Monthly Archives: Marzec 2013

RECENZJA FILMU: BACZYŃSKI

Baczyński PlakatTrudno zrozumieć, dlaczego najnowszy film Kordiana Piwowarskiego tak bardzo ubódł gusta kilku profesjonalnych krytyków filmowych, którzy sens „Baczyńskiego” sprowadzili de facto do „ściągi” z lekcji języka polskiego. Oprócz więc przyjrzenia się samemu obrazowi, postanowiliśmy zastanowić się nad zasadnością niektórych zarzutów. Film w pełni na taką obronę zasługuje.

Dzieło Kordiana Piwowarskiego, podobnie jak inne quasi-historyczne produkcje ostatnich miesięcy, choć warty uwagi, pozostawia mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony intuicyjnie wyczuwamy, że reżyser nie wyczerpał tematu, więcej nawet – jedynie go musnął i choć muśnięcie to było iście mistrzowskie, niewykorzystana okazja do opowiedzenia fascynujących, pełnych niedomówień losów poety, ma prawo budzić u nas frustrację.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga ukazuje interesujące oblicze arcyciekawego człowieka w lirycznym, iście impresjonistycznym zarysie. Większość krytyków oczekiwała, że Piwowarski opowie o Baczyńskim zgodnie z tradycją filmowej hagiografii, a więc za pomocą kinowej prozy. Ponieważ krytykiem filmowym nie jestem, niniejszy tekst poruszam wyłącznie ze względu na historyczną proweniencję obrazu, a moje wnioski być może ocierać się będą o banał, niemniej jednak zgadzam się z reżyserem, że takie właśnie ujęcie tematu „jądro mleczne” Baczyńskiego ukazuje w sposób najbardziej intuicyjny.

Zarzutów do „Baczyńskiego” jest kilka. Są wśród nich takie, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Boli przede wszystkim zaprzepaszczony potencjał, a to tym bardziej, że Piwowarski wpada na genialne tropy, by po krótkiej przechadzce kompletnie zboczyć z właściwej ścieżki i tym samym sprowadzić widza na manowce. Właśnie dlatego zasygnalizowane wątki dotyczące niejednoznacznych relacji z matką, konfliktu z Gajcym, czy fascynacji twórczością poety Kazimierza Wyki, Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza wzbudzają ogromny niedosyt, a przecież można by tu tyle opowiedzieć i to nawet bez rezygnacji z wybranej formy.

Grubą przesadą jest jednakowoż sprowadzanie „Baczyńskiego” do trywialnej pozycji na szkolnej liście lektur. Odnoszę się tutaj przede wszystkim do recenzji zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej”, która z krytyką ma tyle wspólnego, ile poezja Baczyńskiego z komedią dworską. Światopogląd nakazujący widzieć w Powstaniu Warszawskim – nieodpowiedzialną burdę, a w podjętej przez Baczyńskiego decyzji o zamienieniu pióra na karabin – błazenadę, z góry przesądza o ocenie całości, a ta jest niesprawiedliwa, lub w najlepszym przypadku oparta na płytkich argumentach.

Od naszej recenzentki trąci na kilometr, charakterystycznym dla lewicowej orientacji, tendencyjnym spojrzeniem na historię, które okazuje się istotniejsze nie tyle nawet od tzw. prawdy historycznej, ile samego filmu, jako autonomicznego zjawiska artystycznego. Być może to za daleko posunięty wniosek, ale niekiedy można odnieść wrażenie, że autorka wspomnianej recenzji najchętniej widziałby Baczyńskiego w roli elementu niejednoznacznego trójkąta miłosnego, który ten miałby tworzyć z Wyką i Iwaszkiewiczem. Bzdura goni bzdurę…

Wbrew bowiem temu, co sugeruje „Krytyka Polityczna”, ani Baczyński, ani AK, ani wreszcie nawet Powstanie Warszawskie nie były patetycznymi mitami bez znaczenia, a umiejscowionymi w czasie i przestrzeni wartościami, których zarys i ładunek emocjonalno-intelektualny Piwowarskiemu udaje się, w sposób dla polskiego kina nowatorski, uchwycić znakomicie.

Cóż bowiem z tego, że wcielający się w główną rolę Mateusz Kościukiewicz sensu stricte nie gra, tylko jak napisał jeden z krytyków „jest”, skoro samym tym „byciem” połączonym ze słowami kapitalnie projektujących wojenną rzeczywistość wierszy Baczyńskiego, oddaje w sposób autentyczny klimat kreowanej przez siebie postaci. Nie ma przy tym nic z  przeintelektualizowanego błazna, który nadyma się patosem, nie pozuje też na dławionego weltschmerzem wieszcza.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Jest tu natomiast poezja, która ma po pierwsze – tłumaczyć drogę, którą podążył Krzysztof Kamil Baczyński, po drugie – ma za zadanie nadać całości właściwej treści, artykułowanej nie wprost, bo ta artykułowana wprost nie zdołałaby poświadczyć o ciążącym na bohaterze piętnie i uświadomionym przez niego poczuciu spełniającej się apokalipsy.

Baczyński grzmiał w stronę starającego odwieść się go od pomysłu czynnej walki Kazimierza Wyki: „Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”.

Dziwne więc, że ktokolwiek zarzuca reżyserowi, iż nie podjął tematu konfliktu, który jakoby miał się rozegrać w umyśle poety. Znajomość (i nieznajomość) twórczości oraz biografii wieszcza mówią tu same za siebie.

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka (znakomita w roli Basi Baczyńskiej), a oprócz tego subtelna, acz niebanalna muzyka i wersety z zeszytów Baczyńskiego (fakt, że nie zawsze deklamowane w odpowiedni sposób) nie kłamią, nie upraszczają, ani nie wpisują filmu do romantycznej szuflady. Rysują natomiast niewyraźną kreską pewnego rodzaju fresk liryczny, to zaś dlaczego Piwowarski zdecydował się na takie rozwiązanie tematu, pozostaje jego tajemnicą i nie nam to oceniać.

Należy się cieszyć, że powstał obraz, który zdołał oddać jeśli nie złożoność (na to brakło czasu) to chociaż ogrom poetyckiej wyobraźni poety. To ona uratowała nie wolny od pewnych uproszczeń i niedociągnięć film, choć nie zdołałaby tego uczynić bez stworzonej przez reżysera „emocjonalnej scenografii”, która porywa tym mocniej, im bardziej zbliżamy się do tragicznego finału.

Chciałbym, aby podobne filmy rzeczywiście kręcono specjalnie dla szkół. Po seansie „Baczyńskiego” nie mam jednak najmniejszych nawet wątpliwości, że jego sens i estetyka nieprzygotowanym licealistom umknie tak samo, jak umknęły kilku profesjonalnym recenzentom kina.

*   *   *

Remek Piotrowski

Reklamy

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

POETA Z GŁOWĄ NA KARABINIE

Baczyński 1Gdy słynny historyk literatury Stanisław Pigoń dowiedział się, że Krzysztof Kamil Baczyński wstąpił w lipcu 1943 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej, powiedział Kazimierzowi Wyce: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami”.

Nad biografią Baczyńskiego pochylano się kilkukrotnie wyjmując przy tym na światło dzienne wiele fascynujących i mało znanych faktów z życia najwybitniejszego, zdaniem wielu historyków literatury, poety czasu okupacji. Choć autor niniejszego tekstu ukończył studia filologiczne, nie posiadł niestety umiejętności wprawnego analizowania dzieła literackiego.

Jeśli więc napiszę, że Baczyński został najważniejszym dla mnie (w latach szkolnych mawiałem „ulubionym”) polskim twórcą liryki, nie mam na myśli wyłącznie kryterium stricte estetycznego. Myślę przede wszystkim o ogromnym ładunku emocjonalno-mentalnym, który poeta przekazał po pierwsze – za pośrednictwem swojej wyjątkowej twórczości, po drugie – poprzez świadectwo własnego życia i to nawet wówczas, gdy sprowadza się ono dla nas do formy suchego biogramu i relacji z tzw. drugiej ręki.

Baczyński to wyobraźnia, to fascynacja formą i treścią świata, to pasja miłości nie zdewaluowanej współczesnym kiczem, to wreszcie niezwykła historia zwykłego człowieka o nieprawdopodobnych umiejętnościach i wrażliwej duszy.

– … w chmury się wbić w koronach drzew… –

Czymże mógł nasiąknąć urodzony 21 stycznia 1921 roku w Warszawie Krzysztof Kamil, skoro jego ojciec był żołnierzem Legionów Polskich, oficerem Wojska Polskiego, krytykiem literackim i dziennikarzem, a matka nauczycielką i autorką szkolnych podręczników? Czymże mógł nasiąknąć młody Krzysztof Kamil, skoro ukończył słynne Gimnazjum im. Stefana Batorego (choć ze słabymi ocenami, bo do szkoły chadzał rzadko), to samo, do którego uczęszczali „Alek”, „Rudy”, „Zośka” i „Anoda”, czyli bohaterowie spod Arsenału.

Fenomen Baczyńskiego to składowa dwóch czynników. Pierwszym z nich było środowisko i wychowanie (rodzice, szkoła, słynna 23 Warszawska Drużyna Harcerska „Pomarańczarnia”), drugim natomiast – jego introwertyczny charakter, umiejętność obserwacji i wyczucia rzeczywistości, talent kreacyjny, niesłychana wyobraźnia, wreszcie miłość do literatury, która rozwinęła i uwrażliwiła umysł chorowitego oryginała.

Oczywiście (wybaczcie mało wyszukaną metaforę) każdy kij ma dwa końce. Wrażliwy chłopak o charakterze indywidualisty nie miał wielu kolegów, nie wspominając nawet o bliskich przyjaciołach. Szybki rozwój emocjonalno-uczuciowy spowodował, że Baczyńskiemu bardzo trudno było znaleźć wspólny język z rówieśnikami. Wśród wspomnień o poecie znajdziemy więc i takie (E.Dusza), które mówią o tym, że kilkunastoletni chłopak o niepospolitym umyśle i takim talencie był wręcz nielubiany i to zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli.

Dziś rano cały świat kupiłem
Gwiazdy i słońce, morze, las
I serca, lądy i rzek żyły
Ciebie i siebie, przestrzeń, czas
(fragm. wiersza „Pieśń o Szczęściu”)

Pozorne – bujanie w obłokach, a de facto – zadawanie trudnych, a zarazem wielce niewygodnych pytań, na przykład na temat przeznaczenia własnego pokolenia (daleko wówczas było do określenia ich Kolumbami), w które, co wydać się może dziś niesłychanie mało prawdopodobne, była jego zdaniem wpisana zagłada i to niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa, nie przysparzało mu sympatii. Zapewne traktowano go, jako wyniosłego dziwaka, który brak tężyzny fizycznej nadrabiał pseudointelektualną, w mniemaniu rówieśników, gadaniną.
Prawda była jednak taka, że Baczyński cierpiał ze względu na dojrzałość intelektualną, umiejętność zaobserwowania niewidzialnych dla kolegów elementów świata i niepospolitą wyobraźnię. Cierpiał na to, na co cierpi każdy geniusz wyprzedzający swą epokę.

– … Nas nauczono… –

Niezwykłe, a z drugiej strony szalenie symptomatyczne dla ludzi w jego pokolenia, okazało się odnajdowanie przez Baczyńskiego własnej drogi wśród okupacyjnej pożogi. Ten przewrażliwiony na punkcie sztuki i natury świata człowiek, porzucił studia polonistyczne, po to, aby służyć krajowi i niewiele, jak się zdaje, jest w tym pomnikowej pompatyczności, którą tak chętnie krytykują powierzchownie analizujący problem współcześni znawcy historii, sztuki i kultury masowej.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
którem kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
(fragm. wiersza „Pokolenie”)

W lipcu 1943 roku Baczyński wstąpił do Armii Krajowej (sekcyjny w II plutonie „Alek” 2. kompanii „Rudy”, słynnego batalionu „Zośka”). Odtąd „Krzysztof”, „Zieliński” (pod takimi pseudonimami figurował w AK) był jednym z tysiąca trybików podziemnego państwa polskiego – w swym mieszkaniu w skrytce na broń trzymał Thompsona, dwa Steny, MP 40, granaty, materiały minerskie, podręczniki, mapy oraz prasę konspiracyjną. Należy przy tym pamiętać, że pochodzenie Baczyńskiego (jego matka była z pochodzenia Żydówką, a możliwe, że i w żyłach ojca płynęła żydowska krew) w przypadku odkrycia, skazywało go na wyrok śmierci.

Książka 2– … Ziemio krwią i ogniem płynąca… –

Jak napisał w swoim artykule Józef Lewandowski, choć „Baczyński uważał się za Polaka, był Polakiem, kim by nie byli jego rodzice i dziadkowie” i choć „funkcjonował” w polskiej kulturze, to jednak na kwestię antyżydowskich wystąpień okazywał się niezwykle czuły i to już od najmłodszych lat. Do legendy przeszła bójka w szkolnej klasie, która miała miejsce w roku 1935 roku, podczas lekcji matematyki, gdy odpowiadający przed nauczycielem Ryszard Bychowski został nazwany „Żydem”, skutkiem czego wywiązała się krwawa bójka, w której Baczyński wraz z czterema kompanami bronił honoru kolegi przed trzydziestoosobową grupą „prześladowców”.

W „Kronice życia i twórczości Krzysztofa Baczyńskiego” Zbigniew Wasilewski wyjaśnia kwestie narodowościowe poety: „rodzina Baczyńskich pochodzi z drobnej szlachty podkarpackiej a jej herb Sas świadczy o dawnych związkach genetycznych z osadnictwem saksońskim i wołoskim rodem Dragów-Sasów. (…) Rodzina Zieleńczyków, pochodzenia żydowskiego, całkowicie spolonizowała się w wieku XIX i należała do światłej inteligencji warszawskiej”(s. 19)

Ważny w tej sprawie jest również kontekst wykraczający poza kwestię samej tożsamości, czy pobudek etyczno-moralnych, choć i one w przypadku Baczyńskiego odgrywała istotną rolę. Poeta (znów odwołam się to Józefa Lewandowskiego) doskonale rozumiał wywodzącą się jeszcze od Mickiewicza tradycję polskiej humanistyki i kultury, która w swoim najwartościowszym nurcie wolna była od narodowościowych uprzedzeń. W końcu nie bez znaczenia było także piętno ojca – człowieka o wyraźnie lewicowych poglądach, którymi musiał nasiąknąć za młodu Krzysztof Kamil (był członkiem socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Spartakus”).

Trop lewicowy owiany jest w przypadku Baczyńskiego aurą tajemnicy, a choć zaraz po wojnie ślad ten mógł być jeszcze świeży, został zatarty przez nową władzę, wszakże aż do odwilży, dzieła jak i ich twórca (uznawany za czołowego poetę „faszystowskiej” Armii Krajowej) były przez komunistów całkowicie ignorowane. Dopiero po śmierci Stalina niejako z miejsca, stał się Baczyński zjawiskiem w polskiej kulturze nośnym, choć przesadnie eksponowany wątek socjalistyczny („Spartakus”) wypaczał obraz jego biografii.

Niewiele wiemy na temat członkostwa Krzysztofa Kamila w „Spartakusie”, nie znamy również powodów wystąpienia z organizacji. Wielu badaczy podejmujących temat odejścia poety od lewicowych poglądów zwraca uwagę na prosty aspekt polityczny – Baczyński nie mógł być głuchy na pakt Ribbentrop-Mołotow, wkroczenie wojsk sowieckich 17 września, deportacje ludności polskiej i żydowskiej oraz terror sowiecki. Zerwał nawet w związku z tym kontakt z kuzynką mieszkającą na terenach dzisiejszej Białorusi (a przed wojną – II Rzeczpospolitej), której mąż składał dziękczynienie wojskom Stalina za uwolnienie ich spod polskiego „jarzma”.

Bez względu bowiem na osobiste przekonania i światopogląd, miał Baczyński niesłychanie głęboko zakorzenione poczucie obowiązku. Zdaje się, że poeta czuł, iż jest „coś” dłużny zarówno tej ziemi, jak i może przede wszystkim kulturze polskiej, dlatego też w 1943 roku wstąpił nie do Armii Ludowej, a AK, i dlatego też zrezygnował ze studiów i zajął się działalnością konspiracyjną. Wspomniane uczucia wzmagała coraz silniejsza więź z wiarą (niektórzy temu przeczą uważając, że motyw Boga znajdował się w jego twórczości wyłącznie w celu zadowolenia matki) i nęcący Baczyńskiego-poetę mistycyzm.

Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy-
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia,
długie nogi wysielców pociągną jak sznur.
(fragm. wiersza „Jesień ’41)

Apolityczności Baczyńskiego, który jak się zdaje po 1943 roku przestał walczyć o Polskę prawej strony lub Polskę lewej strony, a dbał o Polskę wolną po prostu, widoczna jest również w tym, że jego twórczość publikowana była zarówno w lewicowych „Płomieniach”, jak i na kartach „Sztuki i Narodu”, a więc zjawiska w polskiej literaturze o silnie nacjonalistycznej proweniencji (na łamach tego drugiego wydano największe poetyckie dzieło lat okupacji „Wiersze Wybrane” Baczyńskiego vel. Jana Bugaja).

Basia

Barbara Baczyńska z Drapczyńskich

– … wtedy przepłyniesz we mnie… –

Twórczość najwybitniejszego, zdaniem wielu, poety czasu okupacji to nie tylko poezja „ze środka spełniającej się apokalipsy”, zanurzona w katastroficznym pejzażu idących na stracenie młodych ludzi, ale również przepełniona ogromną miłością liryka skierowana do konkretnej osoby. Choć w życiu Baczyńskiego było kilka kobiet, tak naprawdę liczyły się tylko dwie.

Pierwszą z nich była ukochana matka – Stefania, którą syn po śmierci ojca otoczył troskliwą opieką; drugą poznał 1 grudnia 1941 roku w mieszkaniu Emilii i Tadeusza Hiżów. Barbara Drapczyńska, koleżanka z tajnej polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, to dziewczyna, której poezja polska zawdzięcza – zdaniem Kazimierza Wyki – najpiękniejsze erotyki. Krzysztof Kamil i Barbaraba pobrali się już po pół roku znajomości, a uroczystość odbyła się w kościele na Solcu.

Basi…
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę ten strumień żywy
przeobrażenia, duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.

Ułóż wezbrane oczy w kołysce, ciało na skrzydłach
jasnych demonów, wtedy przepłyniesz we mnie
jak listek opadły w ciepły tygrysi pomruk.
(„Kołysanka”)

Utalentowany poeta swą twórczość dedykował nie tylko ukochanej kobiecie, ale i, o czym pamięta niewielu, również… ukochanym psom, które tak jak matka, darzył wielką czułością. Ukochany foksterier Fred został uwieczniony na fotografii zamieszczonej w tomie wspomnień o poecie („Żołnierz poeta, czasu kurz…”, Kraków 1967), zaś złotobrązowy spaniel Dan został adresatem dedykacji w poświęconym mu popularnym wierszu „Z psem”.

Baczyński 1– … pochylony nad śmiercią… –

Baczyński w czasie wojny strzelał nie tylko poetyckimi strofami, ale i karabinowymi kulami. Między innymi uczestniczył 27 kwietnia 1944 roku w akcji wykolejenia pociągu niemieckiego na odcinku Tłuszcz-Urle, która spowodowała 26-godzinną przerwę w ruchu.
Baczyński-żołnierz przedstawiał jednak zdaniem słynnego dowódcy 2. kompanii baonu „Zośka” pchor. Andrzeja Romockiego „Morro” mniejszą wartość niż Baczyński-pisarz-intelektualista i dlatego otrzymał stanowisko nieoficjalnego szefa prasowego kompanii.

Kazimierz Wyka podczas swojej prelekcji pt. „Droga Do Baczyńskiego” wygłoszonej na uroczystym zebraniu Pen-Clubu w dniu 27 marca 1974 roku rzucił światło na sprawę przystąpienia Baczyńskiego do Powstania. Tekst został też ogłoszony w „Kulturze” 1979, nr 51/52 i 1980, nr 1.
„…Zacząłem mu tłumaczyć – mówił Wyka. – Czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!.”

Pod koniec życia śpieszył się z pisaniem, tworzył można by rzecz łapczywie chcąc przelać na papier jak najwięcej ze swoich uczuć, myśli i obaw. Przeczuwając, że koniec jest bliski, w ostatnim wierszu datowanym na 13 lipca 1944, napisał o kimś, kto „pochylony nad śmiercią zaciska palce na broni”…

1 sierpnia 1944 roku, gdy wybuchła godzina „W”, Baczyński znajdował się w rejonie placu Teatralnego, gdzie zresztą został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Odcięty, postanowił przyłączyć się do ochotników, którymi dowodził ppor. „Leszek”.
W czwartym dniu Powstania poeta przebywał w Pałacu Blanka i to właśnie tam, około godziny czwartej po południu, dosięgła go kula niemieckiego snajpera.
1 września 1944 zginęła także żona Baczyńskiego – Barbara Baczyńska z Drabczyńskich. Została tylko poezja…

Źródła:
– Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory zebrane, Kraków 1994, t. I-II.
– Józef Lewandowski, Wokół biografii K. K. Baczyńskiego, Szkło bolesne, obraz dni. Eseje nieprzedawnione, Ex Libris, Uppsala 1991
– Wiesław Budzyński: Śladami Baczyńskiego. Warszawa: Muzeum Historyczne m.st. Warszawy, 2009, s. 81,97. ISBN 978-83-88477-92-8
– baczynski.art.pl/kkb
– Czesław Mozil & Mela Koteluk: Utwór promujący film o K.K. Baczyńskim – „Pieśń o szczęściu”

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

II WOJNA W POLSKIM KOMIKSIE – cz.I

Ostatnia szansaTemat II wojny światowej podjęły literatura, sztuka, film i muzyka, nic więc dziwnego, że zajęli się nim również twórcy komiksu. W pierwszej części cyklu artykułów poświęconych polskiemu komiksowi wojennemu (i okołowojennemu) przedstawimy najważniejsze tytuły z okresu dwudziestolecia międzywojennego i PRL-u.

Za pierwszy polski komiks uznaje się „Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia – powieść współczesna”, który został wydany we Lwowie, w 1919 roku, na łamach tygodnika satyrycznego „Szczutek”. Autorami komiksu byli Kamil Mackiewicz i Stanisław Wasilewski. To ta dwójka stworzyła 28 odcinków składających się z sześciu obrazków każdy. Historyjki opowiadały o życiu codziennym w II Rzeczpospolitej oraz bitwach polskiego żołnierza z Rosjanami, Ukraińcami, Niemcami i Czechami. Popularność komiksu sprawiła, że tytuł wydano również w formie książkowej.

Pierwszy komiks polski - "Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia - powieść współczesna"

Pierwszy komiks polski – „Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia – powieść współczesna”

Umieszczony w lutym 1919 roku pierwszy odcinek komiksu został poprzedzony wstępem, w którym czytamy (składnia i pisownia zgodna z oryginałem):
„W numerze dzisiejszym rozpoczyna „Szczutek” druk powieści. Będzie to niesłychanie interesujący romans w obrazkach p.t.: „Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia – powieść współczesna”. – Rysownik i poeta przeprowadzą bohatera romansu – niczym Vergili Danta – przez całą dolę i niedolę współczesnego życia polskiego. Grześ tylko z pozoru jest taki niepokaźny. Zobaczycie co to za sztuka! Zakosztuje on wszelkiego losu. Będzie w pierwszym polskim Sejmie i pod Sejmem, na automobilu i pod automobilem, w wojsku i cywilu, na froncie i w intendenturze, w ministeryum i w kryminale. Już ci się wydaje czytelniku, że Grześ spadł z pieca na łeb, gdy on tymczasem został członkiem P.K.L. Dwa bite tomy w 32 rozdziałach obejmie ta senzacyjna historya. Nie tylko Gruszecki z Konoczyńskim ale sama nawet Helena Mniszek nigdy takiej powieści nie pisała!

Coraz większa popularność historii rysunkowych sprawiła, że w dwudziestoleciu międzywojennym pojawiły się kolejne komiksy, a wśród nich również te traktujące o napiętej sytuacji politycznej w ówczesnej europie, będącej preludium wydarzeń mających nastąpić we wrześniu 1939 roku.

Przygody bezrobotnego Froncka

I tak na przykład „Przygody Froncka” traktowały o stosunkach polsko-niemieckich, „Przygody Wicka Buły w Raju” miały wyraźnie antysowiecki charakter, a „Heil Piffke” wyśmiewał politykę niemiecką względem Czech. Rzeczone tytuły przedstawiały rzeczywistość w dość jednoznaczny i uproszczony sposób, miały ponadto wyraźnie satyryczny charakter i właśnie w magazynach o konotacjach satyryczno-rozrywkowych były publikowane najczęściej.

wicek88– Nie komiks, a kolorowe zeszyty –

Po II wojnie światowej, gdy rządy nad Wisłą przejęli komuniści, komiks popadł w niełaskę, gdyż był kojarzony ze „zgnilizną” zachodniej kultury i dlatego wykorzystywany był wyłącznie w satyrycznej formie. Z biegiem lat władze dostrzegły jednak ogromny potencjał propagandowy drzemiący z „historyjkach obrazkowych” i „kolorowych zeszytach” (celowo nie używano pojęcia „komiks”), skutkiem czego wkrótce zaczęło się pojawiać coraz więcej tytułów publikowanych na łamach prasy i rozmaitych czasopism. Ich tematyka często oscylowała wokół II wojny światowej, był to bowiem temat wciąż aktualny, wywołujący zainteresowanie, pozwalający na stworzenie biało-czarnego świata, w którym podział na „dobrych” i ”złych” był oczywisty i mówił sam za siebie .

"Wicek i Wacek w czasie okupacji". Pierwszy powojenny komiks z 1946 roku.

„Wicek i Wacek w czasie okupacji”. Pierwszy powojenny komiks z 1946 roku.

Pierwszym powojennym komiksem polskim była drukowana w łódzkim „Expressie Ilustrowanym” historia „Wicka i Wacka”. Druk komiksu autorstwa Wacława Drozdowskiego rozpoczął się w już styczniu 1946 roku i przedstawiał przygody łódzkich urwisów podczas wojny. Obrazkowe losy Wicka i Wacka były pierwszym satyrycznym spojrzeniem na okres hitlerowskiej okupacji, a ich popularność spowodowała, że w 1948 roku wydano je w książeczce o nakładzie aż 250 tysięcy egzemplarzy.

Okładka zeszytu nr 1 - "Przygody pancernych i psa Szarika".

Okładka zeszytu nr 1 – „Przygody pancernych i psa Szarika”.

W 1957 roku w tygodniku dla młodzieży „Przygoda” zaczął pojawiać się rysowany przez Mariana Walentynowicza i napisany przez Ryszarda Kiersnowskiego komiks pod tytułem „Walenty Pompka na wojnie”. W tym samym roku ukazał się „Stary zegar” Szymona Kobylińskiego, który odpowiedzialny był również za zapomniane dziś, a niezwykle popularne w tamtych czasach trzy zeszyty z serii „Przygody pancernych i psa Szarika” (1970-1971) oparte rzecz jasna na kultowym serialu. Kolekcjonerze są w stanie zapłacić dziś za ten ostatni tytuł nawet dwa tysiące złotych. Krótkie komiksy wojenne pojawiały się również m.in. w polskim magazyn komiksowym „Relax”, wydawanym w latach 1976–1981.

Młody Czereśniak z ojcem wyrusza na wojnę. Fragment komiksu "Przygody pancernych i psa Szarika".

Młody Czereśniak z ojcem wyrusza na wojnę. Fragment komiksu „Przygody pancernych i psa Szarika”.

 

Okładka drugiego zeszytu "Podziemnego frontu".

Okładka drugiego zeszytu „Podziemnego frontu”.

– Hity PRL-u –

Najsłynniejszymi komiksami okresu PRL-u są jednak „Podziemny front” i „Kapitan Kloss” – serie wydawnicze oparte na telewizyjnych serialach.
Pierwsza z wymienionych wychodziła w latach 1969 – 1972 i 1979, a składała się z dziewięciu zeszytów. Narysowane przez Mieczysława Wiśniewskiego (zeszyty nr 1-6) i Jerzego Wróblewskiego (zeszyty nr 7-9) historie bazowały na scenariuszach wybranych odcinków serialu (pod takim samym tytułem) oraz filmów „Powrót doktora von Kniprode” w reżyserii Huberta Drapella.i „Pułapka” w reżyserii Andrzeja Jerzego Piotrkowskiego.

Komiks opowiada o losach bohaterskiego oddziału im. Czwartaków wchodzącego w skład (a jakże!) Armii Ludowej, który toczy walkę z okupantem za pomocą akcji sabotażowych. Ostatnie zeszyty przedstawiają historię poszukiwań zbrodniarzy wojennych, walki z Werwofem i przejmowania przez Polaków kopalń na Dolnym Śląsku.

"Wilk z matni". Zeszyt komiksowy z serii "Podziemny front".

„Wilk z matni”. Zeszyt komiksowy z serii „Podziemny front”.

Choć ocenę tego wydawnictwa obniżały scenariusz, dość schematyczne zdaniem znawców rysunki i propagandowy ton to jednak komiks cieszył się w swoim czasie sporą popularnością.

5. zeszyt przygód "Kapitana Klossa".

5. zeszyt przygód „Kapitana Klossa”.

Jeszcze większą zdobył „Kapitan Kloss”, choć za jego sukcesem stał przede wszystkim serial telewizyjny w reżyserii Janusza Morgensterna ze Stanisławem Mikulskim w roli głównej. Co ciekawe, komiks powstał w Polsce na zlecenie… Szwedów, którym serial niezwykle przypadł do gustu i dla których druk w Polsce był zwyczajnie tańszy.

Jak czytamy na portalu stawkologia.pl konkurentami do narysowania historii o Klossie byli wybitny malarz Mieczysław Wiśniewski (odpowiedzialny za 6 zeszytów „Podziemnego frontu”), Szymon Kobyliński (autor albumów „Przygody pancernych i psa Szarika” oraz „Starego zegara”), Jerzy Wróblewski (autor wielu zeszytów z serii „Kapitan Żbik”), czy Grzegorz Rosiński. Ostatecznie Szwedzi zdecydowali się na Wiśniewskiego.

„Kapitan Kloss” (wydanie pierwsze w latach 1971 – 1973) ukazał się w wersji książkowej i komiksowej w krajach, w których „Stawka większa niż życie” święciła największe triumfy, czyli w Polsce, Czechosłowacji, Szwecji, Norwegii, Estonii, Jugosławii i Finlandii. Warto wiedzieć, ż lista odcinków serii komiksowej nie pokrywa się ściśle z serialem, a zeszytów komiksowych jest więcej niż odcinków (20 komiksów i 18 odcinków serialu).

Różnic pomiędzy serialem i komiksem jest więcej. Warto wspomnieć o zakończeniu – serial kończy się odkryciem przez Klossa sekretu tajemniczego Wolfa, komiks zaś historią ścigania przez J-23, już po wojnie, zbrodniarza wojennego. Na końcu ostatniego zeszytu dowiadujemy się, że Klossowi umyka odwieczny rywal Hermann Brunner, co wskazuje na to, że planowano powstanie kolejnych odcinków. Dlaczego do tego nie doszło, nie wiadomo.

Fragment komiksu "Kapitan Kloss".

Fragment komiksu „Kapitan Kloss”.

Inną rzucającą się w oczy różnicą pomiędzy komiksem, a serialem jest zmiana kolejności epizodów oraz niektóre szczegóły akcji (np. w „Żelaznym Krzyżu” hrabia Edwin Wąsowski ginie w wersji komiksowej, a w serialu zostaje uratowany). Na stronie stawkologia.pl znajdziemy artykuł Macieja Szatko, w którym autor wylicza masę szczegółów ukazującychkolejne różnice (istotne przede wszystkim z punktu widzenia gorliwych fanów serii):
„Max Dibelius wymieniony jest tu jako sturmbannführer, gdy z kolei w odcinku filmowym był standartenführerem. Jest to o tyle ciekawe, że scenarzystami serii komiksowej był ten sam tandem, który stworzył serialową „Stawkę”, czyli duet Andrzej Zbych, dlatego dziwić może fakt, że np. dentysta w zeszycie „Wsypa” nazywa się Jan Borecki, czyli tak jak osoba, o której uwolnienie zabiega w filmowej „Wielkiej wsypie” Irmina Kobus”.

Jeden z najlepszych komiksów w serii - "Żelazny krzyż", nr 14 "Kapitana Klossa".

Jeden z najlepszych komiksów w serii – „Żelazny krzyż”, nr 14 „Kapitana Klossa”.

Co ciekawe serialowa postać Klossa jest jedynym wiernie odtworzonym bohaterem w komiksie, o czym opowiedział Wiśniewski w wywiadzie udzielonym Bartoszowi Kurcowi, autorowi książki „Trzask Prask”. Rysownik stworzył komiksowego J-23 za pomocą piętnastu fotografii. Mikulski otrzymał za wykorzystanie jego wizerunku honorarium, twórcy serii – twarz, która kojarzyła się z serialem i była gwarantem sukcesu.

„Jedynie Mikulski był tak uprzejmy, że podarował mi kilkanaście swoich zdjęć. I on jest podobny. Zresztą był taki warunek, że komiksowy Kloss miał być podobny do filmowego. A inne postacie już nie” – powiedział w wywiadzie udzielonym zaledwie kilka tygodni przed śmiercią rysownik kultowego komiksu.
Twórcy „Kapitana Klossa”, podobnie jak miało to miejsce w „Podziemnym froncie” krytycy zarzucają często schematyzm i kalki (w „Klossie” pojawiają się pomysły rysunków wykorzystane już wcześniej w „Podziemnym froncie”), choć czytelnikom zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać, sam tytuł był wielokrotnie wznawiany i to w niedalekiej przeszłości.

O pozostałych polskich komiksach oscylujących wokół tematu II wojny światowej (w tym o komiksach współczesnych twórców) opowiemy w kolejnych częściach artykułu, które znajdziecie już wkrótce na naszym blogu.

 

Źródła
– Portal: tytusdezoo.republika.pl (zdjęcia i informacje)
– Maciej Szatko o serii komiksowej Kapitan Kloss w: stawkologia.pl
– B.Kurc, Trzask Prask, Warszawa, 2000
– W ostatniej chwili – o komiksie w PRL-u – film dokumentalny w reż. Andrzeja Szlachtycza z 2011 roku.

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

JAK UMARŁY IKONY PRZEDWOJENNEGO KINA

Bodo DymszaAleksandra Żabczyńskiego, Adolfa Dymszę i Eugeniusza Bodo łączy, co oczywiste, status gwiazd kina lat ‘30 i ikon kultury masowej przedwojennej Polski. Na każdej z tych wyjątkowych indywidualności II wojna światowa odcisnęła swe piętno niezwykle wyraźnie. – Jednemu złamała karierę, drugiemu przydała miano zdrajcy, a trzeciego pozbawiła życia.

Przedwojenna kinematografia polska zrodziła wiele gwiazd. O to, komu spośród ówczesnych aktorów należałoby przyznać palmę pierwszeństwa, niech spierają się historycy kina. My zdając się na subiektywne odczucia, wspomnimy o trzech naszym zdaniem najwybitniejszych postaciach, których wojenne losy układają się w niesamowitą mozaikę pełną poruszających dramatów, niespodziewanych zwrotów, tajemnic i kontrowersji.

Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo poza dziesiątkami niezapomnianych kreacji dopisali do swojego imponującego aktorskiego życiorysu jeszcze jedną wybitną rolę, o której dziś, poza wąskim gronem miłośników przedwojennej X muzy, pamięta niewielu. W tym jednak filmie żadnego z nich nie czekał po ostatniej klapsie ani aplauz, ani wysokie honorarium, ani uśmiech wielbicielek. Wojna złamała ich wielkie kariery, złamała i życie.

– Zalotna nonszalancja amanta z wyższych sfer –

Urodzonemu 24 lipca 1900 roku w Warszawie Aleksandrowi Żabczyńskiemu, jako synowi pułkownika armii rosyjskiej i generała Wojska Polskiego, przeznaczona była kariera żołnierska, nic więc dziwnego, że młody Aleksander ukończył z wyróżnieniem poznańską Szkołę Podchorążych. Po powrocie z wojska, w skutek nalegań rodziców, rozpoczął studia prawnicze, ale kłótnia z nauczycielem podczas egzaminu przerwała jego edukację, otwierając inną furtkę rozwoju, która wkrótce pochłonęła go bez reszty.

Studia w Szkole Filmowej i wstąpienie do instytutu teatralnego „Reduta” w połączeniu z wielką fascynacją teatrem, która na początku lat ’20 owładnęła Żabczyńskiego, zwróciły go ku scenie. Wkrótce zaczął występować w warszawskich teatrach, a gdy opuścił na krótko w 1927 roku stolicę, grał na scenach Lwowa, Poznania i Łodzi.

Choć występował przede wszystkim w rewiowych teatrzykach, rewii i operetce do legendy przeszedł głównie dzięki rolom w filmie, w tym w komediach muzycznych: „Manewry miłosne”, „Ada, to nie wypada”, „Jadzia”, „Pani minister tańczy”, „Zapomniana melodia”, „Sportowiec mimo woli” to hity przedwojennego kina polskiego, których scenariusze nie rzadko pisane były specjalnie pod niego.

Zalotna nonszalancja, uroda amanta, pełna uroku aparycja, oraz znakomity głos, którym wylansował kilka przedwojennych szlagierów (najsłynniejszą z nich była nagrana na płytę piosenka „Całuję twoją dłoń, Madam”) przysporzyły mu wielką popularność, zwłaszcza wśród kobiet, które oszalały na punkcie przystojnego aktora.
Gdy Niemcy zaatakowali Polskę przebywał w Warszawie…

– Scipio del Scampio –

Adolf Dymsza (właściwie Adolf Bagiński) również urodził się 1900 roku w Warszawie i również w tym mieście zastał go atak hitlerowców na Polskę. Jak tłumaczy jego biograf Roman Dziewoński, Bagiński chciał używać pseudonimu „Scipio del Scampio”, ale kiedy zadzwoniono z teatru z pytaniem o podanie imienia na afisz, jego siostra zgubiła kartkę z zapisanym pseudonimem i sama wymyśliła na poczekaniu „Dymszę”, co ostatecznie na zawsze przylgnęło do aktora.

Pod koniec lat ’20 Dymsza zaczął grywać w warszawskich teatrach i teatrzykach Grodna, Mińska i Warszawy, lecz dopiero dzięki występom w kabarecie „Qui Pro Quo” zyskał popularność i zaczął być obsadzany w dźwiękowych filmach (o niemych produkcjach, w których występował, wiemy niewiele). W ciągu dziewięciu lat (1930-1939) zyskał gigantyczną popularność dzięki komediowym rolom w takich kinowych hitach, jak: „Antek policmajster”, „Dodek na froncie”, „Robert i Bertrand”, „Paweł i Gaweł”, czy też „Sportowiec mimo woli”. Wielu znawców tematu uważało, że gdyby Dymsza posługiwał się językiem angielskim, mógłby zakasować za Oceanem samego Charliego Chaplina.

– Amant niebanalny –

Ostatni z naszej wielkiej trójki – Eugeniusz Bodo (właśc. Bogdan Eugène Junod) urodził się prawdopodobnie w Genewie, w 1899 roku. Jego ojciec (obywatel Szwajcarii) był właścicielem łódzkiej „Uranii” – jednego z pierwszych na ziemiach polskich kin. Nic więc dziwnego, że młody Eugeniusz od najmłodszych lat chłonął X muzę, choć o jego aktorskich początkach wiemy stosunkowo niewiele.

Związany ze sceną rewiową i kabaretami dopiero w drugiej połowie lat ’20 i na początku ’30 zaczął piąć się w hierarchii polskich aktorów, zdaniem wielu docierając na sam jej szczyt. Wpływ na to miały dwa czynniki. Pierwszy z nich związany był z gwiazdorskim, jakbyśmy powiedzieli dziś, trybem życia. Aktor reklamował krawaty i kapelusze znanych polskich projektantów, a także marynarki firmy Old England.

Ponadto wiązał się z kobietami o głośnych nazwiskach, m.in. z ekscentryczną aktorką Reri (z pochodzenia Tahitanką), z którą w skutek jej problemów z alkoholem (on był abstynentem) wkrótce się rozstał. Zdaniem biografów w jego życiu było miejsce na miłostki, ale nigdy na miłość, a Bodo tak naprawdę kochał tylko swoją matkę i… doga niemieckiego imieniem Sambo, który został utrwalony na słynnym zdjęciu.

Od 1931 roku Bodo został współwłaścicielem wytwórni filmowej B.W.B. Pisał scenariusze i reżyserował filmy, w których często sam odgrywał kluczowe rolę. Nie było w tym nic na wyrost, bo specyficzna uroda („amanta niebanalnego”), znakomite opanowanie scenicznej gestykulacji i kapitalne wyczucie muzyczne (choć głos zdaniem wielu miał zaledwie przeciętny) w pełni predysponowały go do statusu gwiazdy, którą ugruntowały niezapomniane kreacje w „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Pieśniarzu Warszawy”, „Pawle i Gawle”, czy „Piętro wyżej” oraz wybitne wykonania takich piosenek, jak „Ach śpij kochanie”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, czy „Sex appeal”. We wrześniu 1939 roku uciekł do Lwowa…

– Z zawodu szlachcic –

Gdy wybuchła wojna Żabczyński, zmobilizowany we wrześniu 1939 roku, wziął udział w bitwie obronnej, jako porucznik I Pułku ciężkiej artylerii. Po klęsce wrześniowej, wraz z tysiącami polskich żołnierzy przedostał się do Rumunii, potem do Francji, a stamtąd z kolei do Anglii. Wielu spośród słynnych polskich aktorów (a za takiego Aleksander Żabczyński miał prawo się uważać) służbę wojskową odbywało tworząc frontowe teatry i zabawiając żołnierzy podczas licznych tournee.

Nie jednak Żabczyński. On zamierzał wziąć czynny udział w walce, skutkiem czego w 1942 roku wysłano go na Bliski Wschód, gdzie już jako kapitan II Korpusu gen. Władysława Andersa przeżył piekło walk o Monte Cassino, został ranny i odznaczony Krzyżem Walecznych. Rok po ukończeniu wojnie pracował w Polskim Czerwonym Krzyżu w Salzburgu, a w 1947 roku postanowił wrócić do kraju.

M Cassino For your freedom

Nowa władza spoglądała na Żabczyńskiego podejrzliwym okiem. Jego arystokratyczne maniery, nonszalancja oraz nuta wyniosłości nie przysporzyły mu popularności wśród komunistycznego aparatu władzy, podobnie jak i przedwojenne dokonania. Żabczyński, w swoim stylu, ignorował nowy porządek rzeczy żartując sobie z niego w charakterystyczny dla siebie subtelny sposób. Gdy na przykład przyszło mu wypełniać ankietę osobową, w rubryce „zawód” wpisywał przewrotnie „Szlachcic”.

Żabczyński nie miał szans zrobić kariery w powojennym filmie, bo socrealizm nie potrzebował postaci kojarzących się ze zgniłym, sanacyjnym kinem lat ’30, nie dał więc „Żabie” szans na zaistnienie w świadomości widza. Na szczęście aktor otrzymał angaż w teatrze, występował również w Polskim Radiu, a pod koniec 1957 roku, za namową przyjaciół nagrał  kilka piosenek, które przeszły do legendy zbiorów polskich melomanów.

W tym jednak czasie Żabczyński odczuwał już piętno historii i socjalistycznej współczesności. Jego znajomi wspominali po latach, że aktor gasł z każdym dniem. Teatr i Radio płaciły mu grosze, co spowodowało ciągłe kłopoty finansowe, ale nawet wówczas nie rezygnował z charakterystycznego dla siebie gestu.

Zdarzało się na przykład, że pożyczał od kolegów z teatru pieniądze i to tylko po to, aby po wieczornym spektaklu wydać całą sumę w teatralnym barze na jeden kieliszek wódki (reszta kwoty, jako napiwek, lądowała w kieszeni kelnerki zgodnie ze dżentelmeńską etykietą). Dorabiał struganiem z drewna figurek ptaków, za które otrzymywał w Cepelii, jak sam często drwił, tyle, ile za pracę w teatrze.

Również z tego okresu pochodzi jedna z najbardziej poruszających historii związanych z Żabczyńskim, która ukazuje ślad, jaki odcisnęła na nim wojna.
Oto bowiem podczas pewnej, specjalnie zaplanowanej gali miał Żabczyński, jako były zdobywca masywu Monte Cassino, zaśpiewać kultową pieśń pt. „Czerwone Maki”.
Gdy wszedł na środek sceny, a orkiestra zaczęła grać, Żabczyński z zamyśloną twarzą wciąż milczał. Orkiestra przerwała, aktor przeprosił, ale gdy muzyka rozbrzmiała na nowo, artysta tylko spuścił głowę i wyrzekł: „Przepraszam Państwa. Nie zaśpiewam. Mam ich wciąż przed oczami…”, a potem zszedł ze sceny i pomaszerował za kulisy.

Aleksander Żabczyński zmarł na atak serca podczas spaceru po swojej działce 31 maja 1958 roku. Wraz z żoną Marią Żabczyńską spoczywa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

– Dodek na froncie –

Dymsza lata okupacji spędził w Warszawie. Wbrew zakazowi konspiracyjnego ZASP-u (Związek Artystów Scen Polskich) postanowił grać w jawnych teatrach rewiowych. Występował w bojkotowanych przez sporą część polskiego społeczeństwa i odwiedzanych przez Niemców teatrach Komedia, Nowości, Niebieski Motyl i Jar, co rzecz jasna nie przysporzyło mu sympatii rodaków.

W trakcie wojny obowiązywały proste zasady i równie prosty sposób pojmowanie rzeczywistości – angaż w którymkolwiek ze stołecznych teatrów równoznaczny był z kolaboracją z Niemcami. Jak uważa biograf aktora, Roman Dziewoński – Adolf Dymsza zdecydował się na ten krok ponieważ bał się o swoje małe córki. Pamiętajmy, że przed wojną stracił trójkę dzieci, a poza tym Niemcy straszyli go, w razie odmowy, licznymi represjami. Sama sytuacja finansowa Dymszów również była trudna – żona aktora przeżywała po śmierci matki depresję i nie miała pracy.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu "Paweł i Gaweł" z 1938 r.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu „Paweł i Gaweł” z 1938 r.

Przyzwyczajeni do biało-czarnego schematu prezentowania historii zapominamy, że życie pod niemiecką okupacją nie było ani białe, ani czarne. Dymsza nie zasłużył na miano bohatera, posągowego herosa, który może pochwalić się wojennym życiorysem, jak chociażby Żabczyński. Pamiętajmy jednak, że aktor nigdy nie wystąpił w sztuce o zabarwieniu antypolskim czy antysemickim, ponadto odmówił zagrania z aktorem, słynnym kolaborantem Igo Symem (który zresztą zginął z rąk AK), a z rąk samego gestapo wydostał kolportera podziemnej prasy Czesława Skonecznego.

Po wojnie sąd koleżeński ZASP zakazał mu występów w stolicy, zmusił do przekazania 15% honorariów na Dom Aktora w Skolimowie, a jego nazwisko na afiszach musiało być zastąpione trzema gwiazdkami. Wyjechał więc do Łodzi, gdzie z powodzeniem dalej grywał m.in. w Teatrze Powszechnym, a potem wrócił do stolicy.

Nie był pierwszym przypadkiem aktora występującego podczas okupacji dla Niemców, który został dotknięty ostracyzmem (etykietę kolaboranta przypięto również Lidii Wysockiej, Irenie Malkiewicz, Jerzemu Pichelskiemu, Zbigniewowi Sawanowi, którzy… rozprowadzali w teatrze „bibułę”, czyli podziemną prasę). Dziś sposób potraktowania aktorów wzbudza spore kontrowersje, a przez wielu historyków uważane jest za niesprawiedliwe i zwyczajnie nie równoznaczne ze statusem zdrajcy.

O tym zaś, że niedaleko pada jabłko od jabłoni (czyli jeden system zbrodniczy od drugiego zbrodniczego reżimu) niech świadczy to, że aktor należał do PZPR, bo podobno został do tego zmuszony przez Urząd Bezpieczeństwa. Jego stosunek do nowej władzy najlepiej oddaje pewna rozmowa z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który zaprosił aktora do siebie, aby ten zabawiał gości. Gdy Cyrankiewicz oprowadzał Dymszę po swoim pięknym mieszkaniu i zapewnił, że za trzy lata wszyscy Polacy będą tak mieszkać, Dymsza odpowiedział, że idzie w takim razie do domu, bo choć to on został zaproszony, aby wygłaszać kawały, to najlepszy żart i tak padł już z ust gospodarza.

Pod koniec życia zmagał się z poważną wadą słuchu, ale jeszcze rok przed śmiercią zagrał (samego siebie) w filmie Jana Łomnickiego pt. „Pan Dodek”. Zmarł w 1972 roku i został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem - dogiem niemieckim Sambo.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem – dogiem niemieckim Sambo.

– Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo

Każdego z trzech naszych wybitnych aktorów II wojna światowa doświadczyła w dotkliwy sposób, ale odebrała życie tylko jednemu z nich – Eugeniuszowi Bodo. Jak na ironię losu Bodo zginął prawdopodobnie dlatego, że był obywatelem Szwajcarii – kraju, który nie brał udziału w konflikcie z lat 1939-1945.

Tajemnicę śmierci słynnego przedwojennego amanta przedstawił w swoim doskonałym filmie „Eugeniusz Bodo – za winy niepopełnione” (obejrzycie go na TVP Historia) znany historyk kina Stanisław Janicki, który starał się skonfrontować ze sobą kilka sprzecznych wersji – zarówno okoliczności aresztowania Bodo przez NKWD, jak i jego śmierci.

Gdy Niemcy we wrześniu ’39 roku runęli na Polskę od zachodu, Eugeniusz Bodo oddał w dzierżawę swoją warszawską kawiarnię i uciekł na wschód. Zatrzymał się pod Lwowem, gdzie występował w Teatrze Miniatur oraz związał się z zespołem Tea-Jazz Henryka Warsa. Czekając na możliwość ucieczki do Stanów Zjednoczonych, wiódł tu, w miarę wojennych realiów, pozornie spokojne życie i tak było aż do czerwca 1941 roku, gdy nagle, w samym sercu Lwowa, rozpłynął się, jak we mgle.

Janicki zawarł w swoim filmie mniej i bardziej prawdopodobne wersje losów tej najwybitniejszej, jak uważają niektórzy, polskiej ikony kultury masowej lat ’30.
Według relacji Józefa Misiaka, przyjaciela aktora, lwowianina, piłkarza, a potem futbolowego arbitra, Bodo został aresztowany przez patrol NKWD 25 czerwca 1941 roku, około godz. 11 w centrum Lwowa, przy pomniku Agenora Gołuchowskiego.

W tym czasie uciekający przed niemieckim wojskiem sowieci likwidowali we Lwowie świadków swojej zbrodniczej działalności. Przebywanie w miejscu publicznym było niebezpieczne. Zdaniem Misiaka, który widział ponoć całe zdarzenie znajdując się przypadkiem w okolicy (przechodził tuż obok i schował się za krzakami) spacerujący z przyjaciółką Bodo został zauważony przez trzech enkawudzistów, zatrzymany i wylegitymowany. Potem Rosjanie rozdzielili parę i odprowadzili w głąb parku skąd Misiak dosłyszał dwa strzały.

To nie jedyna wersja wydarzeń. Stanisław Janicki poprosił widzów swoich programów o informacje mogące rzucić nieco światła na sprawę tajemnicy śmierci Eugeniusza Bodo. Nowe informacje wykreowały nowe scenariusze. Jeden z nich zakładał, że Bodo został zastrzelony przez Niemców w Przemyślu, niemal na scenie, zaraz po tym, jak opowiedział antyhitlerowski żart. Pewien listonosz ze Lwowa przekonywał natomiast, że osobiście widział zastrzelonego Eugeniusza Bodo w jego lwowskim mieszkaniu, a dentysta aktora, oświadczył, że na postawie stanu uzębienia (ciało zostało zmasakrowane) jest w stanie stwierdzić, że zamordowano go w więzieniu przy ulicy Łąckiego.

„Tydzień Polski” opublikował list mieszkającego w Nowym Jorku Aleksandra Feinera, w którym czytamy: „Bodo zmarł w obozie sowieckim 24 grudnia 1943 r. Obóz nazywał się Peresylnyj Punkt nr 1 i znajdował się w Bołtince koło Kotłasu, archangielskaja obłast. Powodem śmierci była pelagra i głód. Ja o tych faktach wiem, ponieważ też tam byłem – a mój ojciec, Leon Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsiedniej pryczy”.

W „śledztwo” ostatecznie włączyła się również krewna aktora – Wiera Rudź, która wysłała dziesiątki listów do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna oraz innych polityków, prosząc ich o pomoc w wyjaśnieniu zagadki śmierci swego krewniaka.

Nieoczekiwanie odpowiedź przyszła od rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wedle której Bodo zmarł 7 października 1943 roku w łagrze w Kotłasie pod Archangielskiem. Przekonujące w tej informacji był nie tylko sam prestiż organizacji, ale i rzecz bez precedensu – dołączone do listu dwa wstrząsające zdjęcia, przedstawiające Bodo w pasiaku więziennym. Jego owrzodzona głowa, z zarośniętą i wychudzoną twarzą to obraz, który mówi sam za siebie.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Ważnym głosem w tej sprawie są również bezcenne wspomnienia Alfreda Mirka, który w 1943 roku znalazł się w więzieniu NKWD na moskiewskich Butyrkach i tam spotkał Eugeniusza Bodo. Aktor, jak relacjonuje współwięzień, znajdował się w ciężkim stanie. Mirka wspominał o jego bezwolnej, pogodzonej i wyczekującej śmierci twarzy oraz o tym, że (być może dlatego, iż obaj byli przedstawicielami inteligencji) stali się sobie w pewnym sensie bliscy. Po jakimś czasie, w łagrze, Alfred Mirka spotkał więźnia, który był ponoć świadkiem śmierci polskiego aktora. Zgodnie z jego wersją umierającego mężczyznę zaniesiono na noszach z wagonu wprost do łagrowego szpitala i tam stwierdzono zgon. Ciało zakopano w zbiorowej mogile.

Eugeniusz Bodo nie został zwolniony z sowieckiej niewoli po ataku Hitlera na ZSRR, tak jak setki tysięcy Polaków, dlatego że po pierwsze – oficjalnie był obywatelem Szwajcarii (na nic zdały się protesty konsulatów polskiego i szwajcarskiego), a po drugie – NKWD podejrzewało tego znającego wiele języków i często przebywającego w Berlinie człowieka (przebywał tam przed wojną wypełniając swoje obowiązki producenta filmowego) o szpiegostwo i poddało morderczemu śledztwu, którego ten „który umówił się z nią na dziewiątą” nie zdołał przeżyć.

Źródła:
– Już nie zapomnisz mnie, film Telewizji Polskiej w reż. Marka Maldisa (2010)
– Monika Zakrzewska, Co się dziwisz: Aleksander Żabczyński (cosiedziwisz.blogspot.com)
– Tomasz Zbigniew Zapert, Adolf Dymsza: z dziejów śmiechu w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 6 grudnia 2010 r.)
– Roman Dziewoński „Dodek Dymsza”. LTW, Łomianki 2010
– S. Nicieja, Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo w: współczesna.pl (z dnia 29 stycznia 2011 r.)
– Jacek Marczyński, Jak umierał Eugeniusz Bodo w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 7 października 2008)
– Eugeniusz Bodo – za winy niedopełnione, film w reż. Stanisława Janickiego (1997)

*   *   *

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY