Monthly Archives: Wrzesień 2013

WIĘZIEŃ NUMER 62754 – cz. II

Piotrowski1Władysław Piotrowski był jednym z ok. 1100000 zamęczonych więźniów Koncentration Lager Auschwitz. I choć nie odegrał w czasie II wojny światowej żadnej znaczącej z historycznego punktu widzenia roli, jego historia jest ważnym świadectwem niepojętego zła, która dla czytelnika może okazać się interesująca ze względu na faktografię, zaś dla mnie ważną jest głównie dlatego, że więzień 62754 był moim pradziadkiem.

Kilkanaście miesięcy temu na łamach bloga Tropy Historii opisałem okoliczności aresztowania, przewiezienia do obozu oraz śmierci mojego przodka. Dzięki zebranym przez mojego ojca informacjom, natrafieniu na nowe dokumenty oraz ostatniej wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau poznałem nowe okoliczności związane z pobytem Władysława Piotrowskiego w KL Auschwitz. Być może zainteresują one i Was.
– Więzień polityczny –

W artykule p.t. „Więzień 62754” z listopada 2012 roku podałem niesprawdzoną wersję okoliczności aresztowania mojego pradziadka. Oparła się ona na rodzinnych wspomnieniach, wedle których Władysław Piotrowski trafił do Oświęcimia za pobicie Niemca. Do zajścia doszło w rodzinnej wsi pradziadka – Łaszczynie (dziś województwo łódzkie, powiat rawski), a według tej wersji Piotrowski został w pobicie „wrobiony” przez jednego z nieprzychylnych sąsiadów.

Dzięki dotarciu do wydawnictwa p.t. Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944 poznałem inną, bardziej prawdopodobną wersję aresztowania pradziadka.
W rozdziale „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” czytamy bowiem:

[…] Część mężczyzn osadzonych w więzieniu w Tomaszowie Mazowieckim przewieziono do Częstochowy. Na Zawodziu spędzili około trzech tygodni”, aż do momentu wyruszenia transportu do Auschwitz. Do tej grupy należeli aresztowani w łapance na dworcu kolejowym w Tomaszowie: Wacław Jastrzębski (nr 62737), Zdzisław Kun (nr 62743), Stefan Libera (nr 62746), Franciszek Mazurkiewicz (nr 62749), Eugeniusz Piaskowski (nr 62753), Władysław Piotrowski (nr 62754), Tadeusz Smejda (nr 62758), Władysław Wojniak (nr 62761). […]

Zgodnie z tym opracowaniem Piotrowski trafił więc w ręce gestapo nie w Łaszczynie i nie za pobicie Niemca, a w Tomaszowie Mazowieckim podczas łapanki na dworcu kolejowym. Być może zjawił się w tym miejscu chcąc załatwić w oddalonym od 40 kilometrów Tomaszowie jakąś pilną sprawę urzędową, być może powodem był handel lub np. zakup odzieży.

Obie wersje są prawdopodobne. Za jedną przemawiają wspomnienia rodzinne, za drugą materiał zebrany przez historyka.

Radomski transport do Oświęcimia z 1 września 1942, w którym znalazł się mój pradziadek liczył 514 osób. Byli to różni ludzie z różnych miejsc okupowanego kraju. Wśród nich znaleźli się partyzanci, członkowie ruchu oporu (AK, ONR, GL), członkowie różnych grup sabotażowych, oficerowie przedwojennego wojska polskiego, księża, przypadkowi ludzie złapani w łapankach oraz grupa 43 Żydów.

100_4650

W zasadzie wszyscy Polacy uwięzieni w Auschwitz otrzymali status „więźniów politycznych”. Myli się jednak ten, który sądzi, że mój pradziadek był aktywnym działaczem politycznym, bądź członkiem polskiego podziemia. Jak pisze w swoich książkach Władysław Bartoszewski pojęcie „Polaka-inteligenta” (a więc wroga III Rzeszy) funkcjonowało w niemieckim systemie pojmowania rzeczywistości w sposób niezwykle uproszczony.

Za inteligenta uznawano polityka, wojskowego, naukowca, nauczyciela, lekarza, ale i złapanego w łapance mężczyznę noszącego okulary, człowieka mieszkającego w inteligenckiej dzielnicy bądź niosącego książkę. Gestapo złapanych w takiej łapance „więźniów politycznych” oskarżało o wyssane z palca przestępstwa. Jedną z ofiar tego terroru został Władysław Piotrowski.
– Bezimienny –

31 sierpnia 1942 roku, gdy pierwsze promienie słońca wyglądały nieśmiało zza radomskich zabudowań, z dworca kolejowego ruszyła z wolna lokomotywa, sapiąc mrukliwie i ciągnąc za sobą rzędy bydlęcych wagonów. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji w Częstochowie, gdzie, wśród krzyku esesmanów, do przeładowanych wagonów wpakowano kilkudziesięciu więźniów, w tym i Władysława Piotrowskiego.

100_4675

Gdy transport zbliżał się do celu, w okolicach Chrzanowa czterech mężczyzn wyłamało deski w jednym z wagonów i rzuciło się do ucieczki. Wśród nich nie było mojego pradziadka. On do miejsca swego przeznaczenia dotarł 1 września późnym wieczorem. Pociąg zwolnił, po chwili stanął w miejscu, po czym drzwi wagonu rozsunęły się i oczom Piotrowskiego ukazała się kolejowa rampa. Ciemność nocy rozświetlił zrazu jasny blask reflektorów, a ostre, niemieckie „schnell!” i przeciągłe „rraauss!” zmieszało się z kanonadą kroków i pierwszych jęknięć bitych przez esesmanów więźniów.

W ubiegłą sobotę przemierzyłem tę samą drogę, którą wówczas pokonał mój przodek. Ruszyłem od strony torów kolejowych i wszedłem na teren obozu mijając bramę z cynicznym napisem „Arbeit macht frei”. W ubiegłą sobotę świeciło słońce, dookoła rozlegał się tumult setek turystów, a stojący na parkingu kierowcy gaworzyli leniwie popalając papierosy.

71 lat temu, to rzecz jasna banał, mój pradziadek pokonał tę drogę inaczej. Biegnąc przy wrzasku wściekle ryczących i bijających gumową pałką esesmanów. Biegnąc w chłodzie wrześniowej nocy ze straszliwym uczuciem niepewności, zwykłym ludzkim strachem, z którym kontrastował krajobraz składający się z przystrzyżonych równo trawników, zadbanych alejek i rosnących wszędy drzewek.

Niemcy rozkazali stanąć nowoprzybyłym w alejkach oddzielających równe rzędy baraków. Piotrowski wraz z pół tysiącem więźniów aż do rana tkwił w jednym miejscu bijąc się z myślami i czekając tego, co stanie się wkrótce. Po wielu godzinach, gdy słońce wzbiło się już ponad horyzont, esesmani wydali polecenie „rozebrać się!”, a następnie popędzili wszystkich w stronę łaźni.

Po kąpieli w strumieniach zimnej wody Piotrowski wraz z innymi podszedł, zupełnie nagi i dygoczący z zimna, do jednego z ustawionych przed blokiem stolików. Tutaj pisarze zadali mu kilka pytań, zabrali nazwisko i nadali mu nowe imię. Nie było już Władysława Piotrowskiego. Od teraz był już tylko polski więzień polityczny nr 62754.

100_4664

Miejsce katowania więźniów KL Auschwitz, tzw. kara słupka polegająca na przywieszaniu więźnia za ręce skrępowane w przegubie i wykręcone do tyłu.

 

 

– U wrót piekieł –

Pierwsze godziny w obozie…
Godziny gehenny. Po apelu i rejestracji, nowych więźniów stłoczono w sali na piętrze bloku 11., gdzie osadzeni spali na betonie i gdzie Piotrowski oraz jego towarzysze niedoli przeszli czas tzw. kwarantanny. Składał się on z tzw. „sportu” – wykonywania męczących ćwiczeń fizycznych, np. skakania żabką, czy też tzw. „rollen” polegającym na toczeniu się po ziemi i ostrym żwirze. Wszystko to wśród nieustających krzyków esesmanów, którzy pastwili się nad nowoprzybyłymi biciem – biciem niekończącym się i niezrozumiałym.

100_4663

Po dwóch lub trzech dniach mój pradziadek trafił wraz z innymi do bloku 10. i tam przydzielono go do jednego z komand robotniczych. Do którego konkretnie, niewiadomo.
Jak podaje Ewa Bazan, autorka rozdziału „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” część więźniów z radomskiego transportu skierowano do pracy przy regulacji rzeki Soły, inni trafili do prac przy roli, także do rozmaitych warsztatów obozowych, komanda Bauhof, czy komanda woźniców. Część z nich wykonując swoje obowiązki przebywała również w rozbudowującym się obozie Auschwitz-Birkenau – miejscu wymordowania prawie miliona Żydów, gdzie niektórzy spośród radomskich więźniów pomagali polskim więźniarkom i zbierali informacje np. na temat budowy krematoriów, zbrodniczych eksperymentach medycznych i licznych egzekucji.

 

 

– Ostatni dzień 1942 roku –

Zimno, brud, a nade wszystko przeszywający wnętrzności głód (na śniadanie 300 gram obrzydliwego chleba i lura zwana kawą, na obiad talerz wodnistych pomyj zwanych zupą, a wieczorem znów tylko „kawa”) oraz strach, ponadto wycieńczająca, wielogodzinna praca ponad ludzkie siły, a wreszcie bicie – ciągłe i bez końca – powodowały, że silny młody mężczyzna, który trafił do dobrego komanda (pod dachem) i potrafił skombinować coś do jedzenia był w stanie przeżyć w obozie pół roku, a rzadziej i więcej. Większość – starsi, schorowani, słabsi spośród tych, którzy trafiali do Oświęcimia wytrzymywali kilka tygodni, góra 3-4 miesiące.

Dzięki uprzejmości p. Krystyny Leśniak z Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau (biuro informacji o byłych więźniach) wiem, że Władysław Piotrowski, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia, w obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754, zginął 31 grudnia 1942 roku. Przeżył więc w fabryce śmierci 4 miesiące.

Władysław Piotrowski został dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego:
Blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego i 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.

100_4666

Przyczyna śmierci mogła więc (choć nie musiała) wiązać się z bardzo poważnymi urazami, prawdopodobnie nabytymi w wyniku pobicia przez kapo lub esesmana bądź też stanowiącymi skutek pracy ponad siły w anormalnych warunkach. Być może powód zgonu był inny, zdarzało się bowiem, że Niemcy fałszowali prawdziwą przyczynę śmierci. Czy Władysław Piotrowski został zakatowany niemal na śmierć, w wyniku czego zginął ostatniego dnia 1942 roku, czy też na przykład otrzymał w bloku szpitalnym zabójczy zastrzyk z fenolu – tego nie sposób dziś ustalić.

Komendant obozu Rudolf Höss mawiał do więźniów: „Popatrzcie to krematorium. Komin to jedyna droga na wolność”. Ta właśnie droga, jedyna niemal droga na wolność z Oświęcimia, stała się udziałem Władysława Piotrowskiego.

100_4665

 

 

– 71 lat później –

Spacerując we wrześniowe sobotnie przedpołudnie po alejkach KL Auschwitz, stąpając więc sensu stricte po świadectwie zła totalnego, po tym jądrze całkowitego wynaturzenia – mimo dziesiątek obejrzanych filmów, przeczytanych książek, wspomnień i opracowań historycznych, mimo setek przejrzanych fotografii, mimo słów przewodnika, mimo wyjących zza muzealnych szyb niemych świadków tragedii, nie zaznamy Auschwitz-Birkenau takim, jakim zaznali go jego więźniowie. I jakimi odczuwał i pojmował go Władysław Piotrowski oraz każdy z 1,3 miliona więźniów.

100_4671

 

100_4678

 

Źródła
– Ewa Bazan, Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku, [w:] Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, str. 773-780.
– Danuta Czech. Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz
– foto wł.

* * *

Remek Piotrowski

Reklamy

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

ROSJA W ŁAGRZE – Iwan Sołoniewicz

Rosja w  łagrze 2„Dziewczynka prawie przemocą wyrwała mi kocioł z ręki. Rozpięła podarty kaftan, pod którym sterczały jedynie gołe, ostre żebra, przycisnęła kocioł do swojego gołego ciałka, jak gdyby tuliła dzieciątko, przykryła się znów kaftanem i usiadła w śniegu. […] zrozumiałem w końcu, że dziewczynka chce ciepłem swego wygłodzonego ciała roztopić tę półpudową bryłę zamarzniętego, obrzydliwego, świńskiego żarcia, które jednak było żarciem.” | fragment książki „Rosja w łagrze” Iwana Sołoniewicza.

„Rosja w łagrze” Iwana Sołoniewicza to nie tylko podróż do piekieł sowieckich łagrów, to ponadto – zajmujące studium komunizmu i jego wielu oblicz. Studium podane bynajmniej nie w pigułce, studium zawierające tak głęboką analizę radzieckiego systemu, że zawstydzić może prace niejednego historyka.

Trzydzieści lat przed słynnym „Archipelagiem GUŁag” Aleksandra Sołżenicyna opublikowano wspomnienia człowieka, który z koszmaru dnia codziennego sowieckiej Rosji trafił do samych jego czeluści – łagrów GPU, de facto więc radzieckich obozów koncentracyjnych rządzących się swoimi prawami, rządzących się nieustannym głodem, bólem i cierpieniem niezliczonych mas ludzkich skazanych na zsyłkę do obozów pracy przymusowej rozlokowanych na terenie całego ZSRR.

Bez względu na to, jak bardzo nieprawdopodobne mogą wydać się współczesnemu czytelnikowi fakty zawarte w „Rosji w łagrze” należy mieć odwagę zmierzyć się z tą zatrważającą, a zarazem nakreśloną świetnym literackim językiem historią. Wszystkie wyuczone na lekcji historii regułki na temat realiów życia w ZSRR bledną wobec świadectwa, które mówi samo za siebie, a które podobnie jak hitleryzm, nie mieści się w tradycyjnych ramach ludzkiego rozumowania.

Jak bowiem zrozumieć absurdy, którymi rządził się tamten, położony na wschodzie świat. Czy można dziś pojąć, że głodujący więzień łagru ostatnie resztki jedzenia wysyła „na wolność” – do rodziny, która umiera z głodu w jednym z tysięcy kołchozów? Nie można, podobnie, jak i nie sposób zrozumieć wszystkich absurdalnych zarządzeń, praw i „obyczajów”, którymi w tamtym czasie rządziła się sowiecka kraina stworzona z głodu, strachu i zdrady elementarnych praw uniwersalnego humanizmu.

Rzeczywistość ta, wydawałoby się skąpana z fantazmacie, to świat (czy to łagru, czy też tzw. „wolności”), w której na śmierć skazuje się miliony ludzi (kto nie kradnie i nie kombinuje, ten umiera z głodu), w której, jak pisze Sołoniewicz, zapał (sowieckich aktywistów), analfabetyzm (władz i ogromnej części narodu) oraz głupota (wszystkich po trosze) nie pozwalają funkcjonować chociażby w namiastce normalności.

Ze wspomnień Sołoniewicza (wydanych w Polsce po raz pierwszy w 1938 roku) wyłania się kraj, w której buduje się stadiony nie dla ludzi, ale dla wąskiej grupy czekistów, aktywistów, szpicli i partyjniaków, w którym konie (paszy przecież brak) karmi się „kiszonką” z gałęzi (od której zwierzęta rzecz jasna zdychają w męczarniach), w którym każdy szpieguje niemal każdego, a mit „raju socjalistycznego” i cud „5-cio latki” tłamsi, a następnie dziesiątkuje naród, niczym epidemia dżumy lub tyfusu.

Bez względu na to, jak bardzo autor był szczery w przedstawieniu poszczególnych faktów ze swojej katorżniczej tułaczki (czy możemy w ogóle przypuszczać, że było inaczej?), nie sposób nie docenić jego wnikliwej analizy tamtych czasów i tamtej rosyjskiej rzeczywistości. „Rosja w łagrze” na plan pierwszy wcale bowiem nie wysuwa historii autora-bohatera, jego syna oraz brata, z którym Sołoniewicz dzieli niedolę i próbuje ucieczki. Wysuwa coś innego, co należy chyba (niech w tej kwestii wypowiedzą się historycy) nazwać głęboką, niepozbawioną subiektywizmu, ale i niezwykle trafną analizą życia nie tylko w sowieckim łagrze, ale i całej skąpanej w bolszewizmie rzeczywistości ZSRR.

Bez względu na to, czy Sołoniewicz opisuje walkę w strukturach różnego rodzaju władz (w łagrze, w partii, wśród aktywistów i nośników chorej idei), czy problem tysięcy bezdomnych i skazanych na zagładę dzieci, czy też sposób zdobywania w Rosji sowieckiej jedzenia – z niezwykłą biegłością tłumaczy czytelnikowi nie tylko skutki, ale i przyczyny niezliczonych patologii. Nad tym warto i należy się pochylić, nie tylko ze względu na ludzką wrażliwość i pamięć, ale przede wszystkim ku przestrodze.

W świecie opisywanym w „Rosji w łagrze” wszystko związane jest z partią, partia jest wszędzie, o partii nie wypada ani mówić, ani milczeć, partia (rozumiana nie tylko, jako Stalin, ale jako cały skomplikowany i rozrośnięty na niespotykaną skalę aparat) wypełnia każdą minutę życia, decyduje o być albo nie być, zmuszając do poniżeń – i naiwnie, ale trafnie rzecz ujmując, prowadząc do zła totalnego.

„Podróżując” wraz z próbującym uciec z tego „raju” Sołoniewiczem spotykamy wielu ludzi – każdy, bez względu na to czy jest wykułaczonym chłopem, bandytą, strażnikiem, oficerem GPU, naczelnikiem, robotnikiem, czy inteligentem – z góry zostaje określony przez sowiecką władzę i sowiecki (nie)ład. Tu nikt od komunizmu nie może lub nie potrafi abstrahować.  I właśnie dlatego zapomnieć o ofiarach bolszewizmu, komunizmu, stalinizmu zwyczajnie się nie godzi, zwłaszcza z perspektywy polskiego czytelnika, który o „czerwonym terrorze” powinien wiedzieć wiele.

I nie istotne w tej akurat historii są informacje o antysemityzmie autora, jego monarchistycznych sentymentach, pobycie w III Rzeszy i radykalnych poglądach, o których czytamy w interesującym skądinąd posłowiu. Ważna, choć trudna, jest podróż, w którą Sołoniewicz zabiera nas licząc się przy okazji z tym, że jego wspomnienia czytać będą ludzie o różnych światopoglądach i doświadczeniu. Odniosłem wrażenie, że zapiski te, choć niepozbawione subiektywizmu są summa summarum niezwykłe uczciwe. To bardzo ważne, bo skłania do wniosku, że mamy do czynienia nie z opinią człowieka świadczącego w jakimś konkretnym celu, ale że jest to świadectwo prawdziwe.

„Rosja w łagrze” pomoże Wam wnikliwiej przyjrzeć się historii Związku Radzieckiego i jego wynaturzonego systemu, ponadto może okazać się dla wielu remedium, swoistą odtrutką na socjalistyczne bajanie o długich kolejkach, occie na półkach i zabawnych absurdach PRL-u – świata, którego od piekła opisanego przez Sołoniewicza tylko pozornie dzieliła duża odległość. To pozycja obowiązkowa, której nie należy traktować, jako zamiennik „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyna, a ważne i warte uwagi jego dopełnienie. I właśnie dlatego sprawdźcie je koniecznie!

*      *      *

Iwan Sołoniewicz, Rosja w łagrze, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa, 2013.

Premiera wydania DWPWN – 17 września 2013 r.

*      *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE