Monthly Archives: Luty 2013

RECENZJA FILMU: TAJEMNICE WESTERPLATTE

1Film osadzony w ścisłych historycznych ramach podlega nieco innemu kryterium oceny, niż fabularne dzieło zrodzone z czystej fikcji. Zapewne dlatego „Tajemnice Westerplatte” w reżyserii Pawła Chochlewa wzbudziły wśród krytyków i samej widowni tak wielkie kontrowersje. Obraz, choć potrafił przekazać w sposób umiejętny pewne ważne dla tej historii emocje, niewłaściwie rozłożył akcenty, a ma na sumieniu również inne poważne grzechy.

Film nie jest ani tak tragiczny, jak skłonni są uważać wołający o pomstę do nieba za obrazoburcze ich zdaniem obrazki ukazujące pijanych żołnierzy piewcy polskiej mitologii, ani tak dobry, jak twierdzą pałający chorobliwą wręcz potrzebą odbrązowienia naszych narodowych legend światli znawcy dziesiątej muzy.

Jest przeciętny, bo choć przekazuje ogromną dawkę ważnych emocji, zawodzi z powodu banalnego scenariusza i sztucznych dialogów. Jest przeciętny, bo choć oszczędnie dawkuje patos i nie obrzuca nas martyrologicznym tonem, rozczarowuje papierowymi charakterami i nieumiejętnym rozłożeniem quasi-historycznych akcentów.

Okładka książki "Tajemnice Westerplatte" - PawłaChochlewa i Aldony Rogulskiej-Batory

Okładka książki „Tajemnice Westerplatte” – PawłaChochlewa i Aldony Rogulskiej-Batory

Historia, w tym historia Polski w czasie II wojny światowej, nie jest ani czarna, ani biała. Kto uważa, że wśród Lwów z Westerplatte, Powstańców Warszawskich, czy zdobywców Monte Cassino byli tylko posągowi herosi ten jest zwyczajnie naiwny. Zapewne i wśród obrońców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte znaleźli się ludzie o słabszych charakterach, którzy w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa drżeli o własną skórę.

Paweł Chochlew rozkłada tu jednak akcenty w sposób koniec końców nieuczciwy, choć nie mam powodu uważać, że uczynił to umyślnie i wolę myśleć, że to błąd debiutującego na dużym ekranie reżysera. Wielce bowiem prawdopodobne, że pojawiający się na ekranie pijani żołnierze oraz dezerterzy nie są wyssanym z palca fantazmatem twórców filmu (niech na ten temat wypowiedzą się zawodowi historycy), ale częstotliwość z jaką Chochlew przesuwa ich na pierwszy plan swej opowieści, jest już zwykłym wypaczeniem.

Gdyby było inaczej, dwustu żołnierzy nie zdołałoby stawić oporu i to przez siedem dni czterem tysiącom lepiej uzbrojonych, wspomaganych ciężką artylerią oraz lotnictwem najeźdźcom zza zachodniej granicy. Czy ten sposób prezentacji fabuły powinien nas dziwić? Chyba nie, bo najnowszym krzykiem intelektualnej mody jest wszakże kwitować wszelki wysiłek Polaków żyjących w pierwszej połowie XX wieku cynicznym uśmiechem.

Bez względu jednak na to, w jak efektowny sposób ów „nowoczesny” punkt widzenia prezentuje Kuba Wojewódzki, mainstreamowi recenzenci i popularne media, odwaga nie przestaje być odwagą, poświęcenie nie staje się głupotą, a poczucie obowiązku – naiwnością, tylko dlatego, że słowa te są dziś wyeksploatowane, a ich dodatkowy sens został z biegiem lat przez nas naddany, w myśl „świętej” zasady wyśmiewania wszystkiego, co nie mieści się we współczesnych ramach pojmowania świata. Współczesny Polak nie jest w stanie, widać to wyraźnie w obrazie Pawła Chochlewa, pojąć hierarchii wartości, którą wpojono jego żyjącemu kilkadziesiąt lat temu przodkowi. Gorzej, gdy nie okazuje jej szacunku i ma ją za wynaturzoną tragikomedię.

W2

Ruiny koszar obecnie (fot. Basia Łapka)

Dlatego tak bardzo dziwiło mnie, gdy w jednej z ostatnich scen filmu mowa jest nagle o wielkim poświęceniu żołnierzy i ich niepospolitym męstwie. Dziwiło mnie nie dlatego, że wątpię w prawdziwość takiego stanu rzeczy, lecz ponieważ na ekranie nie było to dostatecznie wyeksponowane. To dobrze, że twórcy filmu nie chcieli stworzyć obrazu pełnego mdłego patosu, lecz podczas rozpaczliwej ucieczki od romantycznych mitów, sami wpędzili się w kozi róg pełen niczym nieusprawiedliwionych dwuznaczności.

Na Westerplatte nie było miejsca na mięczaków, ludzi bez odpowiedniego kręgosłupa moralnego. Oddział stacjonujący na Półwyspie został starannie wyselekcjonowany i składał się z niezwykle karnych, odpornych psychicznie i sprawnych fizycznie mężczyzn (warunkiem było poza polskim obywatelstwem, również wyznanie katolickie), którzy doskonale zdawali sobie sprawę, w jak specyficznym miejscu się znaleźli, a ponadto przez wiele tygodni przygotowywano ich do mających nastąpić warunków ekstremalnych. Chochlew zdał się o tym zupełnie zapomnieć; nie wziął tego pod uwagę, co dziwi, bo w innych sprawach stara się być przesadnie wiernym dokumentom.

Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z fikcją, a historią której nie sposób wyabstrahować z konkretnego miejsca, czasu, okoliczności i kontekstu. Zabrakło mi zwłaszcza tego ostatniego. Skoro bowiem major Henryk Sucharski cierpi na ataki epilepsji, a jest to postać dla obrazu fundamentalna, brak choćby zdawkowego komentarza o przyczynach jego psycho-fizycznej niedyspozycji wprowadza mniej zorientowanego widza w błąd.

Plakat 1Reżyser i zarazem scenarzysta „Tajemnic Westerplatte” postanowił nie wpisywać się (słusznie, czy nie, niech ocenią to historycy – mnie ten zabieg wydał się uczciwym) w trend, który czynił z Sucharskiego tchórza i wywyższał jego zastępcę Franciszka Dąbrowskiego do rangi jedynego bohatera. Próbując ukazać ten fascynujący w założeniu i niestety przeciętnie zrealizowany (głównie za sprawą kiepskich dialogów i mało przekonującego Roberta Żołędziewskiego w roli kpt. „Kuby” Dąbrowskiego) konflikt na linii: zasłużony, dojrzały dowódca – młody, pełen pasji zastępca, twórcy filmu polegli raz jeszcze.

Szkoda zwłaszcza, że tego drugiego pozbawił autentyzmu. Filmowy kapitan Dąbrowski, jedna z postaci, na którym opiera się główna oś fabularna, miast stać się widzącym sens w walce do ostatniego naboju oddanym sprawie patriotą, którym de facto był i to także opinii historyków, okazał się w skutek kiepsko napisanego scenariusza – postacią nie z krwi i kości, a jedynie jałową rolą nasuwającą na myśl kreacje psychopatycznego szaleńca.

Kilka razy reżyser spróbował też (a może to tylko złudzenie?), puścić do widza oko, czy też bardziej zachęcić go do intelektualnej gry w sens znaczenia pojęcia „wojna po latach”. Nie potrafię, bo okazałem się widocznie widzem o zbyt ciasnych horyzontach, odszyfrować sensu ukrytego w jednej najciekawszych scen – rozmowie zalanego w sztok oficera (najlepsza w filmie rola, wykreowana przez Mirosława Bakę) z kpt. Dąbrowskim, podczas której ten pierwszy (po uprzednim, ostentacyjnym, oddaniu moczu na propagandowy plakat) wypowiada słowa: „Przegramy, bo na to zasługujemy”. Bez względu na to, pod jak awangardowym płaszczykiem myślowym mieści się odpowiedź na to pytanie, osobiście wydała mi się ona wulgarnym robieniem „sztuki dla sztuki”.

Wspomnijmy jednakowoż, że „Tajemnice Westerplatte” znakomicie oddają grozę, jaką odczuwali (tak przynajmniej można przypuszczać) pozbawieni pomocy z zewnątrz i pozostawieni na łaskę losu żołnierze-straceńcy, egzystujący w świecie regulowanym nie przez pory dnia, a następujące po sobie fale wściekłych, niemieckich ataków.

Niemiecki gen. Eberhardt salutuje przed mjr Sucharskim podczas rozmów o poddaniu Westerplatte. W dowód dla waleczności obrońców uznania mjr Sucharski zachował szablę.

Niemiecki gen. Eberhardt salutuje przed mjr Sucharskim podczas rozmów o poddaniu Westerplatte. W dowód dla waleczności obrońców uznania mjr Sucharski zachował szablę.

Emocje towarzyszące nasłuchom radiowym, bombardowaniom, życiu „pod ciągłym ostrzałem”, życiu pachnącym krwią, potem, tytoniem i czarną kawą, nie pozostawiają widza obojętnym, podobnie zresztą jak i przemawiające same za siebie, powściągliwe, pozbawione patetycznego anturażu sceny, które w konsekwencji zrodziły mit o lwach z Westerplatte, a których szukałem być może z większą pazernością, a to z powodu wspomnianej już wcześniej dysproporcji mentalno-historycznej.

Szkoda, że autorzy produkcji zaprzepaścili zalety fatalnym wyważeniem akcentów, kiepskim scenariuszem (ach gdyby wciąż mógł pisać Jerzy Stefan Stawiński), papierowo nakreślonym konfliktem pomiędzy głównymi bohaterami, przerysowaną, karykaturalną wręcz momentami grą aktorską Wesołowskiego, Szyca i Żołędziewskiego oraz kiepskimi efektami specjalnymi (niemiecki desant ukazany w filmie nijak się ma do realiów), które ostatecznie można wybaczyć, bo zdajemy sobie sprawę, że Chochlew dysponował zaledwie ułamkiem budżetu, którym dysponował Steven Spielberg podczas kręcenia, nie wiedzieć czemu często pojawiającego się w kontekście polskiej produkcji, „Szeregowca Ryana”.

