JAK UMARŁY IKONY PRZEDWOJENNEGO KINA

Bodo DymszaAleksandra Żabczyńskiego, Adolfa Dymszę i Eugeniusza Bodo łączy, co oczywiste, status gwiazd kina lat ‘30 i ikon kultury masowej przedwojennej Polski. Na każdej z tych wyjątkowych indywidualności II wojna światowa odcisnęła swe piętno niezwykle wyraźnie. – Jednemu złamała karierę, drugiemu przydała miano zdrajcy, a trzeciego pozbawiła życia.

Przedwojenna kinematografia polska zrodziła wiele gwiazd. O to, komu spośród ówczesnych aktorów należałoby przyznać palmę pierwszeństwa, niech spierają się historycy kina. My zdając się na subiektywne odczucia, wspomnimy o trzech naszym zdaniem najwybitniejszych postaciach, których wojenne losy układają się w niesamowitą mozaikę pełną poruszających dramatów, niespodziewanych zwrotów, tajemnic i kontrowersji.

Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo poza dziesiątkami niezapomnianych kreacji dopisali do swojego imponującego aktorskiego życiorysu jeszcze jedną wybitną rolę, o której dziś, poza wąskim gronem miłośników przedwojennej X muzy, pamięta niewielu. W tym jednak filmie żadnego z nich nie czekał po ostatniej klapsie ani aplauz, ani wysokie honorarium, ani uśmiech wielbicielek. Wojna złamała ich wielkie kariery, złamała i życie.

– Zalotna nonszalancja amanta z wyższych sfer –

Urodzonemu 24 lipca 1900 roku w Warszawie Aleksandrowi Żabczyńskiemu, jako synowi pułkownika armii rosyjskiej i generała Wojska Polskiego, przeznaczona była kariera żołnierska, nic więc dziwnego, że młody Aleksander ukończył z wyróżnieniem poznańską Szkołę Podchorążych. Po powrocie z wojska, w skutek nalegań rodziców, rozpoczął studia prawnicze, ale kłótnia z nauczycielem podczas egzaminu przerwała jego edukację, otwierając inną furtkę rozwoju, która wkrótce pochłonęła go bez reszty.

Studia w Szkole Filmowej i wstąpienie do instytutu teatralnego „Reduta” w połączeniu z wielką fascynacją teatrem, która na początku lat ’20 owładnęła Żabczyńskiego, zwróciły go ku scenie. Wkrótce zaczął występować w warszawskich teatrach, a gdy opuścił na krótko w 1927 roku stolicę, grał na scenach Lwowa, Poznania i Łodzi.

Choć występował przede wszystkim w rewiowych teatrzykach, rewii i operetce do legendy przeszedł głównie dzięki rolom w filmie, w tym w komediach muzycznych: „Manewry miłosne”, „Ada, to nie wypada”, „Jadzia”, „Pani minister tańczy”, „Zapomniana melodia”, „Sportowiec mimo woli” to hity przedwojennego kina polskiego, których scenariusze nie rzadko pisane były specjalnie pod niego.

Zalotna nonszalancja, uroda amanta, pełna uroku aparycja, oraz znakomity głos, którym wylansował kilka przedwojennych szlagierów (najsłynniejszą z nich była nagrana na płytę piosenka „Całuję twoją dłoń, Madam”) przysporzyły mu wielką popularność, zwłaszcza wśród kobiet, które oszalały na punkcie przystojnego aktora.
Gdy Niemcy zaatakowali Polskę przebywał w Warszawie…

– Scipio del Scampio –

Adolf Dymsza (właściwie Adolf Bagiński) również urodził się 1900 roku w Warszawie i również w tym mieście zastał go atak hitlerowców na Polskę. Jak tłumaczy jego biograf Roman Dziewoński, Bagiński chciał używać pseudonimu „Scipio del Scampio”, ale kiedy zadzwoniono z teatru z pytaniem o podanie imienia na afisz, jego siostra zgubiła kartkę z zapisanym pseudonimem i sama wymyśliła na poczekaniu „Dymszę”, co ostatecznie na zawsze przylgnęło do aktora.

Pod koniec lat ’20 Dymsza zaczął grywać w warszawskich teatrach i teatrzykach Grodna, Mińska i Warszawy, lecz dopiero dzięki występom w kabarecie „Qui Pro Quo” zyskał popularność i zaczął być obsadzany w dźwiękowych filmach (o niemych produkcjach, w których występował, wiemy niewiele). W ciągu dziewięciu lat (1930-1939) zyskał gigantyczną popularność dzięki komediowym rolom w takich kinowych hitach, jak: „Antek policmajster”, „Dodek na froncie”, „Robert i Bertrand”, „Paweł i Gaweł”, czy też „Sportowiec mimo woli”. Wielu znawców tematu uważało, że gdyby Dymsza posługiwał się językiem angielskim, mógłby zakasować za Oceanem samego Charliego Chaplina.

– Amant niebanalny –

Ostatni z naszej wielkiej trójki – Eugeniusz Bodo (właśc. Bogdan Eugène Junod) urodził się prawdopodobnie w Genewie, w 1899 roku. Jego ojciec (obywatel Szwajcarii) był właścicielem łódzkiej „Uranii” – jednego z pierwszych na ziemiach polskich kin. Nic więc dziwnego, że młody Eugeniusz od najmłodszych lat chłonął X muzę, choć o jego aktorskich początkach wiemy stosunkowo niewiele.

Związany ze sceną rewiową i kabaretami dopiero w drugiej połowie lat ’20 i na początku ’30 zaczął piąć się w hierarchii polskich aktorów, zdaniem wielu docierając na sam jej szczyt. Wpływ na to miały dwa czynniki. Pierwszy z nich związany był z gwiazdorskim, jakbyśmy powiedzieli dziś, trybem życia. Aktor reklamował krawaty i kapelusze znanych polskich projektantów, a także marynarki firmy Old England.

Ponadto wiązał się z kobietami o głośnych nazwiskach, m.in. z ekscentryczną aktorką Reri (z pochodzenia Tahitanką), z którą w skutek jej problemów z alkoholem (on był abstynentem) wkrótce się rozstał. Zdaniem biografów w jego życiu było miejsce na miłostki, ale nigdy na miłość, a Bodo tak naprawdę kochał tylko swoją matkę i… doga niemieckiego imieniem Sambo, który został utrwalony na słynnym zdjęciu.

Od 1931 roku Bodo został współwłaścicielem wytwórni filmowej B.W.B. Pisał scenariusze i reżyserował filmy, w których często sam odgrywał kluczowe rolę. Nie było w tym nic na wyrost, bo specyficzna uroda („amanta niebanalnego”), znakomite opanowanie scenicznej gestykulacji i kapitalne wyczucie muzyczne (choć głos zdaniem wielu miał zaledwie przeciętny) w pełni predysponowały go do statusu gwiazdy, którą ugruntowały niezapomniane kreacje w „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Pieśniarzu Warszawy”, „Pawle i Gawle”, czy „Piętro wyżej” oraz wybitne wykonania takich piosenek, jak „Ach śpij kochanie”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, czy „Sex appeal”. We wrześniu 1939 roku uciekł do Lwowa…

– Z zawodu szlachcic –

Gdy wybuchła wojna Żabczyński, zmobilizowany we wrześniu 1939 roku, wziął udział w bitwie obronnej, jako porucznik I Pułku ciężkiej artylerii. Po klęsce wrześniowej, wraz z tysiącami polskich żołnierzy przedostał się do Rumunii, potem do Francji, a stamtąd z kolei do Anglii. Wielu spośród słynnych polskich aktorów (a za takiego Aleksander Żabczyński miał prawo się uważać) służbę wojskową odbywało tworząc frontowe teatry i zabawiając żołnierzy podczas licznych tournee.

Nie jednak Żabczyński. On zamierzał wziąć czynny udział w walce, skutkiem czego w 1942 roku wysłano go na Bliski Wschód, gdzie już jako kapitan II Korpusu gen. Władysława Andersa przeżył piekło walk o Monte Cassino, został ranny i odznaczony Krzyżem Walecznych. Rok po ukończeniu wojnie pracował w Polskim Czerwonym Krzyżu w Salzburgu, a w 1947 roku postanowił wrócić do kraju.

M Cassino For your freedom

Nowa władza spoglądała na Żabczyńskiego podejrzliwym okiem. Jego arystokratyczne maniery, nonszalancja oraz nuta wyniosłości nie przysporzyły mu popularności wśród komunistycznego aparatu władzy, podobnie jak i przedwojenne dokonania. Żabczyński, w swoim stylu, ignorował nowy porządek rzeczy żartując sobie z niego w charakterystyczny dla siebie subtelny sposób. Gdy na przykład przyszło mu wypełniać ankietę osobową, w rubryce „zawód” wpisywał przewrotnie „Szlachcic”.

Żabczyński nie miał szans zrobić kariery w powojennym filmie, bo socrealizm nie potrzebował postaci kojarzących się ze zgniłym, sanacyjnym kinem lat ’30, nie dał więc „Żabie” szans na zaistnienie w świadomości widza. Na szczęście aktor otrzymał angaż w teatrze, występował również w Polskim Radiu, a pod koniec 1957 roku, za namową przyjaciół nagrał  kilka piosenek, które przeszły do legendy zbiorów polskich melomanów.

W tym jednak czasie Żabczyński odczuwał już piętno historii i socjalistycznej współczesności. Jego znajomi wspominali po latach, że aktor gasł z każdym dniem. Teatr i Radio płaciły mu grosze, co spowodowało ciągłe kłopoty finansowe, ale nawet wówczas nie rezygnował z charakterystycznego dla siebie gestu.

Zdarzało się na przykład, że pożyczał od kolegów z teatru pieniądze i to tylko po to, aby po wieczornym spektaklu wydać całą sumę w teatralnym barze na jeden kieliszek wódki (reszta kwoty, jako napiwek, lądowała w kieszeni kelnerki zgodnie ze dżentelmeńską etykietą). Dorabiał struganiem z drewna figurek ptaków, za które otrzymywał w Cepelii, jak sam często drwił, tyle, ile za pracę w teatrze.

Również z tego okresu pochodzi jedna z najbardziej poruszających historii związanych z Żabczyńskim, która ukazuje ślad, jaki odcisnęła na nim wojna.
Oto bowiem podczas pewnej, specjalnie zaplanowanej gali miał Żabczyński, jako były zdobywca masywu Monte Cassino, zaśpiewać kultową pieśń pt. „Czerwone Maki”.
Gdy wszedł na środek sceny, a orkiestra zaczęła grać, Żabczyński z zamyśloną twarzą wciąż milczał. Orkiestra przerwała, aktor przeprosił, ale gdy muzyka rozbrzmiała na nowo, artysta tylko spuścił głowę i wyrzekł: „Przepraszam Państwa. Nie zaśpiewam. Mam ich wciąż przed oczami…”, a potem zszedł ze sceny i pomaszerował za kulisy.

Aleksander Żabczyński zmarł na atak serca podczas spaceru po swojej działce 31 maja 1958 roku. Wraz z żoną Marią Żabczyńską spoczywa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

– Dodek na froncie –

Dymsza lata okupacji spędził w Warszawie. Wbrew zakazowi konspiracyjnego ZASP-u (Związek Artystów Scen Polskich) postanowił grać w jawnych teatrach rewiowych. Występował w bojkotowanych przez sporą część polskiego społeczeństwa i odwiedzanych przez Niemców teatrach Komedia, Nowości, Niebieski Motyl i Jar, co rzecz jasna nie przysporzyło mu sympatii rodaków.

W trakcie wojny obowiązywały proste zasady i równie prosty sposób pojmowanie rzeczywistości – angaż w którymkolwiek ze stołecznych teatrów równoznaczny był z kolaboracją z Niemcami. Jak uważa biograf aktora, Roman Dziewoński – Adolf Dymsza zdecydował się na ten krok ponieważ bał się o swoje małe córki. Pamiętajmy, że przed wojną stracił trójkę dzieci, a poza tym Niemcy straszyli go, w razie odmowy, licznymi represjami. Sama sytuacja finansowa Dymszów również była trudna – żona aktora przeżywała po śmierci matki depresję i nie miała pracy.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu "Paweł i Gaweł" z 1938 r.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu „Paweł i Gaweł” z 1938 r.

Przyzwyczajeni do biało-czarnego schematu prezentowania historii zapominamy, że życie pod niemiecką okupacją nie było ani białe, ani czarne. Dymsza nie zasłużył na miano bohatera, posągowego herosa, który może pochwalić się wojennym życiorysem, jak chociażby Żabczyński. Pamiętajmy jednak, że aktor nigdy nie wystąpił w sztuce o zabarwieniu antypolskim czy antysemickim, ponadto odmówił zagrania z aktorem, słynnym kolaborantem Igo Symem (który zresztą zginął z rąk AK), a z rąk samego gestapo wydostał kolportera podziemnej prasy Czesława Skonecznego.

Po wojnie sąd koleżeński ZASP zakazał mu występów w stolicy, zmusił do przekazania 15% honorariów na Dom Aktora w Skolimowie, a jego nazwisko na afiszach musiało być zastąpione trzema gwiazdkami. Wyjechał więc do Łodzi, gdzie z powodzeniem dalej grywał m.in. w Teatrze Powszechnym, a potem wrócił do stolicy.

Nie był pierwszym przypadkiem aktora występującego podczas okupacji dla Niemców, który został dotknięty ostracyzmem (etykietę kolaboranta przypięto również Lidii Wysockiej, Irenie Malkiewicz, Jerzemu Pichelskiemu, Zbigniewowi Sawanowi, którzy… rozprowadzali w teatrze „bibułę”, czyli podziemną prasę). Dziś sposób potraktowania aktorów wzbudza spore kontrowersje, a przez wielu historyków uważane jest za niesprawiedliwe i zwyczajnie nie równoznaczne ze statusem zdrajcy.

O tym zaś, że niedaleko pada jabłko od jabłoni (czyli jeden system zbrodniczy od drugiego zbrodniczego reżimu) niech świadczy to, że aktor należał do PZPR, bo podobno został do tego zmuszony przez Urząd Bezpieczeństwa. Jego stosunek do nowej władzy najlepiej oddaje pewna rozmowa z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który zaprosił aktora do siebie, aby ten zabawiał gości. Gdy Cyrankiewicz oprowadzał Dymszę po swoim pięknym mieszkaniu i zapewnił, że za trzy lata wszyscy Polacy będą tak mieszkać, Dymsza odpowiedział, że idzie w takim razie do domu, bo choć to on został zaproszony, aby wygłaszać kawały, to najlepszy żart i tak padł już z ust gospodarza.

Pod koniec życia zmagał się z poważną wadą słuchu, ale jeszcze rok przed śmiercią zagrał (samego siebie) w filmie Jana Łomnickiego pt. „Pan Dodek”. Zmarł w 1972 roku i został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem - dogiem niemieckim Sambo.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem – dogiem niemieckim Sambo.

– Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo

Każdego z trzech naszych wybitnych aktorów II wojna światowa doświadczyła w dotkliwy sposób, ale odebrała życie tylko jednemu z nich – Eugeniuszowi Bodo. Jak na ironię losu Bodo zginął prawdopodobnie dlatego, że był obywatelem Szwajcarii – kraju, który nie brał udziału w konflikcie z lat 1939-1945.

Tajemnicę śmierci słynnego przedwojennego amanta przedstawił w swoim doskonałym filmie „Eugeniusz Bodo – za winy niepopełnione” (obejrzycie go na TVP Historia) znany historyk kina Stanisław Janicki, który starał się skonfrontować ze sobą kilka sprzecznych wersji – zarówno okoliczności aresztowania Bodo przez NKWD, jak i jego śmierci.

Gdy Niemcy we wrześniu ’39 roku runęli na Polskę od zachodu, Eugeniusz Bodo oddał w dzierżawę swoją warszawską kawiarnię i uciekł na wschód. Zatrzymał się pod Lwowem, gdzie występował w Teatrze Miniatur oraz związał się z zespołem Tea-Jazz Henryka Warsa. Czekając na możliwość ucieczki do Stanów Zjednoczonych, wiódł tu, w miarę wojennych realiów, pozornie spokojne życie i tak było aż do czerwca 1941 roku, gdy nagle, w samym sercu Lwowa, rozpłynął się, jak we mgle.

Janicki zawarł w swoim filmie mniej i bardziej prawdopodobne wersje losów tej najwybitniejszej, jak uważają niektórzy, polskiej ikony kultury masowej lat ’30.
Według relacji Józefa Misiaka, przyjaciela aktora, lwowianina, piłkarza, a potem futbolowego arbitra, Bodo został aresztowany przez patrol NKWD 25 czerwca 1941 roku, około godz. 11 w centrum Lwowa, przy pomniku Agenora Gołuchowskiego.

W tym czasie uciekający przed niemieckim wojskiem sowieci likwidowali we Lwowie świadków swojej zbrodniczej działalności. Przebywanie w miejscu publicznym było niebezpieczne. Zdaniem Misiaka, który widział ponoć całe zdarzenie znajdując się przypadkiem w okolicy (przechodził tuż obok i schował się za krzakami) spacerujący z przyjaciółką Bodo został zauważony przez trzech enkawudzistów, zatrzymany i wylegitymowany. Potem Rosjanie rozdzielili parę i odprowadzili w głąb parku skąd Misiak dosłyszał dwa strzały.

To nie jedyna wersja wydarzeń. Stanisław Janicki poprosił widzów swoich programów o informacje mogące rzucić nieco światła na sprawę tajemnicy śmierci Eugeniusza Bodo. Nowe informacje wykreowały nowe scenariusze. Jeden z nich zakładał, że Bodo został zastrzelony przez Niemców w Przemyślu, niemal na scenie, zaraz po tym, jak opowiedział antyhitlerowski żart. Pewien listonosz ze Lwowa przekonywał natomiast, że osobiście widział zastrzelonego Eugeniusza Bodo w jego lwowskim mieszkaniu, a dentysta aktora, oświadczył, że na postawie stanu uzębienia (ciało zostało zmasakrowane) jest w stanie stwierdzić, że zamordowano go w więzieniu przy ulicy Łąckiego.

„Tydzień Polski” opublikował list mieszkającego w Nowym Jorku Aleksandra Feinera, w którym czytamy: „Bodo zmarł w obozie sowieckim 24 grudnia 1943 r. Obóz nazywał się Peresylnyj Punkt nr 1 i znajdował się w Bołtince koło Kotłasu, archangielskaja obłast. Powodem śmierci była pelagra i głód. Ja o tych faktach wiem, ponieważ też tam byłem – a mój ojciec, Leon Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsiedniej pryczy”.

W „śledztwo” ostatecznie włączyła się również krewna aktora – Wiera Rudź, która wysłała dziesiątki listów do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna oraz innych polityków, prosząc ich o pomoc w wyjaśnieniu zagadki śmierci swego krewniaka.

Nieoczekiwanie odpowiedź przyszła od rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wedle której Bodo zmarł 7 października 1943 roku w łagrze w Kotłasie pod Archangielskiem. Przekonujące w tej informacji był nie tylko sam prestiż organizacji, ale i rzecz bez precedensu – dołączone do listu dwa wstrząsające zdjęcia, przedstawiające Bodo w pasiaku więziennym. Jego owrzodzona głowa, z zarośniętą i wychudzoną twarzą to obraz, który mówi sam za siebie.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Ważnym głosem w tej sprawie są również bezcenne wspomnienia Alfreda Mirka, który w 1943 roku znalazł się w więzieniu NKWD na moskiewskich Butyrkach i tam spotkał Eugeniusza Bodo. Aktor, jak relacjonuje współwięzień, znajdował się w ciężkim stanie. Mirka wspominał o jego bezwolnej, pogodzonej i wyczekującej śmierci twarzy oraz o tym, że (być może dlatego, iż obaj byli przedstawicielami inteligencji) stali się sobie w pewnym sensie bliscy. Po jakimś czasie, w łagrze, Alfred Mirka spotkał więźnia, który był ponoć świadkiem śmierci polskiego aktora. Zgodnie z jego wersją umierającego mężczyznę zaniesiono na noszach z wagonu wprost do łagrowego szpitala i tam stwierdzono zgon. Ciało zakopano w zbiorowej mogile.

Eugeniusz Bodo nie został zwolniony z sowieckiej niewoli po ataku Hitlera na ZSRR, tak jak setki tysięcy Polaków, dlatego że po pierwsze – oficjalnie był obywatelem Szwajcarii (na nic zdały się protesty konsulatów polskiego i szwajcarskiego), a po drugie – NKWD podejrzewało tego znającego wiele języków i często przebywającego w Berlinie człowieka (przebywał tam przed wojną wypełniając swoje obowiązki producenta filmowego) o szpiegostwo i poddało morderczemu śledztwu, którego ten „który umówił się z nią na dziewiątą” nie zdołał przeżyć.

Źródła:
– Już nie zapomnisz mnie, film Telewizji Polskiej w reż. Marka Maldisa (2010)
– Monika Zakrzewska, Co się dziwisz: Aleksander Żabczyński (cosiedziwisz.blogspot.com)
– Tomasz Zbigniew Zapert, Adolf Dymsza: z dziejów śmiechu w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 6 grudnia 2010 r.)
– Roman Dziewoński „Dodek Dymsza”. LTW, Łomianki 2010
– S. Nicieja, Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo w: współczesna.pl (z dnia 29 stycznia 2011 r.)
– Jacek Marczyński, Jak umierał Eugeniusz Bodo w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 7 października 2008)
– Eugeniusz Bodo – za winy niedopełnione, film w reż. Stanisława Janickiego (1997)

*   *   *

Remek Piotrowski

Reklamy

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

7 responses to “JAK UMARŁY IKONY PRZEDWOJENNEGO KINA

  1. zwyczajny

    Oj się ludzie wycierpieli w tamtych czasach,bardzo!jakaż to szkoda i co za dramat i ból że człowiek człowieka potrafi zniszczyć,zabić przez własne ambicję i wyższość nad słabszymi zamiast żyć w zgodzie,starać się bynajmniej i myśleć zanim popełni sie jakiś zły czyn!!!

  2. Mix

    Bodo …chyba jednak był agentem Niemieckim !

  3. bolek62

    Z tego, co czytałem to Dymsza nie miał większych oporów z afiszowaniem się w towarzystwie funkcjonariuszy okupacyjnych. Szkoda, że nie poruszono tu sprawy Andrzeja Szalawskiego, który za cichą zgodą władz państwa podziemnego przyjął posadę lektora hitlerowskich kronik filmowych, a jednak po wojnie odpokutował gorzko za to w stalinowskim więzieniu, a nie tylko przed komisją ZASP. Zresztą do śmierci był objęty ostracyzmem w środowisku aktorskim. Stryj Marka Kondrata, imienia zapomniałem, też musiał się mocno kajać jescze w latach okupacji za pochopny występ w osławionym antypolskim filmie ,,Heimkehr”.

  4. Pingback: RetroGirl

  5. Irek

    Adolf Dymsza, właściwie Adolf Bagiński, ps. Dodek (ur. 7 kwietnia 1900 w Warszawie[1], zm. 20 sierpnia 1975 w Górze Kalwarii)

  6. Dziękuję za komentarz. Zapomniałem o tym fragmencie, co jest trochę dziwne, bo rzeczone „Dzienniki” Tyrmanda czytałem nie dalej, jak pół roku temu. Pozdrawiam serdecznie.

  7. frytex

    Oto co o powojennych losach Dymszy napisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”:

    Byłem dziś w „Syrenie”, jakoby spadkobierczyni słynnych ongiś nadscenek warszawskich. Toteż chce być uśmiechem Warszawy. W tym celu trzyma Dymszę, Olszę i Stefcię Górską, czyli weteranów doskonałych, hołubi dobre średnie pokolenie – Witasa, Jankowskiego, przygarnia utalentowanych młodych – Dziewońskiego, Michotka, Mancewiczównę. Zabawna sceneria starego Zaruby, pocieszny balet starego Parnella, a wszystko razem pudło, niewypał, fiasko, klapa. Reżym, który tu rządzi w miejsce humoru, nakazuje śmiać się z Adenauera, emigracji londyńskiej, zahukanych biurokratów, których sam produkuje. Kogo to interesuje, a tym bardziej bawi? Otępiała, smutna publiczność przychodzi tu po chwilę wytchnienia i wychodzi jeszcze bardziej przygnębiona, zgnieciona ciężarem prymitywnej głupoty, sprzedawanej tu jako satyra, chamskiej sztuczności jaka tu biega za dowcip. Wysiłek odtwórców, ludzi z natury i talentu
    prowokujących do śmiechu, idzie co chwila na marne, co ludzi na widowni żenuje i hadzi.
    Parodyści i wesołkowie, gejzery temperamentu i groteski zmuszani są do przyjmowania „postawy”, do recytowania tekstów pełnych nienawiści i jadu, którymi komuniści chcą rozbawiać ludzi. Adolf Dymsza, geniusz uśmiechu przez sentyment i ciepło, którego
    jeden ulotny gest otwierał przed wojną ludzkie serca na oścież, ma smagać biczem satyry bumelantów, czyli ludzi chroniących się przy pomocy lenistwa przed zaszczuciem i wycieńczeniem. A publiczność, na pewno nie za wybredna, zaś łaknąca chwili oderwania się od rzeczywistości, przychodząca tu z ogromnym kredytem dobrych chęci śmiania się za wszelką cenę, już po pierwszym szampionie zamiast szamponu wzdycha z wstydliwym zakłopotaniem.”

    Smutne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s