KAPRAL NA MONTE CASSINO

Jan Piotrowski ZdjęcieStraszliwy widok przedstawiało pobojowisko. Naprzód zwały niewystrzelonej amunicji wszelkiego kalibru i każdej broni. Gdzieniegdzie stosy min. Trupy żołnierzy polskich i niemieckich, czasem splecione w ostatnim śmiertelnym zwarciu. Powietrze przesycone wyziewami rozkładających się zwłok. (…) A potem ruiny klasztoru. | Ze wspomnień gen. Władysława Andersa.

Mój pradziadek Władysław Piotrowski, o którego śmierci w obozie Auschwitz pisałem w artykule „Więzień numer 62754” miał brata. Jan Piotrowski, syn Józefa i Julianny z Pakułów, urodził się 26 kwietnia 1905 roku w Łaszczynie, niedaleko Rawy Mazowieckiej. To jedna z tych postaci, która w sposób szalenie dobitny symbolizuje los polskiego żołnierza w okresie II wojny światowej, a ten by wrócić do ojczyzny, musiał pokonać długą i szalenie trudną drogę naznaczoną mogiłami przyjaciół-kompanów.

Historia mojego dalekiego krewnego jest ponadto doskonałym pretekstem do przypomnienia jednej z najbardziej zaciętych bitw II wojny światowej – walk o Monte Cassino, w której to brał udział i został odznaczony Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Gwiazdą Italii. Legendarny II Korpus generała Andersa, w którym służył mój krewny, przelał we Włoszech krew za „wolność naszą i Waszą”, w zamian nie otrzymując od sojuszników niczego, prócz wiecznej chwały.

Italia 1946

– Ucieczka za Andersem –

Kiedy 1 września 1939 roku w godzinach wczesno porannych zastępy hitlerowskich czołgów przekroczyły granicę II Rzeczpospolitej, a Szlezwik-Holstein ostrzelał po raz pierwszy Wojskową Składnicę Tranzytową na Westerplatte rozpoczynając tym samym najbardziej okrutną wojnę w historii nowożytnego świata, Jan Piotrowski znalazł się w Wileńskiej Brygadzie Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Konstantego Druckiego-Lubeckiego, która wchodziła w skład Północnego Zgrupowania Armii „Prusy”, a w nocy z 31 sierpnia na 1 września wyładowała się w Koluszkach i Rogowie z transportu kolejowego.

W składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii (w skrócie WBK) znajdowało się sześć oddziałów (między innymi uznane pułki Ułanów), niestety nie wiadomo, do której konkretnie należał brat mojego pradziada. Ta wielka jednostka kawalerii Wojska Polskiego, chluba naszego oręża, nie mogła sprostać nowoczesnej armii Hitlera, która w Polsce po raz pierwszy udowodniła niszczycielską siłę taktyki Blitzkriegu. Część oddziałów WBK w drugiej połowie września weszły w skład Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. bryg. Władysława Andersa, a podczas przebijania się na Węgry zostały rozbite i otoczone przez nacierającą ze wschodu Armię Czerwoną.

Do sowieckiej niewoli trafiły tysiące polskich żołnierzy, w tym mój krewny. Kapral Jan Piotrowski nie podzielił jednak losu 22 tysięcy pomordowanych przez NKWD w Katyniu. Niżsi rangą żołnierze zostali wysłani bydlęcymi wagonami na wschód i trafili do obozów koncentracyjnych Gułagu. Niewola dobiegła końca wraz z atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki w 1941 roku, po którym, przynajmniej oficjalnie, Polski Rząd na Uchodźstwie w Londynie i władze ZSRR związały się sojuszem, co po zawarciu układu Sikorski-Majski i tzw. amnestii dla obywateli polskich z Rzeczypospolitej, umożliwiło Janowi Piotrowskiemu oraz tysiącom Polaków opuszczenie obozów i trafienie do tzw. Armii Andersa.

Dziesiątkowana przez głód, mróz i malarię Armia, dopiero w okresie ofensywy niemieckiej na Kaukaz i bitwy o Stalingrad uzyskała zgodę Stalina na ewakuację już sformowanych oddziałów do Iranu, Iraku, aż wreszcie Palestyny, gdzie Polacy trafili pod brytyjskie rozkazy i mogli zostać, już jako II Korpus Polski, przetransportowani na front włoski.
Nie dysponuję żadnymi dokumentami, które dałyby wskazówki co do losów Jana Piotrowskiego tym okresie, nie mam jednak wątpliwości, że przebył on całą drogą wraz z Armią Andersa, a na przełomie 1943/1944 trafił do Italii.

Żołnierze

– Czy widzisz te gruzy na szczycie… –

Alianci przez cztery miesiące (od połowy stycznia do połowy maja 1944 roku) bezskutecznie starali się sforsować niemiecką Linią Gustawa – rozciągające się wzdłuż rzek: Garigliano, Rapido, Sangro na długości 130 km, z kluczową pozycją obronną wojsk niemieckich na wzgórzu Monte Cassino umocnienia, które dzięki swemu położeniu, uniemożliwiały dotarcie Aliantom do Rzymu.

Podczas trzech morderczych bitw zadaniu nie sprostali Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Nowozelandczycy i Hindusi. 24 marca 1944 roku gen. Olivier Leese, dowódca brytyjskiej 8. Armii, zaproponował gen. Andersowi, dowódcy 2. Korpusu Polskiego, zadanie przełamania niemieckiej obrony na Monte Cassino, zdobycie klasztoru i otworzenie drogi Sprzymierzonym do Wiecznego Miasta.

Dla bijącego się z myślami Andersa, który zdawał sobie sprawę z sytuacji politycznej i który wierzył, że tylko dzięki obiegającym cały świat zwycięstwami polskiego orężą możliwe będzie zwrócenie uwagi wszystkich narodów na sprawę polską, stało się jasne, że musi podjąć się tego zadania. Choć w głowach pochodzących w dużej mierze z kresów wschodnich żołnierzy, którzy zaczęli zdawać sobie sprawę, że ich rodzinne miasta po wojnie nie będą już należeć do Rzeczpospolitej, a Związku Radzieckiego, kłębiły się złe myśli, nikt nie miał wątpliwości, że Polacy podejmą się swego zadania z pasją.

M Cassino For your freedom

„Ich motywy były równie oczywiste, co proste. Chcieli tylko zabijać Niemców” – wspominał brytyjski oficer, który był świadkiem bitwy o Monte Cassino. Inni dochodzili do podobnych wniosku. Uważali niekiedy, że Polacy gardzą Anglikami i Amerykanami:
„Uważali, że zbyt mało się wszystkim przejmujemy, bo nie dyszymy przez cały czas ślepą nienawiścią do Niemców”.

11 maja Jan Piotrowski i jego kompani poznali rozkaz dowódcy:
„Żołnierze! Kochani moi Bracia i Dzieci. Nadeszła chwila bitwy. Długo czekaliśmy na tę chwilę odwetu i zemsty nad odwiecznym naszym wrogiem. Obok nas walczyć będą dywizje brytyjskie, amerykańskie, kanadyjskie, nowozelandzkie, walczyć będą Francuzi, Włosi oraz dywizje hinduskie. Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego Narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. Niech lew mieszka w Waszym sercu.
Żołnierze – za bandycką napaść Niemców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony wywiezionych Polaków jako niewolników do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę – z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych Bóg, Honor i Ojczyzna.”
– Generał dywizji Władysław Anders

– W piekle –

Dzień później 12 maja 1944 roku o godzinie 1:00 w nocy Polacy zstąpili do piekieł. Rozpoczęła się czwarta bitwa o zdobycie strategicznych pozycji na czele ze wzgórzem Monte Cassino, na szczycie którego znajdował się średniowieczny, zabytkowy klasztor – po marcowych bombardowaniach Aliantów zrównany niemal z ziemią.
Ten szaleńczy bój porównywany jedynie z bitwą pod Stalingradem, Inwazją w Normandii i Powstaniem Warszawskim pochłonął do momentu polskiego ataku ponad 50 tysięcy istnień – wśród żołnierzy alianckich i niespełna 20 tysięcy Niemców.

Polacy mieli naprzeciw siebie najlepszą, zdaniem wielu fachowców, jednostkę II wojny światowej. Niemiecka 1 Dywizja Spadochronowa pod dowództwem generała Heidricha, choć wykończona czteromiesięczną bitwą, nadal stawiała nieludzki wręcz opór.
„Niektórzy wygrzebali się na powietrze tylko po to, by ponownie zostać pogrzebanym… Całe sekcje legły pokotem pod bombami… wszyscy zatykali sobie uszy, a większość przemieszczała się w zwartych szykach tak, by uniknąć rozproszenia podmuchem detonacji” – wspominał po latach piekło Monte Cassino jeden z niemieckich żołnierzy.

„Piekło” to bodaj najczęściej używane pojęcie w odniesieniu do tego, co działo się podczas decydujących uderzeń na masyw w maju 1944 roku.
„Rozpętało się piekło – wspominał kapral Zbigniew Fleszar. – Między nami zaczęły rozrywać się pociski ciężkiego kalibru. (…) Wybuchy brzmiały jak odchrząkiwania jakiegoś olbrzyma. Miałem niezwykłe pragnienie – stać się jednym z najmniejszych kamyków pod jedną z największych skał”.

Pełen przejęcia opis tamtych dni zapisał również Feliks Konarski – autor legendarnej pieśni „Czerwone maki nad Monte Cassino”, który jadąc ciężarówką, z oddali śledził bitwę.
„Momentami błyski następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że tworzyły na ogromnej połaci czarnego nieba jedno długie białe pasmo. Tam jest Monte Cassino. Tam dzieje się coś, czego jeszcze w tej chwili nie mogę objąć myślą. Wyczuwam tylko, że gdzieś pod białym pasmem rozwarło się piekło. Tam oni biją się o klasztor… Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy… (…) I nagle… Samo przyszło… Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje, jak szczur / Musicie… Musicie… Musicie / Za kark wziąć i strącić go z chmur (…)”

„Czerwone maki” staną się czymś więcej niż piosenką. Po wojnie będzie to utwór, przy którym, jak przy hymnie, należało zachować powagę i nie wolno było tańczyć, zresztą stopień emocji, jaki towarzyszył słynnej pieśni znakomicie oddaje kultowa scena wykonania „Czerwonych maków” w filmie Andrzeja Wajdy „Popiół i diament”, w której grany przez Zbigniewa Cybulskiego Maciej Chełmicki pije za pamięć kolegów podpalony spirytus.

PozwolenieKonarski był wieziony w okolice Monte Cassino ciężarówką. Być może tą samą, którą jeździł mój krewny. Kapral Jan Piotrowski uzyskał jeszcze w marcu 1943 roku pozwolenie na prowadzenie wojskowych samochodów ciężarowych, a jeden z dokumentów sugeruje, że należał do Kampanii Warsztatowej 2 Brygady Czołgów. Ponieważ jesteśmy pewni, że znajdował się w tamtych dniach wraz z II Korpusem pod Monte Cassino nasuwa się pytanie: Czy bezpośrednio, czy tylko pośrednio brał udział w bitwie? – Warto pamiętać, że w pewnym momencie szaleńczych, często toczonych w nocy, walk o Monte Cassino polscy dowódcy nie chcąc tracić cudem wywalczonych pozycji posyłali do ataku wszystkich podopiecznych – z kierowcami i kucharzami na czele. Czy jednak kapral Jan Piotrowski starł się w wrogiem pośród stromych skał niezdobytych wzniesień – nie wiem – choć przyznane potem odznaczenia mogą sugerować, że co najmniej znajdował się bardzo blisko najważniejszych wydarzeń i niewątpliwie przyczynił się do ostatecznej wiktorii.

Po pierwszym zakończonym fiaskiem natarciu Polacy ponowili atak wieczorem 16 maja. Zażarte walki ze spadochroniarzami, brak amunicji i zapasów, a do tego zalewający wszystko ogień artylerii niemieckiej, spowodował, że w szeregach Polaków pojawiły się oznaki histerii. I gdy wydawało się, że nic już nie uratuje załamanych żołnierzy wydarzyło się coś, co nie mieści się w rozumowych ramach pojmowania tego świata.
„Któryś z żołnierzy wolno staje na nogi, a potem siada po turecku, jakby był w parku. Słychać strzał i pada martwy. Inni, kuląc się bezradnie, zaczynają rzucać w Niemców kamieniami. I nagle, nie do wiary, ktoś (sierżant Czapliński) zaczyna śpiewać polski hymn narodowy: <>. Wszyscy żołnierze przyłączają się do chóru na szczycie Colle Sant’ Angelo, góry śmierci”.

Polacy utrzymali pozycję, a drugi atak przyniósł przełom na polskim odcinku: zdobyto i utrzymano „Widmo”, „593”, „Monte Castellone” i „Massa Albaneta, co w połączeniu z brytyjskim manewrem zadecydowało o ucieczce Niemców o 15 kilometrów w głąb Półwyspu Apenińskiego, na tzw. „Linię Hitlera”. Polacy przechwycili meldunek niemiecki o wycofaniu się z klasztoru.

PolishFlagMonteCassino2– Biało-czerwona flaga nad Monte Cassino –

Nazajutrz pułkownik Łakiński dostrzegł zetkniętą w ruiny klasztoru białą flagę i po przekazaniu tej niewiarygodnej informacji przełożonym na szczyt wysłano patrol z 1. Szwadronu 12 Pułku Ułanów Podolskich pod dowództwem podporucznika Kazimierza Gurbiela (na początku patrol miał pochodzić z piechoty, ale z wykończonych bitwą oddziałów nikt nie był w stanie ruszyć w drogę).

Gdy Polacy znaleźli się w klasztorze ich oczom ukazał się przerażający widok. Smród rozkładających się ciał, przysypanych gruzem, nierzadko leżących w śmiertelnym zwarciu, gdy śmierć następowała w momencie walki wręcz na bagnety, w połączeniu z ruinami średniowiecznego klasztoru, pozbawionym głowy posągiem Świętego Benedykta i przerażonymi na widok Polaków kilkunastoma rannymi niemieckimi żołnierzami mógł odebrać rozum. Monte Cassino zostało zdobyte.

O godzinie 9.50 Gurbiel wbił gałąź z naprędce uszytym proporcem 12. Pułku Ułanów Podolskich (zszytym z flagi Czerwonego Krzyża i chustki do nosa), a wkrótce na szczycie zawisła również i biało-czeerwona flaga. W samo południe na ruinach klasztoru Monte Cassino polski żołnierz, plutonowy Emil Czech, odegrał na ruinach klasztoru hejnał mariacki, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy.
„Coś ścisnęło mnie za gardło, gdy wśród pobrzmiewającego echem huku dział dobiegły z opactwa dźwięki hejnału. (…) Ci żołnierze, zahartowani w wielu bitwach, którzy aż za dobrze poznali wstrząsającą rozrzutność śmierci na zboczach Monte Cassino, płakali jak dzieci, gdy po latach tułaczki usłyszeli nie z radia, ale z dotąd niezwyciężonej niemieckiej twierdzy głos Polski, melodię hejnału”.

Opanowanie Monte Cassino umożliwiło Brytyjczykom wejście w dolinę rzeki Liri, a w konsekwencji uderzenie na Rzym. Pierwsza europejska stolica została uwolniona spod jarzma hitleryzmu 4 czerwca. Opanowanie Wiecznego Miasta zajęło więc zaledwie dwa tygodnie. Zdobycie Monte Cassino – cztery miesiące.

Nie mogą zatem dziwić słowa generała Harolda Alexandra, dowódcy 15 Grupy Armii, który skierował do 2 Korpusu Polskiego rozkaz, w którym dziękował im za zwycięstwo:
„Żołnierze 2 Polskiego Korpusu! Jeżeliby mi dano do wyboru między którymikolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Was – Polaków.”

2 Korpus Polski

– Przechodniu powiedz… –

Zbudowany na płaskim odcinku terenu pomiędzy Monte Cassino i wzgórzem „593” Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w miejscu, którym szły główne natarcia 3 Dywizji Strzelców Karpackich i skąd po bitwie miały zakwitnąć maki „czerwieńsze, bo z polskiej wzrosły krwi”. Jest to jeden z najważniejszych dla Polaków miejsc pamięci narodowej. Setki krzyży ozdobiono różańcami oraz dwoma sentencjami: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie” oraz „Za naszą i waszą wolność my żołnierze polscy oddaliśmy Bogu ducha, ciało ziemi włoskiej, a serca Polsce”. Spoczywa tu 1072 poległych żołnierzy Rzeczypospolitej, w tym pochowany na własne życzenie w 1970 roku generał Władysław Anders.

Jan Piotrowski, uczestnik tych niezwykłych wydarzeń, został odznaczony m.in.: Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Gwiazdą Italii.

Legitymacja Krzyż pamiątkowy Monte Cassino
Po zakończeniu wojny wyemigrował do Szkocji, skąd wrócił do mieszkającej w Polsce żony Marii (z domu Lesiak) i dwójki dzieci (Zenona i Aleksandry). W przeciwieństwie do wielu walczących w Armii Polskiej na Zachodzie, którzy po wojnie zdecydowali się wrócić do rządzonego przez komunistów kraju, miał sporo szczęścia. Nie był szczególnie represjonowany – co tydzień musiał jedynie meldować się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Zmarł w 1956 roku i pochowany jest w rodzinnej miejscowości w Łaszczynie.

Źródła
– Mathew Parker: Monte Cassino: Opowieść o najbardziej zaciętej bitwie II wojny światowej. Przekład Robert Bartołd. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2005. ISBN 83-73-01615-5.
– Gazety Wojenne, nr 56 („Monte Cassino”)
– Władysław Anders, Bez ostatniego rozdziału, Londyn 1949.
Foto: własne (archiwum rodzinne)

Artykuł może być aktualizowany w skutek poznania nowych faktów lub w wyniku sprostowań.

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s