KÓŁKO ZAMIAST OBRĄCZKI

800px-Lokajski_-_Ślub_powstańczej_pary_(1944)Trudno powiedzieć, czy to była dobra decyzja. To był po prostu moment taki, że właściwie nie wiedzieliśmy, co się z nami dalej stanie. Chcieliśmy mieć bliski związek ze sobą. Nie wiadomo było, czy jedno zginie, czy przeżyjemy. Przecież to były straszne chwile. (…) Byliśmy zamknięci, byliśmy skazani właściwie na zagładę. Jeżeli uczucie zakwitło przedtem, to chcieliśmy jakoś to sfinalizować, przecież byliśmy młodzi. Ile miałam lat? Nie miałam dwudziestu lat, a Maciej miał dwadzieścia cztery, dzieciaki. | Opowiada Grażyna Pilszak w wywiadzie udzielonym „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego (2007).

Powstanie Warszawskie, wydarzenie nie mające sobie równych w nowożytnej historii, kojarzy się na ogół z cierpieniem obrońców stolicy, kojarzy się z sześćdziesięcioma trzema dniami niepojętej walki o każdą ulicę, każdy skwer, dom i bramę, kojarzy się ze zbrodniami katów spod znaku swastyki, zdradą Sowietów i Anglosasów, zniszczonym do cna miasta, które po zakończeniu walk przypominało nie metropolie, a księżycowy krajobraz. Ów czarny od popiołu księżyc pochował w swych zgliszczach prawie 250 tysięcy ludzi.

Historycy, trudno ich za to winić, zajmują nas tym, co z kronikarskiego punktu widzenia wydaje się najważniejsze. Powstanie Warszawskie to jednak nie tylko (choć przede wszystkim) śmierć i walka. To również setki drobnych epizodów. To epopeja życia codziennego z jej wszystkimi urokami, bolączkami, problemami i radościami. To ludzkie losy, nie zawsze wielkie i pamiętliwe, a równie często zwykłe, śmieszne, skomplikowane, choć bez wyjątku zawsze bardzo trudne. To w końcu miłość, bo kto powiedział, że w czasie „spełnionej apokalipsy” nie można kochać? Dziś właśnie o tym ostatnim temacie spróbujmy opowiedzieć w kilku zdaniach.

Wyliczono, że w czasie Powstania Warszawskiego doszło do 256 ślubów, co daje cztery tego typu uroczystości dziennie. Jeśli podana liczba nie robi na Was wrażenia pomyślcie o mieście, które przez 63 dni było masakrowane z ziemi i powietrza, na które każdej doby spadały tony pocisków, a łuny pożarów wzbijały się na setki metrów ponad ziemię. Wyobraźcie sobie miasto równane z ziemią, w którym brakowało lub nie było w ogóle: wody, prądu, ścian, dachów, jedzenia i lekarstw.
Niesłychaną doprawdy istotną jest człowiek, skoro nawet w takich okolicznościach nie myśli wyłącznie o prozaicznych potrzebach zapewniających byt, ale łaknie ciepła drugiego człowieka. A ludzie nie tylko się kochali i nie tylko potrzebowali fizycznej bliskości, chcieli również swój związek finalizować.

Zdecydowaną większość przysiąg małżeńskich zawarto pomiędzy Powstańcami, biorącymi czynny udział w walkach żołnierzami Armii Krajowej, których liczbę na początku sierpnia ’44 szacuje się wedle różnych źródeł na 40-50 tysięcy. Przeważająca w stolicy ludność cywilna skupiała się na przeżyciu jeszcze jednego dnia w warszawskim piekle. Żenili się głównie Powstańcy.

Spośród 256 ślubów, które zawarto w tak niezwykłych okolicznościach, nie sposób dokonać wyboru tego największego, najbardziej niezwykłego i najbardziej znaczącego – każdy z natury swej rzeczy (i natury niezwykłego czasu) musiał być siłą rzeczy wyjątkowy. Powstańcy zaś decydowali się na oficjalny związek z kilku powodów.

Jak pisze Anna Swatowska: „Ślub dawał nadzieję. Zawarty w kościele katolickim stawał się, dla ówczesnej młodzieży, wartością, której podtrzymanie wydawało się niemożliwe w rzeczywistości powstańczej. Był próbą powrotu do normalnego życia, stawał się namiastką dawnej przedwojennej rzeczywistości”.

Pokolenie urodzone około 1920 roku, na potrzeby szkolnej edukacji zwane „Pokoleniem Kolumbów”, miało wpojone nie tylko bardzo silne przywiązanie do własnej suwerenności, własnego języka, myśli, religii, wolności i kultury – wartości, cenę których dziś nie sposób nam sobie wyobrazić i w pełni pojąć. Pamiętajmy również, że byli to przede wszystkim młodzi ludzie – skorzy do miłostek, łatwych wzruszeń, zrywów serca i emocji, które pod wpływem „powstańczej apokalipsy” dojrzewały, a w obliczu czyhającej zewsząd śmierci prowokowały do podjęcia poważnych decyzji, które miał „coś” znaczyć.

Taką, dla wielu wydawałoby się dziś pochopną, decyzję podjęła siedemnastoletnia wówczas Beata Rybińska, która wyszła za mąż za ciężko rannego żołnierza AK.
– W gabinecie ojca z pomocą ciotki Zosi zrobiono bardzo piękny ołtarzyk. Powieszono prześliczną ikonę Matki Boskiej. Przyniesiono świece i kwiatki pozrywane z okolicznych balkonów i podwórek. Potem ustawiono klęcznik mojej babki dla mnie, a dla Leszka leżankę. Dostałam również ze szpitala biały fartuch chirurgiczny, wiązany na tasiemki, z kieszonką – to była moja suknia. Na głowę zrobili mi wianek z biało-czerwonych pelargonii. Na rękawie miałam opaskę powstańczą.

Fryzjer, którego zakład spalił się naprzeciwko, i ojciec go przygarnął, był szczęśliwy, że będzie mógł mnie uczesać do ślubu, bo uratował wszystkie swoje przyrządy. Leszkowi ogolili brodę, podcięli włosy i był w swojej panterce, którą wypraliśmy i suszyliśmy w nocy żelazkiem. Spodnie miał frakowe. Szedł, opierając się na moich ramionach. Osób było ponad 100. Cały nasz oddział doszedł w chwili naszej przysięgi małżeńskiej. Był 3 września 1944 r. godzina 12.00. Stanęli za nami. Patrzyłam na nich, wielu miało pozawijane głowy, ręce na temblakach, opierali się na kulach. Nie było prawie zdrowego człowieka. (Oddział liczył 94 osoby, a po powstaniu zostało 16). W tym czasie miał miejsce silny nalot na naszą dzielnicę i słychać było wybuchy bomb.

Ksiądz wygłosił piękną mowę, nawiązując do rodziny polskiej, której w tym dniu było akurat święto. Potem nastąpiły wzruszające życzenia. Najpierw ojca, który był jedyny z rodziny, a później życzenia w imieniu nieobecnej mamy, sióstr i rodziców Leszka. Potem przeszliśmy do stołowego pokoju, gdzie zgromadzono wszystkie sprzęty nadające się do siedzenia.

Józef Siudakowski, stary służący dziadków, przyniósł śliwowicę. Chłopcy suchą kiełbasę, suchary, kompot z truskawek. Dostałam też butelkę perfum od kogoś, kto szedł na nasz ślub, kiedy akurat zbombardowali perfumerię. Były też kanapki z ostatnich dwóch pomidorów, resztki chleba i pudełko sardynek. To było całe przyjęcie. Potem nastąpiły toasty: niech żyje Polska!, niech żyje gen. Bór!, niech żyją „Patowie” (to był pseudonim mego męża).

Potem prof. Stebelski powiedział wstrząsającą, optymistyczną mowę, mimo że właśnie stracił jedynego syna, a przedtem umarła mu żona. Patrzył czule na chłopców słabych od niewyspania, rannych, a do mnie powiedział, że to jest najszczęśliwszy dzień jego życia. Zastanawiałam się, dlaczego tak powiedział. Może dlatego, że udało mu się podnieść na duchu po tym, co przeżył, i dać innym radość? Ja się pobeczałam. Potem Józef Siudakowski przyniósł szrapnel – jeszcze gorący, który spadł na nasz dach – jako prezent dla nas.

Do najsłynniejszego powstańczego ślubu (najsłynniejszego, bo uwiecznionego na filmie i mojej ulubionej fotografii autorstwa Eugeniusza Lokajskiego) doszło 13 sierpnia.
Ona – Lilka Treutler – była sanitariuszką w batalionie „Kiliński“. On – Bolesław Biega „Pająk” służył w podziemnej podchorążówce, szkolił młodzież w obsłudze broni, a w pierwszych dniach sierpnia został ranny w rękę, której zresztą omal mu nie amputowano.

Na słynnej fotografii (na początku artykułu) – ona w jasnej sukience i ciemnej spódnicy z zawieszonym w Stule wzrokiem, on z ręką na temblaku, w pożyczonym mundurze spogląda w oczy kapelana. Oboje młodzi i piękni, z biało-czerwonymi, akowskimi opaskami na ramionach i widoczną na zamyślonych twarzach okupacyjną blizną.

O ślubie decydowała chwila. Jedna myśl podjęta w obliczu piekła żarzącego się miasta. Wspomina Bolesław Biega:
– „Frasza” (Franciszek Szafranek), dowódca kompanii też został ranny następnego dnia przy zdobywaniu poczty. Tak, że dowództwo nad kompanią objął mój przyjaciel Staszek Brzosko, dlatego ciągle wspominam Brzosko, który objął dowództwo nad 2. kompanią. Ja byłem dowódcą jednego plutonu, on był dowódca drugiego plutonu, ja byłem ranny, a on objął dowództwo nad kompanią.

„Frasza” mówi: „No, dlaczego wy się nie pobierzecie?”. Mówię: „No jak w takiej sytuacji możemy się pobrać?”. – „Ja to załatwię”. Przez gońca posłał notatkę do dowództwa batalionu i wieczorem goniec wrócił, że kapelan batalionowy „Corda” przyszedł dać nam ślub. Zaraz „Frasza” posłał gońca na pocztę powiedzieć Lili, że jutro ma być jej ślub o godzinie jedenastej i niech się stawi. I przyszła.

Jak widać na fotografii, miałem całą rękę w gipsie. Nienajgorzej się czułem, [ale] bolało, oczywiście, że bolało. Miałem ranę na nodze, ale jakoś nienajgorzej się czułem. Żona Vitali, Rysia Vitali chciała nam dać ich obrączki, ale ja odmówiłem. Myśmy używali tych kółek od firanek jako obrączki. Gdzieś od kogoś dostali mundur, bo ja byłem po cywilnemu, tylko z… opaską. Jakoś mnie na ślub w ten mundur ubrali, dlatego na zdjęciach jestem w mundurze, a to nie był mój mundur.

W „Adrii” po drugiej stronie ulicy była jednostka propagandowa Armii Krajowej. Jak usłyszeli, że po drugiej stronie ulicy odbywa się ślub, to przybiegli z aparatami i [kamerami] filmowymi, i Lokajski ze swoim aparatem. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Powstańcze uczucie Bolesława i Lilky, którzy mieszkają na stałe w Nowym Jorku, przetrwało do dziś.

Dowódca Powstania Antoni Chruściel „Monter” widząc silną potrzebę wiązania się młodych ludzi w tych ciężkich dniach wydał 18 sierpnia rozkaz, który regulował, w świetle prawa, sposób zawierania małżeństw w trakcie trwania Powstania Warszawskiego.

Ułatwiali przyjęcie sakramentu małżeństwa również kapelani i księża. Jak czytamy w artykule Anny Swatowskiej: – Zapowiedzi wygłaszano tylko raz, a sama ceremonia zaślubin była bardzo krótka. W przypadku ślubu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Jadwigi Wolskiej nie trwała ona dłużej niż siedem minut („Kurier z Warszawy”).

Dla zakochanych nie liczył się strój i kolacja weselna, która w tych okolicznościach ograniczała się zazwyczaj do symbolicznego poczęstunku.
W miarę możliwości starano się jednak, aby ten wyjątkowy dzień w życiu nowo poślubionych, choć w pewnym stopniu kojarzył się uroczyście.
Pan młody zakładał więc mundur, a niekiedy i zdobyczną, słynną „panterkę” (czyli niemiecką kurtkę maskującą, które Powstańcy zdobyli w magazynach na Stawkach).

Podczas „wesela” goście częstowani byli z reguły małą kromką chleba posmarowaną marmoladą, kawałkiem naprędce upieczonego placka z mąki, kieliszkiem czystego spirytusu i papierosem. Byli i tacy, którym się poszczęściło i mieli wesele, o którym inni mogli zaledwie pomarzyć, choć rzecz jasna to nie ono było w tych dniach najważniejsze.
– Dopiero później skończył się atak i urządzili ucztę weselną na poczcie, bo myśmy (zdobyli) wielkie magazyny. Były sardynki francuskie, angielskie papierosy, były francuskie wina zdobyte od Niemców” – wspomina Bolesław Biega. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Jak policzyli historycy w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego związek małżeński zawarło 256 par. Wiele spośród nich cieszyło się sobą zaledwie kilka dni, a czasami i godzin. W 2008 roku powstał film „Epidemia miłości” w reżyserii Macieja Piwowarczuka (dostępny w polskiej oraz angielskiej wersji językowej) opowiadający o związkach małżeńskich w Powstaniu Warszawskim.

Artykuł dedykuję:
Damianowi i Natalii Kacprzak
oraz
Piotrowi i Marcie Zawadowskim,
którzy ostatnio związali się przysięgą małżeńską

Źródła
– „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).
– „Powstańczy Ślub” – dodatek specjalny „Rzeczpospolita” z 4.IX 2004 r.
– „Miłość i małżeństwa w Powstaniu Warszawskim” – Anna Swatowska

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s