WYKLĘTA ARMIA. ODYSEJA ŻOŁNIERZY ANDERSA – Kacper Śledziński (quasi-recenzja)

„Państwo to nie tylko abstrakcyjna nazwa z barwami narodowymi i godłem w tle, którym można rzucać jak elementem układanki, byle tylko dopasować je do pozostałych elementów. Państwo to ludzie, ich wspomnienia i groby przodków; to ich tradycja i historia; to korzenie wrosłe w terytorium. Państwo to emocje. „| Kacper Śledziński, Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa, Znak Horyzont, Kraków 2017, s. 486.

Na pozór zabieg Śledzińskiego polegający na związaniu historii wielkiej z historią małą, jednostkową, epizodyczną, połączoną z losami konkretnych ludzi, których nazwisk próżno szukać w szkolnych podręcznikach, znany jest nam doskonale. Należy jednak pamiętać, że w tym przypadku mamy do czynienia z monumentalnym ujęciem historii armii Andersa. Skala zjawiska jest więc tak ogromna, że w zalewie relacji i dokumentów nie trudno byłoby tu pobłądzić, a jednak Śledziński zręcznie lawiruje pomiędzy losami zwykłych ludzi a wspomnianą „wielką historią”. Efekt, czyli wyraźna zależność przyczynowo-skutkowa, wydaje się być oczywistością, w tym jednak właśnie przede wszystkim tkwi wartość warsztatu autora.

I chociaż to truizm, Śledziński słusznie przypomina, że na historię II Korpusu Polskiego składają się doświadczenia nie tylko Władysława Andersa, Zygmunta Bohusz-Szyszki czy Bronisława Ducha, ale także doświadczenie setek tysięcy ludzi – utalentowanego pancerniaka Bohdana Tymienieckiego, nieznanego większości z nas Zbigniewa Lewickiego czy (to w kontekście nie tyle II Korpusu, ile sowieckiej gehenny) rodziny Skarbków, z którą odbędziemy długą, w pewnym sensie znamienną dla tego pokolenia, tułaczkę od Truskawca do Wellington  w Nowej Zelandii.

Śledziński nie tylko umiejętnie łączy fakty, wyciąga logiczne wnioski, a zarazem nie przytłacza czytelnika naukową analizą (często fakty mówią same za siebie), ale i potrafi przyjąć właściwy, moim zdaniem, punkt narracyjny– z jednej strony nie ma tu więc miejsca na romantyzm, sentymentalizm i bajania o dzielnym Andersie na białym koniu, z drugiej nie jest to również literatura, która powstała wyłącznie w celu zdyskredytowania funkcjonujących od lat wyobrażeń o generalne i jego żołnierzach.

Autor zachowuje proporcje, potrafi wytłumaczyć czytelnikowi czym były w istocie zmagania II Korpusu Polskiego we Włoszech, a jego argumentacja, nie tylko zresztą w przypadku Monte Cassino, o którym Śledziński pisze, że „polski korpus występował [tu] jako część większej całości i działał jako ogniwo mechanizmu związku operacyjnego” (str. 412) wydaje się przekonująca. Na temat tego, czy trafiona w punkt, niech wypowiedzą się historycy i kompetentniejsi ode mnie znawcy tematu, w każdym razie podobnie sprawę tę widział Mathew Parker, autor głośnej książki o bitwie o Monte Cassino.

Całościowy zarys szlaku bojowego II Korpusu Polskiego to bez wątpienia ogromny atut książki, bo przecież Monte Cassino, Ankona czy Bolonia to najbardziej znane, ale przecież nie jedyne miejsca walk żołnierzy Andersa. Przypuszczam, że wielu czytelników dopiero dzięki Śledzińskiemu dowie się o siedemdziesięciu komandosach kapitana Władysława Smrokowskiego, którzy we włoskiej wiosce Pescopennataro w grudniu 1943 roku powstrzymali natarcie dwustu pięćdziesięciu strzelców alpejskich elitarnej niemieckiej jednostki, czy też o ataku na Piedimonte San Germano, które ze względu na silne niemieckie pozycje obronne nazywano „Monte Cassino w miniaturce”.

Niezwykle zajmującą, a nie da się ukryć, że i poruszającą część całości stanowi oczywiście i gehenna polskich obywateli na wschodzie – przyszłych żołnierzy, ale także cywili. Przytaczane przez Śledzińskiego losy więźniów Gułagu, bezlitosna polityka represji czerwonego okupanta wymierzona w Polaków, w dalszej kolejności Katyń, Kołyma, Łubianka i wiele innych pojęć na stałe wpisanych w tragiczne losy naszych przodków, chociaż doskonale znane z innych źródeł, okazują się niezbędne dla zrozumienia całości zagadnienia – motywacji, konsekwencji, czy tak zwanej polskiej racji stanu.

Przy okazji i ten ostatni wątek został potraktowany z należytą starannością, dzięki czemu czytelnik nieco słabiej zaznajomiony realiami relacji na linii: rząd londyński – Wielka Brytania – USA – ZSRR, otrzyma niezbędny kontekst sytuacji. Zdradą sojuszników (chociaż Śledziński zdaje się, tego słowa nie używa ani razu) zajmuje się autor w mniejszym stopniu, traktując po prostu stanowisko Aliantów na kwestię polską w kategorii „faktów dokonanych”, ciekawe są natomiast analizy zachowań oraz decyzji polskich polityków, mężów stanu, żołnierzy – Sikorskiego, Mikołajczyka, Sosnkowskiego, Andersa i wielu innych.

A stąd już krótka droga do wysnucia własnych wniosków czy interpretacji, bo czy był to zamierzony przez Śledzińskiego zabieg, czy też tylko ja odniosłem takie wrażenie, i na to podczas lektury  książki jest miejsce, a to poczytuje za walor, nie wadę publikacji. Autor wyjaśni nam zatem (ciekawe, czy znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że to cynizm), wskutek których zjawisk czy zdarzeń  Polska nie mogła odzyskać niepodległości po drugiej wojnie światowej, a z pewnością niejeden z czytelników zechce zastanowić się przy tym, jakkolwiek w tym ujęciu brzmieć to może abstrakcyjnie, czy można było dokonać lepszych wyborów, czy istniała alternatywna ścieżka dla rządu w Londynie, Andersa, jego żołnierzy i całego narodu. Bo o tym, że historia przejechała się po nas fest, przekonywać nikogo nie trzeba.
Reasumując – książka bezwzględnie godna polecenia. Warto ją przeczytać, warto do niej wracać.

*      *      *

Remek Piotrowski

 

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s