Monthly Archives: Czerwiec 2013

DZIEWCZYNY ATOMOWE – Denise Kiernan

dziewczyny-atomowe-b-iext22515363Pośród wszystkich tych normalnych i anormalnych aspektów życia w mieście Oak Ridge przewija Denise Kiernan opowieść na temat tworzenia najbardziej nieprawdopodobnej broni w historii ludzkości. Autorka nie sili się na pseudo-moralistykę. Odtwarza jedynie niesamowity krajobraz niesamowitego miejsca i zwyczajnie-niezwyczajnych bohaterek, czytelnikowi pozostawiając ocenę użycia broni nuklearnej.

Polski czytelnik, zaznajomiony przecież doskonale z historią XX wieku dzięki tysiącom wydawnictw głównie polskich, angielskich i amerykańskich autorów, o najstraszliwszym konflikcie w dziejach nowożytnego świata wie już niemal wszystko. Jakimże zatem zaskoczeniem okaże się historia miasta Oak Ridge i jego mieszkańców. Historia tak nieprawdopodobna, że sprawiająca wrażenia fantazmatu nadającego się, wydawałoby się, bardziej na scenariusz serialu w klimacie sci-fi, niż książkę non-fiction.

09_Kiernan

źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

O tym niezwykłym mieście jest to przede wszystkim opowieść. O tym, jak powstało na dawnym terenie zajmowanym przez Czirokezów, u podnóża Appalachów, wzgórz Tennessee i słynącej ze słodkowodnych pereł rzeki Clinch – terenie zapomnianym przez ludzi i Boga.
O tym, jak powstawało w tajemnicy nie tylko przed światem zewnętrznym, ale i tymi, którzy zostali doń sprowadzeni i którzy de facto stworzyli od postaw oraz pracowali na jego jedyną w swoim rodzaju potęgę.

Odgrodzone murami i drutami, pilnowane przez strażnice i uzbrojonych żołnierzy, składające się z setek, a potem tysięcy domków, kempingów i baraków zbudowanych z półfabrykatów miasto „pochłonęło” ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi, którzy od 1942 roku tworzyli tu najbardziej niesamowitą w historii świata społeczność i których połączył jeden cel, z którego jednak nie zdawał sobie sprawy niemal nikt – wyprodukowanie materiałów, które umożliwią budowę bomby atomowej – ta miała zmienić bieg historii i oblicze świata.

Oak Ridge oglądamy oczami kobiet – to one stały się bohaterkami (mimo wszystko drugoplanowymi, bo ze sceny prawie nigdy nie schodzi tu miasto) książki Denise Kiernan. To wraz z nimi przemierzamy na boso, trzymając w dłoniach buty, zabłocone uliczki tajemnego miasta. To z tymi sekretarkami, pielęgniarkami, nauczycielkami, sprzątaczkami i chemiczkami poznajemy specyfikę życia w miejscu, którego nie było na żadnej mapie świata, a które żyło własnym niezwykłym życiem.

21_Kiernan hi-res

„To co widzisz, co robisz, co słyszysz – wyjeżdżając zostaw tutaj”
źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

Skojarzenia z przygodami agentów „Archiwum X”, w którym tajemnica goni tajemnicę, a absurd goni absurd, będą tu jak najbardziej na miejscu. – W Oak Ridge znajdował się największy na świecie budynek, którego przeznaczenia nie znał prawie żaden z mieszkańców. W Oak Ridge nikt nigdy (!) nie mówił o tym, jak zarabia na życie – mąż zatajał przed żoną prawdę, żona nigdy nie opowiadała mężowi co robi w pracy, a kto łamał tę zasadę, znikał pośród ciemności i nikt nigdy więcej go nie widział.

W Oak Ridge wydawano gazetę (Oak Ridge Journal), w której 17 października 1943 roku mieszkańcy czytali:
(…) W związku z pewnymi okolicznościami, na które nie mamy żadnego wpływu, nie możemy na razie drukować w naszej gazecie żadnych nazwisk. To wyjaśnia, dlaczego nie publikujemy wiadomości, ani nawet wyników rozgrywek w kręgle […] Jesteśmy wyjątkowi – to jedyna gazeta w kraju, która nie publikuje żadnych wiadomości. (…)

Nikt nigdy nie pytał tutaj: „Po co to robię?”, „Co z tym co zrobiłem – zrobią inni?”.
W tym miejscu rodem z powieści George’a Orwella, gdzie ludzie byli bezustannie inwigilowani przez rozrzuconych po rezerwacie tajniaków, a takie słowa, jak „atom”, „pluton”, „bomba” zostały odgórnie zakazane, zaledwie garstka spośród tysięcy miała pojęcie o tym, co produkowane jest w wielkich, strzeżonych zakładach fabrykopolis.

13_Kiernan

źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

To jednak tylko jedna strona medalu. Autorka przedstawia w „Dziewczynach atomowych” także inne Oak Ridge – z niewyobrażalnie rozwiniętą komunikacją miejską (przy którym Nowy Jork, jak pisała Kiernan, to „pipidówek”), z problemem segregacji rasowej (czarnoskóre małżeństwa nie mogły mieszkać razem!), imprezami tanecznymi, meczami softballowymi, kinami samochodowymi, gigantycznymi kolejkami w sklepach, niechęcią okolicznych miasteczek do zasnutego zmową milczenia miasta, romansami bohaterek oraz ich codziennymi problemami – począwszy od tych związanych ze skompletowaniem kosmetyków i odzieży, a skończywszy na uczuciach, jakimi darzyły miasto, ludzi i mężczyzn.

A pośród wszystkich tych normalnych i anormalnych aspektów życia w mieście Oak Ridge przewija Denise Kiernan z mistrzowską precyzją opowieść na temat tworzenia najbardziej nieprawdopodobnej broni w historii ludzkości. Autorka nie sili się na pseudo-moralistykę. Odtwarza jedynie niesamowity krajobraz niesamowitego miejsca i zwyczajnie-niezwyczajnych bohaterek, czytelnikowi pozostawiając ocenę wykorzystania broni nuklearnej.
Treścią „Dziewczyn atomowych” nie jest refleksja na temat skutków użycia bomby w Hiroszimie i Nagasaki. Jest nią pasjonująca opowieść o miejscu i ludziach, którzy tę broń stworzyli.

Dobre pisarstwo, czy to w duchu kronikarskim, czy też bardziej fabularnym, unika zbędnego patosu i to udaje się Kiernan niemal w pełni. Pisarka nie odgradza nas od możliwych interpretacji kwestii związanych z energią atomową, nie stara się przechylić szali na którąkolwiek ze stron i sama w najlepszym z możliwych momentów dokonuje pewnego rodzaju zawieszenia, które każdy z czytelników dopowie sobie sam. Nie idzie też na szczęście drogą nachalnego feminizmu i nie tworzy wizji bohaterek, bez których powstanie zarówno samego miasta, jak i „Gadżetu” byłoby niemożliwe.

To odpowiednie stawianie akcentów, prosta, acz wciągająca narracja, umiejętne przeplatanie wątków i powściągliwy, aczkolwiek szczery emocjonalizm płynący mimochodem od Kiernan budują opowieść, którą, piszemy to bez krzty przesady, pochłania się jednych tchem.
I cóż z tego, że nie są to może najważniejsze wyznaczniki dokumentu historycznego. „Dziewczyny atomowe”, nawet jeśli zabrzmi to jak często powtarzany banał, to pozycja obowiązkowa dla każdego pasjonata historii XX wieku. Bez cienia wątpliwości.

Remek Piotrowski

13 komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

KOMENTARZ HISTORYCZNY: NAZI MATKI, NAZI OJCOWIE

nasze-matki-naszych-ojcówWyemitowany przez ZDF niemiecki serial wojenny „Nasze matki, nasi ojcowie” wywołał burzę wśród dużej części naszego społeczeństwa i  przy okazji okazał przyczynkiem do rozmowy na temat dysputy historycznej i jej kształtu we współczesnej Polsce.

Mądrą rzecz powiedział jeden z naszych historyków – jeśli Polacy sami nie określą swej wizji polityki historycznej, określą ją za nią inne narody, a wówczas powielany stereotyp polskiego nacjonalisty pijaka i antysemity nie tylko może roznieść się po całym świecie, ale i zostanie ugruntowany.

Film, bez względu na jego specyfikę zawsze należy rozpatrywać po pierwsze – w kategorii pewnego rodzaju „podmiotu artystycznego”, po drugie – w kategorii konwencji, którą dziełu nadał autor. Inną miarę przyłożymy zatem do „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, inną do „Listy Schindlera” Spielberga.

Niemiecki serial o piątce berlińskich przyjaciół należy do tej drugiej kategorii – filmu osnutego wokół fikcyjnej fabuły, ale wtrąconego w jak najbardziej poważne realia historyczne. W tym więc sensie jego krytyka głoszona z polskiej racji stanu jest w pełni uzasadniona. – Musi być wysłuchana i powinna skłonić do refleksji.

A ponieważ taką właśnie konwencję wybrał reżyser staje się jasnym, że nie mamy tu do czynienia z tarantinowskim przymrużeniem oka, a produkcją, która utkana jest z historycznych nici. Taka broń ulokowana w nieodpowiedzialnych rękach może rzucić przeszkodę na moście porozumienia pomiędzy narodami.

Uproszczeń i fałszu, których w niemieckim serialu jest wiele (i to nie tylko w kontekście Armii Krajowej i polskiego społeczeństwa) nie można zatem tłumaczyć artystyczną wizją reżysera i to pomimo tego, że obraz nie jest dokumentem, a filmem fabularnym. Niech scena z beztrosko jadącym po berlińskiej ulicy Żydem i to w 1941 roku będzie emblematyczna.

Filmoznawcy mogą być ukontentowani dobrą grą aktorską, sposobem narracji i tempem akcji, jednak gdy tworzy się film ulokowany w konkretnych realiach należy stanąć na wysokości zadania i w tym względzie. Ocena historyczna w przypadku obrazu „Nasze matki, nasi ojcowie” musi być summa summarum niska.

Bez względu bowiem na artystyczną wizję i własne, zawsze subiektywne z natury przekonania, ukazanie zjawiska historycznego bez zachowania proporcji, a  tak postąpiono w przypadku sławetnego, serialowego akowca-antysemity – powinno spotkać się ze sprzeciwem.

AK, największa podziemna armia w historii świata zrzeszająca w swych szeregach setki tysięcy ludzi miast i wsi, rozmaitych profesji i charakterów, nie pozbawiona była wad, a wśród jej członków nie brakowało i zajadłych antysemitów. W każdej masie ludzkiej muszą być pęknięcia, pojawiają się kłamcy, zbrodniarze i niegodziwcy.

Reżyser serialu ukazując ten mały odsetek nie okłamuje nas wprost, przecież takich Wiktorów, czy gospodarzy wiejskich nie brakowało, co jednak istotne – znajdowali się oni w mniejszości, a gdyby było inaczej, to nie wśród Polaków znalazłoby się najwięcej uhonorowanych medalem sprawiedliwych wśród narodów świata. Taki sygnał należy wysłać światu.

Do naszej historii, która jak żadna nie jest ani całkiem biała, ani czarna, podchodźmy zatem z ogromną pokorą i konstruktywnym krytycyzmem. Problem antysemityzmu wśród polskiego społeczeństwa w pierwszej połowie XX wieku nie był wydumaną fantasmagorią, lecz postawienie tu znaku równości pomiędzy tymże problemem,  a zachowaniami ukazanymi w filmie jest zwyczajnym kłamstwem i koniec końców nadaje całości równie groteskowego wymiaru, jak scena ukrzyżowania głównego bohatera „Pokłosia”.

W przeciwieństwie do twórców filmu, którzy nie zdołali (czuć tu  tchórzostwo), należy się z tymi problemami mierzyć. Decyzja telewizji polskiej o emisji serialu świadczącego nieprawdę nie był błędem. TVP wybroniła się dodaniem do filmu debaty historycznej i w takiej formie obraz ten należało nad Wisłą pokazać – chociażby po to, by widz przekonał się o tym, jak mogą, bez reakcji z naszej strony, postrzegać nas inne narody, należy bowiem pamiętać, że serial zostanie wyemitowany wkrótce w kilkudziesięciu innych krajach.

Podobnie więc, jak Main Kampf Hitlera, Dzieła Lenina, podobnie jak i PRL-owską propagandę, tak i niemiecki serial ZDF-u pod tytułem „Nasze matki, nasi ojcowie” należy „sprawdzić”, o ile tylko całość zostanie obarczona fachowym komentarzem historycznym. Wówczas odbiorca nie tylko nie zboczy na manowce, ale i zrozumie, dlaczego „martwa” historia jest dziś taka ważna.

Remek Piotrowski

2 komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

CICHOCIEMNY FILOLOG

Adam Trybus - zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Adam Trybus – zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Jego nazwisko rzuciło mi się w oczy kilkukrotnie podczas lektury kilku książek dotyczących oddziałów dywersyjnych AK i cichociemnych. Tak naprawdę jednak na majora Adama Trybusa zwróciłem uwagę w pewien ciepły, czerwcowy dzień, w jednym z łódzkich tramwajów, w środku którego znajdował się plakat zawierający krótki biogram. Okazało się, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym w swojej zwyczajności i zarazem niezwykłym w swojej odwadze.

Wiadomości na temat tej niepospolitej postaci zapewne ograniczyłyby się  do informacji zawartych na wspomnianym plakacie oraz encyklopedycznym biogramie, gdyby nie odnaleziony w sieci artykuł autorstwa Tomasza Toborka p.t.: „Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)”. To na nim, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, oparłem treść niniejszego artykułu.

– Dwa lata w zawodzie –

Adam Trybus przyszedł na świat 3 sierpnia 1909 roku w Zręcinie, niewielkim miasteczku obok Krosna. Miłością do filologii klasycznej i kultury antycznej zapałał młody Adam jeszcze podczas nauki w gimnazjum. Nic więc dziwnego, że w 1929 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, właśnie na kierunku filologii klasycznej, gdzie ukształtowały go postaci wybitnych profesorów w osobach: Seweryna Hammera, Tadeusza Sinka i Leon Sternbacha. Ukształtowała go również ciężka praca, trzeba bowiem pamiętać, że Trybus pochodził z biednej rodziny i utrzymywał się sam.

Jeden z największych filologów polskich Jerzy Starnowski miał powiedzieć o nim „Niepospolity dydaktyk języka łacińskiego”. W ustach wybitnego pedagoga i zarazem wielkiego naukowca jest to komplement wyjątkowy.
Ten wielki talent pedagogiczny realizował się w krośnieńskim gimnazjum zaledwie przez dwa lata. Gdy nad Polskę nadciągały w sierpniu 1939 roku czarne chmury, Trybus został powołany na ćwiczenia wojskowe do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Tam zastał go wybuch wojny.

– Cichociemny filolog –

Hitlerowska nawała rozbiła oddział, w którym służył bohater naszej opowieści. Trybus podjął decyzję o przebijaniu się na Węgry, gdzie został internowany i skąd wkrótce zdołał uciec. Przez Budapeszt i Jugosławię dotarł nad Sekwanę, gdzie natychmiast wstąpił do tworzonego tam Wojska Polskiego, a po klęsce Francji wraz z tysiącami Polaków przedostał się do Wielkiej Brytanii.

To w Anglii Trybus trafił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej i podjął decyzję – zostanie cichociemnym. Znakomity filolog klasyczny szybko począł udowadniać swój inny ogromny talent  – talent żołnierski. Po odbyciu kursu spadochronowego, szkolenia w zakresie wywiadu i sabotażu przemysłowego, 24 sierpnia 1942 roku Adam Trybus złożył przysięgę, a w nocy 1 sierpnia wsiadł na pokład brytyjskiego samolotu, który pod osłoną nocy ruszył na wschód, w kierunku okupowanej Polski.

– Major rządzi w Łódzkiem –

Nocny lot do Polski nie obył się bez niebezpiecznej przygody. Na trop angielskiego samolotu trafiły niemieckie myśliwce, które o mały włos nie zestrzeliły bombowca wraz z przebywającym na pokładzie cichociemnym. Ostatecznie brytyjski pilot zdołał uciec Messerschmittom, a gdy znalazł się nad Siedlcami w czarną otchłań nocy poszybowała sylwetka, nad którą wnet rozłożyła się czacha spadochronu.
Po niespełna trzech latach Trybus znów dotknął ojczystej ziemi.

Podobnie, jak i każdy zrzucony na teren okupowanej Polski, cichociemny przekazał miejscowym oddziałom akowców pas z pieniędzmi oraz dokumenty, a następnie począł przedzierać się do Warszawy. W stolicy byłego państwa polskiego panował terror, o którym Trybus dotychczas jedynie mógł słyszeć. Teraz na własne oczy przekonywał się o ciężkim klimacie okupacyjnego dnia.

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Komenda Armii Krajowej zdecydowała się przerzucić nowoprzybyłego żołnierza do Okręgu Łódź – terenu, który nastarczał trudności, jako że znajdował się na granicy Generalnej Guberni z III Rzeszą. W Piotrkowie Trybunalskim „Gaj”, bo pod takim pseudonimem funkcjonował cichociemny, począł formować Kedyw (pion Kierownictwa Dywersji, którego zadaniem była walka zbrojna z okupantem), a że ze swych zadań wywiązywał się bezbłędnie jeszcze w styczniu 1943 roku otrzymał nominację na szefa Kedywu całego okręgu, gdzie podlegał płk. Michałowi Stempkowskiemu „Grzegorzowi” i dowódcy Kedywu Komendy Głównej AK płk. Emilowi Fieldorfowi „Nilowi”.

Trybus wykonał ogromną pracę reorganizując patrole dywersyjne i realizując rozkaz przełożonych zakładający wzmożenie akcji dywersyjnych w okolicach Opoczna, Piotrkowa, Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego. Tu przydały się pedagogiczne umiejętności, które wpłynęły na szybki rozwój oddziałów „Błyskawica”, „Burza”, „Grom”, „Wicher” i „Zryw”, dowodzonych przez wybitnych żołnierzy ze Stanisławem Karlińskim „Burzą”, Aleksandrem Arkuszyńskim „Majem” i Kazimierzem Załęskim „Bończą” na czele.

Organizowanie dywersji na ziemiach włączonych do III Rzeszy wymagało nie lada talentu i zręczności. Tej na szczęście Trybusowi nie zabrakło, dzięki czemu z czasem stworzono solidny mechanizm wojskowy w liczbie tysiąca żołnierzy, za co 11 listopada 1943 roku otrzymał on awans do stopnia kapitana. Niespełna rok później powstał 25 pułk piechoty Armii Krajowej, a jednym z jego głównych architektów był właśnie Adam Trybus.
Gdy dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się „podpalić” okupowaną Polskę i rozpocząć słynną akcję „Burza” Trybus został skierowany do bazy „Węzeł” w rejon Brzeziny – Koluszki, gdzie do jesieni pełnił rolę dowódcy oddziałów liniowych.

1 listopada 1944 roku przed Trybusem postawiono kolejne, arcytrudne zadanie. Mianowano go komendantem zdziesiątkowanego przez gestapo Inspektoratu Łódzkiego AK, a 1 stycznia 1945 roku awansowano do stopnia majora. W Łodzi postęp wymagał czasu i „pracy u podstaw”, a tych cichociemnemu nie dała Armia Czerwona, która wkrótce dotarła do miasta.

– Dobra zła decyzja? –

„Gaj” nie wiedział, jak zachować się względem Sowietów, a sprzeczne informacje przekazywane przez zwierzchników tylko potęgowały chaos. Postanowił czekać, kiedy jednak dostrzegł, że Armia Czerwona nie tylko przyniosła uwolnienie spod hitlerowskiego jarzma, ale i zakładała nowe kajdany i gdy dotarły do niego wiadomości o aresztowaniach dokonywanych przez Rosjan na dowództwu Okręgu Łódź AK, cichociemny postanowił działać.

To on powołał do życia Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK), którego głównym celem była samoobrona przed represjami Armii Czerwonej, NKWD i polskimi komunistami. I to on dał rozkaz ataku na więzienie w Pabianicach, gdzie przetrzymywani byli żołnierze AK.
Dzięki zdecydowaniu, szybkości w działaniu i znakomitemu planowi oddział dowodzony przez Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” uwolnił wówczas, bez jednego wystrzału, uwięzionych towarzyszy.

Trybus gotów walczyć z nieprawością czerwonoarmistów wiedział, że nie ma szans w starciu z wielką polityką. A ta, rozegrana w Teheranie, a dopełniona w Jałcie zakładała, że Polska nie będzie suwerenna, a jej granice zostaną przesunięte na zachód. Bez wsparcia z „góry” polskiego podziemia, „Gaj” zdecydował się skontaktować z premierem Edwardem Osóbką – Morawskim przekazując mu ze skarbca swojej organizacji 80 tysięcy dolarów i  następującej treści list:
*      *      *
Jako rejonowy inspektor Armii Krajowej Okręgu Łódzkiego mający pod swymi rozkazami znaczną liczbę oficerów i szeregowych znalazłem się w trudnym położeniu. Szef mój – bez którego rozkazu każde moje poczynanie formalnie musi być uważane za samowolę – został aresztowany. Obecnie rozwiązano władze państwowe Polski Podziemnej, od których oczekiwałem polecenia oddania się do dyspozycji Rządu Jedności Narodowej. W związku z tą sytuacją zdecydowałem się zwrócić do ob. Premiera, abym – działając zgodnie ze swym sumieniem Polaka – Obywatela – nie popełnił jako nie polityk i nie dyplomata – błędu.
Sumienie to nakazuje mi wydać rozkaz złożenia broni, amunicji oraz majątku stanowiącego własność AK odpowiednim organom rządowym. Opierając się na oświadczeniach Rządu o wykorzystaniu wszystkich sił Narodu do dzieła odbudowy, uprzejmie proszę o wydanie zarządzeń, ażeby przedstawieni przeze mnie ludzie:
Nie byli zmuszani do służby w bezpieczeństwie dla wyłapywania swych niedawnych kolegów, którzy się nie zgłoszą.
Nie byli pociągani do odpowiedzialności za czyny wykonane z rozkazu przełożonych.
Zostali zatrudnieni w swych zawodach.
Jednocześnie proszę o wydanie zarządzeń umożliwiających mi takie zorganizowanie oddawania broni przez podległe mi oddziały (Łódź, Pabianice, Łask i Brzeziny) oraz oddziały sąsiadujące, które mi ufają, aby mogło się to odbyć bez aresztowania ludzi. Chciałbym mieć możność przeprowadzenia oficjalnych odpraw z podległymi mi żołnierzami bez obawy o ich aresztowanie.
Będę bardzo wdzięczny, jeśli ob. Premier zechce zbadać akty oskarżenia moich kolegów z AK znajdujących się w tej chwili w więzieniu, a to celem uwolnienia tych wszystkich, którzy wykonywali wyłącznie rozkazy.
(treść listu za: Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)
*       *       *

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Ta arcytrudna decyzja podjęta przez Trybusa wywołała wśród wielu członków podziemia zrozumiały sprzeciw. Wielu uznało to posunięcie, za sprzeniewierzenie się idei Polski niepodległej i zdradę podopiecznych. Trudno odmówić im racji, choć należy pamiętać, że powojennych realiów nie sposób rozpatrywać w kategoriach bieli i czerni. Wydaje się również, że w wpływ na taką, a nie inną decyzję miało pedagogiczne doświadczenie człowieka, który odczuwał odpowiedzialność za setki swoich żołnierzy. To zaś, czy powinien przewidzieć konsekwencje ujawnienia organizacji dziś ocenić jest trudno.

Nieco blasku na kwestię okoliczności podjęcia przez Trybusa decyzji rzuca wypowiedź jednego z podopiecznych „Gaja” – Aleksandra Arkuszyńskiego, który wspominał, że Trybus zdawał sobie w tamtym czasie sprawę z potęgi militarnej sowieckiego reżimu i bał się o życie – nie swoje, ale młodych żołnierzy, których krwi nie zamierzał przelewać.

Pamiętajmy, że nie był to światopogląd odosobniony. Bohater Powstania Warszawskiego pułkownik Jan „Radosław” Mazurkiewicz podpisał na początku sierpnia 1945 roku deklarację, która wzywała akowców do wyjścia z podziemia. – Sowieci obiecali amnestię. Czy po 17 września ’39 roku, Katyniu, tragedii Powstania Warszawskiego i zachowaniu czerwonoarmistów względem AK na Wołyniu i Kresach należało dać wiarę tym obietnicom jest kwestią sporną.

Trybus wstąpił do Komisji Likwidacyjną byłego Okręgu AK Łódź, a wkrótce 1800 żołnierzy polskiego podziemia działającego w łódzkim okręgu zdecydowało się na ujawnienie.
W tym trudnym czasie pozornego rozprężenie Trybus poślubił łączniczkę z łódzkiego Kedywu Danutę, której siostry zostały w 1990 r. uhonorowane medalami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata za pomoc okazaną żydowskiej rodzinie w czasie okupacji.

– Wyrok –

Państwo Trybusowie przeniosło się do Wrocławia, gdzie Adam znów mógł oddać się swojej największej pasji – uczył łaciny i greki w Seminarium Duchownym i gimnazjum, a wkrótce na świat przyszła dwójka jego dzieci.
Nad Trybusem, jak i wieloma innymi ludźmi podziemia krążył jednak dalej ponury cień UB, który w 1950 roku wyprowadził cios. Major został aresztowany w Jeleniej Górze i przetransportowany do Łodzi. Tutaj przez sześć miesięcy torturowany i brutalnie przesłuchiwany czekał na swój proces.

Rozpoczął się on 29 czerwca 1951 roku. W Wojskowym Sądzie Rejonowym w Łodzi Trybus wraz z sześcioma innymi członkami AK z Okręgu Łódzkiego był sądzony za walkę z „władzą ludową” po 1945 roku. Chodziło o jego działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, który zorganizował atak na ubeckie więzienie w Pabianicach.

Jak w przypadku innych akowców sądzonych przez sądy kapturowe PRL na nic zdały się tłumaczenia o tym, że zawsze służył wiernie ojczyźnie, że walczył z Niemcami i że ujawnił wreszcie przed komunistami swoją organizację skłaniając do wyjścia spod ziemia wielu akowców. „Gaj” został skazany na 15 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz utratę mienia. W ten sposób bohaterom polskiego podziemia dziękowała nowa władza.

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Znamienne, że składowi sędziowskiemu w sprawie Trybusa przewodniczył ppłk. Bronisław Ochnio, który wcześniej skazał na karę śmierci m.in. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – słynnego organizatora i dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
Wyrok więzienia cichociemny wykonywał w Sieradzu i Wronkach, a po śmierci Stalina i październikowej „odwilży”, w grudniu 1955 roku sąd dokonał rewizji wyroku i wypuścił Adama Trybusa na wolność. Dwa lata później cichociemny został zrehabilitowany.

Trybus zamieszkał w Piotrkowie Trybunalskim, zaczął uczyć łaciny i języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym, a następnie pełnił rolę inspektora kuratoryjnego oraz lektora łaciny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie zapomniał również o swoich towarzyszach broni i akowskim rodowodzie, co pośrednio zapewne przyczyniło się do tego, że w 1970 roku zmuszono go do przejścia na emeryturę, a po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku – prewencyjnie aresztowano. Bohater czasu wojny zmarł 4 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu w Piotrkowskie Trybunalskim.
Nie dane mu było doczekać wolności.

Źródło
– Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982) (uml.lodz.pl)
– Afisz informacyjny zawierający biogram

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

W STARYM KINIE: CAFE POD MINOGĄ

Cafe pod MinogąCafe „Pod Minogą” przeżyła wówczas okres najwspanialszego swego rozkwitu. Dzień i noc wszystkie stoliki były zajęte. Za oblężonym bufetem królował rozpromieniony pan Aniołek, rozdając na wszystkie strony potrawy i napoje. Niestety okres ten trwał bardzo krótko. | Fragment powieści „Cafe pod Minogą” Stanisława Wiecheckiego.

Tęsknota za pejzażem starowarszawskiej ulicy skłania nas do zwrócenia się ku przeszłości. Miejsce, którego drobne fragmenty odnaleźliśmy dzięki „Cafe pod Minogą” nasuwa na myśl bajane przez starowinki baśnie, w których żyją szlachetne indywidua i złe potwory, w których nie brak strachu, łez i problemów, ale które summa summarum urzekają niewymownym czarem. Być może jest to prosty sentyment, być może nawina tęsknota za światem, który choć ukazany w filmie w biało-czarnym kadrze był tak naprawdę dużo bardziej kolorowy od tego nam współczesnego.

Nakręcony w 1959 roku „Cafe pod Minogą” to podróż w czasie. Spacer po warszawskiej ulicy z okresy międzywojnia i hitlerowskiej okupacji. Świat zastały po przybyciu w to miejsce nie można nazwać w pełni rzeczywistym, ale choć został on przefiltrowany przez satyryczne sito wyobraźni autorów zarówno książki, jaki i filmu, po kilkudziesięciu latach wciąż urzeka, a także opowiada o tamtym czasie własną istotną prawdę.

I czyni to na swój sposób. Właśnie dlatego obraz ten nie jest dojmującym świadectwem tragedii narodowej, a żartobliwą igraszką, swoistą przygodą ukazującą losy sympatycznych bohaterów-zawadiaków, po których przewala się historia. Całość stanowi zaledwie drobną cząstką prawdy o wojnie i bliżej jej do „Jak rozpętałem II wojnę światową”, niż „Listy Schindlera”, czy „Kolumbów”, niemniej jednak niesie za sobą pewne świadectwo.

Film w reżyserii Bronisława Broka powstał na motywach wydanej w 1947 roku powieści Stefana „Wiecha” Wiecheckiego, nazywanego ze względu na znajomość stołecznej gwary, obyczaju i kultury „Homerem warszawskiej ulicy”. Adaptacja Broka zawiera cząstkę tego, co ukazuje w swojej powieści „Wiech”, jest to jednak rzecz wartościowa, bo ulepiona z tej samej gliny, co historie spisywane przez Stanisława Grzesiuka, Leopolda Tyrmanda, czy właśnie Wiecheckiego.

Komedia opowiada o wojennych losach warszawskich cwaniaków ze Starówki. Bar „Cafe pod Minogą”, którego właścicielem jest jowialny pan Aniołek sąsiaduje z zakładem pogrzebowym „Wieczny Odpoczynek” Celestyna Konfiteora. Stałymi gośćmi pierwszego z wymienionych „przybytków” są warszawscy szoferacy: Maniuś Kitajec i bracia Piskorscy, a także Murzyn Jumbo, kierowca zagranicznego dyplomaty, który tuż przed wybuchem wojny opuścił nagle Warszawę, pozostawiając pod jego opieką luksusowy samochód i kasetę z gotówką pod podłogą willi ambasady przy Alei Róż.

Kadr z filmu "Cafe pod Minogą" w reż. Bronisława Broka.

Kadr z filmu „Cafe pod Minogą” w reż. Bronisława Broka.

Kiedy Niemcy zajmują Warszawę, pan Aniołek otwiera nielegalną „filię” swego baru w zakładzie pogrzebowym, gdzie w przebraniu wdowy Emilli Czarnomordzik ukryty zostaje Jumbo i gdzie cała kompania w oparach piwa i gorzałki zastanawia się, jak przeżyć wojnę. A to nie jest zadanie łatwe, wszakże szoferakom hitlerowcy odbierają auta, a Pan Aniołek zmaga się z ciągłymi brakami w aprowizacji. Receptą na wszelkie problemy ma być wydobycie skarbu z willi, w której wpierw urzędują hitlerowcy, a potem mieszkają volksdeutsche.

Bohaterom sen z powiek spędza kwestia przedostania się do willi, a także problemy dnia powszedniego. Szoferacy, wśród których prym wiedzie Maniuś (kapitalna rola Adolfa Dymszy) wpadają przy tym na szereg pomysłów – organizują uliczny cyrk, handlują choinkami, barankami wielkanocnymi, a nawet… żółwiami, które zakupują niczym kota (i żółwia) w worku od kolejarzy. Każdy z tych „interesów” realizują z iście staromiejską fantazją i stylem.

Jerzy Duszyński, Feliks Chmurkowski (nasuwający na myśl postać sienkiewiczowskiego Zagłoby), żywiołowa (a jakżeby inaczej) Hanka Bielicka, Włodzimierz Skoczylas, Wacław Jankowski, czy wspomniany już Adof Dymsza odgrywają ważne, choć chyba nie pierwsze skrzypce w historii przetworzonej przez Broka. Głównym bohaterem jest tu bowiem język – stara warszawska gwara, nieodżałowany skarb polskiej kultury, który w skutek tragedii Powstania Warszawskiego, wojennych wysiedleń, a po 1945 roku napływu do zrujnowanej stolicy ludzi z innych części kraju dziś jest już tylko ciekawostką historyczną.

Jeśli chcecie wiedzieć, czym była „leguralna zakąska”, „andrus” i „alpagal”, jeśli chcecie poznać urok przedwojennego pejzażu warszawskiej ulicy i jeśli chcecie pośmiać się z Murzyna ukrywającego się przed hitlerowcami w stroju wdowy oraz Adolfa Dymszy sprzedającego na ulicy żółwie, obejrzyjcie (a wcześniej przeczytajcie) „Cafe pod Minogą”, nastawiając się przy tym nie na seans pełen dokumentalnych faktów, a na zabawną historyjkę, która „nie buja do pucu”

Film w całości obejrzycie poniżej:

*     *     *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE