miało przypaść do gustu plebejskie pochodzenie majora (był synem biednego szewca), w przeciwieństwie do kapitana Dąbrowskiego wywodzącego się z szlacheckiej rodziny. Jeśli zgodzimy się na taki scenariusz wydarzeń poważne wątpliwości musi budzić niekonsekwencja PRL-owskiej ideologii, wszakże Sucharski brał czynny udział w wojnie polsko-bolszewickiej (temat szalenie trudny do zaakceptowania dla komunistów), a za odwagę na polu walki został nawet odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Ponadto warto pamiętać, że Sucharski był praktykującym katolikiem. Do myślenia daje również to, że żaden z byłych podopiecznych majora nigdy nie podważył roli Sucharskiego w obronie półwyspu, choć być może na takie zachowanie nie pozwalał żołnierski kodeks honorowy.

Doświadczenie na polu bitwy, odpowiedzialność, karność i powściągliwość w życiu osobistym, jakimi cechował się Sucharski, każą na wnioski wysuwane przez Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego patrzeć z pewną dozą podejrzliwości. Oczywiście za teorią załamania nerwowego przemawia szereg faktów i należy ją brać, jako prawdopodobną.

Legendarny dowódca Westerplatte zmarł 30 sierpnia 1946 roku w Neapolu. W 1971 roku ekshumowano szczątki Sucharskiego i przeniesiono do kraju, gdzie 1 września urna z jego prochami została pochowana na Westerplatte, a w uroczystościach pogrzebowych brały udział w Gdańsku tysiące Polaków.

Ciekawy i zarazem dający do myślenia epizod dotyczący Sucharskiego zawarła na łamach książki „Lwy Westerplatte” Stanisława Górkiewicz. Na początku lat siedemdziesiątych autorka spotkała się z kapelanem wojskowym Janem Mertą. Duchowny w roku 1946 przebywał we Włoszech pełniąc tam rolę kapelana w polskim szpitalu w Casamassima. Pewnego ciepłego sierpniowego dnia Merta odwiedził przypadkiem jeden z brytyjskich szpitali w Neapolu i spotkał w nim kilku Polaków.

Jeden z osłabionych i bardzo wychudzonych żołnierzy poprosił księdza o spowiedź .
– Księże kapelanie, chciałbym, aby po śmierci przewieźli mnie do Polski – powiedział po wyznaniu grzechów chory.
– Nie gadaj głupstw, chłopie, na własnych nogach dojdziesz do kraju razem z innymi, niebawem będziemy tam maszerować, a bo to nie wiesz, jak jest w polskim hymnie, że z ziemi włoskiej do Polski? – odpowiedział ksiądz.
– Och nie, ja już nie…

Jana Mertę wzruszyły szczere słowa żołnierza, ale dopiero gdy wychodził ze szpitala jedna z pielęgniarek uświadomiła mu, że rozmawiał z majorem Sucharskim – słynnym dowódcą Westerplatte. Ksiądz natychmiast wrócił do szpitalnej sali i rozpoczął z majorem długą rozmowę na temat walk września ’39 roku. Cierpiący na zapalenie otrzewnej Sucharski był w tamtym momencie już pogodzony ze swoim losem. Na koniec spotkania jeszcze raz smutnym głosem powiedział kapelanowi.
– Oby mnie tylko po śmierci pochowali w kraju… choćby na najuboższym cmentarzu wiejskim, ale w Polsce, ach, ta Polska…

Major Henryk Sucharski zmarł tydzień później i został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojskowym w Casamassima w prowincji Bari we Włoszech. W 1971 roku spełniło się marzenie dowódcy Westerplatte i jak w „Mazurku Dąbrowskiego”, przebywając ostatnią drogę z ziemi włoskiej do polski spoczął na zawsze w Polsce, na półwyspie Westerplatte – tam, gdzie jak w wierszu Gałczyńskiego „czwórkami do nieba szli…”.

Źródła
Stanisława Górkiewicz, Lwy z Westerplatte, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1988
Zbigniew Flisowski, Westerplatte, Warszawa 1974
Apoloniusz Zawilski, Bitwy polskiego września, Znak, Kraków 2011
Foto: Basia Łapka

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

One response to “TAJEMNICE WESTERPLATTE

  1. QUATAR

    Zostawilam komentarz, ale nie zostal opublikowany. Hm?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s