Monthly Archives: Październik 2013

IGŁY – Marek Łuszczyna

Obrazek„Głęboki wywiad to zrzeczenie się tożsamości. Umiejętność automatycznego „myślenia fikcyjnym bohaterem”, którego się odgrywa. Ponadto to zajęcie, w którym trzeba być krańcowo podejrzliwym, zachowując jednak jasny, wolny od paranoi umysł.” | fragment książki.

Odkrywanie historii to zajęcie pasjonujące. Układanie całości z drobnych fragmentów, cząstek w kontekście pojęć tak obszernych, jak II wojna światowa, czy XX wiek koniec końców niewielkich, pozwala uchwycić nie tylko sens ogólny zjawisk i wydarzeń. Pozwala autentycznie wgłębić się w istotę tychże oraz zająć odpowiednią perspektywę. I na to właśnie pozwala książka Marka Łuszczyny.

Ważne epizody w polskiej historii dotyczącej II wojny światowej to morze zdarzeń, faktów, zagadnień, poglądów i postaci. Po przeczytaniu książki „Igły” poczułem wstyd. Pojąłem bowiem, że historii agentek, które działały w czasie wojny na rzecz polskiego wywiadu, nie znam chociażby w drobnym szczególe. A znać ją powinniśmy.

Historia to trzeba przyznać niezwykła, o której wie wąskie grono pasjonatów dziejów, autorów książek historycznych i świadków. Dzięki Markowi Łuszczynie szansę dowiedzenia się o nim będzie miało większe grono czytelników, a że autor zbadał (jak się zdaje) rzecz po pierwsze wnikliwie, po drugie – przedstawił ją w cudownie przystępnej formie, mamy tu do czynienia z wydawnictwem cennym.

W opisie wydawcy umieszczonym na okładce czytamy m.in.:
[…] Artystki, żony dyplomatów, córki przedsiębiorców, troskliwe panie domu i przedwojenne feministki, dojrzałe opiekuńcze matki i nastolatki, którym ledwie starczało sił, by przeładować pistolet. […]
Nie oczekiwały za swoje dokonania nagród, i wyróżnienia rzeczywiście je omijały. Podejmując się misji decydujących o losach świata, ginęły lub – w najlepszym razie – skazywano je na zapomnienie. Te, które ocalały czekała cela w więzieniu UB lub ciężki los na emigracji. […]

Marek Łuszczyna zdecydował się na najprostszy z możliwych, ale i chyba najtrafniejszy sposób narracji. W kolejnych rozdziałach odkrywa losy agentek, które być może bezpośrednio nie zdecydowały o ostatecznym rozstrzygnięciu konfliktu z lat 1939-45, ale miały na niego wpływ. Nie należy go ani powiększać, ani pomniejszać.

W gronie bohaterek książki są zresztą nie tylko Polki. Znajdzie się tu chociażby miejsce dla Benity von Falkenhayn, która uwiedziona przez rotmistrza Sosnowskiego stworzyła wraz z nim nieprawdopodobną siatkę szpiegów w III Rzeszy i gdyby nie pewne okoliczności – miała szansę znacznie utrudnić Hitlerowi szybkie summa summarum zwycięstwo we wrześniu ’39.

Inną osobą jest Halina Szymańska, żona atache wojskowego w polskiej ambasadzie w Berlinie. Stateczna, inteligenta i zarazem oddana sprawom domu kobieta z klasą przemieni się w asa wywiadu, która dzięki swoim talentom i znajomościom prześle aliantom informacje wprost ze sztabu Wehrmachtu, a „jeść” jej z dłoni będzie sam Wilhelm Canaris.

Jest tu Maria Sapieżyna, która potrafiła bez ogródek „wylać” papieżowi Piusowi XII swoje rozczarowanie jego polityką względem Niemiec. Krystyna Skarbek została „ulubioną agentką Churchilla” po tym, jak wydobyła z niemieckiego więzienia ważną postać z siatki alianckich szpiegów. Agentka weszła do siedziby gestapo, przedstawiła się, jako siostrzenica generała Montgomery’ego i bezczelnie zażądała uwolnienia więźnia argumentując to żądanie sytuacją na froncie i konsekwencjami takiego rozwiązania sprawy dla szefa gestapo. Wygrała.

Poznamy również historię Haliny Szwarc, Klementyny Mańkowskiej, Elżbiety Zawackiej, Władysławy Macieszyny, Malwiny Gertler i Annie Louise Mogensen. Ta ostatnia nie tylko zdobyła bezcenne informacje dotyczące niemieckich linii obronnych na północy Francji, ale i na własne oczy zobaczyła słynne lądowanie w Normandii.

Każda z tych kobiet była inna. Każda łącząc nieprzeciętną urodę, inteligencje i kobiecy szósty zmysł stała się skuteczną bronią polskiego (i alianckiego) wywiadu.
Wszystkie one nie walczyły z bronią w ręku (choć i to się zdarzało) na polach bitwy. Swoją niezwykłą walkę toczyły na spotkaniach, w kawiarenkach, przyjęciach, podczas rozmów, nierzadko również w łóżku, wydobywając informacje na wagę życia i śmierci, pośrednicząc, przekazując tajemnice i sabotując działania oraz politykę wroga za pomocą rozmaitych metod i sposobów.

Epilog ich historii był w większości przypadków smutny. Niektóre z nich zginęły jeszcze w czasie wojny, inne trafiły w samo jądro komunistycznych represji, pozostałe zapomniane i porzucone dożyły swoich dni w biedzie. Dobrze, że Marek Łuszczyna napisał tę książkę. Dobrze, że Igły, polskie agentki, które zmieniały historię zostaną w ten sposób przywrócone naszej pamięci.

Ponoć Ian Fleming kreując postaci bondowskich dziewczyn niemal zawsze dodawał do ich charakterystyki cząstkę Krystyny Skarbek. Zamiast jednak kina sensacyjnego pełnego nieprawdopodobnych zwrotów akcji, zamiast mrożących krew w żyłach thrillerów, poświęćcie czas na lekturę tych niespełna 300 stron. Otrzymacie w zamian to, co podczas seansu najlepszego filmu szpiegowskiego lub kryminału. Otrzymacie dziesięć gotowych scenariuszy takiego filmu. I historię, o której nie wypada zapomnieć. Polecam.

– Marek Łuszczyna, Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię, PWN, Warszawa 2013.

Remek Piotrowski

Reklamy

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

OBSERWATOR – ks. Józef Mroczkowski

jozef-mroczkowski-obserwator-cover-okladka„Ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski […] Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia i nieprawdopodobne. Czynię więc zadość mojej powinności plotkarskiej snując […] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.” | ks. Józef Mroczkowski, Obserwator.

Ta niewielka summa summarum książeczka, skromna w formie literackiego przekazu, pisana prostym językiem, spełniać może dla pasjonatów i badaczy II wojny światowej rolę w gruncie rzeczy ogromną. Parafialne zapiski księdza Mroczkowskiego, choć mocno niekiedy subiektywne (niektórym zda się zapewne, że i niesprawiedliwe) są szczerym świadectwem trudnego czasu na nie mniej trudnym terenie.

Prowadzone od września 1939 aż do roku 1947 zapiski z życia codziennego parafii w Oleszycach, niewielkiej miejscowości w przedwojennym powiecie lwowskim, która w czasie wojny kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk hitlerowskich i sowieckich oprawców, a dodatkowo była nieustannie narażona na działania ukraińskich bojówek nacjonalistycznych UPA, są istotnym dokumentem historycznym, bo choć nacechowane światopoglądem autora, świadczą o tamtym czasie.

Od czytelnika, jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności czytania między wierszami zależy, jak odbierze tych 150 stron, w których przewijają się losy polskiego księdza, jego podopiecznych – polskich parafian, a także sąsiadów Ukraińców, Żydów, czy wreszcie sowieckich i niemieckich okupantów.

Mroczkowski o sobie pisze niewiele i dopiero z notki autorstwa Janusza Grechuty dowiadujemy się, że był człowiekiem odważnym, niebojącym się podjąć, w imieniu sprawy (wiary i swego narodu) wielkiego ryzyka. Z jego zapisków wyłania się obraz małomiasteczkowego, skromnego, choć niepozbawionego dziś już niezrozumiałych uprzedzeń, wikariusza. Człowieka w gruncie rzeczy prostego (bynajmniej nie prostackiego!), ale prawego i sprawiedliwego.

Co bardziej wrażliwsi zwrócą uwagę lub zgoła odsądzą od czci i wiary autora za antysemickie (czy faktycznie?) uwagi i tendencyjny „polski” punkt widzenia. To prawda, że Mroczkowski musiał być w pewnym stopniu nastawiony negatywnie do Żydów, ich religii i kultury, w takim samym zresztą stopniu, w jakim przed wojną nastawionych było tysiące Polaków, w jakim chociażby nastawiona była Zofia Kossak.

Mroczkowski, podobnie jak i Kossak, nie mieli jednak w sobie zrozumienia dla niezrozumiałego zła, które Hitler rozlał po Europie i któremu poddano ludność żydowską – przejawia się to zwłaszcza w zapiskach wikariusza z 1941 roku pokazujących jego prawdziwe oblicze  – oblicze człowieka, który żyjąc w piekle, przeciwstawia się mu za każdym razem, bez względu na swoje uprzedzenia i poglądy.

Nie inaczej jest w przypadku Ukraińców, których pod wpływem doznanych krzywd nazywa narodem dzikim, barbarzyńskim, nie tkniętym narzędziem wiary ani kultury. Niepodobna wymagać od Mroczkowskiego głębokiej refleksji humanistycznej, tolerancji i obiektywizmu, zważywszy na jego przeżycia, zważywszy na kontekst kulturowy, społeczny i historyczny, w którym przyszło mu funkcjonować. I nie znaczy to bynajmniej, że my dziś mamy ulegać podobnemu punktowi widzenia. Nie w tym wszakże rzecz.

Niekiedy ksiądz Mroczkowski, w swym opisie na wskroś zwięzły i prostolinijny zarazem, jakby przyparty ilością zła nie jest w stanie opisać rzeczy, które jak sam twierdzi, nie mieszczą się w ludzkim pojmowaniu. Dramat ukraińskich pogromów, które pustoszyły ludność polską w 1944 roku oddaje pozornie „suchymi”, choć przejmującymi swą wymową i sensem zapiskami, jak chociażby tym z 15 kwietnia, pod którym znajdujemy słowa:
Jeszcze jedna noc darowana.

Rzecz jasna niepodobna jest tu streszczać wszystkiego, o czym opowiada ta niezwykła, acz prosta w swej formie kronika. Zaciekawionych tematem „Wołynia” i krwawego pogranicza polsko-ukraińskiego należałoby w pierwszej kolejności odesłać do profesjonalnych opracowań, których na szczęście w ostatnim czasie nie brakuje.

Nie zmienia to faktu, że „Obserwator” jest zajmującym dopełnieniem historycznego wykładu o trudnej przeszłości na kresach, a jednocześnie jego niezwykle istotnym i sprawdzonym źródłem. I dlatego też właśnie, choć to książka pozbawiona bardziej wnikliwego komentarza poruszającego temat trudnych relacji Polaków i Ukraińców w czasie wojny, godny jest naszej uwagi.

 
Obserwator, ks. J. Mroczkowski, Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Zwróćmy legitymację żołnierza Kampanii Wrześniowej!

39W październiku tego roku mój znajomy Michał trafił na pchlim targu przy kościele dominikanów we Lwowie na rzecz wyjątkową. Na straganach, pośród gwiazdek oderwanych od sowieckich mundurów, starych książek z bajkami, podartych map i masy innych rzeczy, znajdowała się legitymacja zaświadczająca, że WASYL TURKO został odznaczony Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”. Dokument pochodzi z 1997 roku i podpisany został przez prezydenta RP.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że dla legitymacji Pana Turko nie ma miejsca na bazarze, gdzie Ukraińcy starają się wciskać turystom co popadnie. Ponieważ handlarz nie potrafił lub nie chciał powiedzieć skąd ją ma, Michał postanowił ją zakupić. I oczywiście zwrócić Panu Wasylowi lub jego Rodzinie.

TurkoRekonesans sieci poczyniony przez mojego kolegę przyniósł kilka niepewnych informacji. Według niektórych źródeł Pan Wasyl zmarł w czerwcu 2013 roku w Ohio i służył w US Army. Możliwe, że to zbieżność nazwisk, ale równie prawdopodobne, że mała czerwona książeczka z polskim orłem jest częścią pasjonującej historii weterana wielu wojen.
Michał znalazł również zdjęcie tego człowieka. Być może jest to właśnie bohater kampanii wrześniowej.

W związku z tym zwracamy się do wszystkich czytelników bloga Tropy Historii z ogromną prośbą: jeśli wiecie coś o losach tego Żołnierza lub macie kontakt z jego rodziną – dajcie znać. Jeśli nie – udostępniajcie wydarzenie i bierzcie w nim udział, może dzięki temu o sprawie dowie się ktoś, kto zdoła pomóc.

Wydarzenie do udostępnienia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/435981739852451/

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA