Category Archives: RECENZJE

Recenzje filmów, książek, spektakli i imprez z historią w tle.

WOBEC NADCHODZĄCEJ DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ – Władysław Studnicki (quasi-recenzja)

„Przy zbrojnej neutralności Polski Rosja sowiecka niemal traci szanse zdobyczy terytorialnych w Europie, zwiększających jej wpływy. Wielka Brytania, wciągając Rosję do przymierza, musi jej za to przymierze zapłacić. Naturalną zapłatą są ziemie wschodnie Rzeczypospolitej Polskiej.” | Władysław Studnicki, Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej, Universitas, Kraków 2018, s. 131.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

ZANIM POWSTAŁA LIGA – Paweł Gaszyński

„Niemile uderzało widzów humorystyczne zachowanie się trenera Cracovii. Po pierwszym goalu, wylatuje ten pan na boisko i na głos krzyczy do kapitana swojej drużyny: „verteidigen” [bronić – przyp. PG] (!), a co przecież wobec wczorajszej świetnej gry Cracovii było zbyteczne. Tak samo ciągłe jego okrzyki i wykrzykniki śmieszne pod adresem swoich graczy niemile raziły i denerwowały widzów, a nie mniej zapewne i graczy.” |”Gazeta Poranna”, nr 5988 z 24.08.1921, s. 6 [w:] Paweł Gaszyński, Zanim powstała liga… t. III: sezon 1921, cz.1, s. 33.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

„GIBRALTAR. TAJEMNICA SIKORSKIEGO” – Dariusz Baliszewski (quasi-recenzja)

„Tego dnia historia otrzymywała do przyjęcia na wiarę jeden z najdziwniejszych chyba wypadków lotniczych w dziejach lotnictwa – ze startującego samolotu wypadły worki z pocztą, zablokowały się stery wysokościowe, które ani teoretycznie, ani praktycznie nie mogły się zablokować, wszystkie ofiary, a nikt nie wie, ile ich było, zginęły na skutek śmiertelnego urazu głowy […]” | Dariusz Baliszewski. Gibraltar. Tajemnica Sikorskiego, RYTM, Warszawa 2017, s. 138.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

SKAZANE NA ZAPOMNIENIE. POLSKIE AKTORKI FILMOWE NA EMIGRACJI – Grzegorz Rogowski (quasi-recenzja)

„[…] To okrutny los chciał inaczej. Jej przyjaciółka Irena Hradyska, z którą mieszkała w polskim pensjonacie w Indiach, krótko po jej śmierci napisze trafnie: Utalentowana artystka zeszła ze świata tak cicho, jak cicho zeszła ze sceny…| Grzegorz Rogowski, Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji, Muza, Warszawa 2017, s. 463.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

WYKLĘTA ARMIA. ODYSEJA ŻOŁNIERZY ANDERSA – Kacper Śledziński (quasi-recenzja)

„Państwo to nie tylko abstrakcyjna nazwa z barwami narodowymi i godłem w tle, którym można rzucać jak elementem układanki, byle tylko dopasować je do pozostałych elementów. Państwo to ludzie, ich wspomnienia i groby przodków; to ich tradycja i historia; to korzenie wrosłe w terytorium. Państwo to emocje. „| Kacper Śledziński, Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa, Znak Horyzont, Kraków 2017, s. 486.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiadu gen. Reinharda Gehlena [opis książki]

polskie-podziemie-w-oczach-wroga„W tej woli oporu i zwycięstwa niektóre czynniki uwidaczniają się szczególnie mocno. Jest to przede wszystkim tęsknota za pełnią życia oraz różnorodnymi możliwościami jej doznania. Tam gdzie Polakom ogranicza się te możliwości, tam gwałtownie wybucha jego sprzeciw.” | Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiady gen. Reinharda Gehlena, Wydawnictwo M, Kraków 2016, s. 165.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

ROTMISTRZ PILECKI I JEGO OPRAWCY – Tadeusz M. Płużański (quasi-recenzja)

Pilecki-i-jego-oprawcy-okladka-360x509„Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje. Tak bohater dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej – rotmistrz Witold Pilecki odpowiedział na rozkaz generała Andersa, aby ewakuował się z Polski do Włoch. Te słowa powinny być dla nas drogowskazem. Bez względu na konsekwencje…”
[Tadeusz M. Płużański, Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy, Fronda, Warszawa 2015, s. 262.]

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

PROCES NORYMBERSKI. TRZECIA RZESZA PRZED SĄDEM – Joe J. Heydecker, Johannes Leeb

Proces„[…] Dr Seidl: – Tydzień przed wybuchem wojny i trzy dni przed planowaną koncentracją wojsk przeciw Polsce między obu państwami został jeszcze zwarty tajny układ.

Przewodniczący trybunału, sir Lawrence: – Doktorze Seidl, mam nadzieję, że nie zapomniał pan obowiązującej procedury i zdaje sobie sprawę, że nie jest to właściwa pora na wygłaszanie przemówień?

Dr Seidl:- Nie zamierzam wygłaszać przemówienia, zamieszam jedynie powiedzieć kilka słów tytułem wprowadzenia do dokumentu, który przekażę trybunałowi. […]”

[Joe J. Heydecker, Johannes Leeb, Proces Norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem, RM, Warszawa, 2015, s. 246.]

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

LOSY SKOCZKA – Jerzy Feliks Szymański

losy sNiepublikowane dotąd wspomnienia Jerzego Feliksa Szymańskiego to zajmująca lektura, nawet jeśli samemu bohaterowi trudno zyskać naszą sympatię, a w pewnym momencie także zaufanie. Człowiek, który zetknął się w swoim życiu z wieloma ważnymi postaciami decydującymi o losach Polski, który znalazł się w samym centrum wydarzeń, snuje pisaną żywym językiem opowieść o swoich przeżyciach zdradzając kulisy małej i dużej historii. Całość skłania do refleksji na temat skomplikowanych niejednoznacznych dziejów Polaków.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

ANODA. KAMIEŃ NA SZAŃCU – Piotr Lipiński

Anoda„Polscy komuniści wkroczyli właśnie w najkrwawszy okres swoich rządów. Rozprawiali się z opozycją. Zamykali w więzieniach żołnierzy Armii Krajowej – bohaterów II wojny światowej. Oskarżali ich o próbę obalenia ustroju albo współpracę z hitlerowcami. Zarzuty bywały wyimaginowane i absurdalne.
Janka aresztowali w Wigilię 1948 roku.” | Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015, s. 7.

Piotr Lipiński, ceniony reporter historyczny, autor m.in. książek  Humer i inni oraz Raport Rzepeckiego, na początku swojej opowieści o Janie Rodowiczu przyznaje, że niełatwo napisać biografię postaci tak pozytywnej jak „Anoda”. A jednak efekt jego pracy jest znakomity – otrzymujemy nie hagiografię i nie pean na cześć pomnika, a zajmującą opowieść o zwyczajnym chłopaku, którego wojna poddała okrutnej próbie, a on tę próbę zdał celująco.

Narracja w książce Lipińskiego przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z reportażem-biografią – opowieścią o dzieciństwie Rodowicza, okresie spędzonym w szkole imienia Stefana Batorego, przygodzie z harcerską słynną „Pomarańczarnią”, życiu w makabrze okupacji niemieckiej, działalności w ramach małego sabotażu, Grupach Szturmowych Szarych Szeregów, akcji pod Arsenałem, wreszcie – powstańczym szlaku i próbach uporządkowania sobie życia po tak zwanym wyzwoleniu.

I choć Jan Rodowicz „Anoda” istotnie był legendą Szarych Szeregów i to on, co wydawca przypomina w zapowiedzi książki, pierwszy rzucił butelkę z benzyną pod Arsenałem, a potem został jednym z najsłynniejszych żołnierzy AK, to w trakcie lektury nie odnosi się wrażenia, że obcujemy oto z jakąś papierową sylwetą. Wprost przeciwnie.

Skłonność bohatera do płatania figli kolegom (o wielu wygłupach Rodowicza przeczytałem tu po raz pierwszy); jego pasje, słabości oraz niezwykłe usposobienie do ludzi i życia wydatnie w tym Lipińskiemu pomogły, ale iluż autorów uległoby pokusie i zbudowałoby wizerunek sztuczny, oparty na patosie. Reporter poszedł na szczęście inną drogą.

„Anoda” był, tak się przynajmniej zdaje, niezwyczajnie zwyczajnym młodzieńcem – utalentowanym i szalenie inteligentnym, ale przecież nie ubiegającym się o miejsce w panteonie bohaterów narodowych. To, że się w nim faktycznie znalazł to już wynik podejmowanych przez niego w trakcie wojny decyzji, umiejętności „czytania” ludzi, własnego charakteru, bez wątpienia i odwagi. Jest chłopakiem, z którym, pisze Lipiński, po prostu ma się ochotę zakumplować.

Poznajemy, czy też przypominamy sobie dzięki tej książce nie tylko dokładny życiorys „Anody”, ale i okoliczności jego tragicznego końca – równolegle bowiem prowadzi Lipiński opowieść o śmierci żołnierza. Jej okoliczności budzą wątpliwości do dziś.

Urząd Bezpieczeństwa przyszedł po niego w Wigilię 1948 roku. Dwa tygodnie później Rodowicz już nie żył, a według oficjalnej wersji, przy której komuniści upierali się do końca – popełnił samobójstwo skacząc z okna budynku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy Koszykowej. Trudno w to uwierzyć i to z kilku powodów…

Opowieść o ostatnich godzinach życia Rodowicza i tym, co działo się po jego śmierci jest wielowątkowa i ma kilku bohaterów. Autor podjął mnóstwo tropów (niektórych fałszywych, innych przybliżających do poznania prawdy) i dotarł do ważnych świadków – lekarzy, którzy przeprowadzili sekcję zwłok, narzeczonej i zarazem pierwszej wielkiej miłości Rodowicza, kolegów z AK, współwięźniów i co najważniejsze – podejrzanych o zbrodnię funkcjonariuszy UB mocno w całą sprawę „Anody” zamieszanych. Zeznania tych ostatnich są najciekawsze i być może (zapewne wbrew ich intencji) odkrywają najwięcej prawdy. Ktoś tu z nich kłamie, ktoś sprowadza dziennikarza na manowce…
Tego, co zdołał ustalić Lipiński i na ile zbliżył się do prawdy w trakcie prowadzonego przez siebie dziennikarskiego śledztwa ze zrozumiałych powodów nie ujawnię.

Być może niektórzy wytkną autorowi książki, że wiele podanych w książce faktów – zarówno tych odnoszących się do jego życia, jak i tych dotyczących śmierci – znanych było już wcześniej (przytaczane są na przykład w ciekawym teatrze telewizji pod tytułem Pseudonim Anoda, a trafić można na nie studiując inne książki i artykuły prasowe).
To prawda, ale moim zdaniem wartością samą w sobie jest w tym przypadku powstanie książki o Rodowiczu i tym samym przypomnienie współczesnym jego postaci; a także – refleksja nad całym pokoleniem, tak przecież poniżanym najpierw przez narodowy socjalizm z zachodu, a potem przez komunizm ze wschodu.

Lektura tej książki dostarcza wzruszeń i nie są to wzruszenia łatwe. Są autentyczne, choć jak wspomniałem, osobom zaznajomionym z dziejami Jana Rodowicza, będą, jeśli można się tak wyrazić, w dużej mierze znane.
Co ważne (nie wiem, czy taki był akurat zamysł autora) lektura ta prowokuje do zadania kilku ważnych pytań, między innymi dotyczących kwestii odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w imieniu Polski Ludowej, za które pomimo dwudziestu sześciu lat suwerenności nikt, ani z elit rządzących tamtym systemem, ani nikt z szeregów wcielających w życie ponury terror nie poniósł kary.
I to, obok śmierci bohatera, jest w całej opowieści o „Anodzie” najtragiczniejsze, a kiedyś, jestem pewien, odbije się czkawką.

[Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015]

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

1945. WOJNA I POKÓJ – Magdalena Grzebałkowska

okladka_3d_1945„Klara jeszcze nie wie, że uzbrojeni ludzie to polscy policjanci. I nie wie też, że do domu jej i sąsiadów wprowadzają się właśnie milczący ludzie z wozów. Wchodzą do jej kuchni, dotykają ciepłego jeszcze pieca, kładą się na jej haftowane poduszki i strącają ze ściany jej zdjęcia w tradycyjnym stroju śląskim.
Nie ma pojęcia, że od kilkunastu tygodni koczowali na błoniach pod Opolem. Mokli na deszczu, usychali w słońcu, chorowali, głodowali, umierali. I były ich tysiące. Oni też zostali wyrzuceni z domów. Bo w ich rodzinnych wsiach, które do tej pory były Polską, teraz jest Związek Radziecki.” [Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, s. 294.]

Trwająca dwanaście miesięcy podróż, którą odbywamy wraz z bohaterami książki Magdaleny Grzebałkowskiej to niezwykle zajmujące świadectwo dziejów zwykłych ludzi próbujących przetrwać na ziemiach – już nie okupowanych przez Trzecią Rzeszę i w gruncie rzeczy dopiero zajętych przez nowe komunistyczne władze; de facto więc – ziemiach tak naprawdę jeszcze niczyich, zniszczonych i naznaczonych piętnem dwóch totalitaryzmów.

Autorka bestsellera „Beksińscy. Portret podwójny” korzysta z wydanych przed laty wspomnień, przede wszystkim zaś dociera do świadków i rusza tropem historii, o której milczą kroniki i historyczne publikacje. Oddaje przy tym głos nie osobistościom z pierwszych stron gazet, a udręczonym przez różne koleje losu zwykłym ludziom i dzięki temu wypełnia, zdaje się, ogromną lukę.

Ruszamy zatem wraz z pierwszą bohaterką książki szabrowniczym szlakiem, bezwstydnie, acz z ciekawością rozgrzebując dobytek niemieckich rodzin, które po wkroczeniu Armii Czerwonej opuściły „Ziemie Odzyskane”. Odbywamy wraz z Heinrichem Henseleitem i jego najbliższymi dramatyczną podróż z Prus Wschodnich po skutym lodem Zalewie Wiślanym. Próbujemy odzyskać z warszawiakami znajdujący się pod gruzami i utracony po Powstaniu dobytek. Poznajemy codzienne problemy przesiedleńców ze wschodu…

Bezduszność nowych władz, chaos, deprawacja, egoizm, głód, handel wymienny, cuchnące uryną mieszkania pozbawione dachu i mebli, od czasu do czasu życzliwy uśmiech bliźniego i dobre słowo – wszystko to tworzy trudny do wyobrażenia, a jakże autentyczny krajobraz po apokalipsie, w którym nie ma miejsca na patos i egzaltację bólu – jest natomiast godna podziwu (mimo wszystko) walka jednostki o przetrwanie – walka o odnalezienie bliskich, o zajęcie lepszego mieszkania po niemieckiej rodzinie, o zdobycie kubka, paczki papierosów, flaszki wódki, kawałka chleba, nowych butów.

Wojna jest tutaj pewnego rodzaju symbolem starego świata, który choć pełen okropieństw stanowił status quo i rządził się, obrzydliwymi co prawda, ale jednak prawami. Tak zwany zaś pokój to wielka niewiadoma tego, co przyniesie kolejny dzień, wizyta w opuszczonym domu, natknięcie się na patrol milicji obywatelskiej lub czerwonoarmistów. Wszystkie pojęcia mieszają się, nie pozwalając uporządkować i zdefiniować rzeczywistości na nowo. Sroga lekcja historii.

Co ważne i godne podziwu, Grzebałkowska zdołała z niesłychaną wprawą przekazać nie tylko niezwykłe losy ludzi, po których historia przejechała się fest, ale oddała w sposób wiarygodny towarzyszące im wówczas emocje – drobne radości, rozpacz, zagubienie i dominującą tu mimo wszystko chęć życia.

Historia Kaszuba Stanisława Szroedera – dezertera z Wehrmachtu, historia wychowanków otwockiego domu dziecka dla ocalonych z Holokaustu, kariera pierwszego po wyzwoleniu prezydenta Katowic – Bolesława Drobnera, dzieje komendanta Obozu Pracy dla Niemców w Łambinowicach – Czesława Lęborskiego, czy Lucie Rybandt, która przeżyła katastrofę okrętu „Wilhelm Gustloff” – bez względu na moralną ocenę każdego z wymienionych bohaterów ma wspólny mianownik – jest nim działanie.

Bohaterowie książki Grzebałkowskiej poza tym, że są często stawiani przed faktem dokonanym podejmują walkę, a śledzenie jej jest trzeba przyznać rzeczą fascynującą. To nie rzucone na kolana ofiary z „Medalionów” Nałkowskiej, a silni, zdeterminowani i gotowi na wiele (także złego) ludzie próbujący wziąć sprawy w swoje ręce, choćby w takim stopniu, na ile było to w roku 1945 w ogóle możliwe.

Bardziej w tym przedmiocie kompetentni ode mnie badacze tematu zauważą w „1945. Wojna i pokój” inne godne uwagi  tropy, spojrzą też zapewne na sprawę z większą przenikliwością, niemniej nie mam wątpliwości, że tytuł ten zainteresuje każdego miłośnika historii dwudziestego wieku.
A jeśli jest coś, co budzi moje wątpliwości to pewien nie do końca dla mnie klarowny wydźwięk związany z oceną „nowej władzy”, która nieśmiało przebija raz na jakiś czas, ale po pierwsze – nie to jest przedmiotem tej książki, a po drugie – może to  autor tej quasi-recenzji jest na tym punkcie przewrażliwiony i źle interpretuje pewne zamierzone niedomówienia.
Książkę Magdaleny Grzebałkowskiej polecam z czystym sumieniem.

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

MIASTO 44 (quasi-recenzja)

plakat0Być może największą wartością tego filmu jest to, że nie da się o nim zapomnieć, że drażni, że nie daje zasnąć, że przeszkadza i uwiera. Jeśli dzięki temu historia Powstania Warszawskiego zostanie lepiej zapamiętana zarówno w Polsce jak i zagranicą, „Miasto 44” spełni swoją rolę.

Komasa w niektórych momentach irytująco brnie w infantylizm, broniąc się przed romantycznym patosem ogrywanym w wielu polskich produkcjach historycznych i zarazem wpadając z jednej pułapki w drugą. Na samym jednak końcu jest coś, co przechyla szalę zwycięstwa na stronę reżysera. Zdaje się, że dziś taka właśnie stylistyka i język przemówi najlepiej do młodego pokolenia. Stąd zapewne ilość scen, scen zapewne nie do przełknięcia dla starszego widza, nawiązujących do gier komputerowych, filmów z zombie, czy kina gore.

To ryzykowane puszczenie oka, niemniej spełniło swoją rolę. Byłoby dalece niestosowne, gdyby reżyser wykorzystując te elementy próbował zadrwić z Powstania i Powstańców, czy też uczynić z nich abstrakcyjną artystyczną wizję. Ale nie ironia, czy efekciarstwo przyświecało Komasie podczas kręcenia sceny w kanałach (skądinąd dla mnie jednej z dwóch najmniej udanych w filmie, ale to już wyłącznie kwestia gustu), czy tej umiejscowionej na cmentarzu, gdy Stefan przy dźwiękach znanej piosenki Czesława Niemena ucieka przed niemieckimi kulami.
To, jak sądzę, było w dużym skrócie próbą przetłumaczenia nieprzetłumaczalnej dziś prawdy o emocjach Powstania za pomocą języka, które nie zrazi, a wręcz zachęci; przyciągnie uwagę dwudziestolatków i trzydziestolatków.

A ponieważ twórcom udało się skompletować kapitalną (!) obsadę aktorską (Pawłowski, Wichłacz, Próchniak są na wskroś autentyczni, za co należy im się uznanie) i związać całość niezłym scenariuszem i rzecz jasna znakomitymi efektami specjalnymi (a i to prosił się zawsze film o Powstaniu Warszawskim)  – efekt należy docenić i zachęcać, aby zapoznali się z nim inni.

Argumentem „za” są opinie Powstańców, którzy ujrzeli w filmie i siebie, i tamtą Warszawę. Argumentem „za” są i emocje, czasami nawet bardzo złe, ale przez to oddające sporą część prawdy o tamtych dniach sierpnia, września i października. Po raz ostatni „zawierzyłem” filmowi w podobny sposób wiele lat temu, podczas seansu „Katynia” Andrzeja Wajdy.

„Miasto 44” nie spełnia jeszcze mojego (a więc subiektywnego) marzenia o fresku historycznym – nakręconym bez zadęcia, zbędnego patosu, ale za to ze zrozumieniem dla Powstańców i podejmowanych przez nich decyzji. Niemniej film Komasy staje się z miejsca jedną z najważniejszych w historii polskiej kinematografii produkcją na temat Powstania Warszawskiego. Produkcją, mimo kilku kontrowersyjnych rozwiązań i paru infantylnych (bądź niezrozumianych przeze mnie) scen, bardzo udaną.
A jeśli i dzięki niemu przetrwa święta pamięć o Powstaniu i jego ludziach to niech tak będzie.

Może tylko szkoda, że zabrakło tu miejsca na powstańczą prasę, pocztę polową, radiostację „Błyskawica” i kilka innych ważnych epizodów Powstania. [Powstania, które biorąc pod uwagę ilość ofiar nie powinno wybuchnąć, ale które wybuchnąć po prostu musiało, bo decyzja o nim została podjęta nie w lipcu 1944, a była konsekwencją wielu tak naprawdę lat i postaw ówczesnych Polaków]. Szkoda wreszcie, że nie podjęto w dostateczny sposób kwestii zdrady mocarstw zachodnich, choć być może to rola nie filmu fabularnego, a telewizyjnych dokumentów.

Zachęcam, aby po (lub przed) obejrzeniem filmu odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, obejrzeć dokument lub przeczytać choć jedną wartościową książkę na ten temat. Pozwoli to na „zachowanie proporcji” w rozumieniu niełatwej prawdy o Powstaniu – dokument „Bitwa o Warszawę” Discovery, lub  książki „Powstanie 44” Daviesa, czy „Dni walczącej Stolicy” Bartoszewskiego nadają się do tego idealnie.

Remek Piotrowski

 

7 Komentarzy

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

POWSTANIE WARSZAWSKIE – quasi-recenzja

PW filmTego filmu nie sposób wartościować, a siląc się na krytyczno-teoretyczne analizy jakim poddawane są inne filmy można co jedynie trafić kulą w płot i narazić się na śmieszność. Tego filmu się nie ogląda. Ten film się  p r z e ż y w a. Tylko tyle i aż tyle.

Muzeum Powstania Warszawskiego wyprodukowało „Powstanie Warszawskie”, ponoć pierwszy na świecie wojenny „dramat non-fiction”, który (uwaga!) został w całości zmontowany z nagrań archiwalnych.

Arcytrudna praca polegająca na pokolorowaniu tysięcy klatek filmowych, dodaniu dźwięków otoczenia, odczytaniu z ruchów warg słów pojawiających się w kadrze postaci – poraża i wbija w fotel. Zwłaszcza tych, którzy pokazane w filmie fragmenty znają na pamięć z telewizyjnych dokumentów.

Dotąd  biało-czarni, wycięci niczym z kartonu bohaterowie tamtej Warszawy stają przed nami po raz pierwszy ot tak – prawdziwi, przerażająco niekiedy autentyczni, zrywający barierę pomiędzy widzem z dziś – a historycznym obrazkiem z dalekiej przeszłości. Barierę, którą dopiero ten film potrafił pokonać „uwiarygodniając” poszarpane stare kroniki.

Twórcy „Powstania Warszawskiego” wskrzesili Warszawę 44 obdarowując ją życiem, by potem raz jeszcze pod gradem kul i ognia zrównać ją z ziemią. I zrobili to nie dla utrwalania męczeńskiego mitu, ale dla ukazania Powstania  p r a w d z i w e g o. Udało się pomimo oczywistych trudności związanych z zawiązaniem strony fabularnej obrazu, osnutej tu wokół historii dwóch braci – kronikarzy powstania, dzięki którym w całość połączono scenki dokumentujące życie i walkę w powstańczej Warszawie.

Nie do końca rozumiem zarzuty co poniektórych krytyków narzekających na stronę dialogową „Powstania Warszawskiego”. Recenzentów wypominających dziełu infantylizm oraz brak spójności przedstawionej historii.
Owa fabuła jest tu przecież wyłącznie pretekstem do zobaczenia (czy może bardziej dotknięcia) miasta i ludzi. A miasto to nigdy aż tak mocno nie pulsowało życiem (i śmiercią), nigdy tak nie porażało swą niewymowną grozą.

Tutaj nie ma aktorów, a każda z postaci to człowiek z krwi i kości, za którym (mimo inscenizowanych scenek) idzie prawdziwa, jedyna w swoim rodzaju historia. To ta świadomość dodaje całości niewyobrażalnej mocy i to ona jest tu najważniejsza.
To dzięki „ludzkiemu wymiarowi” ten niezwykły filmowy eksperyment nie tylko się broni, ale góruje nad większością wojennych hitów rodem z Hollywood.

Ganić „Powstanie Warszawskie” za infantylne dialogi i niespójną historię? To trochę tak, jakby zarzucać rzeczywistości, że potoczyła się tak, a nie inaczej, to jakby narzekać na to, że nagrany przed kamera chłopak zachowałby się zbyt mało widowiskowo.
Ten projekt miał tylko jedno główne zadanie – miał pozwolić widzowi przejść się po powstańczej Warszawie, pozwolić wyczuć emocje, które zginęły wraz z fizycznym upadkiem miasta i jego bohaterów.

„Powstanie Warszawskie” to nie film fabularny, to być może nawet nie dokument. Decydując się na ten seans – seans bez znieczulenia – przeniesiecie się w czasie. A choć podróż to bardzo trudna, nie można jej sobie darować.

– Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

KAMIENIE NA SZANIEC – quasi-recenzja

KamienieRobert Gliński w „Kamieniach na szaniec” stanął w połowie drogi pomiędzy: z jednej strony – książką Aleksandra Kamińskiego, faktami i filmem Łomnickiego i z drugiej strony – chęcią przekonania do siebie młodszej widowni.

Półśrodki rzadko bywają trafnym rozwiązaniem, niemniej wydaje się, że reżyser podejmując niełatwy przecież temat wyszedł z tej potyczki  obronną ręką, co nie znaczy, że można się w tym filmie doszukać kilku fałszywych tropów.

Muzyka skąpana w gitarowych riffach (Łukasz Targosz), szybkie tempo narracji, ciekawe ujęcia, montaż oraz uciekanie od symboliki banalnego patosu z pewnością przysporzy Glińskiemu gromkich braw zwłaszcza wśród zmęczonych bohaterskim mitem ludzi urodzonych po mniej więcej po roku 1980.

Język pojęć ważnych już dawno temu zdewaluowała popkultura, lewicowa demagogia i ekspresowe tempo słownego przekazu. Dziś chcąc opowiadać o BOHATERACH nie sposób używać słów takich, jak „bohater”, „miłość”, „ojczyzna”. Cyniczny posmak, naddany do każdego z tych pojęć wymaga od twórcy, aby poszedł na około (albo i na skróty).

Gliński zdołał opowiedzieć to, czego opowiedzieć tak naprawdę nie sposób. Umieranie za ojczyznę, umieranie w imię lepszej przyszłości dla trzech czwartych jaśnie oświeconych-współczesnych stanie się rzecz jasna donkiszoterią – niesmacznie przaśną groteską (to, że za taki stan rzeczy odpowiada ignorancja i błędy edukacyjne jest sprawą drugoplanową), ale cóż z tego?

„Kamienie na szaniec” choć kilka razy sprowadzają na manowce, a Gliński decyduje się pokazać sceny, z których często poprzednia ma się nijak do następnej (ocena subiektywna) mimo wszystko potrafi uchwycić niewymowny klimat opowieści Kamińskiego więc mimo wszystko wraca z tarczą.

Mając w pamięci znakomity film Łomnickiego nie mogłem pozbyć się porównań. Tomasz Ziętek w roli „Rudego” zmierzył się  z bardzo sugestywną rolą Cezarego Kowalskiego grającego w „Akcji pod Arsenałem”. Udźwignął ten ciężar znakomicie.
Świetnie zaś radzącego sobie w filmie z 1970 w roli „Zośki” Mirosława Konarowskiego momentami dystansuje natomiast Marcel Sabat – można się bowiem kłócić, czy z punktu widzenia faktografii należało tę postać napisać w taki akurat sposób, ale już do gry samego aktora nie można mieć absolutnie żadnych zarzutów.

Dzięki fachowemu oku Pawła Edelmana ogromne wrażenie robi scena odbicia Janka Bytnara – punkt rzecz jasna kulminacyjny, istotnie mrożący krew w żyłach. Podobne emocje wzbudzają sceny z katowni gestapo na Szucha. Znać oko mistrza.

Przy okazji warto wspomnieć o tym, o czym zrobiło się głośno jeszcze przed oficjalną premierą i  tu oddajmy Glińskiemu sprawiedliwość. – Delikatne, wysublimowane i tak naprawdę bardzo autentyczne sceny miłosne nikogo gorszyć nie powinny, nie wysuwają się bowiem na plan pierwszy, a są jedynie symbolicznym zaznaczeniem dążenia do normalności wśród piekła wojny.

Problem miałem natomiast z czymś zupełnie innym. Wyraźne niedopatrzenia natury kronikarsko-historycznej, niekonsekwencja w, że się tak wyrażę, czytaniu książki Kamińskiego jest całkiem niezrozumiała. Ci zaś, którzy do lektury książki „Kamyka” sięgną już po obejrzeniu filmu będą mieli nie lada frajdę odnajdując filmowe błędy i potknięcia.

Drugi duży minus także ściśle wiąże się z przedstawieniem kwestii stricte historycznych (zajmują nas one tutaj, wszakże to nie na blogu amatora-kinematografii, a właśnie historii pojawia się ta skromna quasi-recenzja) i dotyczy sposobu przedstawienia „Szarych Szeregów”.

Widz odbiera obraz młodych ludzi – bohaterów filmów jako niesubordynowaną, zbuntowaną, słabo zdyscyplinowaną grupę dzieci bawiących się w wojnę, co wziąwszy pod uwagę kontekst (chociażby wiek bohaterów) zdaje się być wiarygodne, ale w świetle dostępnych nam źródeł historycznych tak naprawdę sprowadza na manowce.

Tragedia Kolumbów, sensu stricte także Aleksego Dawidowskiego, Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego polegała na tym, że wojna zabrała im młodość i rzuciła w ponury dzień okupacyjnego terroru. Nie znaczy to, że w tym ‚dniu’ nie było miłości, żartów, uśmiechów i miejsca na młodzieńczą nieodpowiedzialność.
Ale poza tym była przede wszystkim dyscyplina, pokora i niewyobrażalna dziś zupełnie odwaga. Gdyby było inaczej Armia Krajowa nie stałaby się największą i najlepiej zorganizowaną podziemną armią świata.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under RECENZJE

JACK STRONG – quasi-recenzja filmu

??????????Najnowszy film Pasikowskiego to świetnie zmontowana i tak też opowiedziana historia. Mocne męskie kino, w którym ostrość podbijana jest nie hektolitrami krwi i stekiem niepotrzebnej łaciny. Przede wszystkim zaś jest to opowieść o człowieku, którego historia wymyka się jednoznacznej ocenie, a co poczytać należy za ogromny sukces filmu – tę niejednoznaczność twórcom udało się zachować nie uciekając się przy tym do banałów.

Dobre kino polskie, a może po prostu dobre kino europejskie już od lat pięćdziesiątych ma przewagę nad Hollywood, bo potrafi (gdy chce) używać języka prostego, acz trafnego i nie pozbawionego głębi. Gdy Amerykanie pokazują historię bohatera, zewsząd rzucają widzowi przed oczy „bohatera” swą „bohaterskością” aż kipiącego. Gdy dobrzy polscy reżyserzy pokazują historię bohatera, rzucają widzowi przed oczy kogoś takiego jak Jack Strong.

Na przedpremierowym pokazie w łódzkiej Szkole Filmowej Władysław Pasikowski przyznał, że dzieje pułkownika Kuklińskiego wciąż osnute są tajemnicą, nie mniej nie sposób nie odnieść wrażenia, że choć film ma charakter komercyjny to reżyserowi udało się w historię polskiego szpiega wczuć doskonale. Nie jest to podejście powierzchowne.

Kukliński to nie heros, ani James Bond. Pasikowski stwierdził na wspomnianym spotkaniu, że tak naprawdę ten super-szpieg był w istocie zwykłym gryzipiórkiem, bardzo zdolnym (czy wręcz genialnym) sztabowcem, któremu jednak daleko było do zręczności Cichociemnych, czy agentów FBI.

Dobrze grana przez Marcina Dorocińskiego postać pułkownika ma więc problemy ze zrozumieniem tajników pracy agenta, sprzętem którym musi się posługiwać, rozmaitymi mechanizmami prowadzonej gry. Jest postacią z krwi i kości, która się poci z nerwów, jest zmęczona, traci cierpliwość, myli się, a nade wszystko kocha swą rodzinę, żonę, ojczyznę miłością niewymowną, a prawdziwą, która w filmie została ukazana bez jednego nawet słowa i zbędnego „upiększacza”.

Oczywiście to partia historyczna interesowała nas w tym filmie najbardziej. Realia dnia codziennego, zależności na linii władza-obywatel, strach, terror – poradzono sobie z tym znakomicie. Na plan pierwszy wysuwa się historia bohatera.
Kukliński otrzymał dostęp do najbardziej strzeżonych tajemnic bloku wschodniego i zdecydował się je wyjawiać Amerykanom. O to czy była to decyzja najlepsza z możliwych historycy spierają się od dawna. Nie ulega jednak wątpliwości, że zdradzając wojsko polskie (składające w tamtym czasie przysięgę na wierność ZSRR!) Kukliński nie zdradził polskiego narodu.

Jack Strong nie wziął się z powietrza. Wynikową jego późniejszych postaw i decyzji było wychowanie z duchu patriotycznym oraz katolickim,  działalność ojca w AK, a także jego późniejsza śmierć w obozie Sachsenhausen. W końcu wreszcie – świadomość, że zależność od Związku Radzieckiego pociągnie Polskę w otchłań, z której nie ma odwrotu. Kukliński dysponując ogromną wiedzą nie potrafił przejść nad tym do porządku dziennego.

To nie jest bohaterstwo ani efektywne, ani łatwe. To nie jest heroizm na polu bitwy, przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu tego słowa. I właśnie dlatego jest Kukliński bohaterem, który wielu tak bardzo przeszkadza. Nie mniej, tego trudnego i bardzo skomplikowanego bohaterstwa nie powinno się umniejszać. Wbrew dewaluacji słów i nawet wtedy, jeśli uznamy, że pułkownik był zaledwie marionetką CIA.

Odnoszę wrażenie, że właśnie o tym opowiedział mi Pasikowski w „Jacku Strongu”. Opowiedział o człowieku zdesperowanym, nie mogącym znieść myśli o tym, do czego „okupacja” radziecka we wschodniej Europie może z czasem doprowadzić. Pasikowski i Dorociński zdołali uciec pomnikowemu wizerunkowi i nadali filmowej postaci autentyczności. Co ważne, choć jest to tylko przypuszczenie, swojego filmowego bohatera postawili bardzo blisko historycznego pierwowzoru. Kto przed obejrzeniem filmu poświęci czas na seans dokumentu „Gry wojenne” prawdopodobnie dojdzie do podobnego wniosku.

– Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under RECENZJE