Category Archives: PORTRETY

Sylwetki oraz historie ludzi, na których historia odcisnęła swe piętno.

WIĘZIEŃ NUMER 62754 – cz. II

Piotrowski1Władysław Piotrowski był jednym z ok. 1100000 zamęczonych więźniów Koncentration Lager Auschwitz. I choć nie odegrał w czasie II wojny światowej żadnej znaczącej z historycznego punktu widzenia roli, jego historia jest ważnym świadectwem niepojętego zła, która dla czytelnika może okazać się interesująca ze względu na faktografię, zaś dla mnie ważną jest głównie dlatego, że więzień 62754 był moim pradziadkiem.

Kilkanaście miesięcy temu na łamach bloga Tropy Historii opisałem okoliczności aresztowania, przewiezienia do obozu oraz śmierci mojego przodka. Dzięki zebranym przez mojego ojca informacjom, natrafieniu na nowe dokumenty oraz ostatniej wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau poznałem nowe okoliczności związane z pobytem Władysława Piotrowskiego w KL Auschwitz. Być może zainteresują one i Was.
– Więzień polityczny –

W artykule p.t. „Więzień 62754” z listopada 2012 roku podałem niesprawdzoną wersję okoliczności aresztowania mojego pradziadka. Oparła się ona na rodzinnych wspomnieniach, wedle których Władysław Piotrowski trafił do Oświęcimia za pobicie Niemca. Do zajścia doszło w rodzinnej wsi pradziadka – Łaszczynie (dziś województwo łódzkie, powiat rawski), a według tej wersji Piotrowski został w pobicie „wrobiony” przez jednego z nieprzychylnych sąsiadów.

Dzięki dotarciu do wydawnictwa p.t. Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944 poznałem inną, bardziej prawdopodobną wersję aresztowania pradziadka.
W rozdziale „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” czytamy bowiem:

[…] Część mężczyzn osadzonych w więzieniu w Tomaszowie Mazowieckim przewieziono do Częstochowy. Na Zawodziu spędzili około trzech tygodni”, aż do momentu wyruszenia transportu do Auschwitz. Do tej grupy należeli aresztowani w łapance na dworcu kolejowym w Tomaszowie: Wacław Jastrzębski (nr 62737), Zdzisław Kun (nr 62743), Stefan Libera (nr 62746), Franciszek Mazurkiewicz (nr 62749), Eugeniusz Piaskowski (nr 62753), Władysław Piotrowski (nr 62754), Tadeusz Smejda (nr 62758), Władysław Wojniak (nr 62761). […]

Zgodnie z tym opracowaniem Piotrowski trafił więc w ręce gestapo nie w Łaszczynie i nie za pobicie Niemca, a w Tomaszowie Mazowieckim podczas łapanki na dworcu kolejowym. Być może zjawił się w tym miejscu chcąc załatwić w oddalonym od 40 kilometrów Tomaszowie jakąś pilną sprawę urzędową, być może powodem był handel lub np. zakup odzieży.

Obie wersje są prawdopodobne. Za jedną przemawiają wspomnienia rodzinne, za drugą materiał zebrany przez historyka.

Radomski transport do Oświęcimia z 1 września 1942, w którym znalazł się mój pradziadek liczył 514 osób. Byli to różni ludzie z różnych miejsc okupowanego kraju. Wśród nich znaleźli się partyzanci, członkowie ruchu oporu (AK, ONR, GL), członkowie różnych grup sabotażowych, oficerowie przedwojennego wojska polskiego, księża, przypadkowi ludzie złapani w łapankach oraz grupa 43 Żydów.

100_4650

W zasadzie wszyscy Polacy uwięzieni w Auschwitz otrzymali status „więźniów politycznych”. Myli się jednak ten, który sądzi, że mój pradziadek był aktywnym działaczem politycznym, bądź członkiem polskiego podziemia. Jak pisze w swoich książkach Władysław Bartoszewski pojęcie „Polaka-inteligenta” (a więc wroga III Rzeszy) funkcjonowało w niemieckim systemie pojmowania rzeczywistości w sposób niezwykle uproszczony.

Za inteligenta uznawano polityka, wojskowego, naukowca, nauczyciela, lekarza, ale i złapanego w łapance mężczyznę noszącego okulary, człowieka mieszkającego w inteligenckiej dzielnicy bądź niosącego książkę. Gestapo złapanych w takiej łapance „więźniów politycznych” oskarżało o wyssane z palca przestępstwa. Jedną z ofiar tego terroru został Władysław Piotrowski.
– Bezimienny –

31 sierpnia 1942 roku, gdy pierwsze promienie słońca wyglądały nieśmiało zza radomskich zabudowań, z dworca kolejowego ruszyła z wolna lokomotywa, sapiąc mrukliwie i ciągnąc za sobą rzędy bydlęcych wagonów. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji w Częstochowie, gdzie, wśród krzyku esesmanów, do przeładowanych wagonów wpakowano kilkudziesięciu więźniów, w tym i Władysława Piotrowskiego.

100_4675

Gdy transport zbliżał się do celu, w okolicach Chrzanowa czterech mężczyzn wyłamało deski w jednym z wagonów i rzuciło się do ucieczki. Wśród nich nie było mojego pradziadka. On do miejsca swego przeznaczenia dotarł 1 września późnym wieczorem. Pociąg zwolnił, po chwili stanął w miejscu, po czym drzwi wagonu rozsunęły się i oczom Piotrowskiego ukazała się kolejowa rampa. Ciemność nocy rozświetlił zrazu jasny blask reflektorów, a ostre, niemieckie „schnell!” i przeciągłe „rraauss!” zmieszało się z kanonadą kroków i pierwszych jęknięć bitych przez esesmanów więźniów.

W ubiegłą sobotę przemierzyłem tę samą drogę, którą wówczas pokonał mój przodek. Ruszyłem od strony torów kolejowych i wszedłem na teren obozu mijając bramę z cynicznym napisem „Arbeit macht frei”. W ubiegłą sobotę świeciło słońce, dookoła rozlegał się tumult setek turystów, a stojący na parkingu kierowcy gaworzyli leniwie popalając papierosy.

71 lat temu, to rzecz jasna banał, mój pradziadek pokonał tę drogę inaczej. Biegnąc przy wrzasku wściekle ryczących i bijających gumową pałką esesmanów. Biegnąc w chłodzie wrześniowej nocy ze straszliwym uczuciem niepewności, zwykłym ludzkim strachem, z którym kontrastował krajobraz składający się z przystrzyżonych równo trawników, zadbanych alejek i rosnących wszędy drzewek.

Niemcy rozkazali stanąć nowoprzybyłym w alejkach oddzielających równe rzędy baraków. Piotrowski wraz z pół tysiącem więźniów aż do rana tkwił w jednym miejscu bijąc się z myślami i czekając tego, co stanie się wkrótce. Po wielu godzinach, gdy słońce wzbiło się już ponad horyzont, esesmani wydali polecenie „rozebrać się!”, a następnie popędzili wszystkich w stronę łaźni.

Po kąpieli w strumieniach zimnej wody Piotrowski wraz z innymi podszedł, zupełnie nagi i dygoczący z zimna, do jednego z ustawionych przed blokiem stolików. Tutaj pisarze zadali mu kilka pytań, zabrali nazwisko i nadali mu nowe imię. Nie było już Władysława Piotrowskiego. Od teraz był już tylko polski więzień polityczny nr 62754.

100_4664

Miejsce katowania więźniów KL Auschwitz, tzw. kara słupka polegająca na przywieszaniu więźnia za ręce skrępowane w przegubie i wykręcone do tyłu.

 

 

– U wrót piekieł –

Pierwsze godziny w obozie…
Godziny gehenny. Po apelu i rejestracji, nowych więźniów stłoczono w sali na piętrze bloku 11., gdzie osadzeni spali na betonie i gdzie Piotrowski oraz jego towarzysze niedoli przeszli czas tzw. kwarantanny. Składał się on z tzw. „sportu” – wykonywania męczących ćwiczeń fizycznych, np. skakania żabką, czy też tzw. „rollen” polegającym na toczeniu się po ziemi i ostrym żwirze. Wszystko to wśród nieustających krzyków esesmanów, którzy pastwili się nad nowoprzybyłymi biciem – biciem niekończącym się i niezrozumiałym.

100_4663

Po dwóch lub trzech dniach mój pradziadek trafił wraz z innymi do bloku 10. i tam przydzielono go do jednego z komand robotniczych. Do którego konkretnie, niewiadomo.
Jak podaje Ewa Bazan, autorka rozdziału „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” część więźniów z radomskiego transportu skierowano do pracy przy regulacji rzeki Soły, inni trafili do prac przy roli, także do rozmaitych warsztatów obozowych, komanda Bauhof, czy komanda woźniców. Część z nich wykonując swoje obowiązki przebywała również w rozbudowującym się obozie Auschwitz-Birkenau – miejscu wymordowania prawie miliona Żydów, gdzie niektórzy spośród radomskich więźniów pomagali polskim więźniarkom i zbierali informacje np. na temat budowy krematoriów, zbrodniczych eksperymentach medycznych i licznych egzekucji.

 

 

– Ostatni dzień 1942 roku –

Zimno, brud, a nade wszystko przeszywający wnętrzności głód (na śniadanie 300 gram obrzydliwego chleba i lura zwana kawą, na obiad talerz wodnistych pomyj zwanych zupą, a wieczorem znów tylko „kawa”) oraz strach, ponadto wycieńczająca, wielogodzinna praca ponad ludzkie siły, a wreszcie bicie – ciągłe i bez końca – powodowały, że silny młody mężczyzna, który trafił do dobrego komanda (pod dachem) i potrafił skombinować coś do jedzenia był w stanie przeżyć w obozie pół roku, a rzadziej i więcej. Większość – starsi, schorowani, słabsi spośród tych, którzy trafiali do Oświęcimia wytrzymywali kilka tygodni, góra 3-4 miesiące.

Dzięki uprzejmości p. Krystyny Leśniak z Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau (biuro informacji o byłych więźniach) wiem, że Władysław Piotrowski, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia, w obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754, zginął 31 grudnia 1942 roku. Przeżył więc w fabryce śmierci 4 miesiące.

Władysław Piotrowski został dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego:
Blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego i 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.

100_4666

Przyczyna śmierci mogła więc (choć nie musiała) wiązać się z bardzo poważnymi urazami, prawdopodobnie nabytymi w wyniku pobicia przez kapo lub esesmana bądź też stanowiącymi skutek pracy ponad siły w anormalnych warunkach. Być może powód zgonu był inny, zdarzało się bowiem, że Niemcy fałszowali prawdziwą przyczynę śmierci. Czy Władysław Piotrowski został zakatowany niemal na śmierć, w wyniku czego zginął ostatniego dnia 1942 roku, czy też na przykład otrzymał w bloku szpitalnym zabójczy zastrzyk z fenolu – tego nie sposób dziś ustalić.

Komendant obozu Rudolf Höss mawiał do więźniów: „Popatrzcie to krematorium. Komin to jedyna droga na wolność”. Ta właśnie droga, jedyna niemal droga na wolność z Oświęcimia, stała się udziałem Władysława Piotrowskiego.

100_4665

 

 

– 71 lat później –

Spacerując we wrześniowe sobotnie przedpołudnie po alejkach KL Auschwitz, stąpając więc sensu stricte po świadectwie zła totalnego, po tym jądrze całkowitego wynaturzenia – mimo dziesiątek obejrzanych filmów, przeczytanych książek, wspomnień i opracowań historycznych, mimo setek przejrzanych fotografii, mimo słów przewodnika, mimo wyjących zza muzealnych szyb niemych świadków tragedii, nie zaznamy Auschwitz-Birkenau takim, jakim zaznali go jego więźniowie. I jakimi odczuwał i pojmował go Władysław Piotrowski oraz każdy z 1,3 miliona więźniów.

100_4671

 

100_4678

 

Źródła
– Ewa Bazan, Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku, [w:] Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, str. 773-780.
– Danuta Czech. Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz
– foto wł.

* * *

Remek Piotrowski

2 komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

CICHOCIEMNY FILOLOG

Adam Trybus - zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Adam Trybus – zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Jego nazwisko rzuciło mi się w oczy kilkukrotnie podczas lektury kilku książek dotyczących oddziałów dywersyjnych AK i cichociemnych. Tak naprawdę jednak na majora Adama Trybusa zwróciłem uwagę w pewien ciepły, czerwcowy dzień, w jednym z łódzkich tramwajów, w środku którego znajdował się plakat zawierający krótki biogram. Okazało się, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym w swojej zwyczajności i zarazem niezwykłym w swojej odwadze.

Wiadomości na temat tej niepospolitej postaci zapewne ograniczyłyby się  do informacji zawartych na wspomnianym plakacie oraz encyklopedycznym biogramie, gdyby nie odnaleziony w sieci artykuł autorstwa Tomasza Toborka p.t.: „Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)”. To na nim, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, oparłem treść niniejszego artykułu.

– Dwa lata w zawodzie –

Adam Trybus przyszedł na świat 3 sierpnia 1909 roku w Zręcinie, niewielkim miasteczku obok Krosna. Miłością do filologii klasycznej i kultury antycznej zapałał młody Adam jeszcze podczas nauki w gimnazjum. Nic więc dziwnego, że w 1929 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, właśnie na kierunku filologii klasycznej, gdzie ukształtowały go postaci wybitnych profesorów w osobach: Seweryna Hammera, Tadeusza Sinka i Leon Sternbacha. Ukształtowała go również ciężka praca, trzeba bowiem pamiętać, że Trybus pochodził z biednej rodziny i utrzymywał się sam.

Jeden z największych filologów polskich Jerzy Starnowski miał powiedzieć o nim „Niepospolity dydaktyk języka łacińskiego”. W ustach wybitnego pedagoga i zarazem wielkiego naukowca jest to komplement wyjątkowy.
Ten wielki talent pedagogiczny realizował się w krośnieńskim gimnazjum zaledwie przez dwa lata. Gdy nad Polskę nadciągały w sierpniu 1939 roku czarne chmury, Trybus został powołany na ćwiczenia wojskowe do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Tam zastał go wybuch wojny.

– Cichociemny filolog –

Hitlerowska nawała rozbiła oddział, w którym służył bohater naszej opowieści. Trybus podjął decyzję o przebijaniu się na Węgry, gdzie został internowany i skąd wkrótce zdołał uciec. Przez Budapeszt i Jugosławię dotarł nad Sekwanę, gdzie natychmiast wstąpił do tworzonego tam Wojska Polskiego, a po klęsce Francji wraz z tysiącami Polaków przedostał się do Wielkiej Brytanii.

To w Anglii Trybus trafił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej i podjął decyzję – zostanie cichociemnym. Znakomity filolog klasyczny szybko począł udowadniać swój inny ogromny talent  – talent żołnierski. Po odbyciu kursu spadochronowego, szkolenia w zakresie wywiadu i sabotażu przemysłowego, 24 sierpnia 1942 roku Adam Trybus złożył przysięgę, a w nocy 1 sierpnia wsiadł na pokład brytyjskiego samolotu, który pod osłoną nocy ruszył na wschód, w kierunku okupowanej Polski.

– Major rządzi w Łódzkiem –

Nocny lot do Polski nie obył się bez niebezpiecznej przygody. Na trop angielskiego samolotu trafiły niemieckie myśliwce, które o mały włos nie zestrzeliły bombowca wraz z przebywającym na pokładzie cichociemnym. Ostatecznie brytyjski pilot zdołał uciec Messerschmittom, a gdy znalazł się nad Siedlcami w czarną otchłań nocy poszybowała sylwetka, nad którą wnet rozłożyła się czacha spadochronu.
Po niespełna trzech latach Trybus znów dotknął ojczystej ziemi.

Podobnie, jak i każdy zrzucony na teren okupowanej Polski, cichociemny przekazał miejscowym oddziałom akowców pas z pieniędzmi oraz dokumenty, a następnie począł przedzierać się do Warszawy. W stolicy byłego państwa polskiego panował terror, o którym Trybus dotychczas jedynie mógł słyszeć. Teraz na własne oczy przekonywał się o ciężkim klimacie okupacyjnego dnia.

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Komenda Armii Krajowej zdecydowała się przerzucić nowoprzybyłego żołnierza do Okręgu Łódź – terenu, który nastarczał trudności, jako że znajdował się na granicy Generalnej Guberni z III Rzeszą. W Piotrkowie Trybunalskim „Gaj”, bo pod takim pseudonimem funkcjonował cichociemny, począł formować Kedyw (pion Kierownictwa Dywersji, którego zadaniem była walka zbrojna z okupantem), a że ze swych zadań wywiązywał się bezbłędnie jeszcze w styczniu 1943 roku otrzymał nominację na szefa Kedywu całego okręgu, gdzie podlegał płk. Michałowi Stempkowskiemu „Grzegorzowi” i dowódcy Kedywu Komendy Głównej AK płk. Emilowi Fieldorfowi „Nilowi”.

Trybus wykonał ogromną pracę reorganizując patrole dywersyjne i realizując rozkaz przełożonych zakładający wzmożenie akcji dywersyjnych w okolicach Opoczna, Piotrkowa, Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego. Tu przydały się pedagogiczne umiejętności, które wpłynęły na szybki rozwój oddziałów „Błyskawica”, „Burza”, „Grom”, „Wicher” i „Zryw”, dowodzonych przez wybitnych żołnierzy ze Stanisławem Karlińskim „Burzą”, Aleksandrem Arkuszyńskim „Majem” i Kazimierzem Załęskim „Bończą” na czele.

Organizowanie dywersji na ziemiach włączonych do III Rzeszy wymagało nie lada talentu i zręczności. Tej na szczęście Trybusowi nie zabrakło, dzięki czemu z czasem stworzono solidny mechanizm wojskowy w liczbie tysiąca żołnierzy, za co 11 listopada 1943 roku otrzymał on awans do stopnia kapitana. Niespełna rok później powstał 25 pułk piechoty Armii Krajowej, a jednym z jego głównych architektów był właśnie Adam Trybus.
Gdy dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się „podpalić” okupowaną Polskę i rozpocząć słynną akcję „Burza” Trybus został skierowany do bazy „Węzeł” w rejon Brzeziny – Koluszki, gdzie do jesieni pełnił rolę dowódcy oddziałów liniowych.

1 listopada 1944 roku przed Trybusem postawiono kolejne, arcytrudne zadanie. Mianowano go komendantem zdziesiątkowanego przez gestapo Inspektoratu Łódzkiego AK, a 1 stycznia 1945 roku awansowano do stopnia majora. W Łodzi postęp wymagał czasu i „pracy u podstaw”, a tych cichociemnemu nie dała Armia Czerwona, która wkrótce dotarła do miasta.

– Dobra zła decyzja? –

„Gaj” nie wiedział, jak zachować się względem Sowietów, a sprzeczne informacje przekazywane przez zwierzchników tylko potęgowały chaos. Postanowił czekać, kiedy jednak dostrzegł, że Armia Czerwona nie tylko przyniosła uwolnienie spod hitlerowskiego jarzma, ale i zakładała nowe kajdany i gdy dotarły do niego wiadomości o aresztowaniach dokonywanych przez Rosjan na dowództwu Okręgu Łódź AK, cichociemny postanowił działać.

To on powołał do życia Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK), którego głównym celem była samoobrona przed represjami Armii Czerwonej, NKWD i polskimi komunistami. I to on dał rozkaz ataku na więzienie w Pabianicach, gdzie przetrzymywani byli żołnierze AK.
Dzięki zdecydowaniu, szybkości w działaniu i znakomitemu planowi oddział dowodzony przez Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” uwolnił wówczas, bez jednego wystrzału, uwięzionych towarzyszy.

Trybus gotów walczyć z nieprawością czerwonoarmistów wiedział, że nie ma szans w starciu z wielką polityką. A ta, rozegrana w Teheranie, a dopełniona w Jałcie zakładała, że Polska nie będzie suwerenna, a jej granice zostaną przesunięte na zachód. Bez wsparcia z „góry” polskiego podziemia, „Gaj” zdecydował się skontaktować z premierem Edwardem Osóbką – Morawskim przekazując mu ze skarbca swojej organizacji 80 tysięcy dolarów i  następującej treści list:
*      *      *
Jako rejonowy inspektor Armii Krajowej Okręgu Łódzkiego mający pod swymi rozkazami znaczną liczbę oficerów i szeregowych znalazłem się w trudnym położeniu. Szef mój – bez którego rozkazu każde moje poczynanie formalnie musi być uważane za samowolę – został aresztowany. Obecnie rozwiązano władze państwowe Polski Podziemnej, od których oczekiwałem polecenia oddania się do dyspozycji Rządu Jedności Narodowej. W związku z tą sytuacją zdecydowałem się zwrócić do ob. Premiera, abym – działając zgodnie ze swym sumieniem Polaka – Obywatela – nie popełnił jako nie polityk i nie dyplomata – błędu.
Sumienie to nakazuje mi wydać rozkaz złożenia broni, amunicji oraz majątku stanowiącego własność AK odpowiednim organom rządowym. Opierając się na oświadczeniach Rządu o wykorzystaniu wszystkich sił Narodu do dzieła odbudowy, uprzejmie proszę o wydanie zarządzeń, ażeby przedstawieni przeze mnie ludzie:
Nie byli zmuszani do służby w bezpieczeństwie dla wyłapywania swych niedawnych kolegów, którzy się nie zgłoszą.
Nie byli pociągani do odpowiedzialności za czyny wykonane z rozkazu przełożonych.
Zostali zatrudnieni w swych zawodach.
Jednocześnie proszę o wydanie zarządzeń umożliwiających mi takie zorganizowanie oddawania broni przez podległe mi oddziały (Łódź, Pabianice, Łask i Brzeziny) oraz oddziały sąsiadujące, które mi ufają, aby mogło się to odbyć bez aresztowania ludzi. Chciałbym mieć możność przeprowadzenia oficjalnych odpraw z podległymi mi żołnierzami bez obawy o ich aresztowanie.
Będę bardzo wdzięczny, jeśli ob. Premier zechce zbadać akty oskarżenia moich kolegów z AK znajdujących się w tej chwili w więzieniu, a to celem uwolnienia tych wszystkich, którzy wykonywali wyłącznie rozkazy.
(treść listu za: Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)
*       *       *

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Ta arcytrudna decyzja podjęta przez Trybusa wywołała wśród wielu członków podziemia zrozumiały sprzeciw. Wielu uznało to posunięcie, za sprzeniewierzenie się idei Polski niepodległej i zdradę podopiecznych. Trudno odmówić im racji, choć należy pamiętać, że powojennych realiów nie sposób rozpatrywać w kategoriach bieli i czerni. Wydaje się również, że w wpływ na taką, a nie inną decyzję miało pedagogiczne doświadczenie człowieka, który odczuwał odpowiedzialność za setki swoich żołnierzy. To zaś, czy powinien przewidzieć konsekwencje ujawnienia organizacji dziś ocenić jest trudno.

Nieco blasku na kwestię okoliczności podjęcia przez Trybusa decyzji rzuca wypowiedź jednego z podopiecznych „Gaja” – Aleksandra Arkuszyńskiego, który wspominał, że Trybus zdawał sobie w tamtym czasie sprawę z potęgi militarnej sowieckiego reżimu i bał się o życie – nie swoje, ale młodych żołnierzy, których krwi nie zamierzał przelewać.

Pamiętajmy, że nie był to światopogląd odosobniony. Bohater Powstania Warszawskiego pułkownik Jan „Radosław” Mazurkiewicz podpisał na początku sierpnia 1945 roku deklarację, która wzywała akowców do wyjścia z podziemia. – Sowieci obiecali amnestię. Czy po 17 września ’39 roku, Katyniu, tragedii Powstania Warszawskiego i zachowaniu czerwonoarmistów względem AK na Wołyniu i Kresach należało dać wiarę tym obietnicom jest kwestią sporną.

Trybus wstąpił do Komisji Likwidacyjną byłego Okręgu AK Łódź, a wkrótce 1800 żołnierzy polskiego podziemia działającego w łódzkim okręgu zdecydowało się na ujawnienie.
W tym trudnym czasie pozornego rozprężenie Trybus poślubił łączniczkę z łódzkiego Kedywu Danutę, której siostry zostały w 1990 r. uhonorowane medalami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata za pomoc okazaną żydowskiej rodzinie w czasie okupacji.

– Wyrok –

Państwo Trybusowie przeniosło się do Wrocławia, gdzie Adam znów mógł oddać się swojej największej pasji – uczył łaciny i greki w Seminarium Duchownym i gimnazjum, a wkrótce na świat przyszła dwójka jego dzieci.
Nad Trybusem, jak i wieloma innymi ludźmi podziemia krążył jednak dalej ponury cień UB, który w 1950 roku wyprowadził cios. Major został aresztowany w Jeleniej Górze i przetransportowany do Łodzi. Tutaj przez sześć miesięcy torturowany i brutalnie przesłuchiwany czekał na swój proces.

Rozpoczął się on 29 czerwca 1951 roku. W Wojskowym Sądzie Rejonowym w Łodzi Trybus wraz z sześcioma innymi członkami AK z Okręgu Łódzkiego był sądzony za walkę z „władzą ludową” po 1945 roku. Chodziło o jego działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, który zorganizował atak na ubeckie więzienie w Pabianicach.

Jak w przypadku innych akowców sądzonych przez sądy kapturowe PRL na nic zdały się tłumaczenia o tym, że zawsze służył wiernie ojczyźnie, że walczył z Niemcami i że ujawnił wreszcie przed komunistami swoją organizację skłaniając do wyjścia spod ziemia wielu akowców. „Gaj” został skazany na 15 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz utratę mienia. W ten sposób bohaterom polskiego podziemia dziękowała nowa władza.

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Znamienne, że składowi sędziowskiemu w sprawie Trybusa przewodniczył ppłk. Bronisław Ochnio, który wcześniej skazał na karę śmierci m.in. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – słynnego organizatora i dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
Wyrok więzienia cichociemny wykonywał w Sieradzu i Wronkach, a po śmierci Stalina i październikowej „odwilży”, w grudniu 1955 roku sąd dokonał rewizji wyroku i wypuścił Adama Trybusa na wolność. Dwa lata później cichociemny został zrehabilitowany.

Trybus zamieszkał w Piotrkowie Trybunalskim, zaczął uczyć łaciny i języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym, a następnie pełnił rolę inspektora kuratoryjnego oraz lektora łaciny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie zapomniał również o swoich towarzyszach broni i akowskim rodowodzie, co pośrednio zapewne przyczyniło się do tego, że w 1970 roku zmuszono go do przejścia na emeryturę, a po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku – prewencyjnie aresztowano. Bohater czasu wojny zmarł 4 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu w Piotrkowskie Trybunalskim.
Nie dane mu było doczekać wolności.

Źródło
– Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982) (uml.lodz.pl)
– Afisz informacyjny zawierający biogram

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

PRADZIAD Z SS. PRADZIAD Z CHŁOSTRY

600px-WaffenSSDwóch ludzi i dwie historie, jakich w pierwszej połowie XX wieku znajdziemy wbrew pozorom wiele. – Niemiec z SS i sołtys służący w Chłostrze. Życiorysy obydwóch przecięły się po wielu latach i to dopiero wówczas, gdy jeden z nich od wielu lat już nie żył. Ich historia, choć nie owiana aurą tajemnicy, jest intrygującym i dającym do myślenia przykładem na to, w jaki sposób wielka historia, parafrazując Białoszewskiego, potrafi przejechać się fest po zwykłych ludziach.
*   *   *

Spotkaliśmy się w środowy, marcowy wieczór, w jednej łódzkich kawiarni znajdujących się naprzeciwko ulicy Piotrkowskiej. Gdy wszedłem do środka Michał popijał piwo gaworząc z ładną barmanką. Podszedłem do stolika i usiadłem naprzeciwko, a wtedy przez jego twarz przebiegł nerwowy uśmiech. Na tę rozmowę namawiałem go kilka razy.

– A ty w ogóle chcesz ze mną rozmawiać? – zapytał podpalając papierosa.
– Dlaczego miałbym nie chcieć?
– Twój pradziadek zginął w Auschwitz, a mój służył w SS.

*  *  *

Jeden z pradziadów Michała był Niemcem, który w trakcie II wojny światowej przemierzał Europę wraz ze swoim oddziałem Waffen SS. Drugi, jako sołtys niewielkiej wsi w sieradzkim walczył z okupantem i bandami szabrowników. Historia potrafi płatać figle…

artikel_44553_bilder_value_8_nsdap11

Niemiecki plakat propagandowy

– Rocznik 1904 –
Dietmar Uller urodził się w 1904 roku w Falkensee, niewielkiej miejscowości położonej na zachodzie Niemiec. Jego rodzice utrzymywali siebie i siedmioro dzieci z pracy na roli, ale głód, który po I wojnie światowej dopadł Niemcy, zmusił młodego Ullera do opuszczenia prowincji i przenosin do Berlina. W wielkim mieście Dietmar parał się wieloma zajęciami, nie zagrzewając nigdzie dużej miejsca i żyjąc z dnia na dzień.

Dopiero na przełomie lat ’20 i ’30, być może z powodu ciągłych problemów finansowych, być może pod wpływem oddziałującego z coraz większą mocą nacjonalizmu głoszonego przez kaprala-artystę z wąsikiem, dwudziestokilkuletni Dietmar postanowił wstąpić do jednego z paramilitarnych oddziałów.

Od tej chwili maszerował po berlińskich ulicach syty i czysto ubrany, a choć Niemcy nadal zmagały się ze skutkami Wielkiego Kryzysu, który rzucił na kolana gospodarkę całej Europy, przynależność do oddziałów sympatyzujących z dochodzącym do władzy Hitlerem zapewniła mu pewne jutro. W drugiej połowie lat ’30 wcielono go do Wehrmachtu.

*  *  *

Piotr Okuliński również urodził się w 1904 roku. Na świat przyszedł w niewielkiej wsi niedaleko Wielunia, ale z niejasnych powodów, jego rodzina wyemigrowała do Francji, gdzie przeżyła Wielką Wojnę. Dopiero w 1919, rok po odzyskaniu przez Polskę po 123 latach niepodległości, pradziad Michała powrócił w rodzinne strony.

Piotr zamieszkał na należącej do jego rodziny od wieków ziemi położonej w województwie sieradzkich, która ponoć została im podarowana przed wiekami przez jednego z polskich królów (nazywała się „Pańskim Polem”). W drugiej połowie lat ’20 znanego z gospodarności Okulińskiego wybrano sołtysem. Wkrótce też ożenił się (w 1928 roku) i na świat przyszła dwójka jego dzieci, a wyczulone na krzywdę dzieci małżeństwo Okulińskich adoptowało siedmioro sierot, które wcześniej wychowywały się w klasztorze Mniszek Kamedułek.

220px-Ssnederland– Waffen SS i Bataliony Chłopskie –
W dniu niemieckiego ataku na Polskę Dietmar Uller miał już 35 lat. Być może to właśnie wiek, a zapewne i nabyte dotąd umiejętności spowodowały, że nie został zmuszony wąchać prochu w pierwszej fazie wojny, zajmując się na dalekim tyle frontu aprowizacją i logistyką. Służąc w kwatermistrzostwie znalazł się w okupowanej przez Niemców Holandii i to tutaj nabyte wcześniej kompetencje zdecydowały, że trafił do zespołu zajmującego się budową szkieletu II Korpusu Pancernego SS, który w założeniu miał składać się w większości z Niemców oraz w mniejszym stopniu, z holenderskich kolaborantów gotowych ginąć za nazizm.

Eksperyment z Holendrami nie powiódł się, a wkrótce miejscem tworzenia II Korpusu stała się zajęta przez hitlerowców Francja, gdzie utworzono I Dywizję Pancerną SS Adolf Hitler, II Dywizję Pancerną SS Reich i III Dywizję Pancerną SS Totenkopf. Dietmar w drugiej połowie ’42 roku został wcielony do oddziałów Waffen SS należących do I Dywizji Pancernej.

Nowe jednostki przerzucono na front wschodni w 1943 roku, a więc już po klęsce pod Stalingradem i Kurskiem. Po raz pierwszy Dietmar Uller znalazł się na pierwszej linii walk podczas obrony Charkowa i Białgorodu. Broniące się tu oddziały SS i Wehrmachtu na pewien czas powstrzymały postęp Sowietów, ale zapłaciły za to wysoką cenę.
Dietmar Uller i jego towarzysze broni, pomimo wbijanych im do głów haseł w stylu „Moim honorem jest wierność” i mimo rozkazów zakazujących opuszczenia miasta, zdecydowali się na odwrót, co uratowało tysiące z nich przed niechybną śmiercią.
Podczas kolejnych walk Uller został postrzelony i choć rana nie zagrażała życiu, żołnierzowi pozwolono wrócić do Berlina, gdzie wraz z dwoma córkami mieszkała jego żona. Jedną z owych córek była babcia Michała.

*  *  *

Córka Piotra Okulinskiego w momencie wybuchu II wojny światowej miała 9 lat i jak opowiadała po latach, 1 września 1939 roku zapamiętała głównie dlatego, że nie musiała iść do szkoły. Na ludność tych rejonów ogromne wrażenie zrobił bestialski nalot niemieckiego lotnictwa, które właśnie na pobliski Wieluń zrzuciły pierwsze w tej wojnie bomby.

Pradziad Michała został zmobilizowany i wkrótce stawił się pod Sieradzem wraz z trzema swoimi końmi, które przekazał armii. Jego oddział walczył w okolicach Łodzi i choć poniósł duże straty uniknął niewoli. Gdy kampania wrześniowa dobiegła końca oddział Piotra zakopał w lesie broń, a żołnierze poczęli przedostawać się w kierunku swych rodzinnych stron. Po pewnym czasie do domu dotarł szczęśliwie również Okuliński.

Pierwsze miesiące okupacji niemieckiej pradziad Michała zapamiętał głównie z powodu wysiedleń zamieszkałych w pobliskich wsiach Żydów i pomocy, jaką on i jego sąsiedzi udzielali ukrywającym się po wsiach żołnierzom Wojska Polskiego. Niemcy również dawali im się we znaki (surowe kontrybucje na rzecz nowych panów uszczuplały i tak bardzo skromne zapasy), jednak pradziad Michała, za najbardziej dolegliwe, uznał po latach grasujące w okolicach bandy, które udając oddziały partyzanckie grabiły wieś za wsią.

Okuliński wiedział, że nie jest w stanie walczyć z Niemcami, ale może przeciwstawić się leśnym zbirom udających partyzantów. Na przełomie 1942 i 1943 roku zorganizował na swojej ziemi oddział straży chłopskiej (prawdopodobnie w ramach tzw. Chłostry), który w 1943 stał się częścią Batalionów Chłopskich (obwód VI tzw. obwód Sieradz). Zmobilizowany przez sołtysa oddział przepędził bandytów, z którymi nie mogła sobie poradzić słabiej zorganizowana na tych ziemiach Armia Krajowa, a sam Piotr zyskał dzięki temu szacunek okolicznej ludności.

waffen-ss-pic– Przeciwko Sowietom –
Dietmar Uller powrócił na front dopiero w 1944 roku. Wziął udział w bitwie o Ardeny, a potem wraz ze swoim oddziałem Waffen SS walczył w Budapeszcie, gdzie w randze Sturmfuhrera znów musiał stawić czoła Rosjanom. Ostatnim etapem wojennej tułaczki oficera SS był Wiedeń. To tutaj, podczas obrony miasta, zginął w trakcie dwóch pierwszych tygodni kwietnia 1945 roku Dietmar Uller.

*  *  *

W tym samym roku po Niemcach i bandach złodziei przetoczyła się przez ziemię sieradzką kolejna plaga, tym razem w postaci Armii Czerwonej. To właśnie wówczas, bojąc się Sowietów, córka Okulińskiego (babcia Michała) została umieszczona w Klasztorze Mniszek Kamedułek. Nowy porządek mocno dawał się we znaki mieszkańcom regionu. Panoszący się wszędy Urząd Bezpieczeństwa aresztował wielu spośród przyjaciół i znajomych Okulińskiego.

Znani z przywiązania do tradycji i przede wszystkim do swojej ziemi, chłopi pod wodzą troskliwego sołtysa nie zamierzali składać broni i w miarę swoich możliwości starali się przeciwstawić nowemu wrogowi, zresztą nie bez sukcesów – ponoć kilkukrotnie powiodły się próby zbrojnego uwolnienia więzionych przez UB chłopów z okolicznych wsi.

French-resistance-fighter-with-Sten-px800Pradziad Michała dwukrotnie wpadał w ręce Sowietów i ich polskich popleczników. Za pierwszym razem utrwalacz władzy ludowej okazał się znajomym Piotra sprzed lat i puścił oddział Batalionów Chłopskich wolno, za drugim razem nieszczęśników spod ściany śmierci uratował nieoczekiwany atak na oddział UB w okolicznej wsi, który przerwał egzekucję (mający ją wykonać żołnierze popędzili na pomoc kompanom wypuszczając niedoszłe ofiary na wolność, co oczywiście rodzi pytania, nie mniej jednak, w ten sposób zostało autorowi tego artykułu przedstawione).

Przygoda Okulińskiego z chłopska samoobroną zakończyła się przed rokiem 1950. Wówczas to komuniści rozkazali pod groźbą kary śmierci zdać mieszkańcom całą broń, straszyli represjami i wyrywkowymi rewizjami. Mający wśród gospodarzy największy posłuch pradziad Michała zebrał od pozostałych gospodarzy wszystkie pistolety, karabiny i granaty, po czym zatopił je w okolicznym stawie. Tak, jak we wrześniu ’39 roku, broń nie wpadła w ręce wroga.

Michał opowiedział mi, że kilka lat temu bawiące się w tych okolicach dzieci wyłowiły ze stawu granat z czasów II wojny światowej (na miejscu natychmiast zjawili się saperzy, niewiadomo jednak, czy znaleźli coś jeszcze).

Do końca swych dni Okuliński cieszył się sympatią mieszkańców okolicznych wsi, cieszył się tez zdrowiem i nawet po siedemdziesiątym roku życia można go było spotkać podczas przejażdżki na ukochanym junaku.

Pewnego ciepłego dnia w 1988 roku pradziadek Michała zabrał swego wnuka na wycieczkę. Zaraz po niej stary sołtys poszedł na spacer w okolice stawu, gdzie wedle opowieści, zatopił przed laty broń. Jeszcze tego samego dnia Okuliński zmarł.

*  *  *

W związku z tym, że naszemu rozmówcy zależało na anonimowości, podane imiona i nazwiska są fikcyjne.

*  *  *

Remek Piotrowski

2 komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

POETA Z GŁOWĄ NA KARABINIE

Baczyński 1Gdy słynny historyk literatury Stanisław Pigoń dowiedział się, że Krzysztof Kamil Baczyński wstąpił w lipcu 1943 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej, powiedział Kazimierzowi Wyce: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami”.

Nad biografią Baczyńskiego pochylano się kilkukrotnie wyjmując przy tym na światło dzienne wiele fascynujących i mało znanych faktów z życia najwybitniejszego, zdaniem wielu historyków literatury, poety czasu okupacji. Choć autor niniejszego tekstu ukończył studia filologiczne, nie posiadł niestety umiejętności wprawnego analizowania dzieła literackiego.

Jeśli więc napiszę, że Baczyński został najważniejszym dla mnie (w latach szkolnych mawiałem „ulubionym”) polskim twórcą liryki, nie mam na myśli wyłącznie kryterium stricte estetycznego. Myślę przede wszystkim o ogromnym ładunku emocjonalno-mentalnym, który poeta przekazał po pierwsze – za pośrednictwem swojej wyjątkowej twórczości, po drugie – poprzez świadectwo własnego życia i to nawet wówczas, gdy sprowadza się ono dla nas do formy suchego biogramu i relacji z tzw. drugiej ręki.

Baczyński to wyobraźnia, to fascynacja formą i treścią świata, to pasja miłości nie zdewaluowanej współczesnym kiczem, to wreszcie niezwykła historia zwykłego człowieka o nieprawdopodobnych umiejętnościach i wrażliwej duszy.

– … w chmury się wbić w koronach drzew… –

Czymże mógł nasiąknąć urodzony 21 stycznia 1921 roku w Warszawie Krzysztof Kamil, skoro jego ojciec był żołnierzem Legionów Polskich, oficerem Wojska Polskiego, krytykiem literackim i dziennikarzem, a matka nauczycielką i autorką szkolnych podręczników? Czymże mógł nasiąknąć młody Krzysztof Kamil, skoro ukończył słynne Gimnazjum im. Stefana Batorego (choć ze słabymi ocenami, bo do szkoły chadzał rzadko), to samo, do którego uczęszczali „Alek”, „Rudy”, „Zośka” i „Anoda”, czyli bohaterowie spod Arsenału.

Fenomen Baczyńskiego to składowa dwóch czynników. Pierwszym z nich było środowisko i wychowanie (rodzice, szkoła, słynna 23 Warszawska Drużyna Harcerska „Pomarańczarnia”), drugim natomiast – jego introwertyczny charakter, umiejętność obserwacji i wyczucia rzeczywistości, talent kreacyjny, niesłychana wyobraźnia, wreszcie miłość do literatury, która rozwinęła i uwrażliwiła umysł chorowitego oryginała.

Oczywiście (wybaczcie mało wyszukaną metaforę) każdy kij ma dwa końce. Wrażliwy chłopak o charakterze indywidualisty nie miał wielu kolegów, nie wspominając nawet o bliskich przyjaciołach. Szybki rozwój emocjonalno-uczuciowy spowodował, że Baczyńskiemu bardzo trudno było znaleźć wspólny język z rówieśnikami. Wśród wspomnień o poecie znajdziemy więc i takie (E.Dusza), które mówią o tym, że kilkunastoletni chłopak o niepospolitym umyśle i takim talencie był wręcz nielubiany i to zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli.

Dziś rano cały świat kupiłem
Gwiazdy i słońce, morze, las
I serca, lądy i rzek żyły
Ciebie i siebie, przestrzeń, czas
(fragm. wiersza „Pieśń o Szczęściu”)

Pozorne – bujanie w obłokach, a de facto – zadawanie trudnych, a zarazem wielce niewygodnych pytań, na przykład na temat przeznaczenia własnego pokolenia (daleko wówczas było do określenia ich Kolumbami), w które, co wydać się może dziś niesłychanie mało prawdopodobne, była jego zdaniem wpisana zagłada i to niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa, nie przysparzało mu sympatii. Zapewne traktowano go, jako wyniosłego dziwaka, który brak tężyzny fizycznej nadrabiał pseudointelektualną, w mniemaniu rówieśników, gadaniną.
Prawda była jednak taka, że Baczyński cierpiał ze względu na dojrzałość intelektualną, umiejętność zaobserwowania niewidzialnych dla kolegów elementów świata i niepospolitą wyobraźnię. Cierpiał na to, na co cierpi każdy geniusz wyprzedzający swą epokę.

– … Nas nauczono… –

Niezwykłe, a z drugiej strony szalenie symptomatyczne dla ludzi w jego pokolenia, okazało się odnajdowanie przez Baczyńskiego własnej drogi wśród okupacyjnej pożogi. Ten przewrażliwiony na punkcie sztuki i natury świata człowiek, porzucił studia polonistyczne, po to, aby służyć krajowi i niewiele, jak się zdaje, jest w tym pomnikowej pompatyczności, którą tak chętnie krytykują powierzchownie analizujący problem współcześni znawcy historii, sztuki i kultury masowej.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
którem kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
(fragm. wiersza „Pokolenie”)

W lipcu 1943 roku Baczyński wstąpił do Armii Krajowej (sekcyjny w II plutonie „Alek” 2. kompanii „Rudy”, słynnego batalionu „Zośka”). Odtąd „Krzysztof”, „Zieliński” (pod takimi pseudonimami figurował w AK) był jednym z tysiąca trybików podziemnego państwa polskiego – w swym mieszkaniu w skrytce na broń trzymał Thompsona, dwa Steny, MP 40, granaty, materiały minerskie, podręczniki, mapy oraz prasę konspiracyjną. Należy przy tym pamiętać, że pochodzenie Baczyńskiego (jego matka była z pochodzenia Żydówką, a możliwe, że i w żyłach ojca płynęła żydowska krew) w przypadku odkrycia, skazywało go na wyrok śmierci.

Książka 2– … Ziemio krwią i ogniem płynąca… –

Jak napisał w swoim artykule Józef Lewandowski, choć „Baczyński uważał się za Polaka, był Polakiem, kim by nie byli jego rodzice i dziadkowie” i choć „funkcjonował” w polskiej kulturze, to jednak na kwestię antyżydowskich wystąpień okazywał się niezwykle czuły i to już od najmłodszych lat. Do legendy przeszła bójka w szkolnej klasie, która miała miejsce w roku 1935 roku, podczas lekcji matematyki, gdy odpowiadający przed nauczycielem Ryszard Bychowski został nazwany „Żydem”, skutkiem czego wywiązała się krwawa bójka, w której Baczyński wraz z czterema kompanami bronił honoru kolegi przed trzydziestoosobową grupą „prześladowców”.

W „Kronice życia i twórczości Krzysztofa Baczyńskiego” Zbigniew Wasilewski wyjaśnia kwestie narodowościowe poety: „rodzina Baczyńskich pochodzi z drobnej szlachty podkarpackiej a jej herb Sas świadczy o dawnych związkach genetycznych z osadnictwem saksońskim i wołoskim rodem Dragów-Sasów. (…) Rodzina Zieleńczyków, pochodzenia żydowskiego, całkowicie spolonizowała się w wieku XIX i należała do światłej inteligencji warszawskiej”(s. 19)

Ważny w tej sprawie jest również kontekst wykraczający poza kwestię samej tożsamości, czy pobudek etyczno-moralnych, choć i one w przypadku Baczyńskiego odgrywała istotną rolę. Poeta (znów odwołam się to Józefa Lewandowskiego) doskonale rozumiał wywodzącą się jeszcze od Mickiewicza tradycję polskiej humanistyki i kultury, która w swoim najwartościowszym nurcie wolna była od narodowościowych uprzedzeń. W końcu nie bez znaczenia było także piętno ojca – człowieka o wyraźnie lewicowych poglądach, którymi musiał nasiąknąć za młodu Krzysztof Kamil (był członkiem socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Spartakus”).

Trop lewicowy owiany jest w przypadku Baczyńskiego aurą tajemnicy, a choć zaraz po wojnie ślad ten mógł być jeszcze świeży, został zatarty przez nową władzę, wszakże aż do odwilży, dzieła jak i ich twórca (uznawany za czołowego poetę „faszystowskiej” Armii Krajowej) były przez komunistów całkowicie ignorowane. Dopiero po śmierci Stalina niejako z miejsca, stał się Baczyński zjawiskiem w polskiej kulturze nośnym, choć przesadnie eksponowany wątek socjalistyczny („Spartakus”) wypaczał obraz jego biografii.

Niewiele wiemy na temat członkostwa Krzysztofa Kamila w „Spartakusie”, nie znamy również powodów wystąpienia z organizacji. Wielu badaczy podejmujących temat odejścia poety od lewicowych poglądów zwraca uwagę na prosty aspekt polityczny – Baczyński nie mógł być głuchy na pakt Ribbentrop-Mołotow, wkroczenie wojsk sowieckich 17 września, deportacje ludności polskiej i żydowskiej oraz terror sowiecki. Zerwał nawet w związku z tym kontakt z kuzynką mieszkającą na terenach dzisiejszej Białorusi (a przed wojną – II Rzeczpospolitej), której mąż składał dziękczynienie wojskom Stalina za uwolnienie ich spod polskiego „jarzma”.

Bez względu bowiem na osobiste przekonania i światopogląd, miał Baczyński niesłychanie głęboko zakorzenione poczucie obowiązku. Zdaje się, że poeta czuł, iż jest „coś” dłużny zarówno tej ziemi, jak i może przede wszystkim kulturze polskiej, dlatego też w 1943 roku wstąpił nie do Armii Ludowej, a AK, i dlatego też zrezygnował ze studiów i zajął się działalnością konspiracyjną. Wspomniane uczucia wzmagała coraz silniejsza więź z wiarą (niektórzy temu przeczą uważając, że motyw Boga znajdował się w jego twórczości wyłącznie w celu zadowolenia matki) i nęcący Baczyńskiego-poetę mistycyzm.

Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy-
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia,
długie nogi wysielców pociągną jak sznur.
(fragm. wiersza „Jesień ’41)

Apolityczności Baczyńskiego, który jak się zdaje po 1943 roku przestał walczyć o Polskę prawej strony lub Polskę lewej strony, a dbał o Polskę wolną po prostu, widoczna jest również w tym, że jego twórczość publikowana była zarówno w lewicowych „Płomieniach”, jak i na kartach „Sztuki i Narodu”, a więc zjawiska w polskiej literaturze o silnie nacjonalistycznej proweniencji (na łamach tego drugiego wydano największe poetyckie dzieło lat okupacji „Wiersze Wybrane” Baczyńskiego vel. Jana Bugaja).

Basia

Barbara Baczyńska z Drapczyńskich

– … wtedy przepłyniesz we mnie… –

Twórczość najwybitniejszego, zdaniem wielu, poety czasu okupacji to nie tylko poezja „ze środka spełniającej się apokalipsy”, zanurzona w katastroficznym pejzażu idących na stracenie młodych ludzi, ale również przepełniona ogromną miłością liryka skierowana do konkretnej osoby. Choć w życiu Baczyńskiego było kilka kobiet, tak naprawdę liczyły się tylko dwie.

Pierwszą z nich była ukochana matka – Stefania, którą syn po śmierci ojca otoczył troskliwą opieką; drugą poznał 1 grudnia 1941 roku w mieszkaniu Emilii i Tadeusza Hiżów. Barbara Drapczyńska, koleżanka z tajnej polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, to dziewczyna, której poezja polska zawdzięcza – zdaniem Kazimierza Wyki – najpiękniejsze erotyki. Krzysztof Kamil i Barbaraba pobrali się już po pół roku znajomości, a uroczystość odbyła się w kościele na Solcu.

Basi…
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę ten strumień żywy
przeobrażenia, duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.

Ułóż wezbrane oczy w kołysce, ciało na skrzydłach
jasnych demonów, wtedy przepłyniesz we mnie
jak listek opadły w ciepły tygrysi pomruk.
(„Kołysanka”)

Utalentowany poeta swą twórczość dedykował nie tylko ukochanej kobiecie, ale i, o czym pamięta niewielu, również… ukochanym psom, które tak jak matka, darzył wielką czułością. Ukochany foksterier Fred został uwieczniony na fotografii zamieszczonej w tomie wspomnień o poecie („Żołnierz poeta, czasu kurz…”, Kraków 1967), zaś złotobrązowy spaniel Dan został adresatem dedykacji w poświęconym mu popularnym wierszu „Z psem”.

Baczyński 1– … pochylony nad śmiercią… –

Baczyński w czasie wojny strzelał nie tylko poetyckimi strofami, ale i karabinowymi kulami. Między innymi uczestniczył 27 kwietnia 1944 roku w akcji wykolejenia pociągu niemieckiego na odcinku Tłuszcz-Urle, która spowodowała 26-godzinną przerwę w ruchu.
Baczyński-żołnierz przedstawiał jednak zdaniem słynnego dowódcy 2. kompanii baonu „Zośka” pchor. Andrzeja Romockiego „Morro” mniejszą wartość niż Baczyński-pisarz-intelektualista i dlatego otrzymał stanowisko nieoficjalnego szefa prasowego kompanii.

Kazimierz Wyka podczas swojej prelekcji pt. „Droga Do Baczyńskiego” wygłoszonej na uroczystym zebraniu Pen-Clubu w dniu 27 marca 1974 roku rzucił światło na sprawę przystąpienia Baczyńskiego do Powstania. Tekst został też ogłoszony w „Kulturze” 1979, nr 51/52 i 1980, nr 1.
„…Zacząłem mu tłumaczyć – mówił Wyka. – Czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!.”

Pod koniec życia śpieszył się z pisaniem, tworzył można by rzecz łapczywie chcąc przelać na papier jak najwięcej ze swoich uczuć, myśli i obaw. Przeczuwając, że koniec jest bliski, w ostatnim wierszu datowanym na 13 lipca 1944, napisał o kimś, kto „pochylony nad śmiercią zaciska palce na broni”…

1 sierpnia 1944 roku, gdy wybuchła godzina „W”, Baczyński znajdował się w rejonie placu Teatralnego, gdzie zresztą został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Odcięty, postanowił przyłączyć się do ochotników, którymi dowodził ppor. „Leszek”.
W czwartym dniu Powstania poeta przebywał w Pałacu Blanka i to właśnie tam, około godziny czwartej po południu, dosięgła go kula niemieckiego snajpera.
1 września 1944 zginęła także żona Baczyńskiego – Barbara Baczyńska z Drabczyńskich. Została tylko poezja…

Źródła:
– Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory zebrane, Kraków 1994, t. I-II.
– Józef Lewandowski, Wokół biografii K. K. Baczyńskiego, Szkło bolesne, obraz dni. Eseje nieprzedawnione, Ex Libris, Uppsala 1991
– Wiesław Budzyński: Śladami Baczyńskiego. Warszawa: Muzeum Historyczne m.st. Warszawy, 2009, s. 81,97. ISBN 978-83-88477-92-8
– baczynski.art.pl/kkb
– Czesław Mozil & Mela Koteluk: Utwór promujący film o K.K. Baczyńskim – „Pieśń o szczęściu”

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

JAK UMARŁY IKONY PRZEDWOJENNEGO KINA

Bodo DymszaAleksandra Żabczyńskiego, Adolfa Dymszę i Eugeniusza Bodo łączy, co oczywiste, status gwiazd kina lat ‘30 i ikon kultury masowej przedwojennej Polski. Na każdej z tych wyjątkowych indywidualności II wojna światowa odcisnęła swe piętno niezwykle wyraźnie. – Jednemu złamała karierę, drugiemu przydała miano zdrajcy, a trzeciego pozbawiła życia.

Przedwojenna kinematografia polska zrodziła wiele gwiazd. O to, komu spośród ówczesnych aktorów należałoby przyznać palmę pierwszeństwa, niech spierają się historycy kina. My zdając się na subiektywne odczucia, wspomnimy o trzech naszym zdaniem najwybitniejszych postaciach, których wojenne losy układają się w niesamowitą mozaikę pełną poruszających dramatów, niespodziewanych zwrotów, tajemnic i kontrowersji.

Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo poza dziesiątkami niezapomnianych kreacji dopisali do swojego imponującego aktorskiego życiorysu jeszcze jedną wybitną rolę, o której dziś, poza wąskim gronem miłośników przedwojennej X muzy, pamięta niewielu. W tym jednak filmie żadnego z nich nie czekał po ostatniej klapsie ani aplauz, ani wysokie honorarium, ani uśmiech wielbicielek. Wojna złamała ich wielkie kariery, złamała i życie.

– Zalotna nonszalancja amanta z wyższych sfer –

Urodzonemu 24 lipca 1900 roku w Warszawie Aleksandrowi Żabczyńskiemu, jako synowi pułkownika armii rosyjskiej i generała Wojska Polskiego, przeznaczona była kariera żołnierska, nic więc dziwnego, że młody Aleksander ukończył z wyróżnieniem poznańską Szkołę Podchorążych. Po powrocie z wojska, w skutek nalegań rodziców, rozpoczął studia prawnicze, ale kłótnia z nauczycielem podczas egzaminu przerwała jego edukację, otwierając inną furtkę rozwoju, która wkrótce pochłonęła go bez reszty.

Studia w Szkole Filmowej i wstąpienie do instytutu teatralnego „Reduta” w połączeniu z wielką fascynacją teatrem, która na początku lat ’20 owładnęła Żabczyńskiego, zwróciły go ku scenie. Wkrótce zaczął występować w warszawskich teatrach, a gdy opuścił na krótko w 1927 roku stolicę, grał na scenach Lwowa, Poznania i Łodzi.

Choć występował przede wszystkim w rewiowych teatrzykach, rewii i operetce do legendy przeszedł głównie dzięki rolom w filmie, w tym w komediach muzycznych: „Manewry miłosne”, „Ada, to nie wypada”, „Jadzia”, „Pani minister tańczy”, „Zapomniana melodia”, „Sportowiec mimo woli” to hity przedwojennego kina polskiego, których scenariusze nie rzadko pisane były specjalnie pod niego.

Zalotna nonszalancja, uroda amanta, pełna uroku aparycja, oraz znakomity głos, którym wylansował kilka przedwojennych szlagierów (najsłynniejszą z nich była nagrana na płytę piosenka „Całuję twoją dłoń, Madam”) przysporzyły mu wielką popularność, zwłaszcza wśród kobiet, które oszalały na punkcie przystojnego aktora.
Gdy Niemcy zaatakowali Polskę przebywał w Warszawie…

– Scipio del Scampio –

Adolf Dymsza (właściwie Adolf Bagiński) również urodził się 1900 roku w Warszawie i również w tym mieście zastał go atak hitlerowców na Polskę. Jak tłumaczy jego biograf Roman Dziewoński, Bagiński chciał używać pseudonimu „Scipio del Scampio”, ale kiedy zadzwoniono z teatru z pytaniem o podanie imienia na afisz, jego siostra zgubiła kartkę z zapisanym pseudonimem i sama wymyśliła na poczekaniu „Dymszę”, co ostatecznie na zawsze przylgnęło do aktora.

Pod koniec lat ’20 Dymsza zaczął grywać w warszawskich teatrach i teatrzykach Grodna, Mińska i Warszawy, lecz dopiero dzięki występom w kabarecie „Qui Pro Quo” zyskał popularność i zaczął być obsadzany w dźwiękowych filmach (o niemych produkcjach, w których występował, wiemy niewiele). W ciągu dziewięciu lat (1930-1939) zyskał gigantyczną popularność dzięki komediowym rolom w takich kinowych hitach, jak: „Antek policmajster”, „Dodek na froncie”, „Robert i Bertrand”, „Paweł i Gaweł”, czy też „Sportowiec mimo woli”. Wielu znawców tematu uważało, że gdyby Dymsza posługiwał się językiem angielskim, mógłby zakasować za Oceanem samego Charliego Chaplina.

– Amant niebanalny –

Ostatni z naszej wielkiej trójki – Eugeniusz Bodo (właśc. Bogdan Eugène Junod) urodził się prawdopodobnie w Genewie, w 1899 roku. Jego ojciec (obywatel Szwajcarii) był właścicielem łódzkiej „Uranii” – jednego z pierwszych na ziemiach polskich kin. Nic więc dziwnego, że młody Eugeniusz od najmłodszych lat chłonął X muzę, choć o jego aktorskich początkach wiemy stosunkowo niewiele.

Związany ze sceną rewiową i kabaretami dopiero w drugiej połowie lat ’20 i na początku ’30 zaczął piąć się w hierarchii polskich aktorów, zdaniem wielu docierając na sam jej szczyt. Wpływ na to miały dwa czynniki. Pierwszy z nich związany był z gwiazdorskim, jakbyśmy powiedzieli dziś, trybem życia. Aktor reklamował krawaty i kapelusze znanych polskich projektantów, a także marynarki firmy Old England.

Ponadto wiązał się z kobietami o głośnych nazwiskach, m.in. z ekscentryczną aktorką Reri (z pochodzenia Tahitanką), z którą w skutek jej problemów z alkoholem (on był abstynentem) wkrótce się rozstał. Zdaniem biografów w jego życiu było miejsce na miłostki, ale nigdy na miłość, a Bodo tak naprawdę kochał tylko swoją matkę i… doga niemieckiego imieniem Sambo, który został utrwalony na słynnym zdjęciu.

Od 1931 roku Bodo został współwłaścicielem wytwórni filmowej B.W.B. Pisał scenariusze i reżyserował filmy, w których często sam odgrywał kluczowe rolę. Nie było w tym nic na wyrost, bo specyficzna uroda („amanta niebanalnego”), znakomite opanowanie scenicznej gestykulacji i kapitalne wyczucie muzyczne (choć głos zdaniem wielu miał zaledwie przeciętny) w pełni predysponowały go do statusu gwiazdy, którą ugruntowały niezapomniane kreacje w „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Pieśniarzu Warszawy”, „Pawle i Gawle”, czy „Piętro wyżej” oraz wybitne wykonania takich piosenek, jak „Ach śpij kochanie”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, czy „Sex appeal”. We wrześniu 1939 roku uciekł do Lwowa…

– Z zawodu szlachcic –

Gdy wybuchła wojna Żabczyński, zmobilizowany we wrześniu 1939 roku, wziął udział w bitwie obronnej, jako porucznik I Pułku ciężkiej artylerii. Po klęsce wrześniowej, wraz z tysiącami polskich żołnierzy przedostał się do Rumunii, potem do Francji, a stamtąd z kolei do Anglii. Wielu spośród słynnych polskich aktorów (a za takiego Aleksander Żabczyński miał prawo się uważać) służbę wojskową odbywało tworząc frontowe teatry i zabawiając żołnierzy podczas licznych tournee.

Nie jednak Żabczyński. On zamierzał wziąć czynny udział w walce, skutkiem czego w 1942 roku wysłano go na Bliski Wschód, gdzie już jako kapitan II Korpusu gen. Władysława Andersa przeżył piekło walk o Monte Cassino, został ranny i odznaczony Krzyżem Walecznych. Rok po ukończeniu wojnie pracował w Polskim Czerwonym Krzyżu w Salzburgu, a w 1947 roku postanowił wrócić do kraju.

M Cassino For your freedom

Nowa władza spoglądała na Żabczyńskiego podejrzliwym okiem. Jego arystokratyczne maniery, nonszalancja oraz nuta wyniosłości nie przysporzyły mu popularności wśród komunistycznego aparatu władzy, podobnie jak i przedwojenne dokonania. Żabczyński, w swoim stylu, ignorował nowy porządek rzeczy żartując sobie z niego w charakterystyczny dla siebie subtelny sposób. Gdy na przykład przyszło mu wypełniać ankietę osobową, w rubryce „zawód” wpisywał przewrotnie „Szlachcic”.

Żabczyński nie miał szans zrobić kariery w powojennym filmie, bo socrealizm nie potrzebował postaci kojarzących się ze zgniłym, sanacyjnym kinem lat ’30, nie dał więc „Żabie” szans na zaistnienie w świadomości widza. Na szczęście aktor otrzymał angaż w teatrze, występował również w Polskim Radiu, a pod koniec 1957 roku, za namową przyjaciół nagrał  kilka piosenek, które przeszły do legendy zbiorów polskich melomanów.

W tym jednak czasie Żabczyński odczuwał już piętno historii i socjalistycznej współczesności. Jego znajomi wspominali po latach, że aktor gasł z każdym dniem. Teatr i Radio płaciły mu grosze, co spowodowało ciągłe kłopoty finansowe, ale nawet wówczas nie rezygnował z charakterystycznego dla siebie gestu.

Zdarzało się na przykład, że pożyczał od kolegów z teatru pieniądze i to tylko po to, aby po wieczornym spektaklu wydać całą sumę w teatralnym barze na jeden kieliszek wódki (reszta kwoty, jako napiwek, lądowała w kieszeni kelnerki zgodnie ze dżentelmeńską etykietą). Dorabiał struganiem z drewna figurek ptaków, za które otrzymywał w Cepelii, jak sam często drwił, tyle, ile za pracę w teatrze.

Również z tego okresu pochodzi jedna z najbardziej poruszających historii związanych z Żabczyńskim, która ukazuje ślad, jaki odcisnęła na nim wojna.
Oto bowiem podczas pewnej, specjalnie zaplanowanej gali miał Żabczyński, jako były zdobywca masywu Monte Cassino, zaśpiewać kultową pieśń pt. „Czerwone Maki”.
Gdy wszedł na środek sceny, a orkiestra zaczęła grać, Żabczyński z zamyśloną twarzą wciąż milczał. Orkiestra przerwała, aktor przeprosił, ale gdy muzyka rozbrzmiała na nowo, artysta tylko spuścił głowę i wyrzekł: „Przepraszam Państwa. Nie zaśpiewam. Mam ich wciąż przed oczami…”, a potem zszedł ze sceny i pomaszerował za kulisy.

Aleksander Żabczyński zmarł na atak serca podczas spaceru po swojej działce 31 maja 1958 roku. Wraz z żoną Marią Żabczyńską spoczywa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

– Dodek na froncie –

Dymsza lata okupacji spędził w Warszawie. Wbrew zakazowi konspiracyjnego ZASP-u (Związek Artystów Scen Polskich) postanowił grać w jawnych teatrach rewiowych. Występował w bojkotowanych przez sporą część polskiego społeczeństwa i odwiedzanych przez Niemców teatrach Komedia, Nowości, Niebieski Motyl i Jar, co rzecz jasna nie przysporzyło mu sympatii rodaków.

W trakcie wojny obowiązywały proste zasady i równie prosty sposób pojmowanie rzeczywistości – angaż w którymkolwiek ze stołecznych teatrów równoznaczny był z kolaboracją z Niemcami. Jak uważa biograf aktora, Roman Dziewoński – Adolf Dymsza zdecydował się na ten krok ponieważ bał się o swoje małe córki. Pamiętajmy, że przed wojną stracił trójkę dzieci, a poza tym Niemcy straszyli go, w razie odmowy, licznymi represjami. Sama sytuacja finansowa Dymszów również była trudna – żona aktora przeżywała po śmierci matki depresję i nie miała pracy.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu "Paweł i Gaweł" z 1938 r.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu „Paweł i Gaweł” z 1938 r.

Przyzwyczajeni do biało-czarnego schematu prezentowania historii zapominamy, że życie pod niemiecką okupacją nie było ani białe, ani czarne. Dymsza nie zasłużył na miano bohatera, posągowego herosa, który może pochwalić się wojennym życiorysem, jak chociażby Żabczyński. Pamiętajmy jednak, że aktor nigdy nie wystąpił w sztuce o zabarwieniu antypolskim czy antysemickim, ponadto odmówił zagrania z aktorem, słynnym kolaborantem Igo Symem (który zresztą zginął z rąk AK), a z rąk samego gestapo wydostał kolportera podziemnej prasy Czesława Skonecznego.

Po wojnie sąd koleżeński ZASP zakazał mu występów w stolicy, zmusił do przekazania 15% honorariów na Dom Aktora w Skolimowie, a jego nazwisko na afiszach musiało być zastąpione trzema gwiazdkami. Wyjechał więc do Łodzi, gdzie z powodzeniem dalej grywał m.in. w Teatrze Powszechnym, a potem wrócił do stolicy.

Nie był pierwszym przypadkiem aktora występującego podczas okupacji dla Niemców, który został dotknięty ostracyzmem (etykietę kolaboranta przypięto również Lidii Wysockiej, Irenie Malkiewicz, Jerzemu Pichelskiemu, Zbigniewowi Sawanowi, którzy… rozprowadzali w teatrze „bibułę”, czyli podziemną prasę). Dziś sposób potraktowania aktorów wzbudza spore kontrowersje, a przez wielu historyków uważane jest za niesprawiedliwe i zwyczajnie nie równoznaczne ze statusem zdrajcy.

O tym zaś, że niedaleko pada jabłko od jabłoni (czyli jeden system zbrodniczy od drugiego zbrodniczego reżimu) niech świadczy to, że aktor należał do PZPR, bo podobno został do tego zmuszony przez Urząd Bezpieczeństwa. Jego stosunek do nowej władzy najlepiej oddaje pewna rozmowa z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który zaprosił aktora do siebie, aby ten zabawiał gości. Gdy Cyrankiewicz oprowadzał Dymszę po swoim pięknym mieszkaniu i zapewnił, że za trzy lata wszyscy Polacy będą tak mieszkać, Dymsza odpowiedział, że idzie w takim razie do domu, bo choć to on został zaproszony, aby wygłaszać kawały, to najlepszy żart i tak padł już z ust gospodarza.

Pod koniec życia zmagał się z poważną wadą słuchu, ale jeszcze rok przed śmiercią zagrał (samego siebie) w filmie Jana Łomnickiego pt. „Pan Dodek”. Zmarł w 1972 roku i został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem - dogiem niemieckim Sambo.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem – dogiem niemieckim Sambo.

– Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo

Każdego z trzech naszych wybitnych aktorów II wojna światowa doświadczyła w dotkliwy sposób, ale odebrała życie tylko jednemu z nich – Eugeniuszowi Bodo. Jak na ironię losu Bodo zginął prawdopodobnie dlatego, że był obywatelem Szwajcarii – kraju, który nie brał udziału w konflikcie z lat 1939-1945.

Tajemnicę śmierci słynnego przedwojennego amanta przedstawił w swoim doskonałym filmie „Eugeniusz Bodo – za winy niepopełnione” (obejrzycie go na TVP Historia) znany historyk kina Stanisław Janicki, który starał się skonfrontować ze sobą kilka sprzecznych wersji – zarówno okoliczności aresztowania Bodo przez NKWD, jak i jego śmierci.

Gdy Niemcy we wrześniu ’39 roku runęli na Polskę od zachodu, Eugeniusz Bodo oddał w dzierżawę swoją warszawską kawiarnię i uciekł na wschód. Zatrzymał się pod Lwowem, gdzie występował w Teatrze Miniatur oraz związał się z zespołem Tea-Jazz Henryka Warsa. Czekając na możliwość ucieczki do Stanów Zjednoczonych, wiódł tu, w miarę wojennych realiów, pozornie spokojne życie i tak było aż do czerwca 1941 roku, gdy nagle, w samym sercu Lwowa, rozpłynął się, jak we mgle.

Janicki zawarł w swoim filmie mniej i bardziej prawdopodobne wersje losów tej najwybitniejszej, jak uważają niektórzy, polskiej ikony kultury masowej lat ’30.
Według relacji Józefa Misiaka, przyjaciela aktora, lwowianina, piłkarza, a potem futbolowego arbitra, Bodo został aresztowany przez patrol NKWD 25 czerwca 1941 roku, około godz. 11 w centrum Lwowa, przy pomniku Agenora Gołuchowskiego.

W tym czasie uciekający przed niemieckim wojskiem sowieci likwidowali we Lwowie świadków swojej zbrodniczej działalności. Przebywanie w miejscu publicznym było niebezpieczne. Zdaniem Misiaka, który widział ponoć całe zdarzenie znajdując się przypadkiem w okolicy (przechodził tuż obok i schował się za krzakami) spacerujący z przyjaciółką Bodo został zauważony przez trzech enkawudzistów, zatrzymany i wylegitymowany. Potem Rosjanie rozdzielili parę i odprowadzili w głąb parku skąd Misiak dosłyszał dwa strzały.

To nie jedyna wersja wydarzeń. Stanisław Janicki poprosił widzów swoich programów o informacje mogące rzucić nieco światła na sprawę tajemnicy śmierci Eugeniusza Bodo. Nowe informacje wykreowały nowe scenariusze. Jeden z nich zakładał, że Bodo został zastrzelony przez Niemców w Przemyślu, niemal na scenie, zaraz po tym, jak opowiedział antyhitlerowski żart. Pewien listonosz ze Lwowa przekonywał natomiast, że osobiście widział zastrzelonego Eugeniusza Bodo w jego lwowskim mieszkaniu, a dentysta aktora, oświadczył, że na postawie stanu uzębienia (ciało zostało zmasakrowane) jest w stanie stwierdzić, że zamordowano go w więzieniu przy ulicy Łąckiego.

„Tydzień Polski” opublikował list mieszkającego w Nowym Jorku Aleksandra Feinera, w którym czytamy: „Bodo zmarł w obozie sowieckim 24 grudnia 1943 r. Obóz nazywał się Peresylnyj Punkt nr 1 i znajdował się w Bołtince koło Kotłasu, archangielskaja obłast. Powodem śmierci była pelagra i głód. Ja o tych faktach wiem, ponieważ też tam byłem – a mój ojciec, Leon Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsiedniej pryczy”.

W „śledztwo” ostatecznie włączyła się również krewna aktora – Wiera Rudź, która wysłała dziesiątki listów do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna oraz innych polityków, prosząc ich o pomoc w wyjaśnieniu zagadki śmierci swego krewniaka.

Nieoczekiwanie odpowiedź przyszła od rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wedle której Bodo zmarł 7 października 1943 roku w łagrze w Kotłasie pod Archangielskiem. Przekonujące w tej informacji był nie tylko sam prestiż organizacji, ale i rzecz bez precedensu – dołączone do listu dwa wstrząsające zdjęcia, przedstawiające Bodo w pasiaku więziennym. Jego owrzodzona głowa, z zarośniętą i wychudzoną twarzą to obraz, który mówi sam za siebie.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Ważnym głosem w tej sprawie są również bezcenne wspomnienia Alfreda Mirka, który w 1943 roku znalazł się w więzieniu NKWD na moskiewskich Butyrkach i tam spotkał Eugeniusza Bodo. Aktor, jak relacjonuje współwięzień, znajdował się w ciężkim stanie. Mirka wspominał o jego bezwolnej, pogodzonej i wyczekującej śmierci twarzy oraz o tym, że (być może dlatego, iż obaj byli przedstawicielami inteligencji) stali się sobie w pewnym sensie bliscy. Po jakimś czasie, w łagrze, Alfred Mirka spotkał więźnia, który był ponoć świadkiem śmierci polskiego aktora. Zgodnie z jego wersją umierającego mężczyznę zaniesiono na noszach z wagonu wprost do łagrowego szpitala i tam stwierdzono zgon. Ciało zakopano w zbiorowej mogile.

Eugeniusz Bodo nie został zwolniony z sowieckiej niewoli po ataku Hitlera na ZSRR, tak jak setki tysięcy Polaków, dlatego że po pierwsze – oficjalnie był obywatelem Szwajcarii (na nic zdały się protesty konsulatów polskiego i szwajcarskiego), a po drugie – NKWD podejrzewało tego znającego wiele języków i często przebywającego w Berlinie człowieka (przebywał tam przed wojną wypełniając swoje obowiązki producenta filmowego) o szpiegostwo i poddało morderczemu śledztwu, którego ten „który umówił się z nią na dziewiątą” nie zdołał przeżyć.

Źródła:
– Już nie zapomnisz mnie, film Telewizji Polskiej w reż. Marka Maldisa (2010)
– Monika Zakrzewska, Co się dziwisz: Aleksander Żabczyński (cosiedziwisz.blogspot.com)
– Tomasz Zbigniew Zapert, Adolf Dymsza: z dziejów śmiechu w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 6 grudnia 2010 r.)
– Roman Dziewoński „Dodek Dymsza”. LTW, Łomianki 2010
– S. Nicieja, Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo w: współczesna.pl (z dnia 29 stycznia 2011 r.)
– Jacek Marczyński, Jak umierał Eugeniusz Bodo w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 7 października 2008)
– Eugeniusz Bodo – za winy niedopełnione, film w reż. Stanisława Janickiego (1997)

*   *   *

Remek Piotrowski

7 komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

ŚLEPY MAKS – ŁÓDZKI AL CAPONE

Kokolobolo

Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata – Teatr Nowy w Łodzi (afisz)

Jest coś niesłychanie symbolicznego w tym, że obok grobu największego łódzkiego fabrykanta, króla bawełny Izraela Poznańskiego znajduje się grób innego króla miasta włókniarzy – Menachema Bornsztajna, władcy przedwojennego półświatka, „Ojca chrzestnego” żydowskich Bałut; przez jednych nazywanego zwykłym opryszkiem, przez innych łódzkim „Robin Hoodem”.

Pamięć o jednej z najbarwniejszych łódzkich postaci pierwszej połowy XX wieku utrwaliły liczne piosenki, książki (zwłaszcza kultowa w pewnym sensie „Ballada o Ślepym Maksie” autorstwa Arnolda Mostowicza), artykuły prasowe, na podstawie których powstał przedstawiony tu zapis historii, a nawet film telewizyjny, sztuka teatralna (można ją obejrzeć w Teatrze Nowym w Łodzi) i popularna gra miejska.

Kim był człowiek, na dźwięk imienia którego drżała niemal cała Łódź? Skąd się wziął, jak działał, co nim kierowało i czym zasłużył sobie na nieśmiertelną sławę? Dzięki wielu interesującym i rzetelnym opracowaniom znawców tematu jesteśmy dziś w stanie opowiedzieć historię łódzkiego Ala Capone.

– Narodziny Ślepego Maksa –

Urodzony w 1890 roku Menachem Bornsztajn w wieku dziesięciu lat przeprowadził się wraz z rodziną z Łęczycy do Łodzi – wówczas 300-tysięcznego, słynącego z przemysłu włókienniczego miasta. Pewnego dnia Benjamin Bornsztajn, ojciec Menachema, trudniący się ostrzeniem noży na ulicy, wpadł pod wóz Arona Goldberga, syna miejscowego bogacza, który w złości i w asyście stójkowego pobił mężczyznę, a nieszczęśnik w skutek odniesionych ran wkrótce zmarł. Rodzina bezskutecznie starała się dojść sprawiedliwości w sądzie, a przyszły król przestępców po raz pierwszy w życiu przekonał się, że wygrywa nie ten, po stronie którego jest racja, ale ten który ma za sobą siłę i protekcję. Ta lekcja ukształtuje Bornsztajna już na zawsze.

Wkrótce współwinny śmierci starego Bornsztajna – stójkowy, w obawie przed chłopcem rozgłaszającym wszem i wobec o winnych tragedii swojego ojca, zaczaja się na niego w jednej z ciemnych, łódzkich bram chcąc siłą wymóc na młokosie milczenie. Dochodzi do bójki podczas której chłopak zostaje poważnie ranny w oko. W sukurs Menachemowi przychodzi jego kolega Staszek Poneta, który dźga stójkowego nożem, po czym nasz bohater podnosi rewolwer stróża prawa i wyrównuje rachunki. Stójkowy ginie w skutek śmiertelnego postrzału, a jego zabójca uchodzi kary – nikt bowiem nie wierzy, że ten wyrostek o twarzy pacholęcia byłby w stanie odebrać drugiemu człowiekowi życie. W przyszłości odbierze ich jeszcze wiele, a zajęte bielmem oko przysporzy mu przydomka „Ślepy Maks”.

Ballada książka Ślepy Maks– Oko za oko. Życie za życie –

Na północ od Nowego Rynku zaczynały się rejony zwane ściekiem Łodzi. Tutaj, niczym w starych opowieściach z odległych krain, istniało miasto złodziei, gwałcicieli, opryszków, morderców i ludzi w przeważającej większości bardzo ubogich. Wśród tego morza biedy i nieszczęścia kiełkowała rozmaitych rodzajów zbrodnia i właśnie tutaj odnalazł się młody Bornsztajn, który choć aż do drugiej połowy lat ’40 był analfabetą, to jednak w Łodzi studiował z pasją na jednym z najsłynniejszych w Polsce uniwersytetów – uniwersytecie złodziejskim. Młody Menachem ukończył go z wyróżnieniem.

Biografowie żydowskiego władcy łódzkiego półświatka przy każdej okazji wspominają o słynnej marynarce z dzwoneczkami, zawieszonej na manekinie, na której Ślepy Maks ćwiczył w domu złodziejski fach. Oczywiście chodziło o to, aby wyjąć z kieszeni portfel, nie poruszając dzwonków – nasz bohater opanował tę sztukę do perfekcji i zapewne zostałby wyłącznie „utalentowanym” złodziejem, gdyby na swej drodze spotkał Księdza Natana, który w przeszłości przywdziewał zakonny habit, ale potem zszedł na drogę występku. Ta postać ukształtowała mentalnie Bornsztajna, który od tej pory zadawalał się polowaniem wyłącznie na grubego zwierza. Bo jeśli ryzykować życie, to tylko w grze o najwyższą stawkę.

Podczas I wojny światowej w okolicach Dworca Fabrycznego setki wagonów towarowych załadowanych żywnością przeznaczoną dla broniących frontu wschodniego pruskich pułków, czekało na transport. Przewodzący szajce Ślepy Maks (do grupy należeli Fajwel, Szmul, Poneta i Szaja) dogadali się z trzema polskimi kolejarzami, którzy pomagali Żydom nie tylko dla korzyści materialnych, ale i z pobudek patriotycznych. Z transportów znikały, jak kamfora, tony cukru, węgla, żywności i ubrań.

Podczas jednej z takich „eskapad” złodziei przyłapali na gorącym uczynku uzbrojeni po zęby niemieccy żandarmi. Wywiązała się strzelanina, z której Ślepy Maks i jego kompani cudem uszli z życiem. Nikt nie miał wątpliwości, że za wpadką stoi zdrada. Wkrótce okazało się, że Bornsztajna „sypnął” Aron Goldberg – ten sam, który odpowiadał za śmierć jego ojca. W tym momencie należy wspomnieć, że niektórzy badacze uważają, że za zdradą ba Dworcu Fabrycznym stał Franek Zielonka zwany Królem Chojen, którego składy towarów na ulicy Rzgowskiej Ślepy Maks puścił potem z dymem.

Tak, czy owak wydawało się, że za wszystkie krzywdy, które Aron Goldberg zdążył wyrządzić coraz popularniejszemu w mieście złodziejowi z Bałut, syna bogacza czekać może tylko jedna kara – śmierć. Bornsztajn wykazał się w tym przypadku niezwykłym jednak, jak na człowieka swego pokroju, wyrachowaniem – przekonał bowiem największego wroga, by pozwolił mu… ożenić się z jego córką Gołdą. Choć potajemnie kochał inną kobietę, zrozumiał, że tylko w ten sposób zyskać może najwięcej.
Ślepy Maks nie był bohaterem romantycznym. Był inteligentnym, niezwykle przebiegłym i wyrachowanym, choć nie pozbawionym pewnego uroku przestępcą i to w ten sposób należy go postrzegać.

Wesele Maksa Bornsztajna i Gołdy Goldberg odbyło się w cieszącym się złą sławą zajeździe Icchaka Berła Kacenelenbogena przy ulicy Aleksandryjskiej (dziś Bojowników Getta Warszawskiego). Była już późna noc, gdy pan młody spoglądał z wysokości pierwszego piętra, jak do resztek z pańskich stołów dobiera się bałucka biedota. Dziennikarka Joanna Podolska, współautorka świetnego artykułu pod tytułem „Legenda Ślepego Maksa – herszta i łódzkiego Janosika” pisze, że: Bornsztajn patrzył na motłoch bijący się o każdy kawałek z fascynującą pomieszaną z obrzydzeniem.” Był człowiekiem inteligentnym, rozumiał mechanizmy rządzące łódzką ulicą, jednocześnie pamiętał z jakiej klasy społecznej pochodzi sam.

Gdy Aram Goldberg postanowił przepędzić rzeczony tłum, wówczas jeden z przyjaciół Ślepego Maska dźgnął ojca panny młodej nożem, co zdaniem badaczy tej historii nie było wcale dziełem przypadku, ani tragicznym incydentem wywołanym w pijanym amoku. Dość powiedzieć, że ogromny majątek Goldeberga po śmierci ojca dziedziczyła jedyna córka – de facto więc pieniądze wpadły w ręce Bornsztajna. Teraz Ślepy Maks stał się nie tylko sławnym przestępcą. Był sławnym przestępcą z kasą.

– Nietykalny –

W 1928 r. powstało w Łodzi żydowskie stowarzyszenie Ezras Achim („Bratnia Pomoc”), mające w założeniu pełnić funkcję organizacji charytatywnej, pomagającej bałuckiej biedocie. To właśnie przy tym stowarzyszeniu powołano wkrótce sąd polubowny, zwany dintojrą (z hebrajskiego: sąd rabinacki). Był to rodzaj sądu orzekającego w sprawach cywilnych wyroki, od których nie było odwołania, a które de facto służyły do wyrównywania rachunków w bałuckim półświatku. Jednym z czołowych postaci Dintojry stał się zyskujący coraz większe wpływy Ślepy Maks.

Jedną z najsłynniejszych historii związanych z niesławnym sądem kapturowym, była historia Feliksa Świtały zwanego Trupią Główką. Ten rzezimieszek napadał na bogatych łodzian, okradał ich, a nierzadko i torturował. Choć Świtała był ostrzegany przez wysłanników dintojry, którzy tłumaczyli mu, że „szanującemu się bandycie” nie przystoi taki sadyzm, Trupia Główka zupełnie ich ignorował. Wkrótce, wyrokiem dintojry, człowiek ten został zlikwidowany.

W Dintojrze wnet doszło do walki o wpływy i konfliktu między Ślepym Maksem a znanym sutenerem i paserem Srulem Kalmą Balbermanem, który „psuł rynek” wykonując wyroki za mniejszą, niż inni opłatą. Kolejny raz Bornsztajn udowodnił, że nie jest tępym opryszkiem, a przebiegłym graczem, który potrafi znakomicie korzystać z coraz gęstszej sieci znajomości. Ponoć to dzięki przeciekowi Ślepego Maksa, łódzki „Express” opublikował artykuł demaskujący przestępczą działalność całej organizacji, na czele której miał zdaniem dziennika stać właśnie Balberman.

19 września 1929 roku w piwiarni Icka Leipcigera na roku ulic Pomorskiej i Wschodniej doszło do pojedynku pomiędzy dwoma czołowymi postaciami Dintojry. Zwycięsko wyszedł z niego Bornsztajn, który zastrzelił przeciwnika, ale podczas ucieczki został złapany w okolicach Placu Wolności przez policję. Jakież musiało być zdziwienie opinii publicznej w Łodzi, gdy podczas procesu sąd uniewinnił zabójcę orzekając, że śmierć Balbermana to skutek koniecznej obrony własnej.
Menachem Bornsztajn zyskał w mieście włókniarzy status nietykalnego.

– Robin Hood z Bałut –

Przy ulicy Sienkiewicza 9, w mieszkaniu państwa Borsztajnów, w styczniu 1931 roku wieku powstało Biuro Próśb i Podań „Obrona”. To tutaj narodziła się legenda łódzkiego Robin Hooda, czy też jak pisał międzywojenny dziennikarz Jakub Gordon – Janosika z Bałut.

Do biura mógł zgłosić się każdy, kto miał trochę pieniędzy i pragnął dochodzić swych, nie zawsze jednoznacznie rozumianych praw. W tym czasie Ślepy Maks cieszył się w łódzkim środowisku – tym zamożnym oraz tym szemranym – tak wielką estymą, że potrafił ponoć załatwić każdą sprawę, choć jak nie trudno przypuszczać mniej interesowała go sprawiedliwość, a bardziej waga trzosa ofiarowanego przez „klienta”.

Biuro „Obrona” zyskało wśród żydowskiej biedoty miano ostatniej deski ratunku, bo zgłaszali się do niego wszyscy oszukani przez kanciarzy, naciągaczy, złodziei i łowców posagu. Jak pisze Wiesław Pierzchała w ciekawym artykule „Jestem Maks. Ślepy Maks” zamieszczonym w „Dzienniku Łódzkim”:
„Za symboliczną opłatą mogli liczyć na pomoc specjalnego patrolu interwencyjnego. Składał się on z kilku potężnie zbudowanych fachowców, którzy uzbrojeni w takie atrybuty urzędnicze, jak noże, kastety i pistolety, wyruszali na pomoc pokrzywdzonym.”

Gdy klientami były „grubsze ryby” niejednokrotnie zdarzało się, że Biuro przyjmowało wynagrodzenie od obu stron konfliktu, a egzekwowało „prawo” na tym, który dał mniej. Oczywiście należy pamiętać, że Ślepy Maks pomagał również ludziom biedniejszym, a jego prestiż i sławę zwiększały słynne przypadki – to dzięki Borsztajnowi światowej sławy skrzypek Bronisław Huberman w ciągu zaledwie jednej doby odzyskał skradzione, bezcenne skrzypce Stradivariusa, do rąk generała Wieniawy-Długoszewskiego wrócił drogi koc z wielbłądziej skóry, a słynna na Bałutach położna Stanisława Leszczyńska (jej proces beatyfikacyjny trwa) odzyskała torbę z narzędziami do porodu.

Ślepy Maks stał się królem podziemnej Łodzi. Bywał w najpopularniejszych łódzkich restauracjach, knajpach i teatrach, spotykał najznamienitsze postaci ówczesnej Łodzi, ponoć kibicował Łódzkiemu Klubowi Sportowemu.
Jak to jednak zwykle bywa w historiach skrojonych na mafijną modłę, jego wszechpotężne panowanie musiało mieć swój kres.

– Koniec króla –

Sława Bornsztajna zaczęła z czasem ciążyć szefom łódzkiej policji i kilku wpływowym postaciom łódzkiej „elity”. Dziesiątki listów obciążających Ślepego Maska wywołało lawinę zarzutów, a koniec końców przyczyniło się do rzeczy wydawałoby się niemożliwej – uwięzienia króla Dintojry. Jego proces rozpoczął się 6 maja 1935 roku w łódzkim sądzie okręgowym przy placu Dąbrowskiego.

W artykule autorstwa Joanny Podolskiej, na który stale się w niniejszym tekście powołujemy, czytamy m.in.:
„Akt oskarżenia liczył 59 stron, a akta śledztwa – 1100 stron. Powołano 150 świadków, wśród nich policjantów, klientów biura, ofiary i pracowników Maksa. Wśród publiczności siedziały „prostytutki, sutenerzy, apasze z Bałut i Chojen, złodzieje i paserzy, pijanice i oprychy, i tandetni eleganci, których dłoni nigdy praca nie splamiła”.”

Proces wywołał sensację nie tylko ze względu na postać oskarżonego, ale i na jego wyznanie. 12 maja 1935 roku Bornsztajn wyjawił, że był konfidentem na usługach łódzkiej policji. Wyszło również na jaw, że bałucki gangster współpracował z inspektorem Alfredem Noskiem, których razem często można było spotkać w popularnych łódzkich knajpach, zwłaszcza w „Tivoli” na Piotrkowskiej. Ślepy Maks wydawał Noskowi „płotki” podziemnej przestępczej Łodzi, w zamian za ochronę organów ścigania i przymykanie oka na niejednoznaczną działalność.

Wobec niezbitych dowodów obaj trafili do więzienia. Władca podziemnej Łodzi został skazany na trzy i pół roku więzienia i na wolność wyszedł dopiero wiosną 1939 roku, gdy nad Polską gromadziły się już czarne chmury idące od strony hitlerowskich Niemiec.

W przytaczanej przez Joannę Podolską relacji z„Gońca Częstochowskiego” czytamy m.in.: „Łódź. Dalszy ciąg procesu Maksa Borensteina uwypuklił rolę tego przywódcy świata podziemnego w Łodzi. Z zeznań świadków okazuje się, że Ślepy Maks wraz ze swymi podwładnymi szantażował, wymuszał, sądził, groził, a nawet bił opornych kupców. Wyroki jego były respektowane przez kupców, właścicieli domów i drobnych przemysłowców. Kojarzył on nawet albo rozwodził małżeństwa. Nawet świadkowie, którzy świadczą teraz w sądzie przeciwko niemu, czynią to z widocznym lękiem”.

(Na zdjęciu: Jedyna zachowana fotografia Ślepego Maksa zrobiona po wojnie)

– Nie chciał zostać obywatelem ZSRR –

Żydzi Polscy do wybuchu wojny nie przyjmowali do wiadomości faktu niemieckiej polityki w kwestii żydowskiej i to pomimo „plotek” dochodzących do Polski z III Rzeszy. Tym bardziej imponować powinna intuicja Menachema, który przewidując przyszłe represje postanowił uciekać do Związku Radzieckiego i zbiegł do Łucka na Wołyniu. Ponieważ jednak nie zamierzał zostawać obywatelem ZSRR, co również w jakimś stopniu pokazuje charakter tego człowieka, trafił stamtąd, wraz z tysiącami Polaków, do kazachstańskiego gułagu. Zdołał przeżyć.

W „Litzmannstädter Zeitung”, gazecie która za czasów okupacji ukazywała się w Łodzi w języku niemieckim, w 1943 roku opublikowano obszerny artykuł o Ślepym Maksie. Według autora tamtego tekstu Bornsztajn miał zginąć jeszcze przed wojną z rąk polskich policjantów. Okazało się to kłamstwem. Do kraju i swojej Łodzi przedwojenny król podziemia powrócił w 1946 roku, jednak jak czytamy w artykule Rafała Geremka, autora książki „Ziemia zwana obiecaną. Opowieści o żydowskiej Łodzi”, opublikowanym w magazynie „Focus Historia”: „Swojej pozycji już nie odbudował, bo nie było Żydów, którymi mógłby rządzić. Poza tym w totalitarnym państwie takiej władzy, jaką miał gangster przed 1939 r., nikt po wojnie nie tolerował.”

– Współpracował z bezpieką? –

Powojenne losy Menachema Bornsztajna obfitują w wiele niejasności i plotek, które stworzyły mitów. Najciekawszy z nich mówi o rzekomej współpracy Ślepego Maksa z Urzędem Bezpieczeństwa. Wedle tej wersji były król łódzkiego „unterweltu” miał się parać donosicielstwem w Nadzwyczajnej Komisji do Walki ze Spekulacją, ale w archiwach IPN-u brak jest jego teczki, choć świadkowie przysięgają, że Bornsztajn był nieustannie nachodzony przez funkcjonariuszy SB.

Po wojnie zatrudnił się, jako portier w zakładach odzieżowych, ale ponoć była to tylko przykrywka, bo żył do końca swoich dni dostatnio, mieszkając na pierwszym piętrze kamienicy mieszczącej się przy ulicy Gdańskiej 26, dzięki zakopanym jeszcze przed wojną dolarom i kosztownościom. Na dwa lata przed śmiercią ożenił się z młodszą o 42 lata Alicją, która ponoć nadal opiekuje się jego skromnym grobem. Ślepy Maks – król podziemnej Łodzi zmarł 18 maja 1960 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim na Bałutach, naprzeciwko mauzoleum Izraela Poznańskiego.

– Co wam bajka powie… –

Najbarwniejsza być może postać przedwojennej Łodzi i zarazem jeden z najciekawszych przestępczych indywiduów II Rzeczpospolitej do dziś budzi wiele kontrowersji.

Analfabeta, który sprytem przewyższał niejednego inteligenta, a umiejętności opowiadania mógł mu pozazdrościć niejeden dziennikarz, czy literat. Wychowany na ulicy złodziei, któremu zdarzało się bezinteresownie pomagać biednym. Morderca i donosiciel, który zdaniem wielu uczciwych Żydów przyniósł wstyd całej łódzkiej społeczności wyznania mojżeszowego. Wreszcie łódzki Al Capone, który tak jak jego potężniejszy i słynniejszy chicagowski odpowiednik, choć był źródłem wielkiego zła, swoimi fascynującymi losami i gorącym sercem stworzył wielką legendę – legendę, którą warto poznać. Należy jedynie pamiętać, że wyjawia się z niej nie romantyczny bohater, a ktoś zupełnie inny.

„Słuchajcie Żydzi, co wam bajka opowie, kamienicznik Lewkowicz od Maksa dostał po głowie”…


Źródła:
– Rafał Geremek, Dintojra to ja w: Focus Historia (marzec 2011 r.)
– Joanna Podolska, Joanna Blewąska, Legenda Ślepego Maksa – herszta i łódzkiego Janosika w: Gazeta.pl
– Wiesław Pierzchała, Jestem Maks. Ślepy Maks w: Dziennik Łódzki (z 20 listopada 2011 r.)
– Materiały Anety Markowskiej (za artykułem Joanny Podolskiej)
– Arnold Mostowicz, Ballada o Ślepym Maksie, Biblioteka „Tygla Kultury”, Łódź 1998
Fot: okładka książki „Legenda o Ślepym Maksie” / plakat spektaklu „Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata”

* * *

Post scriptum

Artykuł o Ślepym Maksie napisałem pod wpływem legendy, która stworzyła wizerunek bałuckiego Janosika. Dopiero wiele miesięcy później, pracując nad książką „Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone” dowiedziałem się, że zarówno ja, jak i wielu innych badaczy dało się uwieść pięknej, z pewnością nie pozbawionej elementów prawdziwych, ale mocno „podkoloryzowanej” bajce.  Zachęcam więc do sięgnięcia po książkę.

Remek Piotrowski

7 komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, PORTRETY

KAPRAL NA MONTE CASSINO

Jan Piotrowski ZdjęcieStraszliwy widok przedstawiało pobojowisko. Naprzód zwały niewystrzelonej amunicji wszelkiego kalibru i każdej broni. Gdzieniegdzie stosy min. Trupy żołnierzy polskich i niemieckich, czasem splecione w ostatnim śmiertelnym zwarciu. Powietrze przesycone wyziewami rozkładających się zwłok. (…) A potem ruiny klasztoru. | Ze wspomnień gen. Władysława Andersa.

Mój pradziadek Władysław Piotrowski, o którego śmierci w obozie Auschwitz pisałem w artykule „Więzień numer 62754” miał brata. Jan Piotrowski, syn Józefa i Julianny z Pakułów, urodził się 26 kwietnia 1905 roku w Łaszczynie, niedaleko Rawy Mazowieckiej. To jedna z tych postaci, która w sposób szalenie dobitny symbolizuje los polskiego żołnierza w okresie II wojny światowej, a ten by wrócić do ojczyzny, musiał pokonać długą i szalenie trudną drogę naznaczoną mogiłami przyjaciół-kompanów.

Historia mojego dalekiego krewnego jest ponadto doskonałym pretekstem do przypomnienia jednej z najbardziej zaciętych bitw II wojny światowej – walk o Monte Cassino, w której to brał udział i został odznaczony Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Gwiazdą Italii. Legendarny II Korpus generała Andersa, w którym służył mój krewny, przelał we Włoszech krew za „wolność naszą i Waszą”, w zamian nie otrzymując od sojuszników niczego, prócz wiecznej chwały.

Italia 1946

– Ucieczka za Andersem –

Kiedy 1 września 1939 roku w godzinach wczesno porannych zastępy hitlerowskich czołgów przekroczyły granicę II Rzeczpospolitej, a Szlezwik-Holstein ostrzelał po raz pierwszy Wojskową Składnicę Tranzytową na Westerplatte rozpoczynając tym samym najbardziej okrutną wojnę w historii nowożytnego świata, Jan Piotrowski znalazł się w Wileńskiej Brygadzie Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Konstantego Druckiego-Lubeckiego, która wchodziła w skład Północnego Zgrupowania Armii „Prusy”, a w nocy z 31 sierpnia na 1 września wyładowała się w Koluszkach i Rogowie z transportu kolejowego.

W składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii (w skrócie WBK) znajdowało się sześć oddziałów (między innymi uznane pułki Ułanów), niestety nie wiadomo, do której konkretnie należał brat mojego pradziada. Ta wielka jednostka kawalerii Wojska Polskiego, chluba naszego oręża, nie mogła sprostać nowoczesnej armii Hitlera, która w Polsce po raz pierwszy udowodniła niszczycielską siłę taktyki Blitzkriegu. Część oddziałów WBK w drugiej połowie września weszły w skład Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. bryg. Władysława Andersa, a podczas przebijania się na Węgry zostały rozbite i otoczone przez nacierającą ze wschodu Armię Czerwoną.

Do sowieckiej niewoli trafiły tysiące polskich żołnierzy, w tym mój krewny. Kapral Jan Piotrowski nie podzielił jednak losu 22 tysięcy pomordowanych przez NKWD w Katyniu. Niżsi rangą żołnierze zostali wysłani bydlęcymi wagonami na wschód i trafili do obozów koncentracyjnych Gułagu. Niewola dobiegła końca wraz z atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki w 1941 roku, po którym, przynajmniej oficjalnie, Polski Rząd na Uchodźstwie w Londynie i władze ZSRR związały się sojuszem, co po zawarciu układu Sikorski-Majski i tzw. amnestii dla obywateli polskich z Rzeczypospolitej, umożliwiło Janowi Piotrowskiemu oraz tysiącom Polaków opuszczenie obozów i trafienie do tzw. Armii Andersa.

Dziesiątkowana przez głód, mróz i malarię Armia, dopiero w okresie ofensywy niemieckiej na Kaukaz i bitwy o Stalingrad uzyskała zgodę Stalina na ewakuację już sformowanych oddziałów do Iranu, Iraku, aż wreszcie Palestyny, gdzie Polacy trafili pod brytyjskie rozkazy i mogli zostać, już jako II Korpus Polski, przetransportowani na front włoski.
Nie dysponuję żadnymi dokumentami, które dałyby wskazówki co do losów Jana Piotrowskiego tym okresie, nie mam jednak wątpliwości, że przebył on całą drogą wraz z Armią Andersa, a na przełomie 1943/1944 trafił do Italii.

Żołnierze

– Czy widzisz te gruzy na szczycie… –

Alianci przez cztery miesiące (od połowy stycznia do połowy maja 1944 roku) bezskutecznie starali się sforsować niemiecką Linią Gustawa – rozciągające się wzdłuż rzek: Garigliano, Rapido, Sangro na długości 130 km, z kluczową pozycją obronną wojsk niemieckich na wzgórzu Monte Cassino umocnienia, które dzięki swemu położeniu, uniemożliwiały dotarcie Aliantom do Rzymu.

Podczas trzech morderczych bitw zadaniu nie sprostali Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Nowozelandczycy i Hindusi. 24 marca 1944 roku gen. Olivier Leese, dowódca brytyjskiej 8. Armii, zaproponował gen. Andersowi, dowódcy 2. Korpusu Polskiego, zadanie przełamania niemieckiej obrony na Monte Cassino, zdobycie klasztoru i otworzenie drogi Sprzymierzonym do Wiecznego Miasta.

Dla bijącego się z myślami Andersa, który zdawał sobie sprawę z sytuacji politycznej i który wierzył, że tylko dzięki obiegającym cały świat zwycięstwami polskiego orężą możliwe będzie zwrócenie uwagi wszystkich narodów na sprawę polską, stało się jasne, że musi podjąć się tego zadania. Choć w głowach pochodzących w dużej mierze z kresów wschodnich żołnierzy, którzy zaczęli zdawać sobie sprawę, że ich rodzinne miasta po wojnie nie będą już należeć do Rzeczpospolitej, a Związku Radzieckiego, kłębiły się złe myśli, nikt nie miał wątpliwości, że Polacy podejmą się swego zadania z pasją.

M Cassino For your freedom

„Ich motywy były równie oczywiste, co proste. Chcieli tylko zabijać Niemców” – wspominał brytyjski oficer, który był świadkiem bitwy o Monte Cassino. Inni dochodzili do podobnych wniosku. Uważali niekiedy, że Polacy gardzą Anglikami i Amerykanami:
„Uważali, że zbyt mało się wszystkim przejmujemy, bo nie dyszymy przez cały czas ślepą nienawiścią do Niemców”.

11 maja Jan Piotrowski i jego kompani poznali rozkaz dowódcy:
„Żołnierze! Kochani moi Bracia i Dzieci. Nadeszła chwila bitwy. Długo czekaliśmy na tę chwilę odwetu i zemsty nad odwiecznym naszym wrogiem. Obok nas walczyć będą dywizje brytyjskie, amerykańskie, kanadyjskie, nowozelandzkie, walczyć będą Francuzi, Włosi oraz dywizje hinduskie. Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego Narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. Niech lew mieszka w Waszym sercu.
Żołnierze – za bandycką napaść Niemców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony wywiezionych Polaków jako niewolników do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę – z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych Bóg, Honor i Ojczyzna.”
– Generał dywizji Władysław Anders

– W piekle –

Dzień później 12 maja 1944 roku o godzinie 1:00 w nocy Polacy zstąpili do piekieł. Rozpoczęła się czwarta bitwa o zdobycie strategicznych pozycji na czele ze wzgórzem Monte Cassino, na szczycie którego znajdował się średniowieczny, zabytkowy klasztor – po marcowych bombardowaniach Aliantów zrównany niemal z ziemią.
Ten szaleńczy bój porównywany jedynie z bitwą pod Stalingradem, Inwazją w Normandii i Powstaniem Warszawskim pochłonął do momentu polskiego ataku ponad 50 tysięcy istnień – wśród żołnierzy alianckich i niespełna 20 tysięcy Niemców.

Polacy mieli naprzeciw siebie najlepszą, zdaniem wielu fachowców, jednostkę II wojny światowej. Niemiecka 1 Dywizja Spadochronowa pod dowództwem generała Heidricha, choć wykończona czteromiesięczną bitwą, nadal stawiała nieludzki wręcz opór.
„Niektórzy wygrzebali się na powietrze tylko po to, by ponownie zostać pogrzebanym… Całe sekcje legły pokotem pod bombami… wszyscy zatykali sobie uszy, a większość przemieszczała się w zwartych szykach tak, by uniknąć rozproszenia podmuchem detonacji” – wspominał po latach piekło Monte Cassino jeden z niemieckich żołnierzy.

„Piekło” to bodaj najczęściej używane pojęcie w odniesieniu do tego, co działo się podczas decydujących uderzeń na masyw w maju 1944 roku.
„Rozpętało się piekło – wspominał kapral Zbigniew Fleszar. – Między nami zaczęły rozrywać się pociski ciężkiego kalibru. (…) Wybuchy brzmiały jak odchrząkiwania jakiegoś olbrzyma. Miałem niezwykłe pragnienie – stać się jednym z najmniejszych kamyków pod jedną z największych skał”.

Pełen przejęcia opis tamtych dni zapisał również Feliks Konarski – autor legendarnej pieśni „Czerwone maki nad Monte Cassino”, który jadąc ciężarówką, z oddali śledził bitwę.
„Momentami błyski następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że tworzyły na ogromnej połaci czarnego nieba jedno długie białe pasmo. Tam jest Monte Cassino. Tam dzieje się coś, czego jeszcze w tej chwili nie mogę objąć myślą. Wyczuwam tylko, że gdzieś pod białym pasmem rozwarło się piekło. Tam oni biją się o klasztor… Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy… (…) I nagle… Samo przyszło… Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje, jak szczur / Musicie… Musicie… Musicie / Za kark wziąć i strącić go z chmur (…)”

„Czerwone maki” staną się czymś więcej niż piosenką. Po wojnie będzie to utwór, przy którym, jak przy hymnie, należało zachować powagę i nie wolno było tańczyć, zresztą stopień emocji, jaki towarzyszył słynnej pieśni znakomicie oddaje kultowa scena wykonania „Czerwonych maków” w filmie Andrzeja Wajdy „Popiół i diament”, w której grany przez Zbigniewa Cybulskiego Maciej Chełmicki pije za pamięć kolegów podpalony spirytus.

PozwolenieKonarski był wieziony w okolice Monte Cassino ciężarówką. Być może tą samą, którą jeździł mój krewny. Kapral Jan Piotrowski uzyskał jeszcze w marcu 1943 roku pozwolenie na prowadzenie wojskowych samochodów ciężarowych, a jeden z dokumentów sugeruje, że należał do Kampanii Warsztatowej 2 Brygady Czołgów. Ponieważ jesteśmy pewni, że znajdował się w tamtych dniach wraz z II Korpusem pod Monte Cassino nasuwa się pytanie: Czy bezpośrednio, czy tylko pośrednio brał udział w bitwie? – Warto pamiętać, że w pewnym momencie szaleńczych, często toczonych w nocy, walk o Monte Cassino polscy dowódcy nie chcąc tracić cudem wywalczonych pozycji posyłali do ataku wszystkich podopiecznych – z kierowcami i kucharzami na czele. Czy jednak kapral Jan Piotrowski starł się w wrogiem pośród stromych skał niezdobytych wzniesień – nie wiem – choć przyznane potem odznaczenia mogą sugerować, że co najmniej znajdował się bardzo blisko najważniejszych wydarzeń i niewątpliwie przyczynił się do ostatecznej wiktorii.

Po pierwszym zakończonym fiaskiem natarciu Polacy ponowili atak wieczorem 16 maja. Zażarte walki ze spadochroniarzami, brak amunicji i zapasów, a do tego zalewający wszystko ogień artylerii niemieckiej, spowodował, że w szeregach Polaków pojawiły się oznaki histerii. I gdy wydawało się, że nic już nie uratuje załamanych żołnierzy wydarzyło się coś, co nie mieści się w rozumowych ramach pojmowania tego świata.
„Któryś z żołnierzy wolno staje na nogi, a potem siada po turecku, jakby był w parku. Słychać strzał i pada martwy. Inni, kuląc się bezradnie, zaczynają rzucać w Niemców kamieniami. I nagle, nie do wiary, ktoś (sierżant Czapliński) zaczyna śpiewać polski hymn narodowy: <>. Wszyscy żołnierze przyłączają się do chóru na szczycie Colle Sant’ Angelo, góry śmierci”.

Polacy utrzymali pozycję, a drugi atak przyniósł przełom na polskim odcinku: zdobyto i utrzymano „Widmo”, „593”, „Monte Castellone” i „Massa Albaneta, co w połączeniu z brytyjskim manewrem zadecydowało o ucieczce Niemców o 15 kilometrów w głąb Półwyspu Apenińskiego, na tzw. „Linię Hitlera”. Polacy przechwycili meldunek niemiecki o wycofaniu się z klasztoru.

PolishFlagMonteCassino2– Biało-czerwona flaga nad Monte Cassino –

Nazajutrz pułkownik Łakiński dostrzegł zetkniętą w ruiny klasztoru białą flagę i po przekazaniu tej niewiarygodnej informacji przełożonym na szczyt wysłano patrol z 1. Szwadronu 12 Pułku Ułanów Podolskich pod dowództwem podporucznika Kazimierza Gurbiela (na początku patrol miał pochodzić z piechoty, ale z wykończonych bitwą oddziałów nikt nie był w stanie ruszyć w drogę).

Gdy Polacy znaleźli się w klasztorze ich oczom ukazał się przerażający widok. Smród rozkładających się ciał, przysypanych gruzem, nierzadko leżących w śmiertelnym zwarciu, gdy śmierć następowała w momencie walki wręcz na bagnety, w połączeniu z ruinami średniowiecznego klasztoru, pozbawionym głowy posągiem Świętego Benedykta i przerażonymi na widok Polaków kilkunastoma rannymi niemieckimi żołnierzami mógł odebrać rozum. Monte Cassino zostało zdobyte.

O godzinie 9.50 Gurbiel wbił gałąź z naprędce uszytym proporcem 12. Pułku Ułanów Podolskich (zszytym z flagi Czerwonego Krzyża i chustki do nosa), a wkrótce na szczycie zawisła również i biało-czeerwona flaga. W samo południe na ruinach klasztoru Monte Cassino polski żołnierz, plutonowy Emil Czech, odegrał na ruinach klasztoru hejnał mariacki, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy.
„Coś ścisnęło mnie za gardło, gdy wśród pobrzmiewającego echem huku dział dobiegły z opactwa dźwięki hejnału. (…) Ci żołnierze, zahartowani w wielu bitwach, którzy aż za dobrze poznali wstrząsającą rozrzutność śmierci na zboczach Monte Cassino, płakali jak dzieci, gdy po latach tułaczki usłyszeli nie z radia, ale z dotąd niezwyciężonej niemieckiej twierdzy głos Polski, melodię hejnału”.

Opanowanie Monte Cassino umożliwiło Brytyjczykom wejście w dolinę rzeki Liri, a w konsekwencji uderzenie na Rzym. Pierwsza europejska stolica została uwolniona spod jarzma hitleryzmu 4 czerwca. Opanowanie Wiecznego Miasta zajęło więc zaledwie dwa tygodnie. Zdobycie Monte Cassino – cztery miesiące.

Nie mogą zatem dziwić słowa generała Harolda Alexandra, dowódcy 15 Grupy Armii, który skierował do 2 Korpusu Polskiego rozkaz, w którym dziękował im za zwycięstwo:
„Żołnierze 2 Polskiego Korpusu! Jeżeliby mi dano do wyboru między którymikolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Was – Polaków.”

2 Korpus Polski

– Przechodniu powiedz… –

Zbudowany na płaskim odcinku terenu pomiędzy Monte Cassino i wzgórzem „593” Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w miejscu, którym szły główne natarcia 3 Dywizji Strzelców Karpackich i skąd po bitwie miały zakwitnąć maki „czerwieńsze, bo z polskiej wzrosły krwi”. Jest to jeden z najważniejszych dla Polaków miejsc pamięci narodowej. Setki krzyży ozdobiono różańcami oraz dwoma sentencjami: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie” oraz „Za naszą i waszą wolność my żołnierze polscy oddaliśmy Bogu ducha, ciało ziemi włoskiej, a serca Polsce”. Spoczywa tu 1072 poległych żołnierzy Rzeczypospolitej, w tym pochowany na własne życzenie w 1970 roku generał Władysław Anders.

Jan Piotrowski, uczestnik tych niezwykłych wydarzeń, został odznaczony m.in.: Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Gwiazdą Italii.

Legitymacja Krzyż pamiątkowy Monte Cassino
Po zakończeniu wojny wyemigrował do Szkocji, skąd wrócił do mieszkającej w Polsce żony Marii (z domu Lesiak) i dwójki dzieci (Zenona i Aleksandry). W przeciwieństwie do wielu walczących w Armii Polskiej na Zachodzie, którzy po wojnie zdecydowali się wrócić do rządzonego przez komunistów kraju, miał sporo szczęścia. Nie był szczególnie represjonowany – co tydzień musiał jedynie meldować się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Zmarł w 1956 roku i pochowany jest w rodzinnej miejscowości w Łaszczynie.

Źródła
– Mathew Parker: Monte Cassino: Opowieść o najbardziej zaciętej bitwie II wojny światowej. Przekład Robert Bartołd. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2005. ISBN 83-73-01615-5.
– Gazety Wojenne, nr 56 („Monte Cassino”)
– Władysław Anders, Bez ostatniego rozdziału, Londyn 1949.
Foto: własne (archiwum rodzinne)

Artykuł może być aktualizowany w skutek poznania nowych faktów lub w wyniku sprostowań.

* * *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY