Zapraszamy do wzięcia udziału w głosowaniu na najlepsze książki historyczne 2014 i związanego z nim konkursu PWN. Do wygrania wiele ciekawych książek historycznych.
Informacja ze strony myslec.pwn.pl:
W tegorocznej edycji konkursu Historia Zebrana na najlepsze książki historyczne nominowanych jest aż 5 książek PWN!

Najlepsze książki historyczne 2014 zostaną wybrane w 4 kategoriach. Zachęcamy do głosowania na nasze publikacje i wyrażania swoich opinii na temat wybranych książek w komentarzach pod tekstem (tekst TUTAJ). Spośród komentarzy wybierzemy 3 najciekawsze uzasadnienia Waszych typów i ich autorom wyślemy książkę, na którą głosowali! ​

Na Wasze głosy i opinie czekamy do końca listopada 2014.

Kategoria W rolach głównych:

Publikacje, których głównym bohaterem jest konkretny człowiek lub niewielka grupa niezwykłych ludzi, postaci historycznych, tworzących historię lub doświadczonych nią. Biografie i wspomnienia.

Nominacja dla: Jan Nowak Jeziorański – Zbigniew Brzeziński Listy 1959-2003.

Kategoria Okiem badacza:

Książki historyczne, wyposażone w aparat naukowy, przeznaczone przede wszystkim dla historyków – zawodowców lub pasjonatów danego tematu.

Nominacja dla: Dzieje Żydów w Polsce i w Rosji oraz Longobardowie

Kategoria Historia niebanalna:

Książki ujmujące tematy historyczne w sposób nietuzinkowy, szczególnie interesujący, pozostające na styku literatury, publikacji naukowej czy wspomnień, publikacje popularyzujące wiedzę historyczną, książki, które nie mieszczą się w powyższych kategoriach.

Nominacja dla: Moda w okupowanej Francji i jej polskie echa

Głosować można na stronie: http://historiazebrana.pl/

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY

MIASTO 44 (quasi-recenzja)

plakat0Być może największą wartością tego filmu jest to, że nie da się o nim zapomnieć, że drażni, że nie daje zasnąć, że przeszkadza i uwiera. Jeśli dzięki temu historia Powstania Warszawskiego zostanie lepiej zapamiętana zarówno w Polsce jak i zagranicą, „Miasto 44” spełni swoją rolę.

Komasa w niektórych momentach irytująco brnie w infantylizm, broniąc się przed romantycznym patosem ogrywanym w wielu polskich produkcjach historycznych i zarazem wpadając z jednej pułapki w drugą. Na samym jednak końcu jest coś, co przechyla szalę zwycięstwa na stronę reżysera. Zdaje się, że dziś taka właśnie stylistyka i język przemówi najlepiej do młodego pokolenia. Stąd zapewne ilość scen, scen zapewne nie do przełknięcia dla starszego widza, nawiązujących do gier komputerowych, filmów z zombie, czy kina gore.

To ryzykowane puszczenie oka, niemniej spełniło swoją rolę. Byłoby dalece niestosowne, gdyby reżyser wykorzystując te elementy próbował zadrwić z Powstania i Powstańców, czy też uczynić z nich abstrakcyjną artystyczną wizję. Ale nie ironia, czy efekciarstwo przyświecało Komasie podczas kręcenia sceny w kanałach (skądinąd dla mnie jednej z dwóch najmniej udanych w filmie, ale to już wyłącznie kwestia gustu), czy tej umiejscowionej na cmentarzu, gdy Stefan przy dźwiękach znanej piosenki Czesława Niemena ucieka przed niemieckimi kulami.
To, jak sądzę, było w dużym skrócie próbą przetłumaczenia nieprzetłumaczalnej dziś prawdy o emocjach Powstania za pomocą języka, które nie zrazi, a wręcz zachęci; przyciągnie uwagę dwudziestolatków i trzydziestolatków.

A ponieważ twórcom udało się skompletować kapitalną (!) obsadę aktorską (Pawłowski, Wichłacz, Próchniak są na wskroś autentyczni, za co należy im się uznanie) i związać całość niezłym scenariuszem i rzecz jasna znakomitymi efektami specjalnymi (a i to prosił się zawsze film o Powstaniu Warszawskim)  – efekt należy docenić i zachęcać, aby zapoznali się z nim inni.

Argumentem „za” są opinie Powstańców, którzy ujrzeli w filmie i siebie, i tamtą Warszawę. Argumentem „za” są i emocje, czasami nawet bardzo złe, ale przez to oddające sporą część prawdy o tamtych dniach sierpnia, września i października. Po raz ostatni „zawierzyłem” filmowi w podobny sposób wiele lat temu, podczas seansu „Katynia” Andrzeja Wajdy.

„Miasto 44” nie spełnia jeszcze mojego (a więc subiektywnego) marzenia o fresku historycznym – nakręconym bez zadęcia, zbędnego patosu, ale za to ze zrozumieniem dla Powstańców i podejmowanych przez nich decyzji. Niemniej film Komasy staje się z miejsca jedną z najważniejszych w historii polskiej kinematografii produkcją na temat Powstania Warszawskiego. Produkcją, mimo kilku kontrowersyjnych rozwiązań i paru infantylnych (bądź niezrozumianych przeze mnie) scen, bardzo udaną.
A jeśli i dzięki niemu przetrwa święta pamięć o Powstaniu i jego ludziach to niech tak będzie.

Może tylko szkoda, że zabrakło tu miejsca na powstańczą prasę, pocztę polową, radiostację „Błyskawica” i kilka innych ważnych epizodów Powstania. [Powstania, które biorąc pod uwagę ilość ofiar nie powinno wybuchnąć, ale które wybuchnąć po prostu musiało, bo decyzja o nim została podjęta nie w lipcu 1944, a była konsekwencją wielu tak naprawdę lat i postaw ówczesnych Polaków]. Szkoda wreszcie, że nie podjęto w dostateczny sposób kwestii zdrady mocarstw zachodnich, choć być może to rola nie filmu fabularnego, a telewizyjnych dokumentów.

Zachęcam, aby po (lub przed) obejrzeniem filmu odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, obejrzeć dokument lub przeczytać choć jedną wartościową książkę na ten temat. Pozwoli to na „zachowanie proporcji” w rozumieniu niełatwej prawdy o Powstaniu – dokument „Bitwa o Warszawę” Discovery, lub  książki „Powstanie 44” Daviesa, czy „Dni walczącej Stolicy” Bartoszewskiego nadają się do tego idealnie.

Remek Piotrowski

 

7 Komentarzy

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Ratującym – Ocaleni

noname8 września 2014 roku oficjalnie ogłoszony został międzynarodowy konkurs „Ratującym-Ocaleni” na koncepcję Upamiętnienia Polaków ratujących Żydów podczas okupacji niemieckiej.

Inicjatywa ciekawa i ważna, zwłaszcza dziś, gdy na naszych oczach relatywizuje się historię a w różnych miejscach świata mówi się oo „polskich obozach koncentracyjnych”. I nie chodzi tu o to, aby zapomnieć o szmalcownikach i tych, którzy faktycznie wydawali Żydów w łapy hitlerowców. O tym również należy pamiętać, jednakże należy zwrócić uwagę, że mimo napiętych stosunkach w okresie dwudziestolecia międzywojennego Polacy w czasie hitlerowskiej i sowieckiej okupacji zachowali się godnie. I nieśli pomoc, choć na tych ziemiach karano za nią śmiercią. Gdyby było inaczej to nie Polacy byliby na pierwszym miejscu pośród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Myślę, że ten konkurs to forma podziękowania dla prawie sześciu i pół tysiąca (i wielu innych) Polaków, którzy pomogli żydowskim braciom w najcięższej dziejowej chwili.

Informacja o konkursie (więcej na www.raff.org.pl ):

Inicjatorem idei Upamiętnienia i organizatorem konkursu jest założona przez Zygmunta Rolata Fundacja Pamięć i Przyszłość (Remembrance and Future Foundation), wspierana przez Polski i Międzynarodowy Komitet Budowy Upamiętnienia oraz Prezydenta RP Pana Bronisława Komorowskiego.

Projekt „Ratującym-Ocaleni” ma zostać zrealizowany w bezpośrednim otoczeniu Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Charakter konkursu jest otwarty zarówno pod względem oczekiwanej przez Organizatorów formy artystycznej Upamiętnienia jak i możliwości uczestnictwa. Przewidziane zostały dwie formy uczestnictwa: ścieżka dyskusji i ścieżka realizacji, dzięki czemu do udziału w konkursie mogą zgłosić się zarówno doświadczeni twórcy, jak i młodzi artyści, pragnący swym projektem wziąć udział w ważnej, artystycznej wymianie wizji i opinii.

Zwracamy szczególna uwagę na fakt, że rejestracja uczestników konkursu trwa tylko do 8 października 2014 roku, zaś termin nadsyłania prac konkursowych mija 5 grudnia 2014r.
Realizacja projektu przewidziana jest na jesień 2015r.

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

POPEŁNIŁEM: ŚLEPY MAKS… Czyli dlaczego na blogu zrobiło się cicho…

Ślepy Maks okładka fioletOd listopada 2013 roku na blogu Tropy Historii działo się nie wiele za co przepraszam Was serdecznie jednocześnie obiecując  poprawę (ta nastąpi tuż po wakacjach, w okolicach jesieni 2014 roku).  Za mniejszą ilością artykułów kryje się powód dość prozaiczny.

Już w tym miesiącu (23 czerwca) w księgarniach pojawi się książka Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone, wydana przez Dom Wydawniczy PWN i napisana przez autora niniejszego bloga. Na jesieni tego roku być może pojawi się jeszcze jedna pozycja książkowa o historycznym zacięciu.

A więc to nie lenistwo, a przedwojenny łódzki gangster z bielmem na oku odpowiada za ciszę na blogu. Praca nad książką pochłonęła mnie bez reszty, stąd brak czasu na inne sprawy.

Mam nadzieję, że niektórzy spośród czytelników mojego skromnego bloga zechcą sięgnąć po książkowe wydanie historii Maksa Bornsztajna. Być może niektórzy z Was pamiętają, że o tej łódzkiej historii pisałem na łamach artykułu „Ślepy Maks – łódzki Al Capone” (TUTAJ).  Dałem się wówczas uwieść legendzie, która z prawdą niewiele ma wspólnego, choć i ona opowiada o tej historii swoją ważną prawdę. Książka przede wszystkim jednak próbuje odkryć prawdziwe oblicze Maksa Bornsztajna.

Przeczytacie o niej tutaj:

ŚLEPY MAKS. HISTORIA ŁÓDZKIEGO ALA CAPONE – REMIGIUSZ PIOTROWSKI

Zapraszam do księgarń i pozdrawiam Was serdecznie!

4 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY

POWSTANIE WARSZAWSKIE – quasi-recenzja

PW filmTego filmu nie sposób wartościować, a siląc się na krytyczno-teoretyczne analizy jakim poddawane są inne filmy można co jedynie trafić kulą w płot i narazić się na śmieszność. Tego filmu się nie ogląda. Ten film się  p r z e ż y w a. Tylko tyle i aż tyle.

Muzeum Powstania Warszawskiego wyprodukowało „Powstanie Warszawskie”, ponoć pierwszy na świecie wojenny „dramat non-fiction”, który (uwaga!) został w całości zmontowany z nagrań archiwalnych.

Arcytrudna praca polegająca na pokolorowaniu tysięcy klatek filmowych, dodaniu dźwięków otoczenia, odczytaniu z ruchów warg słów pojawiających się w kadrze postaci – poraża i wbija w fotel. Zwłaszcza tych, którzy pokazane w filmie fragmenty znają na pamięć z telewizyjnych dokumentów.

Dotąd  biało-czarni, wycięci niczym z kartonu bohaterowie tamtej Warszawy stają przed nami po raz pierwszy ot tak – prawdziwi, przerażająco niekiedy autentyczni, zrywający barierę pomiędzy widzem z dziś – a historycznym obrazkiem z dalekiej przeszłości. Barierę, którą dopiero ten film potrafił pokonać „uwiarygodniając” poszarpane stare kroniki.

Twórcy „Powstania Warszawskiego” wskrzesili Warszawę 44 obdarowując ją życiem, by potem raz jeszcze pod gradem kul i ognia zrównać ją z ziemią. I zrobili to nie dla utrwalania męczeńskiego mitu, ale dla ukazania Powstania  p r a w d z i w e g o. Udało się pomimo oczywistych trudności związanych z zawiązaniem strony fabularnej obrazu, osnutej tu wokół historii dwóch braci – kronikarzy powstania, dzięki którym w całość połączono scenki dokumentujące życie i walkę w powstańczej Warszawie.

Nie do końca rozumiem zarzuty co poniektórych krytyków narzekających na stronę dialogową „Powstania Warszawskiego”. Recenzentów wypominających dziełu infantylizm oraz brak spójności przedstawionej historii.
Owa fabuła jest tu przecież wyłącznie pretekstem do zobaczenia (czy może bardziej dotknięcia) miasta i ludzi. A miasto to nigdy aż tak mocno nie pulsowało życiem (i śmiercią), nigdy tak nie porażało swą niewymowną grozą.

Tutaj nie ma aktorów, a każda z postaci to człowiek z krwi i kości, za którym (mimo inscenizowanych scenek) idzie prawdziwa, jedyna w swoim rodzaju historia. To ta świadomość dodaje całości niewyobrażalnej mocy i to ona jest tu najważniejsza.
To dzięki „ludzkiemu wymiarowi” ten niezwykły filmowy eksperyment nie tylko się broni, ale góruje nad większością wojennych hitów rodem z Hollywood.

Ganić „Powstanie Warszawskie” za infantylne dialogi i niespójną historię? To trochę tak, jakby zarzucać rzeczywistości, że potoczyła się tak, a nie inaczej, to jakby narzekać na to, że nagrany przed kamera chłopak zachowałby się zbyt mało widowiskowo.
Ten projekt miał tylko jedno główne zadanie – miał pozwolić widzowi przejść się po powstańczej Warszawie, pozwolić wyczuć emocje, które zginęły wraz z fizycznym upadkiem miasta i jego bohaterów.

„Powstanie Warszawskie” to nie film fabularny, to być może nawet nie dokument. Decydując się na ten seans – seans bez znieczulenia – przeniesiecie się w czasie. A choć podróż to bardzo trudna, nie można jej sobie darować.

– Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Katyń, Smoleńsk i „Operacja polska” – Miesięcznik ZNAK (marzec)

katynKatyń, traktowany nie tylko jako symbol, ale wydarzenie historyczne mające swe konkretne konsekwencje w życiu narodu polskiego jest dziś potrzebny nie mniej niż w latach komunistycznej okupacji, dobrze więc, że temat ten podjął marcowy miesięcznik ZNAK.

W wydawnictwie znalazły się trzy teksty, które bezpośrednio i pośrednio (katastrofa smoleńska) nie tyle nawet przybliżają to, co stało się z tysiącami polskich obywateli wiosną 1940 roku (w przypadku „operacji polskiej” w latach 30.), ile ukazują rozmaite znaczenia tej traktowanej, wbrew pozorom nadal po macoszemu tragedii.

I dobrze się stało, że materiał publicystyczny zebrany we wspomnianym miesięczniku podejmuje zagadnienie nie uderzając z martyrologiczną nutę, a skupiając się na składowych elementach ukierunkowanych na dziś i teraz.
Bo Katyń i wszystko co zeń związane to poza pamięcią o zamordowanych również ważna lekcja historii mogącą mieć istotne  znaczenie w przyszłości.

Zauważamy to przy okazji lektury wywiadu z historykiem Piotrem H. Kosickim, który trafnie tłumaczy taki, a nie inny stan świadomości związanej z wiedzą o Katyniu. A stoi on po ponad siedemdziesięciu latach na niskim poziomie za co, o czym mówi historyk, odpowiada kilka czynników.
Jednym z nich jest charakter zbrodni, czy chociażby jej recepcja w porównaniu (zasadnym?) do hekatomby Powstania Warszawskiego, które pomimo wielu „dziejowym przeciwnościom” potrafiło znaleźć swe miejsce we współczesnej świadomości w stopniu daleko bardziej zaawansowanym. Jest akcentowane.

Istotnie nie ma chyba jeszcze Katyń swego konkretnego miejsca pamięci we współczesnej Polsce, swoistego ‚Muzeum Powstania Warszawskiego’, bo i specyfika tego wydarzenia jest zupełnie inna. Kontrast pomiędzy walczącym z bronią w ręku miastem (rozumianym, jako czyn zbrojny wszystkich klas społecznych) a mordem na bezbronnych jeńcach wojennych wywodzących się z elit (nie tylko zresztą wojskowych) powoduje różnicę w sposobie pielęgnacji pamięci. Z wyedukowaniem zwłaszcza młodego pokolenia Polaków w tej materii (pomimo wielu wydawnictw książkowych i filmu Andrzeja Wajdy) nie poradzono sobie tak dobrze, jak w przypadku Powstania.

Proste przykłady narzucają się same i choć nie wspomina o tym sam prof. Kosicki, nie trzeba szukać daleko, aby udowodnić tę tezę. Katyń nie ma swojego „wycia syren”, atrakcyjnego Muzeum a jeden, chociażby i bardzo udany film nie zmienił tego stanu rzeczy, mówimy wszakże o świadomości nie w kontekście wiedzy historyków, rodzin ofiar i grupy pasjonatów historii, ale statystycznego Kowalskiego.

Kosicki wskazuje, i słusznie, że na tym poziomie nie powiodła się próba zainteresowania społeczeństwa (znów chociażby w takim stopniu jak miało to miejsce w przypadku Powstania Warszawskiego, czy Holokaustu) losem pojedynczych ludzi – jednostkowych ofiar zbrodni. Katyń funkcjonuje coraz częściej jako pars pro toto, ale siła tego pojęcia słabnie z upływem lat.

Próbą przezwyciężenia takiego stanu rzeczy była zainicjowana przez Katolickie Stowarzyszenie Parafiada, pod honorowym patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, kampania sadzenia „Dębów Pamięci” – sensu stricte próba opowiedzenia historii jednostkowych – nie ogółu, nie tylko „Katynia” jako tragedii narodowej, ale tragedii i dziejów konkretnych ludzi.
Jak słusznie zauważa historyk próba ta tuż po katastrofie smoleńskiej i śmierci jej założyciela o. Józefa Jonieca spaliła na panewce.

Katastrofa smoleńska zaś, związana z Katyniem pod wieloma względami, wpłynęła na zmianę tego stanu rzeczy wyłącznie na początku, tuż po samej tragedii. Dziś zaś została zdewaluowana w wyniku nie zawsze odpowiedzialnej gry politycznej najważniejszych formacji.
„Dyskusja o Katyniu miała miejsce w czasie dwóch tygodni tuż po katastrofie smoleńskiej. […] Później Katyń wycofał się ponownie na zaplecze pamięci społecznej” – mówi w wywiadzie Piotr. H. Kosicki.

Historyk zwraca uwagę na jeszcze dwa ważne aspekty sprawy zbrodni i jej konsekwencji w świadomości historycznej. Pierwszym jest możliwość tłumaczenia innych straszliwych mordów masowych, mających nie koniecznie nawet miejsce w Polsce i Europie, ale i na całym świecie przez optykę wiedzy nabytej dzięki poznaniu historii mordu na polskich oficerach. Drugim – niemożność porozumienia się narodów polskiego i rosyjskiego bez uprzedniego wyjawienia całej prawdy, a ta w skutek decyzji Trybunału w Strasburgu, presji jaką rosyjska władza wywiera na Stowarzyszeniu Memoriał i przede wszystkim zatajania listy białoruskiej wciąż nie może ujrzeć światła dziennego.

Trochę szkoda, że w wywiadzie zabrakło pytania o to, w jaki sposób dziś, w dobie szybkiej informacji, portali społecznościowych i braku wiary wielu środowisk w sens poznawania trudnej historii przekazywać pamięć o Katyniu. Szkoda, że zabrakło pytania o to, C Z Y M, przy odpowiednim sposobie „wydedukowania” i zainteresowania tematem – stać się może Katyń w świadomości nie tylko wąskiej grupy miłośników historii, ale chociażby dwudziesto i trzydziestolatków.
I nie mówię tu o podawaniu propozycji rozwiązań „systemowych”. Moją ciekawość budzi jedynie prywatne zadanie cenionego w środowisku historyka.

W miesięczniku znajdziemy również interesujący nie tyle nawet z punktu widzenia historycznego, ile kulturowego, tekst Marcina Napiórkowskiego „Dlaczego wierzę w mitologię smoleńską”. Nie jestem pewny, czy obarczenie tego zjawiska pojęciem „mitu” ma je podświadomie summa summarum zdyskredytować, jeśli nawet tak (co do końca nie byłoby chyba uczciwe) jego pewne strony autor tłumaczy w sposób przekonujący.

Jakkolwiek bowiem część składanych podczas rocznic katastrofy smoleńskiej oświadczeń ma prawo budzić głos sprzeciwu, nie da się ukryć, a dobrze że Napiórkowski to zauważa, iż:
„Dzięki instytucjom i praktykom, takim jak rocznice, muzea, czy apele poległych, przeszłość i teraźniejszość pozostają rozdzielone. Właśnie ten rodzaj pamięci proponują wobec katastrofy smoleńskiej oficjalne instytucje państwa i „media głównego nurtu”. Przywołują one 10 kwietnia jako dzień tragiczny, ale i zamknięty rozdział.”
Wracając do tematów podjętych w wywiadzie z prof. Kosickim należy przy tym zauważyć, że tego typu „standard medialny” nie pracuje zarówno na zrozumienie konsekwencji katastrofy smoleńskiej, jak i też mordu z roku 1940. W takim samym stopniu jak nieodpowiedzialna często retoryka pewnych środowisk skupionych wokół obchodów 10 kwietnia.

Wątpliwości pojawiają się w innym miejscu ciekawego skądinąd artykułu. Ustawienie w jednym szeregu tragedii smoleńskiej i obchodzonych w związku z tym miesięcznic oraz rocznic z tajnie obchodzonymi w czasie komuny rocznicami wybuchu Powstania Warszawskiego, mordu w Katyniu bądź sowieckiej agresji „17 września” prowokuje do zadania pytania o to, czy faktycznie mają one na tyle wspólny mianownik, aby pokusić się o ich pewnego rodzaju zespolenie. „Przeciw-pamięć” o której mówi Napiórkowski może tu funkcjonować dzięki podobnym mechanizmom, nie jest jednak tożsama. Innego rodzaju bowiem pamięć kieruje ludźmi biorących udział w spotkaniach pod Pałacem Prezydenckim, inną (nie twierdzę, że lepszą lub gorszą) kierowały tymi, którzy spotykali się na Powązkach 1 sierpnia.
Słusznym natomiast wydaje się wniosek o tym, że tzw. „mitologia smoleńska” pozwala jednym „budować kapitał aluzjami”, drugim umożliwia prowadzenie własnej gry polegającej na „straszeniu” tymi, którzy stoją za „teoriami spiskowymi”.

ZnakWreszcie najistotniejszym z punktu widzenia „poznawania historii” i oczywiście godnym polecenie jest wywiad z Nikołajem Iwanowem – „Zapomniane ludobójstwo”, bo to tutaj odkrywamy nowe tropy zapomnianej historii, która zapomniana w żadnym razie być nie powinna.

Trwająca od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku „Operacja polska” objęła całe terytorium ZSRR i pochłonęła według dokumentów NKWD 111-150 tys. Polaków. W jej skutek zginęło od 10 do 20% populacji mniejszości polskiej w ZSRR, a za zbrodnię tę odpowiadały nie militarne organizacje, jak miało to miejsce w przypadku rzezi wołyńskiej, a państwo kierowane przez Stalina.

Sens tej tragedii, przez Iwanowa słusznie nazywanej ludobójstwem, powinno zmieścić się w pamięci i świadomości historycznej polskiego narodu, bo jakkolwiek „operację polską” i Katyń dzieli specyfika tych zbrodni, to jednak cel i skutek są tożsame. Zasadne jest więc stwierdzenie, że:
„Krew polskiego chłopca spod Żytomierza ma taką samą wartość co krew piłkowania zabitego w Katyniu. W czczeniu ofiar totalitaryzmu nie powinno być Polaków pierwszej i drugiej kategorii”.
Oczywiście należy zrozumieć, z jakich powodów symbolem zbrodni sowieckich na Polakach stał się z czasem Katyń, podobnie jak symbolem Holokaustu jest dla Żydów Auschwitz. Szacunek do ofiar, bez względu na różnice okoliczności zawsze powinien być taki sam, a jego okazywanie mieści się jak najbardziej w pamięci historycznej.

Wspomniane w artykule teksty znajdziecie w:
ZNAK Miesięcznik, nr 706, marzec 2014

*        *        *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KAMIENIE NA SZANIEC – quasi-recenzja

KamienieRobert Gliński w „Kamieniach na szaniec” stanął w połowie drogi pomiędzy: z jednej strony – książką Aleksandra Kamińskiego, faktami i filmem Łomnickiego i z drugiej strony – chęcią przekonania do siebie młodszej widowni.

Półśrodki rzadko bywają trafnym rozwiązaniem, niemniej wydaje się, że reżyser podejmując niełatwy przecież temat wyszedł z tej potyczki  obronną ręką, co nie znaczy, że można się w tym filmie doszukać kilku fałszywych tropów.

Muzyka skąpana w gitarowych riffach (Łukasz Targosz), szybkie tempo narracji, ciekawe ujęcia, montaż oraz uciekanie od symboliki banalnego patosu z pewnością przysporzy Glińskiemu gromkich braw zwłaszcza wśród zmęczonych bohaterskim mitem ludzi urodzonych po mniej więcej po roku 1980.

Język pojęć ważnych już dawno temu zdewaluowała popkultura, lewicowa demagogia i ekspresowe tempo słownego przekazu. Dziś chcąc opowiadać o BOHATERACH nie sposób używać słów takich, jak „bohater”, „miłość”, „ojczyzna”. Cyniczny posmak, naddany do każdego z tych pojęć wymaga od twórcy, aby poszedł na około (albo i na skróty).

Gliński zdołał opowiedzieć to, czego opowiedzieć tak naprawdę nie sposób. Umieranie za ojczyznę, umieranie w imię lepszej przyszłości dla trzech czwartych jaśnie oświeconych-współczesnych stanie się rzecz jasna donkiszoterią – niesmacznie przaśną groteską (to, że za taki stan rzeczy odpowiada ignorancja i błędy edukacyjne jest sprawą drugoplanową), ale cóż z tego?

„Kamienie na szaniec” choć kilka razy sprowadzają na manowce, a Gliński decyduje się pokazać sceny, z których często poprzednia ma się nijak do następnej (ocena subiektywna) mimo wszystko potrafi uchwycić niewymowny klimat opowieści Kamińskiego więc mimo wszystko wraca z tarczą.

Mając w pamięci znakomity film Łomnickiego nie mogłem pozbyć się porównań. Tomasz Ziętek w roli „Rudego” zmierzył się  z bardzo sugestywną rolą Cezarego Kowalskiego grającego w „Akcji pod Arsenałem”. Udźwignął ten ciężar znakomicie.
Świetnie zaś radzącego sobie w filmie z 1970 w roli „Zośki” Mirosława Konarowskiego momentami dystansuje natomiast Marcel Sabat – można się bowiem kłócić, czy z punktu widzenia faktografii należało tę postać napisać w taki akurat sposób, ale już do gry samego aktora nie można mieć absolutnie żadnych zarzutów.

Dzięki fachowemu oku Pawła Edelmana ogromne wrażenie robi scena odbicia Janka Bytnara – punkt rzecz jasna kulminacyjny, istotnie mrożący krew w żyłach. Podobne emocje wzbudzają sceny z katowni gestapo na Szucha. Znać oko mistrza.

Przy okazji warto wspomnieć o tym, o czym zrobiło się głośno jeszcze przed oficjalną premierą i  tu oddajmy Glińskiemu sprawiedliwość. – Delikatne, wysublimowane i tak naprawdę bardzo autentyczne sceny miłosne nikogo gorszyć nie powinny, nie wysuwają się bowiem na plan pierwszy, a są jedynie symbolicznym zaznaczeniem dążenia do normalności wśród piekła wojny.

Problem miałem natomiast z czymś zupełnie innym. Wyraźne niedopatrzenia natury kronikarsko-historycznej, niekonsekwencja w, że się tak wyrażę, czytaniu książki Kamińskiego jest całkiem niezrozumiała. Ci zaś, którzy do lektury książki „Kamyka” sięgną już po obejrzeniu filmu będą mieli nie lada frajdę odnajdując filmowe błędy i potknięcia.

Drugi duży minus także ściśle wiąże się z przedstawieniem kwestii stricte historycznych (zajmują nas one tutaj, wszakże to nie na blogu amatora-kinematografii, a właśnie historii pojawia się ta skromna quasi-recenzja) i dotyczy sposobu przedstawienia „Szarych Szeregów”.

Widz odbiera obraz młodych ludzi – bohaterów filmów jako niesubordynowaną, zbuntowaną, słabo zdyscyplinowaną grupę dzieci bawiących się w wojnę, co wziąwszy pod uwagę kontekst (chociażby wiek bohaterów) zdaje się być wiarygodne, ale w świetle dostępnych nam źródeł historycznych tak naprawdę sprowadza na manowce.

Tragedia Kolumbów, sensu stricte także Aleksego Dawidowskiego, Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego polegała na tym, że wojna zabrała im młodość i rzuciła w ponury dzień okupacyjnego terroru. Nie znaczy to, że w tym ‚dniu’ nie było miłości, żartów, uśmiechów i miejsca na młodzieńczą nieodpowiedzialność.
Ale poza tym była przede wszystkim dyscyplina, pokora i niewyobrażalna dziś zupełnie odwaga. Gdyby było inaczej Armia Krajowa nie stałaby się największą i najlepiej zorganizowaną podziemną armią świata.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under RECENZJE

JACK STRONG – quasi-recenzja filmu

??????????Najnowszy film Pasikowskiego to świetnie zmontowana i tak też opowiedziana historia. Mocne męskie kino, w którym ostrość podbijana jest nie hektolitrami krwi i stekiem niepotrzebnej łaciny. Przede wszystkim zaś jest to opowieść o człowieku, którego historia wymyka się jednoznacznej ocenie, a co poczytać należy za ogromny sukces filmu – tę niejednoznaczność twórcom udało się zachować nie uciekając się przy tym do banałów.

Dobre kino polskie, a może po prostu dobre kino europejskie już od lat pięćdziesiątych ma przewagę nad Hollywood, bo potrafi (gdy chce) używać języka prostego, acz trafnego i nie pozbawionego głębi. Gdy Amerykanie pokazują historię bohatera, zewsząd rzucają widzowi przed oczy „bohatera” swą „bohaterskością” aż kipiącego. Gdy dobrzy polscy reżyserzy pokazują historię bohatera, rzucają widzowi przed oczy kogoś takiego jak Jack Strong.

Na przedpremierowym pokazie w łódzkiej Szkole Filmowej Władysław Pasikowski przyznał, że dzieje pułkownika Kuklińskiego wciąż osnute są tajemnicą, nie mniej nie sposób nie odnieść wrażenia, że choć film ma charakter komercyjny to reżyserowi udało się w historię polskiego szpiega wczuć doskonale. Nie jest to podejście powierzchowne.

Kukliński to nie heros, ani James Bond. Pasikowski stwierdził na wspomnianym spotkaniu, że tak naprawdę ten super-szpieg był w istocie zwykłym gryzipiórkiem, bardzo zdolnym (czy wręcz genialnym) sztabowcem, któremu jednak daleko było do zręczności Cichociemnych, czy agentów FBI.

Dobrze grana przez Marcina Dorocińskiego postać pułkownika ma więc problemy ze zrozumieniem tajników pracy agenta, sprzętem którym musi się posługiwać, rozmaitymi mechanizmami prowadzonej gry. Jest postacią z krwi i kości, która się poci z nerwów, jest zmęczona, traci cierpliwość, myli się, a nade wszystko kocha swą rodzinę, żonę, ojczyznę miłością niewymowną, a prawdziwą, która w filmie została ukazana bez jednego nawet słowa i zbędnego „upiększacza”.

Oczywiście to partia historyczna interesowała nas w tym filmie najbardziej. Realia dnia codziennego, zależności na linii władza-obywatel, strach, terror – poradzono sobie z tym znakomicie. Na plan pierwszy wysuwa się historia bohatera.
Kukliński otrzymał dostęp do najbardziej strzeżonych tajemnic bloku wschodniego i zdecydował się je wyjawiać Amerykanom. O to czy była to decyzja najlepsza z możliwych historycy spierają się od dawna. Nie ulega jednak wątpliwości, że zdradzając wojsko polskie (składające w tamtym czasie przysięgę na wierność ZSRR!) Kukliński nie zdradził polskiego narodu.

Jack Strong nie wziął się z powietrza. Wynikową jego późniejszych postaw i decyzji było wychowanie z duchu patriotycznym oraz katolickim,  działalność ojca w AK, a także jego późniejsza śmierć w obozie Sachsenhausen. W końcu wreszcie – świadomość, że zależność od Związku Radzieckiego pociągnie Polskę w otchłań, z której nie ma odwrotu. Kukliński dysponując ogromną wiedzą nie potrafił przejść nad tym do porządku dziennego.

To nie jest bohaterstwo ani efektywne, ani łatwe. To nie jest heroizm na polu bitwy, przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu tego słowa. I właśnie dlatego jest Kukliński bohaterem, który wielu tak bardzo przeszkadza. Nie mniej, tego trudnego i bardzo skomplikowanego bohaterstwa nie powinno się umniejszać. Wbrew dewaluacji słów i nawet wtedy, jeśli uznamy, że pułkownik był zaledwie marionetką CIA.

Odnoszę wrażenie, że właśnie o tym opowiedział mi Pasikowski w „Jacku Strongu”. Opowiedział o człowieku zdesperowanym, nie mogącym znieść myśli o tym, do czego „okupacja” radziecka we wschodniej Europie może z czasem doprowadzić. Pasikowski i Dorociński zdołali uciec pomnikowemu wizerunkowi i nadali filmowej postaci autentyczności. Co ważne, choć jest to tylko przypuszczenie, swojego filmowego bohatera postawili bardzo blisko historycznego pierwowzoru. Kto przed obejrzeniem filmu poświęci czas na seans dokumentu „Gry wojenne” prawdopodobnie dojdzie do podobnego wniosku.

– Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under RECENZJE

Projekt MUZEUM UTRACONE

StuhrMUZEUM UTRACONE to projekt, który przywraca pamięć o utraconych dziełach sztuki. Utraconych głównie podczas II wojny światowej. Blog Tropy Historii oczywiście pragnie przyłączyć do tej akcji.

By przybliżyć problem strat wojennych organizatorzy akcji zrealizowali kampanię Utracone Odzyskane – 50 filmów, gdzie znane osoby wypowiadają się na temat utraconych dzieł sztuki.

Na tle pustej ramy opowiadają o tym, czego nie ma. Na koniec ich wypowiedzi pojawia się zdjęcie działa sztuki, o którym opowiadają, które chcieliby nam pokazać na żywo.

ZOBACZCIE SAMI

To projekt ogólnopolski i kierowany do wszystkich Polaków. Akcję wspierają ludzie z różnych środowisk, m.in. aktorzy, sportowcy, politycy, muzycy.

W kampanii wzięli też udział przedstawiciele jednostek muzealnych, historycy sztuki np. Janusz Wałek czy prof. Rottermunda.

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

IGŁY – Marek Łuszczyna

Obrazek„Głęboki wywiad to zrzeczenie się tożsamości. Umiejętność automatycznego „myślenia fikcyjnym bohaterem”, którego się odgrywa. Ponadto to zajęcie, w którym trzeba być krańcowo podejrzliwym, zachowując jednak jasny, wolny od paranoi umysł.” | fragment książki.

Odkrywanie historii to zajęcie pasjonujące. Układanie całości z drobnych fragmentów, cząstek w kontekście pojęć tak obszernych, jak II wojna światowa, czy XX wiek koniec końców niewielkich, pozwala uchwycić nie tylko sens ogólny zjawisk i wydarzeń. Pozwala autentycznie wgłębić się w istotę tychże oraz zająć odpowiednią perspektywę. I na to właśnie pozwala książka Marka Łuszczyny.

Ważne epizody w polskiej historii dotyczącej II wojny światowej to morze zdarzeń, faktów, zagadnień, poglądów i postaci. Po przeczytaniu książki „Igły” poczułem wstyd. Pojąłem bowiem, że historii agentek, które działały w czasie wojny na rzecz polskiego wywiadu, nie znam chociażby w drobnym szczególe. A znać ją powinniśmy.

Historia to trzeba przyznać niezwykła, o której wie wąskie grono pasjonatów dziejów, autorów książek historycznych i świadków. Dzięki Markowi Łuszczynie szansę dowiedzenia się o nim będzie miało większe grono czytelników, a że autor zbadał (jak się zdaje) rzecz po pierwsze wnikliwie, po drugie – przedstawił ją w cudownie przystępnej formie, mamy tu do czynienia z wydawnictwem cennym.

W opisie wydawcy umieszczonym na okładce czytamy m.in.:
[…] Artystki, żony dyplomatów, córki przedsiębiorców, troskliwe panie domu i przedwojenne feministki, dojrzałe opiekuńcze matki i nastolatki, którym ledwie starczało sił, by przeładować pistolet. […]
Nie oczekiwały za swoje dokonania nagród, i wyróżnienia rzeczywiście je omijały. Podejmując się misji decydujących o losach świata, ginęły lub – w najlepszym razie – skazywano je na zapomnienie. Te, które ocalały czekała cela w więzieniu UB lub ciężki los na emigracji. […]

Marek Łuszczyna zdecydował się na najprostszy z możliwych, ale i chyba najtrafniejszy sposób narracji. W kolejnych rozdziałach odkrywa losy agentek, które być może bezpośrednio nie zdecydowały o ostatecznym rozstrzygnięciu konfliktu z lat 1939-45, ale miały na niego wpływ. Nie należy go ani powiększać, ani pomniejszać.

W gronie bohaterek książki są zresztą nie tylko Polki. Znajdzie się tu chociażby miejsce dla Benity von Falkenhayn, która uwiedziona przez rotmistrza Sosnowskiego stworzyła wraz z nim nieprawdopodobną siatkę szpiegów w III Rzeszy i gdyby nie pewne okoliczności – miała szansę znacznie utrudnić Hitlerowi szybkie summa summarum zwycięstwo we wrześniu ’39.

Inną osobą jest Halina Szymańska, żona atache wojskowego w polskiej ambasadzie w Berlinie. Stateczna, inteligenta i zarazem oddana sprawom domu kobieta z klasą przemieni się w asa wywiadu, która dzięki swoim talentom i znajomościom prześle aliantom informacje wprost ze sztabu Wehrmachtu, a „jeść” jej z dłoni będzie sam Wilhelm Canaris.

Jest tu Maria Sapieżyna, która potrafiła bez ogródek „wylać” papieżowi Piusowi XII swoje rozczarowanie jego polityką względem Niemiec. Krystyna Skarbek została „ulubioną agentką Churchilla” po tym, jak wydobyła z niemieckiego więzienia ważną postać z siatki alianckich szpiegów. Agentka weszła do siedziby gestapo, przedstawiła się, jako siostrzenica generała Montgomery’ego i bezczelnie zażądała uwolnienia więźnia argumentując to żądanie sytuacją na froncie i konsekwencjami takiego rozwiązania sprawy dla szefa gestapo. Wygrała.

Poznamy również historię Haliny Szwarc, Klementyny Mańkowskiej, Elżbiety Zawackiej, Władysławy Macieszyny, Malwiny Gertler i Annie Louise Mogensen. Ta ostatnia nie tylko zdobyła bezcenne informacje dotyczące niemieckich linii obronnych na północy Francji, ale i na własne oczy zobaczyła słynne lądowanie w Normandii.

Każda z tych kobiet była inna. Każda łącząc nieprzeciętną urodę, inteligencje i kobiecy szósty zmysł stała się skuteczną bronią polskiego (i alianckiego) wywiadu.
Wszystkie one nie walczyły z bronią w ręku (choć i to się zdarzało) na polach bitwy. Swoją niezwykłą walkę toczyły na spotkaniach, w kawiarenkach, przyjęciach, podczas rozmów, nierzadko również w łóżku, wydobywając informacje na wagę życia i śmierci, pośrednicząc, przekazując tajemnice i sabotując działania oraz politykę wroga za pomocą rozmaitych metod i sposobów.

Epilog ich historii był w większości przypadków smutny. Niektóre z nich zginęły jeszcze w czasie wojny, inne trafiły w samo jądro komunistycznych represji, pozostałe zapomniane i porzucone dożyły swoich dni w biedzie. Dobrze, że Marek Łuszczyna napisał tę książkę. Dobrze, że Igły, polskie agentki, które zmieniały historię zostaną w ten sposób przywrócone naszej pamięci.

Ponoć Ian Fleming kreując postaci bondowskich dziewczyn niemal zawsze dodawał do ich charakterystyki cząstkę Krystyny Skarbek. Zamiast jednak kina sensacyjnego pełnego nieprawdopodobnych zwrotów akcji, zamiast mrożących krew w żyłach thrillerów, poświęćcie czas na lekturę tych niespełna 300 stron. Otrzymacie w zamian to, co podczas seansu najlepszego filmu szpiegowskiego lub kryminału. Otrzymacie dziesięć gotowych scenariuszy takiego filmu. I historię, o której nie wypada zapomnieć. Polecam.

– Marek Łuszczyna, Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię, PWN, Warszawa 2013.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

OBSERWATOR – ks. Józef Mroczkowski

jozef-mroczkowski-obserwator-cover-okladka„Ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski […] Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia i nieprawdopodobne. Czynię więc zadość mojej powinności plotkarskiej snując […] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.” | ks. Józef Mroczkowski, Obserwator.

Ta niewielka summa summarum książeczka, skromna w formie literackiego przekazu, pisana prostym językiem, spełniać może dla pasjonatów i badaczy II wojny światowej rolę w gruncie rzeczy ogromną. Parafialne zapiski księdza Mroczkowskiego, choć mocno niekiedy subiektywne (niektórym zda się zapewne, że i niesprawiedliwe) są szczerym świadectwem trudnego czasu na nie mniej trudnym terenie.

Prowadzone od września 1939 aż do roku 1947 zapiski z życia codziennego parafii w Oleszycach, niewielkiej miejscowości w przedwojennym powiecie lwowskim, która w czasie wojny kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk hitlerowskich i sowieckich oprawców, a dodatkowo była nieustannie narażona na działania ukraińskich bojówek nacjonalistycznych UPA, są istotnym dokumentem historycznym, bo choć nacechowane światopoglądem autora, świadczą o tamtym czasie.

Od czytelnika, jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności czytania między wierszami zależy, jak odbierze tych 150 stron, w których przewijają się losy polskiego księdza, jego podopiecznych – polskich parafian, a także sąsiadów Ukraińców, Żydów, czy wreszcie sowieckich i niemieckich okupantów.

Mroczkowski o sobie pisze niewiele i dopiero z notki autorstwa Janusza Grechuty dowiadujemy się, że był człowiekiem odważnym, niebojącym się podjąć, w imieniu sprawy (wiary i swego narodu) wielkiego ryzyka. Z jego zapisków wyłania się obraz małomiasteczkowego, skromnego, choć niepozbawionego dziś już niezrozumiałych uprzedzeń, wikariusza. Człowieka w gruncie rzeczy prostego (bynajmniej nie prostackiego!), ale prawego i sprawiedliwego.

Co bardziej wrażliwsi zwrócą uwagę lub zgoła odsądzą od czci i wiary autora za antysemickie (czy faktycznie?) uwagi i tendencyjny „polski” punkt widzenia. To prawda, że Mroczkowski musiał być w pewnym stopniu nastawiony negatywnie do Żydów, ich religii i kultury, w takim samym zresztą stopniu, w jakim przed wojną nastawionych było tysiące Polaków, w jakim chociażby nastawiona była Zofia Kossak.

Mroczkowski, podobnie jak i Kossak, nie mieli jednak w sobie zrozumienia dla niezrozumiałego zła, które Hitler rozlał po Europie i któremu poddano ludność żydowską – przejawia się to zwłaszcza w zapiskach wikariusza z 1941 roku pokazujących jego prawdziwe oblicze  – oblicze człowieka, który żyjąc w piekle, przeciwstawia się mu za każdym razem, bez względu na swoje uprzedzenia i poglądy.

Nie inaczej jest w przypadku Ukraińców, których pod wpływem doznanych krzywd nazywa narodem dzikim, barbarzyńskim, nie tkniętym narzędziem wiary ani kultury. Niepodobna wymagać od Mroczkowskiego głębokiej refleksji humanistycznej, tolerancji i obiektywizmu, zważywszy na jego przeżycia, zważywszy na kontekst kulturowy, społeczny i historyczny, w którym przyszło mu funkcjonować. I nie znaczy to bynajmniej, że my dziś mamy ulegać podobnemu punktowi widzenia. Nie w tym wszakże rzecz.

Niekiedy ksiądz Mroczkowski, w swym opisie na wskroś zwięzły i prostolinijny zarazem, jakby przyparty ilością zła nie jest w stanie opisać rzeczy, które jak sam twierdzi, nie mieszczą się w ludzkim pojmowaniu. Dramat ukraińskich pogromów, które pustoszyły ludność polską w 1944 roku oddaje pozornie „suchymi”, choć przejmującymi swą wymową i sensem zapiskami, jak chociażby tym z 15 kwietnia, pod którym znajdujemy słowa:
Jeszcze jedna noc darowana.

Rzecz jasna niepodobna jest tu streszczać wszystkiego, o czym opowiada ta niezwykła, acz prosta w swej formie kronika. Zaciekawionych tematem „Wołynia” i krwawego pogranicza polsko-ukraińskiego należałoby w pierwszej kolejności odesłać do profesjonalnych opracowań, których na szczęście w ostatnim czasie nie brakuje.

Nie zmienia to faktu, że „Obserwator” jest zajmującym dopełnieniem historycznego wykładu o trudnej przeszłości na kresach, a jednocześnie jego niezwykle istotnym i sprawdzonym źródłem. I dlatego też właśnie, choć to książka pozbawiona bardziej wnikliwego komentarza poruszającego temat trudnych relacji Polaków i Ukraińców w czasie wojny, godny jest naszej uwagi.

 
Obserwator, ks. J. Mroczkowski, