Monthly Archives: Marzec 2014

Katyń, Smoleńsk i „Operacja polska” – Miesięcznik ZNAK (marzec)

katynKatyń, traktowany nie tylko jako symbol, ale wydarzenie historyczne mające swe konkretne konsekwencje w życiu narodu polskiego jest dziś potrzebny nie mniej niż w latach komunistycznej okupacji, dobrze więc, że temat ten podjął marcowy miesięcznik ZNAK.

W wydawnictwie znalazły się trzy teksty, które bezpośrednio i pośrednio (katastrofa smoleńska) nie tyle nawet przybliżają to, co stało się z tysiącami polskich obywateli wiosną 1940 roku (w przypadku „operacji polskiej” w latach 30.), ile ukazują rozmaite znaczenia tej traktowanej, wbrew pozorom nadal po macoszemu tragedii.

I dobrze się stało, że materiał publicystyczny zebrany we wspomnianym miesięczniku podejmuje zagadnienie nie uderzając z martyrologiczną nutę, a skupiając się na składowych elementach ukierunkowanych na dziś i teraz.
Bo Katyń i wszystko co zeń związane to poza pamięcią o zamordowanych również ważna lekcja historii mogącą mieć istotne  znaczenie w przyszłości.

Zauważamy to przy okazji lektury wywiadu z historykiem Piotrem H. Kosickim, który trafnie tłumaczy taki, a nie inny stan świadomości związanej z wiedzą o Katyniu. A stoi on po ponad siedemdziesięciu latach na niskim poziomie za co, o czym mówi historyk, odpowiada kilka czynników.
Jednym z nich jest charakter zbrodni, czy chociażby jej recepcja w porównaniu (zasadnym?) do hekatomby Powstania Warszawskiego, które pomimo wielu „dziejowym przeciwnościom” potrafiło znaleźć swe miejsce we współczesnej świadomości w stopniu daleko bardziej zaawansowanym. Jest akcentowane.

Istotnie nie ma chyba jeszcze Katyń swego konkretnego miejsca pamięci we współczesnej Polsce, swoistego ‚Muzeum Powstania Warszawskiego’, bo i specyfika tego wydarzenia jest zupełnie inna. Kontrast pomiędzy walczącym z bronią w ręku miastem (rozumianym, jako czyn zbrojny wszystkich klas społecznych) a mordem na bezbronnych jeńcach wojennych wywodzących się z elit (nie tylko zresztą wojskowych) powoduje różnicę w sposobie pielęgnacji pamięci. Z wyedukowaniem zwłaszcza młodego pokolenia Polaków w tej materii (pomimo wielu wydawnictw książkowych i filmu Andrzeja Wajdy) nie poradzono sobie tak dobrze, jak w przypadku Powstania.

Proste przykłady narzucają się same i choć nie wspomina o tym sam prof. Kosicki, nie trzeba szukać daleko, aby udowodnić tę tezę. Katyń nie ma swojego „wycia syren”, atrakcyjnego Muzeum a jeden, chociażby i bardzo udany film nie zmienił tego stanu rzeczy, mówimy wszakże o świadomości nie w kontekście wiedzy historyków, rodzin ofiar i grupy pasjonatów historii, ale statystycznego Kowalskiego.

Kosicki wskazuje, i słusznie, że na tym poziomie nie powiodła się próba zainteresowania społeczeństwa (znów chociażby w takim stopniu jak miało to miejsce w przypadku Powstania Warszawskiego, czy Holokaustu) losem pojedynczych ludzi – jednostkowych ofiar zbrodni. Katyń funkcjonuje coraz częściej jako pars pro toto, ale siła tego pojęcia słabnie z upływem lat.

Próbą przezwyciężenia takiego stanu rzeczy była zainicjowana przez Katolickie Stowarzyszenie Parafiada, pod honorowym patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, kampania sadzenia „Dębów Pamięci” – sensu stricte próba opowiedzenia historii jednostkowych – nie ogółu, nie tylko „Katynia” jako tragedii narodowej, ale tragedii i dziejów konkretnych ludzi.
Jak słusznie zauważa historyk próba ta tuż po katastrofie smoleńskiej i śmierci jej założyciela o. Józefa Jonieca spaliła na panewce.

Katastrofa smoleńska zaś, związana z Katyniem pod wieloma względami, wpłynęła na zmianę tego stanu rzeczy wyłącznie na początku, tuż po samej tragedii. Dziś zaś została zdewaluowana w wyniku nie zawsze odpowiedzialnej gry politycznej najważniejszych formacji.
„Dyskusja o Katyniu miała miejsce w czasie dwóch tygodni tuż po katastrofie smoleńskiej. […] Później Katyń wycofał się ponownie na zaplecze pamięci społecznej” – mówi w wywiadzie Piotr. H. Kosicki.

Historyk zwraca uwagę na jeszcze dwa ważne aspekty sprawy zbrodni i jej konsekwencji w świadomości historycznej. Pierwszym jest możliwość tłumaczenia innych straszliwych mordów masowych, mających nie koniecznie nawet miejsce w Polsce i Europie, ale i na całym świecie przez optykę wiedzy nabytej dzięki poznaniu historii mordu na polskich oficerach. Drugim – niemożność porozumienia się narodów polskiego i rosyjskiego bez uprzedniego wyjawienia całej prawdy, a ta w skutek decyzji Trybunału w Strasburgu, presji jaką rosyjska władza wywiera na Stowarzyszeniu Memoriał i przede wszystkim zatajania listy białoruskiej wciąż nie może ujrzeć światła dziennego.

Trochę szkoda, że w wywiadzie zabrakło pytania o to, w jaki sposób dziś, w dobie szybkiej informacji, portali społecznościowych i braku wiary wielu środowisk w sens poznawania trudnej historii przekazywać pamięć o Katyniu. Szkoda, że zabrakło pytania o to, C Z Y M, przy odpowiednim sposobie „wydedukowania” i zainteresowania tematem – stać się może Katyń w świadomości nie tylko wąskiej grupy miłośników historii, ale chociażby dwudziesto i trzydziestolatków.
I nie mówię tu o podawaniu propozycji rozwiązań „systemowych”. Moją ciekawość budzi jedynie prywatne zadanie cenionego w środowisku historyka.

W miesięczniku znajdziemy również interesujący nie tyle nawet z punktu widzenia historycznego, ile kulturowego, tekst Marcina Napiórkowskiego „Dlaczego wierzę w mitologię smoleńską”. Nie jestem pewny, czy obarczenie tego zjawiska pojęciem „mitu” ma je podświadomie summa summarum zdyskredytować, jeśli nawet tak (co do końca nie byłoby chyba uczciwe) jego pewne strony autor tłumaczy w sposób przekonujący.

Jakkolwiek bowiem część składanych podczas rocznic katastrofy smoleńskiej oświadczeń ma prawo budzić głos sprzeciwu, nie da się ukryć, a dobrze że Napiórkowski to zauważa, iż:
„Dzięki instytucjom i praktykom, takim jak rocznice, muzea, czy apele poległych, przeszłość i teraźniejszość pozostają rozdzielone. Właśnie ten rodzaj pamięci proponują wobec katastrofy smoleńskiej oficjalne instytucje państwa i „media głównego nurtu”. Przywołują one 10 kwietnia jako dzień tragiczny, ale i zamknięty rozdział.”
Wracając do tematów podjętych w wywiadzie z prof. Kosickim należy przy tym zauważyć, że tego typu „standard medialny” nie pracuje zarówno na zrozumienie konsekwencji katastrofy smoleńskiej, jak i też mordu z roku 1940. W takim samym stopniu jak nieodpowiedzialna często retoryka pewnych środowisk skupionych wokół obchodów 10 kwietnia.

Wątpliwości pojawiają się w innym miejscu ciekawego skądinąd artykułu. Ustawienie w jednym szeregu tragedii smoleńskiej i obchodzonych w związku z tym miesięcznic oraz rocznic z tajnie obchodzonymi w czasie komuny rocznicami wybuchu Powstania Warszawskiego, mordu w Katyniu bądź sowieckiej agresji „17 września” prowokuje do zadania pytania o to, czy faktycznie mają one na tyle wspólny mianownik, aby pokusić się o ich pewnego rodzaju zespolenie. „Przeciw-pamięć” o której mówi Napiórkowski może tu funkcjonować dzięki podobnym mechanizmom, nie jest jednak tożsama. Innego rodzaju bowiem pamięć kieruje ludźmi biorących udział w spotkaniach pod Pałacem Prezydenckim, inną (nie twierdzę, że lepszą lub gorszą) kierowały tymi, którzy spotykali się na Powązkach 1 sierpnia.
Słusznym natomiast wydaje się wniosek o tym, że tzw. „mitologia smoleńska” pozwala jednym „budować kapitał aluzjami”, drugim umożliwia prowadzenie własnej gry polegającej na „straszeniu” tymi, którzy stoją za „teoriami spiskowymi”.

ZnakWreszcie najistotniejszym z punktu widzenia „poznawania historii” i oczywiście godnym polecenie jest wywiad z Nikołajem Iwanowem – „Zapomniane ludobójstwo”, bo to tutaj odkrywamy nowe tropy zapomnianej historii, która zapomniana w żadnym razie być nie powinna.

Trwająca od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku „Operacja polska” objęła całe terytorium ZSRR i pochłonęła według dokumentów NKWD 111-150 tys. Polaków. W jej skutek zginęło od 10 do 20% populacji mniejszości polskiej w ZSRR, a za zbrodnię tę odpowiadały nie militarne organizacje, jak miało to miejsce w przypadku rzezi wołyńskiej, a państwo kierowane przez Stalina.

Sens tej tragedii, przez Iwanowa słusznie nazywanej ludobójstwem, powinno zmieścić się w pamięci i świadomości historycznej polskiego narodu, bo jakkolwiek „operację polską” i Katyń dzieli specyfika tych zbrodni, to jednak cel i skutek są tożsame. Zasadne jest więc stwierdzenie, że:
„Krew polskiego chłopca spod Żytomierza ma taką samą wartość co krew piłkowania zabitego w Katyniu. W czczeniu ofiar totalitaryzmu nie powinno być Polaków pierwszej i drugiej kategorii”.
Oczywiście należy zrozumieć, z jakich powodów symbolem zbrodni sowieckich na Polakach stał się z czasem Katyń, podobnie jak symbolem Holokaustu jest dla Żydów Auschwitz. Szacunek do ofiar, bez względu na różnice okoliczności zawsze powinien być taki sam, a jego okazywanie mieści się jak najbardziej w pamięci historycznej.

Wspomniane w artykule teksty znajdziecie w:
ZNAK Miesięcznik, nr 706, marzec 2014

*        *        *

Remek Piotrowski

Reklamy

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KAMIENIE NA SZANIEC – quasi-recenzja

KamienieRobert Gliński w „Kamieniach na szaniec” stanął w połowie drogi pomiędzy: z jednej strony – książką Aleksandra Kamińskiego, faktami i filmem Łomnickiego i z drugiej strony – chęcią przekonania do siebie młodszej widowni.

Półśrodki rzadko bywają trafnym rozwiązaniem, niemniej wydaje się, że reżyser podejmując niełatwy przecież temat wyszedł z tej potyczki  obronną ręką, co nie znaczy, że można się w tym filmie doszukać kilku fałszywych tropów.

Muzyka skąpana w gitarowych riffach (Łukasz Targosz), szybkie tempo narracji, ciekawe ujęcia, montaż oraz uciekanie od symboliki banalnego patosu z pewnością przysporzy Glińskiemu gromkich braw zwłaszcza wśród zmęczonych bohaterskim mitem ludzi urodzonych po mniej więcej po roku 1980.

Język pojęć ważnych już dawno temu zdewaluowała popkultura, lewicowa demagogia i ekspresowe tempo słownego przekazu. Dziś chcąc opowiadać o BOHATERACH nie sposób używać słów takich, jak „bohater”, „miłość”, „ojczyzna”. Cyniczny posmak, naddany do każdego z tych pojęć wymaga od twórcy, aby poszedł na około (albo i na skróty).

Gliński zdołał opowiedzieć to, czego opowiedzieć tak naprawdę nie sposób. Umieranie za ojczyznę, umieranie w imię lepszej przyszłości dla trzech czwartych jaśnie oświeconych-współczesnych stanie się rzecz jasna donkiszoterią – niesmacznie przaśną groteską (to, że za taki stan rzeczy odpowiada ignorancja i błędy edukacyjne jest sprawą drugoplanową), ale cóż z tego?

„Kamienie na szaniec” choć kilka razy sprowadzają na manowce, a Gliński decyduje się pokazać sceny, z których często poprzednia ma się nijak do następnej (ocena subiektywna) mimo wszystko potrafi uchwycić niewymowny klimat opowieści Kamińskiego więc mimo wszystko wraca z tarczą.

Mając w pamięci znakomity film Łomnickiego nie mogłem pozbyć się porównań. Tomasz Ziętek w roli „Rudego” zmierzył się  z bardzo sugestywną rolą Cezarego Kowalskiego grającego w „Akcji pod Arsenałem”. Udźwignął ten ciężar znakomicie.
Świetnie zaś radzącego sobie w filmie z 1970 w roli „Zośki” Mirosława Konarowskiego momentami dystansuje natomiast Marcel Sabat – można się bowiem kłócić, czy z punktu widzenia faktografii należało tę postać napisać w taki akurat sposób, ale już do gry samego aktora nie można mieć absolutnie żadnych zarzutów.

Dzięki fachowemu oku Pawła Edelmana ogromne wrażenie robi scena odbicia Janka Bytnara – punkt rzecz jasna kulminacyjny, istotnie mrożący krew w żyłach. Podobne emocje wzbudzają sceny z katowni gestapo na Szucha. Znać oko mistrza.

Przy okazji warto wspomnieć o tym, o czym zrobiło się głośno jeszcze przed oficjalną premierą i  tu oddajmy Glińskiemu sprawiedliwość. – Delikatne, wysublimowane i tak naprawdę bardzo autentyczne sceny miłosne nikogo gorszyć nie powinny, nie wysuwają się bowiem na plan pierwszy, a są jedynie symbolicznym zaznaczeniem dążenia do normalności wśród piekła wojny.

Problem miałem natomiast z czymś zupełnie innym. Wyraźne niedopatrzenia natury kronikarsko-historycznej, niekonsekwencja w, że się tak wyrażę, czytaniu książki Kamińskiego jest całkiem niezrozumiała. Ci zaś, którzy do lektury książki „Kamyka” sięgną już po obejrzeniu filmu będą mieli nie lada frajdę odnajdując filmowe błędy i potknięcia.

Drugi duży minus także ściśle wiąże się z przedstawieniem kwestii stricte historycznych (zajmują nas one tutaj, wszakże to nie na blogu amatora-kinematografii, a właśnie historii pojawia się ta skromna quasi-recenzja) i dotyczy sposobu przedstawienia „Szarych Szeregów”.

Widz odbiera obraz młodych ludzi – bohaterów filmów jako niesubordynowaną, zbuntowaną, słabo zdyscyplinowaną grupę dzieci bawiących się w wojnę, co wziąwszy pod uwagę kontekst (chociażby wiek bohaterów) zdaje się być wiarygodne, ale w świetle dostępnych nam źródeł historycznych tak naprawdę sprowadza na manowce.

Tragedia Kolumbów, sensu stricte także Aleksego Dawidowskiego, Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego polegała na tym, że wojna zabrała im młodość i rzuciła w ponury dzień okupacyjnego terroru. Nie znaczy to, że w tym ‚dniu’ nie było miłości, żartów, uśmiechów i miejsca na młodzieńczą nieodpowiedzialność.
Ale poza tym była przede wszystkim dyscyplina, pokora i niewyobrażalna dziś zupełnie odwaga. Gdyby było inaczej Armia Krajowa nie stałaby się największą i najlepiej zorganizowaną podziemną armią świata.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under RECENZJE