Gdyby „Tajemnice Westerplatte” był filmem o fikcyjnej bitwie II wojny światowej zasługiwałby w szkolnej skali ocen na „czwórkę”. Ponieważ jednak nie jest to historia zrodzona z wyobraźni, obraz choć zdał egzamin, czyni to na słabej „trójce”, głównie dzięki kilku świetnie zmontowanym scenom, muzyce A.P. Karczmarka, solidnej kreacji Michała Żebrowskiego i przede wszystkim emocjom. Cóż… Chciałoby się jednak czegoś więcej. Chociażby tytułowej tajemnicy, której w komiksie historycznym Chochlewa zwyczajnie nie ma.


W połowie marca czeka nas premiera „Baczyńskiego” w reżyserii Kordiana Piwowarskiego – film, na który nie ukrywam, czekam z wielkimi nadziejami…

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

ZAMACH W BARZE „ZA KOTARĄ”

StenStary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć.
– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu.

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było zamordowanie Józefa Staszauera –  oficera Oddziału V KG AK i zdrajcy.

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić.

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy tysiące osób wyznania mojżeszowego gniło w piekła getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal.

Podejrzenia powinno wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, że pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników (wszelki ślad po nich zaginął), a Staszauera pozostawiano w spokoju. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli.

Zamach

Plakat filmu „Zamach” z 1958 r.

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwa żołnierze podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta.

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy).

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie.
Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo.

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego karę śmierci.

– Plan –

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia).

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa przybytku). To właśnie ten punkt zostało wytypowane przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na śmierć konfident przebywał najwięcej czasu.

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziła podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski (wiadomym wszakże było, że nie będą za nie płacili) i starali się rozeznać w sytuacji.

Ich zadaniem było: po pierwsze stwierdzić, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i po drugie: obserwować pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni.

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy STEN. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”.

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami). Jak podaje autor artykułu, dostępnego na stronie powstanie-warszawskie-1944.pl: „Ubezpieczenie uzbrojone było w pistolety, granaty i jeden pistolet maszynowy STEN obsługiwany przez „Sokoła”.”

por. Stefan Matuszczyk "Porawa" (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

por. Stefan Matuszczyk „Porawa” (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

– Przypadek? –

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem:
– Jest wsypa. Odwołajcie akcję.

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasnym, że jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar.
Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek. Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta.

Koniec końców „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę w gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru.

– Morze ognia „Pod kotarą” –

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a Doktur siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany.

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy” (źr. powstanie-warszawskie-1944.pl). Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”.

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których również dosięgnął ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina” („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć do lokalu na ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”).

Szubienica– 11 trupów i jedna tajemnica –

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobnież także agentów Gestapo).

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała, jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”.

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W [Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140] pisze:

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski, oraz wspomniana już kelnerka, Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych tu dwu Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.”

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego.

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie – patrz książka telefoniczna, gdzie czytamy: „W. Chojecki”) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech”

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdło się mu ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć.

– Efekty akcji „Za kotarą” –

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko.
„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych.

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.

Na dawnej strony autorstwa Whatfora (powstanie-warszawskie-1944.pl) znajduje się szczegółowy wykaz ofiar i spis uczestników akcji, które przedstawiamy poniżej:

W barze „Za kotarą” zginęli:
1. Józef Staszauer „Aston” – cel zamachu
2. Helena Staszauer – jego żona i współpracownica
3. Eugeniusz Larsch – szwagier Staszauera
4. żona Larscha, szwagierka Staszauera
5. Agent Gestapo
6. Agent Gestapo
7. Henryk Müller – Reichsdeutsch, syn właściciela zakładów w Piastowie
8. Henryk Braun – dyrektor tych zakładów
9. Zygfryd ? – obywatel Rzeszy
10. Adolf Kuratz – Volksdeutsch, Treuhänder Hotelu „Europejskiego”
11. Jerzy Konarzewski „Toruń” – konfident Gestapo z komórki antylewicowej.
Wśród zastrzelonych znalazły się także osoby przypadkowe:
12. Tadeusz Wojciechowski (Tadeusz Chojecki?) – członek Polski Niepodległej
13. Tadeusz Zjawiński – prawdopodobnie klient Chojeckiego
14. Maria Malanowicz-Niedzielska – aktorka pracująca w barze jako kelnerka

W akcji „Za kotarą” wzięli udział, m.in.:
Porawa – ppor. Stefan Matuszczyk
Ryś – ?
Naprawa – pchor. Tadeusz Towarnicki
Nina – Danuta Hubner
Zosia – Zofia Rusecka
Szlak – Bolesław Bąk
Burza – Stanisław Bąk
Doktur – Leon Bąk
Sokół – Bronisław Gwiaździński
Andrzejewski – pchor. Andrzej Zawadzki
Clive – Zbigniew Szumański
Teresa – Iza Horodecka
Gil – Ryszard Duplicki

* * *

Źródła:
– Akcja za kotarą w: http://www.powstanie-warszawskie-1944.pl
– Tomasz Strzembosz „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944” PIW, 1983
– Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, „Przeciw konfidentom i czołgom”, RADEWAN-WANO 1996
– Egzekucja zdrajców w: Strona byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

* * *

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

GRY WOJENNE

CommandosProducenci gier komputerowych sięgają do tematu II wojny światowej równie często, jak sir Winston Churchill sięgał do szklanki pełnej „whisky&soda”. W ciągu kilkunastu ostatnich lat zaowocowało to morzem, liczonych w setkach, tytułów, podchodzących do konfliktu zbrojnego z lat 1939-1945 w rozmaity sposób, w różnym stylu, różnych konwencjach i z różnym skutkiem.

W najbliższy wtorek (26 lutego) w Kinie Łódzkiej Szkoły Filmowej odbędzie się projekcja filmu „Wirtualna wojna” w reżyserii Jacka Bławata. Wyprodukowany dla stacji HBO dokument z wielką sprawnością oddaje fenomen linii łączącej graczy z osadzoną w realiach II wojny światowej grą, a ponadto stara się również zadać intrygujące, choć niebezpieczne pytanie o to, czy gra może choć w małym stopniu oddać obraz wojny.

Ponieważ autor niniejszego artykułu zalicza się do grupy niedzielnych graczy, uzależnieni od wirtualnej rzeczywistości muszą mu wybaczyć braki w używanej terminologii i umiejętności opowiadania o odtwarzanej na monitorach komputerów rzeczywistości. Na łamach niniejszego artykuły chodzi wszakże o dokonanie selekcji tytułów, których ujęcie w kontekście osadzenia w realiach II wojny światowej okazało się z rozmaitych powodów najciekawsze.

De facto chodzi więc o subiektywną ocenę. Intrygujące jest bowiem to, w jaki sposób twórcy gier podchodzili do tematu wojny w swoich produkcjach, a szersza perspektywa na całe zjawisko zatytułowane „gry komputerowe i II wojna światowa”, pozwala dostrzec charakterystyczne tendencje oraz wysnuć refleksje na temat nadziei i obaw związanych z wirtualną formą przedstawiania wojennych tropów.

– Z gnatem na nazistów –

Rynek gier, nie tylko zresztą tych osadzonych w realiach II wojny światowej, zdominowały popularne FPS-y (strzelanki), w których bohater niczym John Rambo staje naprzeciwko hordy nieprzyjaźnie nastawionych, w większości przypadków nazistów i za pomocą dostępnego arsenału dokonuje ich systematycznej i efektownej eliminacji.

Ten rodzaj rozrywki w sposób najpełniejszy oddaje (czy też stara się oddać) piekło walki, co wiąże się z perspektywą oglądanej akcji (świat widzimy oczami naszego protagonisty) i towarzyszących temu doznań. Wśród morza wojennych shooterów zdarzają się produkcje lepsze i słabsze, wspomnieć jednak z pewnością należy o trzech.

Seria Call of Duty (ze stajni Infinity Ward) wysuwa się tutaj w opinii większości graczy na czoło stawki, a to dzięki odwzorowanemu polu walki, interakcji z otoczeniem i udźwiękowianiu poszczególnych tytułów. Dbałość o szczegóły stała się dla twórców Call of Duty tak ważna, że w kolejnych częściach korzystali z konsultacji z osobami, którzy na własnej skórze poznali smak bitewnego zgiełku.

Podobny zabieg stosowano ponoć podczas tworzenia gry Medal of Honor: Allied Assault (z Electronic Arts) – tytułu, który powstał zanim przemierzaliśmy pola bitwy z bohaterami Call of Duty (oni sami go zresztą współtworzyli, by potem stworzyć własną firmę i własnym produkt). To z Medal of Honor pochodzi jedna z najlepszych w historii gier komputerowych sekwencja, zainspirowana słynnym lądowaniem Aliantów na plażach Normandii w czerwcu 1944 roku, którą zawarł w filmie „Szeregowiec Ryan” również Steven Spielberg.

Autentyzm sceny, podczas której kierowany przez nas żołnierz bierze udział w desancie na Plaży Omaha wśród gradu kul, krzyków i ginących kompanów poraził graczy na całym świecie i jest po dziś dzień, choć od premiery tego tytułu minęło jedenaście lat, swoistym wzorem tego, w jaki sposób należy odwzorować w grze chaos pola walki.

Twórcy gier bardzo szybko zauważyli również, że realizm bez wprowadzenia odpowiedniego klimatu rozgrywki, negatywnie wpływa na poziom całego projektu. W trylogii Brothers in Arms (Ubisoft), czerpiącej garściami z popularnego serialu „Kompania Braci”, poza prostolinijnym „idź i zabij wszystko, co stanie ci na drodze” dodano elementy strategiczne (dowodzenie grupką żołnierzy), a całość zanurzono w prostej, choć ciekawej fabule nie rezygnując przy tym z interesującej narracji.

Ci, którzy ponad doznania towarzyszące bieganiu po polu bitwy, cenią strategiczne aspekty II wojny światowej również zostali hojnie obdarowani przez rynek gier. Strategie czasu rzeczywistego (w skrócie RTS) – wśród nich warto wspomnieć o Company of Heroes: Kampania Braci (THQ Inc.), czy Codename Panzers (InnoGlow) – postawiły na balans pomiędzy widzianym z pewnej perspektywy polem walki, a możliwością decydowania o losach nie jednego bohatera, a całych jednostek.

Jeszcze dalej poszli twórcy gier turowych i „ekonomiczno-politycznych” strategii, którzy rezygnując z efektownych wizualizacji, postawili na dokładne odwzorowanie różnych aspektów prowadzenia danej frakcji w zbrojnym konflikcie. Najwyższy poziom osiągnął tutaj Hearts of Iron (z Paradox Interactive) – gra, w której prowadząc jedną ze stron, poza decyzjami związanymi z walką (rozwinięty aspekt dyplomacji), musimy zapanować nad gospodarką naszego kraju, rozwojem różnych gałęzi przemysłu, nowymi technologiami i nastrojami społecznymi. To rzecz jasna propozycja dla osób poszukujących mniej zręcznościowej, a nastawionej bardziej na główkowanie rozgrywki, podczas której będziemy mogli poczuć się, niczym sam Lis Pustyni Erwin Rommel, albo i prezydent Roosevelt.

Screen z gry "Hearts od Iron III"

Screen z gry „Hearts od Iron III”

Warto przy tej okazji wspomnieć o Codename Panzers: Faza 1, która przedstawiła Polaków (w zasadzie tylko jednego, ale przy tego typu sekwencji może być to traktowane, jako emblematyczne dla całej grupy), jako „nie wylewających za kołnierz”, co pewnie jeszcze byśmy jakoś znieśli, natomiast sugestia, jakoby to nasi rodacy sprowokowali wybuch wojny była już grubą przesadą, choć pamiętajmy, że temat ten został pokazany z perspektywy niemieckiego dowódcy, a ten otrzymał wówczas takie, a nie inne rozkazy. Polski dystrybutor zdecydował się z tego powodu na ocenzurowanie gry, usuwając z niej sfałszowany rozkaz i dołączając ulotkę objaśniającą tło historyczne (chodziło o prowokację gliwicką, która miała być rzekomym powodem rozpoczęcia niemieckiej inwazji).

– Na tyłach wroga –

Powieści Alistaira McLeana, czy filmy z serii „Szklana pułapka” stały się inspiracją dla gier, w których rozmaite sposoby rozgrywki koncentrują się wokół tematu przerzuconego na tyły wroga dywersanta. Kultowym tytułem tego podgatunku jest licząca aż pięć tytułów seria Commandos, wyprodukowanych przez hiszpańską firmę Pyro Studios i wydana przez Eidos Interactive

Archetypowi bohaterowie (Zielony Beret, Snajper, Szpieg) i skomplikowane misje (w stylu przemknij niepostrzeżenie przez opanowane przez wroga miasta, a potem zdobądź mundur oficera Wehrmachtu i porwij generała, jednocześnie wysadzając w powietrze niemieckie stanowiska artylerii przeciwlotniczej) spowodowały, że dzieło Pyro Studios stało się jednym z najbardziej kasowych tytułów w historii gier PC. A czy przygody siejących popłoch za linią wroga bohaterów miały coś wspólnego z rzeczywistością? Cóż, czytając wspomnienia chociażby naszych Cichociemnych, nie mamy wątpliwości, że tego typu zadania w trakcie II wojny światowej były wykonywane, choć rzecz jasna nie należy stosować w tym przypadku skali 1:1 pomiędzy grą, a rzeczywistością.

Screen z gry The Saboteur

Screen z gry The Saboteur

Wśród gier tego typu można znaleźć produkcje, które wymuszały od graczy cierpliwości i starannego zaplanowania każdego kroku (zwracanie uwagi wrogich żołnierzy w serii Commandos poprzez podrzucanie paczek papierosów choć nieco zabawne jest tu emblematyczne), inne stawiały na gęstą akcję (The Saboteur) i spryt (ciekawa seria Hidden & Dangerous to jedna z niewielu gier, w której giniemy, jak na prawdziwym polu bitwy, od jednej celnej kuli, a nie piętnastu, jak ma to miejsce w innych grach).

Znalazły się także i takie produkcje, które podejmowały tematy nigdy w grach komputerowych nie wykorzystywany. Ucieczki z obozów jenieckich w Prison of War firmy Wide Games, pomysł wydawałoby się genialny, zapewne stałby się hitem, gdyby za kapitalnym konceptem poszło ciut lepsze wykonanie i przede wszystkim wyższa grywalność. Ucieczka z każdego z czterech obozów (w tym z słynnego Zamku Colditz) dzieliła się w tej grze na dwie fazy. W pierwszej fazie staraliśmy się odkryć wszystkie tajniki obozu, w tym możliwe drogi ucieczki, a w drugiej przystępowaliśmy do działania.

Uciekając z obozu w "The Great Escape" i "Prisoner of War" często zaglądamy przez dziurkę od klucza.

Uciekając z obozu w „The Great Escape” i „Prisoner of War” często zaglądamy przez dziurkę od klucza.

Podobny, składankowy system rozgrywki, uświadczyliśmy w Death to Spies (rosyjskiej Haggard Games), gdzie wcielaliśmy się w przerzuconego na tyły wroga radzieckiego szpiega i wykradaliśmy bezcenne dokumenty, mordowaliśmy wysokich rangą niemieckich oficerów, lub też niszczyliśmy ważne punkty dowodzenia wroga. Choć tytuł przypominał kultowego Hitmana i był nieźlewykonany, został w świecie (z wyjątkiem swojej ojczyzny) przyjęty równie chłodno, jak rosyjska pogoda, zapewne dlatego, że nasz bohater w sercu zamiast amerykańskich gwiazdek miał sierp i młot.

Ogromną dawkę zabawy przyniosła natomiast zaprezentowana w 2003 roku gra wytwórni Pivotal Games pod tytułem The Great Escape, która nawiązywała wprost do słynnego filmu („Wielka ucieczka”) z 1963 roku z Stevem McQueen, Charlsem Bronsonem i Richardem Attenborough w rolach głównych. W grze wcielaliśmy się w czterech żołnierzy alianckich, których zadaniem była ucieczka z niemieckiego obozu jenieckiego Stalag Luft III, a każdy z naszych protagonistów starał się wydostać z niewoli na inny sposób. Znakomity scenariusz (fakt, że oparty na filmie), przygodowy klimat i możliwość zwiedzenia wielu interesujących lokacji spowodowały, że tytuł należy ocenić pozytywnie, szkoda jedynie, że tego typu produkcję można policzyć na palcach dwóch dłoni.

Screen z gry "The Great Escape" (źr. gry-online.pl)

Screen z gry „The Great Escape” (źr. gry-online.pl)

– Na bezrybiu… –

Choć gier osadzonych w okresie II wojny światowej jest milion i jeszcze kilka, to jednak dwa popularne gatunki obeszły się z zajmującym nas tematem po macoszemu. Szkoda, bo oba stawiają mniej na zawrotne tempo rozgrywki, a na jej klimat i stronę fabularno-narracyjną. Owymi gatunkami są tzw. przygodówki i gry cRPG (fabularne). Tutaj ze świecą szukać tytułów, które sprostałyby choćby umiarkowanym oczekiwaniom graczy.

W przypadku gier fabularnych mamy do czynienia z zaledwie trzema (!) tytułami (jeśli się myślę, sprostujcie). Pierwszym z nich jest Partisan (rosyjskiego Novi Dysk), będący połączeniem cRPG z grą akcji. Batalion naszego radzieckiego kapitana został zwyciężony, zaś garstka pozostawionych przy życiu uwięziona i wzięta do niewoli. Naturalnie naszym zadaniem jest ten stan rzeczy zmienić, a drogą do tego jest zwerbowanie pomocników i zakupienie ekwipunku.

Another WarTo jedyna pozycja spośród wymienionych w tym artykule, której nie miałem przyjemności posmakować, posiłkuję się więc zdawkowymi informacjami dostępnymi w sieci. To na ich podstawie zaryzykuję stwierdzenie, że gra bardziej grę fabularną przypomina, niż jest nią w rzeczywistości, ponadto nie wnosi w kwestii gier wojennych nic odkrywczego.

Znacznie więcej zabawy i elementów charakterystycznych dla gry fabularnej odnajdziemy w Another War (Mirage Interactive) – jedynym klasycznym, wojennym cRPG, w którym ciekawa historia łączy się z niezłym humorem, pełnym licznych nawiązań do postaci znanych z książek i filmów takich, jak: „Indiana Jones”, „Allo Allo’”, „Paragraf 22”, „Szeregowiec Ryan”, „Parszywa Dwunastka”, „Stawka większa niż życie” czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.

Nasz bohater z Another War, by uratować swego przyjaciela wplątuje się w niesamowitą intrygę rozgrywającą się między walczącymi mocarstwami. Dość powiedzieć, że przygodę rozpoczynamy w kawiarni poczciwego Rene (bohatera kultowego „Allo Allo”), a podczas wyprawy odwiedzimy spory kawałek globu, trafiając między innymi do oblężonego Leningradu. Warto w tym miejscu nadmienić, że Mirage Interactive stworzył jeszcze jeden action/RPG, o którym wspomnimy później.

Koniec końców nie ma się jednak co oszukiwać. Twórcy gier cRPG zawiedli na całej linii, nie wykorzystując choćby w małym stopniu, potencjału tkwiącego w temacie II wojny światowej. Od lat grono niespełnionych graczy (w tym i autor tego artykułu) oczekuje na produkcję, która przeniesie nas do okupowanej Warszawy, i w której dzięki elementom charakterystycznym dla gatunku, a więc interakcji z otoczeniem, wprowadzeniem dialogu, fascynującą fabułą (którą z grubsza wcale nie trzeba wymyślać, napisała ją bowiem sama historia) poczujemy namiastkę trwogi towarzyszącej każdemu dniu w okupowanym mieście. Ciekawe, czy czekać na to będziemy do końca swych dni…

Undercover– Pogadaj z Goebbelsem, zaplanuj zamach na Hitlera –

Nie tylko twórcy cRPG zawodzą nasze oczekiwania. Nie inaczej jest w przypadku innego, niezwykle popularnego gatunku, którym jest gra przygodowa (czyli ta, która najczęściej wykorzystuje tzw. interfejs point&click – wskaż i kliknij). Podobnie, jak w przypadku gier fabularnych, również i dobre przygodówki słynąć powinny z ciekawie rozbudowanej płaszczyzny fabularnej i klimatu opowiadanej historii.

Undercover: Operation Wintersun austriackiego studia Spring Interactive opowiada o sławnym fizyku Johnie Russellu, który przybywa do III Rzeszy z misją szpiegowską, a jego zadaniem jest odkrycie nad jakim rodzajem broni pracują hitlerowcy. Choć zarys fabuły brzmi intrygująco to jednak kiepskie wykonanie spowodowało, że miast poczuć grozę towarzyszącą spacerowi po rządzonym przez nazistów Berlinie, mamy wrażenie grania w podchody na koloniach, co psuje całą zabawę.

Znacznie lepsza, choć daleka od ideału okazała się realizacja projektu o nazwie A Stroke of Fate (stworzona przez rosyjską firmę Akella – dlaczego nikt nigdy nie wydał jej w Polsce?) – szpiegowsko-detektywistyczna przygodówka, której fabuła opiera się na fascynującym połączeniu faktów i fikcji. W grze wcielimy się w agenta, który przybywa do Berlina z jednym celem – ma przygotować, a potem przeprowadzić zamach na Hitlera, a na drodze do realizacji tego zadania, musi wkupić się w łaski zaufanych ludzi z najbliższego grona Führera.

Screen z gry A Stroke of Fate

Screen z gry A Stroke of Fate

Mamy tu do czynienia i ze świetnie napisaną historią, i wartką akcją (oczywiście, jak na konwencję gry przygodowej), i uczuciem grozy, które przypomina najlepsze filmy szpiegowskie. Brak polskiej lokalizacji i mocno ograniczona dystrybucja powoduje, że zetknięcie się z tą grą w naszym kraju graniczy z cudem.

Co jednak ważne A Stroke of Fate być może nie będzie jedynym godnym uwagi reprezentantem gier przygodowych osadzonym w realiach II wojny światowej. W tym roku z niecierpliwością będziemy oczekiwać premiery Generation Zero (z Reality Twist), a to, jak czytamy w zapowiedzi producenta, ambitna gra przygodowa ukazująca losy niemieckich dzieci, które przeżyły II wojnę światową i teraz próbują odbudować własne życie.

Screen z gry A Stroke of Fate

Screen z gry A Stroke of Fate

Śledząc losy tej grupy gracze lepiej zrozumieją tytułową generację zero, która stworzyła fundamenty współczesnego niemieckiego społeczeństwa (źr. opis z gry-online.pl). Co ciekawe, nasze czyny i zachowania znacząco wpływają na fabułę, zmieniają bowiem stosunek innych postaci do Emila, a tym samym kształtują bieg wypadków. Być może tego typu produkcje przekonają twórców, że gry traktujące o II wojnie światowej można osadzić w nieliniowej płaszczyźnie fabularnej.

– Na morzu i niebie –

II wojna światowa, co nie trudno było przewidzieć, okazała się wdzięcznym tematem dla wszelkiej maści gier-„symulatorów” (choć słowo symulacja jest tu bardziej pewnego rodzaju figurą retoryczną). Najwięcej spośród nich dotyczy walk na nieboskłonie. Symulatorów myśliwców i bombowców, które pozwalają wcielić się nam w pilota słynnych Hurricane-ów, Spitfire-ów, czy Messerschmittów jest cała masa. Jedne są tylko arcadową, niezobowiązującą i nie roszczącą sobie praw do miana symulatorów zabawą, inne idą krok dalej i stawiają na realizm.

Jednym z tych drugich jest Il-2 Sturmovik (Ubisoftu) – symulator myśliwca, który przenosi nas na wschodni front i umożliwia toczenie heroicznych podniebnych batalii na terenie Niemiec i Rosji. To właśnie fanom (to chyba zbyt małe słowo) tej gry, swój dokument poświęcił reżyser Jacek Bławut. W „Wirtualnej wojnie”, którą będzie można zobaczyć 26 lutego w Kinie Łódzkiej Szkoły Filmowej (w programie spotkanie z reżyserem, wstęp bezpłatny) autor filmu wniknął do międzynarodowej społeczności graczy, pokazując ich pasję, determinację i co tu ukrywać – pewną formę uzależnienia.

Frapujące jest to, że prezentowani przez Bławuta gracze, pochowani w kabinach swoich komputerowych stanowisk, podczas rozgrywki do złudzenia przypominają pokazywanych na filmach pilotów z okresu II wojny światowej. I nie chodzi tu bynajmniej o porównanie umiejętności, znaczenia, sensu, czy skali walki, a jedynie przyłożenie pewnych emocji.

Podobne towarzyszą internautom zrzeszonym przy kultowym już World of Tanks (studio Wargaming.net), sieciowej grze akcji, w której gracze mają okazję dowodzić rozmaitymi rodzajami czołgów. Swoich wiernych fanów ma również legendarna seria Silent Hunter, w której godzinami śledzimy przy mapach i peryskopie tylko po to, aby koniec końców nacieszyć się kilkunastoma sekundami, podczas których nasz U-boot zatapia angielski statek dostawczy. Ostatni spośród wymienionych tytułów doczeka się wkrótce edycji przeglądarkowej.

U-boot na tropie swej ofiary. Screen z gry Silent Hunter

U-boot na tropie swej ofiary. Screen z gry Silent Hunter

– Polskie tropy w grach –

Trudno wymagać, aby amerykańskie, brytyjskie, czy francuskie wytwórnie filmowe zajmowały się polskim rozdziałem historii rozgrywającym się w czasie lat 1939-1945, wszakże koszula zawsze bliższa jest ciału. Nie inaczej jest w przypadku rynku gier komputerowych, w którym Polacy (z kilkoma chlubnymi wyjątkami) nie należą do pierwszej ligi, nie ma się więc co dziwić, że o bohaterach Armii Krajowej, Powstańcach Warszawskich, bohaterach Kampanii Wrześniowej, spod Monte Cassino i Dywizjonu 303 gier nie ma, a gdy już powstają, to są to produkcje bardzo często słabe.

Okładka gry Fall Weiss z 1998 roku.

Okładka gry Fall Weiss z 1998 roku.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnijmy o kilku tytułach z polskim tropem w tle. Jednym z pierwszych (a może pierwszym w ogóle), traktujących o udziale Polaków w II wojnie światowej jest wydana przez MarkSoft w 1998 roku gra pod tytułem Fall Wess 1939 (taki właśnie kryptonim Niemcy nadali planowi ataku na Polskę). Ta turowa gra z elementami strategii czasu rzeczywistego jest dziś już zupełnie zapomniana, choć wkrótce być może doczeka się pewnego rodzaju kontynuacji – na ten rok przewidziano bowiem premierę Fall Weiss. Wrzesień ’39 (studio Wastelands Interactive).

Jak czytamy w oficjalnej zapowiedzi wydawnictwa: Zmagania w Fall Weiss. Wrzesień ’39 toczyć się tu będą na mapie Polski podzielonej na około 20 tysięcy heksów. Twórcy położyli duży nacisk na wierność historycznym faktom, a ciekawostką jest możliwość rozegrania „alternatywnego scenariusza z polską linią obrony opartą na wielkich rzekach”. Być może komuś uda się dzięki temu odmienić los Kampanii Wrześniowej.

Bronić polskich granic mogliśmy również w pierwszej części Theatre od War Pola Zagłady (Maddox Games), choć tutaj szanse na powstrzymanie pancernych zagonów i Blitzkriegu były iluzoryczne (co nie jest rzecz jasna zarzutem). Z kolei Jak rozpętałem II wojnę światową: Nieznane przygody Franka Dolasa (Mirrage Interactive – twórcy Another War, o której wspomnieliśmy przy okazji omawiania gier fabularnych) to średnio udany miks gry fabularnej z akcją, w której warta odnotowania jest postać znanego bohatera i specyficzny humor. Franek alias Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, lawirując pomiędzy agentami Gestapo i Aliantami, przemierzy wraz z wiernym wielbłądem Leonem ponad 150 lokacji, a na swej drodze spotyka 50 niezależnych postaci.

Screen z gry Mortyr III, podczas której walczymy również na ulicach Warszawy.

Screen z gry Mortyr III, podczas której walczymy również na ulicach Warszawy.

Mortyr III: Akcje Dywersyjne (CITY interactive) pozwoli natomiast wcielić się nam w polskiego komandosa wysłanego do ojczyzny przez Rząd na Uchodźstwie. Nasz partyzant uprzykrza Niemcom życie, jak tylko się da i gdzie tylko się da, m.in. napadając na niemieckie pociągi, organizując zasadzki i obrabiając banki, z czasem przedostając się nawet do okupowanej Warszawy i trafiając na ślad rakiet V2. Sabotaż i dywersja jest również zadaniem bohaterki słabo przyjętego przez środowisko graczy Velvet Assassin (Replay Studios GmbH). Wraz z Violette Summer udajemy się w jednej z misji do okupowanej Warszawy.

Na samym końcu należy wspomnieć o największym zawodzie ostatnich miesięcy (a może i lat). Koneserzy wirtualnej rzeczywistości i pasjonaci historii z wielkimi nadziejami oczekiwali premiery gry Uprising 44: Silent of Shadow (studio DMD Enterprise), której akcja rozgrywa się w trakcie Powstania Warszawskiego (temat jednej z największej bitw II wojny światowej zaistniał w świecie gier komputerowych po raz pierwszy). Słabiutkie wykonanie, błędy w odwzorowaniu realiów, słaba grywalność, wołający o pomstę do nieba brak polskiej wersji językowej (!), a na samym końcu brak płytowej dystrybucji spowodowały, że tę grę poczytywać należy jako gigantyczne rozczarowanie. Wielka szkoda.

Powstaniec na barykadach. Screen z gry Uprising 44

Powstaniec na barykadach. Screen z gry Uprising 44

– Pytanie o granice –

Twórcy gier dotknęli tematu wojny z różnych, acz mimo wszystko dość ograniczonych stron. Pojawia się więc pytanie o kwestie wyznaczenia etycznych granic w świecie tworzonym za pomocą kodu komputerowego. Czy platforma służąca do zabawy może opowiadać o wydarzeniu, które pochłonęło miliony ludzkich istnień, a jeśli tak, to o czym może mówić swobodnie, a jakich tematów nie wypada jej poruszać?

Wydaję się, że podobnie jak ma to miejsce w kinie, literaturze, muzyce i sztuce, wszystko zależy od przyłożenia odpowiedniej konwencji do odpowiedniego tematu. I tak na przykład ucieczki z obozów jenieckich zawarte w Prison of War czy The Great Escape nie powinny nikogo gorszyć, skoro przedstawiono je w stylu przygodowego kina akcji, bezpośrednio nawiązując do znanych produkcji filmowych.

Podobnie rzecz się ma z dramatycznymi losami bohaterów Brothers in Arms, Medal of Honor i wielu innych tytułów, którzy zostali wystylizowani na postaci wykorzystane już wcześniej w szeroko rozumianym świecie kultury masowej powiązanym z etosem wojennym. Być może właśnie tutaj kryje się odpowiedź na pytanie o brak polskich tropów w grach komputerowych.

Twórcy gier po pierwsze nie chcą, a po drugie – nie za bardzo wiedzieliby, jak podejść w grze komputerowej do tematu łapanek, rozstrzeliwań cywili, czy innych elementów niemieckiego terroru stosowanego w okupowanej Polsce. Być może twórcy odpowiedzialni za najlepszą polską grę w historii, legendarnego już Wiedźmina, zechcą przenieść kiedyś jednego ze swych bohaterów do takiej rzeczywistości i dać niedzielnemu graczowi, wyczekującemu klimatycznej rozgrywki w wojennym anturażu, wreszcie nieco rozgrywki o nieliniowym charakterze. Do tego czasu pytanie to będzie otwarte.

Powstańcza Warszawa. Screen z gry Uprising 44

Powstańcza Warszawa. Screen z gry Uprising 44

Do każdego z tematów zachowując pewną dozę subtelności i wrażliwości można, jak sądze, podejść w sposób właściwy i nie uwłaczający godności zbiorowej pamięci. Przekonać ma o tym wspominana już tutaj gra przygodowa Generation Zero, która być może przetrze szlak następcom, którzy z gry osadzonej w realiach lat ‘40 XX wieku, postarają stworzyć się coś więcej, niż tylko bezpieczny, liniowy schemat „zabij i idź dalej”.

Na pytanie zaś, czy gry komputerowe są w stanie opowiedzieć o II wojnie światowej tak przekonująco i w sposób tak pełny, jak ksiązka, czy film odpowiem – nie, nie jest w stanie. Wiem natomiast, że dobre gry komputerowe mogą stać się fascynującym dopełnieniem powyższych i wbrew pozorom nie muszą stanowić bezmyślnej rozrywki dla mas.

*  *  *

Remek Piotrowski

26 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

ŚLEPY MAKS – ŁÓDZKI AL CAPONE

Kokolobolo

Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – Teatr Nowy w Łodzi (afisz)

Jest coś niesłychanie symbolicznego w tym, że obok grobu największego łódzkiego fabrykanta, króla bawełny Izraela Poznańskiego znajduje się grób innego króla miasta włókniarzy – Menachema Bornsztajna, władcy przedwojennego półświatka, „Ojca chrzestnego” żydowskich Bałut; przez jednych nazywanego zwykłym opryszkiem, przez innych łódzkim „Robin Hoodem”.

Pamięć o jednej z najbarwniejszych łódzkich postaci pierwszej połowy XX wieku utrwaliły liczne piosenki, książki (zwłaszcza kultowa w pewnym sensie „Ballada o Ślepym Maksie” autorstwa Arnolda Mostowicza), artykuły prasowe, na podstawie których powstał przedstawiony tu zapis historii, a nawet film telewizyjny, sztuka teatralna (można ją obejrzeć w Teatrze Nowym w Łodzi) i popularna gra miejska.

Kim był człowiek, na dźwięk imienia którego drżała niemal cała Łódź? Skąd się wziął, jak działał, co nim kierowało i czym zasłużył sobie na nieśmiertelną sławę? Dzięki wielu interesującym i rzetelnym opracowaniom znawców tematu jesteśmy dziś w stanie opowiedzieć historię łódzkiego Ala Capone.

– Narodziny Ślepego Maksa –

Urodzony w 1890 roku Menachem Bornsztajn w wieku dziesięciu lat przeprowadził się wraz z rodziną z Łęczycy do Łodzi – wówczas 300-tysięcznego, słynącego z przemysłu włókienniczego miasta. Pewnego dnia Benjamin Bornsztajn, ojciec Menachema, trudniący się ostrzeniem noży na ulicy, wpadł pod wóz Arona Goldberga, syna miejscowego bogacza, który w złości i w asyście stójkowego pobił mężczyznę, a nieszczęśnik w skutek odniesionych ran wkrótce zmarł. Rodzina bezskutecznie starała się dojść sprawiedliwości w sądzie, a przyszły król przestępców po raz pierwszy w życiu przekonał się, że wygrywa nie ten, po stronie którego jest racja, ale ten który ma za sobą siłę i protekcję. Ta lekcja ukształtuje Bornsztajna już na zawsze.

Wkrótce współwinny śmierci starego Bornsztajna – stójkowy, w obawie przed chłopcem rozgłaszającym wszem i wobec o winnych tragedii swojego ojca, zaczaja się na niego w jednej z ciemnych, łódzkich bram chcąc siłą wymóc na młokosie milczenie. Dochodzi do bójki podczas której chłopak zostaje poważnie ranny w oko. W sukurs Menachemowi przychodzi jego kolega Staszek Poneta, który dźga stójkowego nożem, po czym nasz bohater podnosi rewolwer stróża prawa i wyrównuje rachunki. Stójkowy ginie w skutek śmiertelnego postrzału, a jego zabójca uchodzi kary – nikt bowiem nie wierzy, że ten wyrostek o twarzy pacholęcia byłby w stanie odebrać drugiemu człowiekowi życie. W przyszłości odbierze ich jeszcze wiele, a zajęte bielmem oko przysporzy mu przydomka „Ślepy Maks”.

Ballada książka Ślepy Maks– Oko za oko. Życie za życie –

Na północ od Nowego Rynku zaczynały się rejony zwane ściekiem Łodzi. Tutaj, niczym w starych opowieściach z odległych krain, istniało miasto złodziei, gwałcicieli, opryszków, morderców i ludzi w przeważającej większości bardzo ubogich. Wśród tego morza biedy i nieszczęścia kiełkowała rozmaitych rodzajów zbrodnia i właśnie tutaj odnalazł się młody Bornsztajn, który choć aż do drugiej połowy lat ’40 był analfabetą, to jednak w Łodzi studiował z pasją na jednym z najsłynniejszych w Polsce uniwersytetów – uniwersytecie złodziejskim. Młody Menachem ukończył go z wyróżnieniem.

Biografowie żydowskiego władcy łódzkiego półświatka przy każdej okazji wspominają o słynnej marynarce z dzwoneczkami, zawieszonej na manekinie, na której Ślepy Maks ćwiczył w domu złodziejski fach. Oczywiście chodziło o to, aby wyjąć z kieszeni portfel, nie poruszając dzwonków – nasz bohater opanował tę sztukę do perfekcji i zapewne zostałby wyłącznie „utalentowanym” złodziejem, gdyby na swej drodze spotkał Księdza Natana, który w przeszłości przywdziewał zakonny habit, ale potem zszedł na drogę występku. Ta postać ukształtowała mentalnie Bornsztajna, który od tej pory zadawalał się polowaniem wyłącznie na grubego zwierza. Bo jeśli ryzykować życie, to tylko w grze o najwyższą stawkę.

Podczas I wojny światowej w okolicach Dworca Fabrycznego setki wagonów towarowych załadowanych żywnością przeznaczoną dla broniących frontu wschodniego pruskich pułków, czekało na transport. Przewodzący szajce Ślepy Maks (do grupy należeli Fajwel, Szmul, Poneta i Szaja) dogadali się z trzema polskimi kolejarzami, którzy pomagali Żydom nie tylko dla korzyści materialnych, ale i z pobudek patriotycznych. Z transportów znikały, jak kamfora, tony cukru, węgla, żywności i ubrań.

Podczas jednej z takich „eskapad” złodziei przyłapali na gorącym uczynku uzbrojeni po zęby niemieccy żandarmi. Wywiązała się strzelanina, z której Ślepy Maks i jego kompani cudem uszli z życiem. Nikt nie miał wątpliwości, że za wpadką stoi zdrada. Wkrótce okazało się, że Bornsztajna „sypnął” Aron Goldberg – ten sam, który odpowiadał za śmierć jego ojca. W tym momencie należy wspomnieć, że niektórzy badacze uważają, że za zdradą ba Dworcu Fabrycznym stał Franek Zielonka zwany Królem Chojen, którego składy towarów na ulicy Rzgowskiej Ślepy Maks puścił potem z dymem.

Tak, czy owak wydawało się, że za wszystkie krzywdy, które Aron Goldberg zdążył wyrządzić coraz popularniejszemu w mieście złodziejowi z Bałut, syna bogacza czekać może tylko jedna kara – śmierć. Bornsztajn wykazał się w tym przypadku niezwykłym jednak, jak na człowieka swego pokroju, wyrachowaniem – przekonał bowiem największego wroga, by pozwolił mu… ożenić się z jego córką Gołdą. Choć potajemnie kochał inną kobietę, zrozumiał, że tylko w ten sposób zyskać może najwięcej.
Ślepy Maks nie był bohaterem romantycznym. Był inteligentnym, niezwykle przebiegłym i wyrachowanym, choć nie pozbawionym pewnego uroku przestępcą i to w ten sposób należy go postrzegać.

Wesele Maksa Bornsztajna i Gołdy Goldberg odbyło się w cieszącym się złą sławą zajeździe Icchaka Berła Kacenelenbogena przy ulicy Aleksandryjskiej (dziś Bojowników Getta Warszawskiego). Była już późna noc, gdy pan młody spoglądał z wysokości pierwszego piętra, jak do resztek z pańskich stołów dobiera się bałucka biedota. Dziennikarka Joanna Podolska, współautorka świetnego artykułu pod tytułem „Legenda Ślepego Maksa – herszta i łódzkiego Janosika” pisze, że: Bornsztajn patrzył na motłoch bijący się o każdy kawałek z fascynującą pomieszaną z obrzydzeniem.” Był człowiekiem inteligentnym, rozumiał mechanizmy rządzące łódzką ulicą, jednocześnie pamiętał z jakiej klasy społecznej pochodzi sam.

Gdy Aram Goldberg postanowił przepędzić rzeczony tłum, wówczas jeden z przyjaciół Ślepego Maska dźgnął ojca panny młodej nożem, co zdaniem badaczy tej historii nie było wcale dziełem przypadku, ani tragicznym incydentem wywołanym w pijanym amoku. Dość powiedzieć, że ogromny majątek Goldeberga po śmierci ojca dziedziczyła jedyna córka – de facto więc pieniądze wpadły w ręce Bornsztajna. Teraz Ślepy Maks stał się nie tylko sławnym przestępcą. Był sławnym przestępcą z kasą.

– Nietykalny –

W 1928 r. powstało w Łodzi żydowskie stowarzyszenie Ezras Achim („Bratnia Pomoc”), mające w założeniu pełnić funkcję organizacji charytatywnej, pomagającej bałuckiej biedocie. To właśnie przy tym stowarzyszeniu powołano wkrótce sąd polubowny, zwany dintojrą (z hebrajskiego: sąd rabinacki). Był to rodzaj sądu orzekającego w sprawach cywilnych wyroki, od których nie było odwołania, a które de facto służyły do wyrównywania rachunków w bałuckim półświatku. Jednym z czołowych postaci Dintojry stał się zyskujący coraz większe wpływy Ślepy Maks.

Jedną z najsłynniejszych historii związanych z niesławnym sądem kapturowym, była historia Feliksa Świtały zwanego Trupią Główką. Ten rzezimieszek napadał na bogatych łodzian, okradał ich, a nierzadko i torturował. Choć Świtała był ostrzegany przez wysłanników dintojry, którzy tłumaczyli mu, że „szanującemu się bandycie” nie przystoi taki sadyzm, Trupia Główka zupełnie ich ignorował. Wkrótce, wyrokiem dintojry, człowiek ten został zlikwidowany.

W Dintojrze wnet doszło do walki o wpływy i konfliktu między Ślepym Maksem a znanym sutenerem i paserem Srulem Kalmą Balbermanem, który „psuł rynek” wykonując wyroki za mniejszą, niż inni opłatą. Kolejny raz Bornsztajn udowodnił, że nie jest tępym opryszkiem, a przebiegłym graczem, który potrafi znakomicie korzystać z coraz gęstszej sieci znajomości. Ponoć to dzięki przeciekowi Ślepego Maksa, łódzki „Express” opublikował artykuł demaskujący przestępczą działalność całej organizacji, na czele której miał zdaniem dziennika stać właśnie Balberman.

19 września 1929 roku w piwiarni Icka Leipcigera na roku ulic Pomorskiej i Wschodniej doszło do pojedynku pomiędzy dwoma czołowymi postaciami Dintojry. Zwycięsko wyszedł z niego Bornsztajn, który zastrzelił przeciwnika, ale podczas ucieczki został złapany w okolicach Placu Wolności przez policję. Jakież musiało być zdziwienie opinii publicznej w Łodzi, gdy podczas procesu sąd uniewinnił zabójcę orzekając, że śmierć Balbermana to skutek koniecznej obrony własnej.
Menachem Bornsztajn zyskał w mieście włókniarzy status nietykalnego.

– Robin Hood z Bałut –

Przy ulicy Sienkiewicza 9, w mieszkaniu państwa Borsztajnów, w styczniu 1931 roku wieku powstało Biuro Próśb i Podań „Obrona”. To tutaj narodziła się legenda łódzkiego Robin Hooda, czy też jak pisał międzywojenny dziennikarz Jakub Gordon – Janosika z Bałut.

Do biura mógł zgłosić się każdy, kto miał trochę pieniędzy i pragnął dochodzić swych, nie zawsze jednoznacznie rozumianych praw. W tym czasie Ślepy Maks cieszył się w łódzkim środowisku – tym zamożnym oraz tym szemranym – tak wielką estymą, że potrafił ponoć załatwić każdą sprawę, choć jak nie trudno przypuszczać mniej interesowała go sprawiedliwość, a bardziej waga trzosa ofiarowanego przez „klienta”.

Biuro „Obrona” zyskało wśród żydowskiej biedoty miano ostatniej deski ratunku, bo zgłaszali się do niego wszyscy oszukani przez kanciarzy, naciągaczy, złodziei i łowców posagu. Jak pisze Wiesław Pierzchała w ciekawym artykule „Jestem Maks. Ślepy Maks” zamieszczonym w „Dzienniku Łódzkim”:
„Za symboliczną opłatą mogli liczyć na pomoc specjalnego patrolu interwencyjnego. Składał się on z kilku potężnie zbudowanych fachowców, którzy uzbrojeni w takie atrybuty urzędnicze, jak noże, kastety i pistolety, wyruszali na pomoc pokrzywdzonym.”

Gdy klientami były „grubsze ryby” niejednokrotnie zdarzało się, że Biuro przyjmowało wynagrodzenie od obu stron konfliktu, a egzekwowało „prawo” na tym, który dał mniej. Oczywiście należy pamiętać, że Ślepy Maks pomagał również ludziom biedniejszym, a jego prestiż i sławę zwiększały słynne przypadki – to dzięki Borsztajnowi światowej sławy skrzypek Bronisław Huberman w ciągu zaledwie jednej doby odzyskał skradzione, bezcenne skrzypce Stradivariusa, do rąk generała Wieniawy-Długoszewskiego wrócił drogi koc z wielbłądziej skóry, a słynna na Bałutach położna Stanisława Leszczyńska (jej proces beatyfikacyjny trwa) odzyskała torbę z narzędziami do porodu.

Ślepy Maks stał się królem podziemnej Łodzi. Bywał w najpopularniejszych łódzkich restauracjach, knajpach i teatrach, spotykał najznamienitsze postaci ówczesnej Łodzi, ponoć kibicował Łódzkiemu Klubowi Sportowemu.
Jak to jednak zwykle bywa w historiach skrojonych na mafijną modłę, jego wszechpotężne panowanie musiało mieć swój kres.

– Koniec króla –

Sława Bornsztajna zaczęła z czasem ciążyć szefom łódzkiej policji i kilku wpływowym postaciom łódzkiej „elity”. Dziesiątki listów obciążających Ślepego Maska wywołało lawinę zarzutów, a koniec końców przyczyniło się do rzeczy wydawałoby się niemożliwej – uwięzienia króla Dintojry. Jego proces rozpoczął się 6 maja 1935 roku w łódzkim sądzie okręgowym przy placu Dąbrowskiego.

W artykule autorstwa Joanny Podolskiej, na który stale się w niniejszym tekście powołujemy, czytamy m.in.:
„Akt oskarżenia liczył 59 stron, a akta śledztwa – 1100 stron. Powołano 150 świadków, wśród nich policjantów, klientów biura, ofiary i pracowników Maksa. Wśród publiczności siedziały „prostytutki, sutenerzy, apasze z Bałut i Chojen, złodzieje i paserzy, pijanice i oprychy, i tandetni eleganci, których dłoni nigdy praca nie splamiła”.”

Proces wywołał sensację nie tylko ze względu na postać oskarżonego, ale i na jego wyznanie. 12 maja 1935 roku Bornsztajn wyjawił, że był konfidentem na usługach łódzkiej policji. Wyszło również na jaw, że bałucki gangster współpracował z inspektorem Alfredem Noskiem, których razem często można było spotkać w popularnych łódzkich knajpach, zwłaszcza w „Tivoli” na Piotrkowskiej. Ślepy Maks wydawał Noskowi „płotki” podziemnej przestępczej Łodzi, w zamian za ochronę organów ścigania i przymykanie oka na niejednoznaczną działalność.

Wobec niezbitych dowodów obaj trafili do więzienia. Władca podziemnej Łodzi został skazany na trzy i pół roku więzienia i na wolność wyszedł dopiero wiosną 1939 roku, gdy nad Polską gromadziły się już czarne chmury idące od strony hitlerowskich Niemiec.

W przytaczanej przez Joannę Podolską relacji z„Gońca Częstochowskiego” czytamy m.in.: „Łódź. Dalszy ciąg procesu Maksa Borensteina uwypuklił rolę tego przywódcy świata podziemnego w Łodzi. Z zeznań świadków okazuje się, że Ślepy Maks wraz ze swymi podwładnymi szantażował, wymuszał, sądził, groził, a nawet bił opornych kupców. Wyroki jego były respektowane przez kupców, właścicieli domów i drobnych przemysłowców. Kojarzył on nawet albo rozwodził małżeństwa. Nawet świadkowie, którzy świadczą teraz w sądzie przeciwko niemu, czynią to z widocznym lękiem”.

(Na zdjęciu: Jedyna zachowana fotografia Ślepego Maksa zrobiona po wojnie)

– Nie chciał zostać obywatelem ZSRR –

Żydzi Polscy do wybuchu wojny nie przyjmowali do wiadomości faktu niemieckiej polityki w kwestii żydowskiej i to pomimo „plotek” dochodzących do Polski z III Rzeszy. Tym bardziej imponować powinna intuicja Menachema, który przewidując przyszłe represje postanowił uciekać do Związku Radzieckiego i zbiegł do Łucka na Wołyniu. Ponieważ jednak nie zamierzał zostawać obywatelem ZSRR, co również w jakimś stopniu pokazuje charakter tego człowieka, trafił stamtąd, wraz z tysiącami Polaków, do kazachstańskiego gułagu. Zdołał przeżyć.

W „Litzmannstädter Zeitung”, gazecie która za czasów okupacji ukazywała się w Łodzi w języku niemieckim, w 1943 roku opublikowano obszerny artykuł o Ślepym Maksie. Według autora tamtego tekstu Bornsztajn miał zginąć jeszcze przed wojną z rąk polskich policjantów. Okazało się to kłamstwem. Do kraju i swojej Łodzi przedwojenny król podziemia powrócił w 1946 roku, jednak jak czytamy w artykule Rafała Geremka, autora książki „Ziemia zwana obiecaną. Opowieści o żydowskiej Łodzi”, opublikowanym w magazynie „Focus Historia”: „Swojej pozycji już nie odbudował, bo nie było Żydów, którymi mógłby rządzić. Poza tym w totalitarnym państwie takiej władzy, jaką miał gangster przed 1939 r., nikt po wojnie nie tolerował.”

– Współpracował z bezpieką? –

Powojenne losy Menachema Bornsztajna obfitują w wiele niejasności i plotek, które stworzyły mitów. Najciekawszy z nich mówi o rzekomej współpracy Ślepego Maksa z Urzędem Bezpieczeństwa. Wedle tej wersji były król łódzkiego „unterweltu” miał się parać donosicielstwem w Nadzwyczajnej Komisji do Walki ze Spekulacją, ale w archiwach IPN-u brak jest jego teczki, choć świadkowie przysięgają, że Bornsztajn był nieustannie nachodzony przez funkcjonariuszy SB.

Po wojnie zatrudnił się, jako portier w zakładach odzieżowych, ale ponoć była to tylko przykrywka, bo żył do końca swoich dni dostatnio, mieszkając na pierwszym piętrze kamienicy mieszczącej się przy ulicy Gdańskiej 26, dzięki zakopanym jeszcze przed wojną dolarom i kosztownościom. Na dwa lata przed śmiercią ożenił się z młodszą o 42 lata Alicją, która ponoć nadal opiekuje się jego skromnym grobem. Ślepy Maks – król podziemnej Łodzi zmarł 18 maja 1960 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim na Bałutach, naprzeciwko mauzoleum Izraela Poznańskiego.

– Co wam bajka powie… –

Najbarwniejsza być może postać przedwojennej Łodzi i zarazem jeden z najciekawszych przestępczych indywiduów II Rzeczpospolitej do dziś budzi wiele kontrowersji.

Analfabeta, który sprytem przewyższał niejednego inteligenta, a umiejętności opowiadania mógł mu pozazdrościć niejeden dziennikarz, czy literat. Wychowany na ulicy złodziei, któremu zdarzało się bezinteresownie pomagać biednym. Morderca i donosiciel, który zdaniem wielu uczciwych Żydów przyniósł wstyd całej łódzkiej społeczności wyznania mojżeszowego. Wreszcie łódzki Al Capone, który tak jak jego potężniejszy i słynniejszy chicagowski odpowiednik, choć był źródłem wielkiego zła, swoimi fascynującymi losami i gorącym sercem stworzył wielką legendę – legendę, którą warto poznać. Należy jedynie pamiętać, że wyjawia się z niej nie romantyczny bohater, a ktoś zupełnie inny.

„Słuchajcie Żydzi, co wam bajka opowie, kamienicznik Lewkowicz od Maksa dostał po głowie”…


Źródła:
– Rafał Geremek, Dintojra to ja w: Focus Historia (marzec 2011 r.)
– Joanna Podolska, Joanna Blewąska, Legenda Ślepego Maksa – herszta i łódzkiego Janosika w: Gazeta.pl
– Wiesław Pierzchała, Jestem Maks. Ślepy Maks w: Dziennik Łódzki (z 20 listopada 2011 r.)
– Materiały Anety Markowskiej (za artykułem Joanny Podolskiej)
– Arnold Mostowicz, Ballada o Ślepym Maksie, Biblioteka „Tygla Kultury”, Łódź 1998
Fot: okładka książki „Legenda o Ślepym Maksie” / plakat spektaklu „Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata”

* * *

Post scriptum

Artykuł o Ślepym Maksie napisałem pod wpływem legendy, która stworzyła wizerunek bałuckiego Janosika. Dopiero wiele miesięcy później, pracując nad książką „Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone” dowiedziałem się, że zarówno ja, jak i wielu innych badaczy dało się uwieść pięknej, z pewnością nie pozbawionej elementów prawdziwych, ale mocno „podkoloryzowanej” bajce.  Zachęcam więc do sięgnięcia po książkę.

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, PORTRETY

ANEGDOTY WOJENNE: SZPIEDZY TACY, JAK ONI

Coco ChanellW pierwszym odcinku cyklu Anegdoty wojenne przedstawimy zapomniane lub mało znane fakty z działań wywiadu w okresie II wojny światowej. Czy słynna Coco Chanel była niemieckim agentem, w jakim celu pewien Polak stworzył w Afryce fabrykę płatków owsianych i dlaczego w Anglii należy zawsze spuszczać wodę w klozecie? O tym wszystkim przeczytacie w artykule Szpiedzy tacy, jak oni.

To pierwszy część cyklicznego w założeniu działu poświęconego epizodom II wojny światowej, w którym dziś przyjrzymy się w sposób fragmentaryczny i bez naukowego zadęcia wywiadowczym asom i blotkom.
Wielka wojna wojskowych agentur jest jednym z najbardziej pasjonujących teatrów działań II wojny światowej i zajmiemy się nim dokładniej przy innej okazji. Tutaj wspomnimy o kilku epizodach, w których pierwszoplanowe role niejednokrotnie odgrywali również i Polacy.

– Coco Chanel jakiej nie znacie –

W wydanej w 2011 roku biografii „Sypiając z wrogiem, tajna wojna Coco Chanel”, amerykański dziennikarz Hal Vaughan stwierdził, że Coco Chanel była w czasie wojny hitlerowską agentką o numerze F-7124. Pseudonim Chanel „Westminster”, którym się posługiwała, pochodził od nazwiska jej dawnego kochanka diuka de Westminster. Słynna projektantka mody pracowała na rzecz niemieckiego wywiadu ponoć po to, aby w zamian wydostać z niemieckiego obozu siostrzeńca Andre.

Niewykluczone, że przyświecały jej również inne pobudki. Jak zauważa Kamil Janicki – autor artykułu „Antysemitka i homofobka. Prawdziwe oblicze Coco Chanel?”, pod koniec lat ‘30 Coco zaangażowała się w wydawanie periodyku „Le Temoin”, pisma o charakterze narodowo-antysemickim, w trakcie wojny zaś, na mocy wprowadzonych przez nazistów ustaw antyżydowskich, prowadziła starania mające na celu odebranie majątku jej dotychczasowym wspólnikom – żydowskiej rodzinie Wertheimerów. Sympatyzowała z nazistami co potwierdził również Bogusław Wołoszański, autor słynnych „Sensacji XX wieku” który uważał, że słynna dama zadeklarowała się pośredniczyć w negocjacjach między III Rzeszą a Wielką Brytanią, w celu zawarcia separatystycznego pokoju na zachodzie.

„Chanel zakochała się też w niemieckim oficerze i szpiegu, baronie Hansie Guntherze von Dincklage, zwanym Spatz, z którym łączył ją długi romans. Wpływy i pozycja Spatza pozwoliły Coco podczas okupacji mieszkać w luksusowym hotelu Ritz, gdzie bywali wówczas Hermann Goering i Joseph Goebbels” – czytamy w książce Hal Vaughan. Po wyzwoleniu Paryża w 1944 roku i krótkotrwałym aresztowaniu, Coco Chanem… wypuszczono dzięki interwencji jej przyjaciela – Winstona Churchilla.

(na zdjęciu: Coco Chanel. Bez małej czarnej, ale z przebiegłymi Żydami nad głową. Ilustracja z wydawanego przez nią magazynu Le Temoin – K. Janicki, Antysemitka i homofobka. Prawdziwe oblicze Coco Chanel?, „Ciekawostki historyczne”, 23 sierpnia 2011.)

Tittle– Brytyjska ostrożność –

W czasie II wojny światowej do Wielkiej Brytanii przybywało wielu niemieckich szpiegów, których przerzucono na drugą stronę Kanału La Manche celem zebrania informacji potrzebnych do zrealizowania ambitnego planu inwazji o kryptonimie „Lew Morski”. Do tej nigdy nie doszło, bo agenci niemieckiego wywiadu wysyłani do Wielkiej Brytanii, w przeciwieństwie do wykreowanego przez aktora Donalda Sutherlanda słynnego filmowego szpiega o pseudonimie „Igła”, nie dysponowali odpowiednimi umiejętnościami, w czym spora zasługa Wilhelma Canarisa – szefa wywiadu i kontrwywiadu wojskowego Abwehry od 1935 do 1944 roku i wieloletniego członka tajnej antyhitlerowskiej organizacji Czarna Orkiestra.

Niemcy mięli w czasie wojny ponad pięćdziesięciu szpiegów pracujących w Anglii na stałe, ale wszyscy prędzej, czy później (z reguły prędzej) zostali ujęci przez MI5 (kontrwywiad brytyjski) i część z nich została podwójnymi agentami, którzy przesyłali do Niemiec sfałszowane informacje potwierdzające wiadomości, które wywiad niemiecki otrzymywał z innych źródeł (niezwykle pomogło to podczas planowania inwazji w Normandii).

Brytyjczycy odnosili na tym froncie wielkie sukcesy głównie dlatego, że Canaris wysyłał do Anglii agentów zupełnie nieprzygotowanych do wykonania swej misji. Dziesiątki niemieckich szpiegów, najczęściej posługujących słabiutką angielszczyzną, nie znających angielskich realiów, zwyczajów, tradycji i etykiety, w dodatku kierowanych do wykonania nieprawdopodobnych lub zgoła niepotrzebnych misji, padło łupem angielskiego kontrwywiadu, żandarmerii lub po prostu zwykłych cywili, których przeczulono na punkcie nietypowo zachowujących się obcych..

Premier Winston Churchill, a za zanim władze brytyjskie, apelowały do społeczeństwa, aby zwracało uwagę na każde dziwne zachowanie, nie trudno więc się domyślić, że kampania ta, prowadzona w wojennych realiach i wzmacniana przez efekt powietrznej „Bitwy o Anglię”, przyczyniła się do powstania swoistej paranoi, w skutek której dochodziło do absurdalnych sytuacji.

Przeczuleni na punkcie „nietypowych” zachowań Anglicy każdego dnia wojny donosili żandarmerii wojskowej i policji, o kilkudziesięciu, a w pewnym okresie wojny nawet setkach, potencjalnych wrogów działających pod rzekomą przykrywką. Część z nich okazywała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, ogromna część trafiała kulą w płot.

Pewnego angielskiego oficera, który kwaterował w domu duchownego w Winchesterze, o szpiegostwo oskarżyła węsząca spisek córka księdza. Jedynym powodem donosu na Bogu ducha winnego żołnierza było to, że pewnego razu nie spuścił wody w toalecie, co być może w Wielkiej Brytanii było nie do pomyślenia, ale wynikało z najzwyklejszego roztargnienia oficera.

Innym razem, w jednym z większych angielskich miast, pewna gospodyni wepchnęła do szafy i zamknęła na klucz inkasenta pracującego w gazowni. Winą mężczyzny było to, że nosił charakterystyczny loczek i krótkie wąsy. Gospodyni natychmiast zadzwoniła na policję oznajmiając stróżom prawa, że w jej szafie siedzi… Adolf Hitler. Podobnych sytuacji było bez liku i powtarzały się również w innych zakątkach świata.

Snafu1-SpiesSojusznikom znad Tamizy nieufnością nie ustępowali chociażby Amerykanie, którzy po ataku na Pearl Harbor i wypowiedzeniu wojny Państwom Osi, o zagrożeniu płynącym z działalności szpiegów informowali nawet za pomocą filmów animowanych. Jednym z ich bohaterów był gapowaty żołnierz Snafu, który w filmie „Szpiedzy” w skutek własnej nieostrożności (jak przekonywała fabuła zagrożenie czaiło się w każdej szklance whiskey i w każdym łóżku napotkanej przypadkowo dziewczyny) wpadł w wielkie tarapaty.

Propaganda i prowadzona na duża skalę kampania informacyjna doprowadziła do tego, że wielu spośród amerykańskich żołnierzy traktowało swoje obowiązki z przesadną gorliwością. 2 lutego 1943 roku w Casablance żandarm amerykański zatrzymał samochód prowadzony przez podejrzanie, zdaniem żołnierza, ubranego dżentelmena i natychmiast rozpoczął prywatne przesłuchanie.
– Nazwisko? – zapytał żandarm.
– Sidi Mohammed ben Jussef.
– Zawód?
– Urzędnik państwowy.
– Jaka funkcja?
– Sułtan Maroka.
Nie wiemy, czy żandarma za tę gorliwość spotkała nagroda, czy też może kara, pewnym jest natomiast to, że wkrótce wszyscy amerykańscy żołnierze wiedzieli kim jest ubierający się po europejsku Sidi Mohammed ben Jussef.

PST Nazi– Fabryka płatków owsianych –

Przesadna podejrzliwość, wzmacniana przez różnego rodzaju kampanie informacyjne i działania propagandowe były pierwszą strefą obronną mającą na celu obronę przed działalnością wrogiego wywiadu. Wielka walka wojskowych agentur jest jednym z najbardziej pasjonujących teatrów działań II wojny światowej i bliżej przyjrzymy się przy innej okazji. Tutaj wspomnimy o kilku zaledwie epizodach, w których pierwszoplanowe role niejednokrotnie odgrywali również i Polacy.

Jednym z nich był agent rządu w Londynie major Mieczysław „Rygor” Słowikowski, który otrzymał polecenie udania się do Algierii, będącej kolonią Francji Vichy (a więc pod zwierzchnictwem hitlerowskiego rządu marionetkowego), w celu zorganizowania siatki wywiadowczej. Aby to osiągnąć Słowikowski założył… fabrykę produkującą płatki owsiane (Norman Davies w książce „Europa walczy 1939-1945” pisał o firmie cateringowej).

Fabryka nie dość, że pełniła funkcję przykrywki dla działalności wywiadowczej, to jeszcze okazała się hitem komercyjnym i objęła zasięgiem działania całą północną Afrykę, a środki pozyskane z przedsięwzięcia pozwoliły finansować działalność wywiadowczą!
Dzięki gigantycznej pracy, którą Słowikowski i jego organizacja wykonywała aż do września 1944 roku, Aliantom udało się bez większych strat przeprowadzić lądowanie w północno-zachodniej Afryce (operacja „Torch”).

Pst– Konszachty Abwehry –

Mało znanym, a niezwykle interesującym, epizodem związanym z niemieckim wywiadem w okresie II wojny światowej jest nie tylko fakt współpracy z partiami faszystowskimi i narodowosocjalistycznymi w europie, ale i w myśl zasady „wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi” – kontakt z ruchami separatystycznymi i nacjonalistycznymi np. ukraińskim OUN, białogwardzistami wyklętymi w ZSRR, a nawet separatystami z Walii i słynną irlandzką IRĄ!

Abwehra zapuszczała się w najbardziej nawet orientalne i egzotyczne części ziemskiego globu (w czym zresztą również nie ustępowali Polacy wysyłając agentów nawet na Filipiny), a jej głównym celem było przysporzenie problemów Imperium Brytyjskiemu, a w początkowym stadium wojny również francuskiemu. W świecie muzułmańskim i arabskim Niemcy podejmowali więc współpracę z Iranem, przywódcami irackich nacjonalistów (Raszid Ali al-Gailani i wojna brytyjsko-iracka 1941) i muftim Jerozolimy Aminem al-Husajnim.

Celem wywiadu wojskowego III Rzeszy było wywołanie ogólnoarabskiego powstania i zamachu stanu w Afganistanie, w związku z czym nawiązano kontakt z antyradzieckimi emigrantami i potomkami emira Chiwy. Niemcy starali się zasiać ferment wszędzie tam, gdzie tylko mogło im to przynieść pożytek, nic więc dziwnego, że współpracowali z wrogo nastawionymi do Anglików nacjonalistami hinduskimi (Subhas Czandra Bose) i organizowali Legion Indyjski, a także wspierali zamachy stanu w Ameryce Południowej – w Chile i Brazylii w 1938, ponownie w Chile w 1940 i w Boliwii w 1941, co po wojnie miało swój skutek, bo pomogło ujść sprawiedliwości wielu hitlerowskim zbrodniarzom, którzy znaleźli schronienie w tych właśnie krajach.

– Wojna, która zrodziła CIA –

Po ataku Japończyków na Pearl Harbor prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt uznał, że jego kraj musi dysponować wywiadem z prawdziwego zdarzenia i dlatego na wzór brytyjskiej MI6 powołano OSS, czyli „Biuro Służb Strategicznych” OSS (Office of Strategic Services), z którego wywodziła się większość pierwotnej kadry CIG (Grupa Centrali Wywiadów), a następnie słynnego CIA, czyli Centralnej Agencji Wywiadowczej.

Zadanie stworzenia protoplasty CIA – a więc wspomnianego Biura Służb Strategicznych, prezydent USA powierzył prawnikowi i weteranowi I wojny światowej generałowi Williamowi J. Donovanowi, zwanemu Dzikim Billem. Wkrótce zdołał on stworzyć elitarną i efektywnie działającą kadrę agentów, których zadaniem w czasie II wojny światowej było zbieranie informacji, walka partyzancka, stosowanie taktyk psychologicznych i propagandy mającej za cel wprowadzenie wroga w błąd lub obniżenie jego morale.

Pracę OSS finansowano ze specjalnie stworzonego przez Roosevelta funduszu awaryjnego, który jak się okazało opiewał w trakcie II wojny na sumę 135 milionów dolarów (dziś biorąc pod uwagę inflację byłby to miliard dolarów) i oczywiście nie podlegał państwowej księgowości. Wydawane pieniądze przekładały się na jakość i technologię sprzętu, którym dysponowali amerykańscy szpiedzy.

„Okulary słoneczne, brzytwa, szczotka do zębów, torba podróżna, teczka czy buty – wszystko to musiało do siebie pasować z mikroskopijną wręcz starannością” – czytamy w oficjalnie opublikowanej historii OSS.
Mimo, że OSS była organizacją pionierską i daleko mu do potęgi jego następcy – słynnego CIA, to jednak należy przyznać, że tysiące wykradzionych dokumentów, zwerbowanie niemieckiego dyplomaty Fritza Kolbego, który stał się jednym z najważniejszych agentów tej wojny, czy zdemaskowanie słynnego szpiega Cycero działającego w ambasadzie brytyjskiej w tureckiej Ankarze oraz tysiące pomniejszych sukcesów (jak np. rozpowszechnianie w Niemczech pogłosek na temat fizycznego i psychicznego stanu zdrowia Hitlera) wpłynęło na końcowy wynik wojny.

Źródła:
– Hal Vaughan, Sleeping with the Enemy. Coco Chanel’s Secret War, Alfred A. Knopf, 2011.
– K. Janicki, Antysemitka i homofobka. Prawdziwe oblicze Coco Chanel?, „Ciekawostki historyczne”, 23 sierpnia 2011.
– B. Wołoszański,Tajna Wojna Hitlera, Warszawa 1997.
– N. Davies, Europa Walczy 1939-1945, Kraków, 2008
– G. Regan, Anegdoty wojenne, Warszawa 2005
– Jak druga wojna światowa zrodziła CIA: Kulisy powstania agentury USA w: Kurier Lubelski

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ANEGDOTY WOJENNE, ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA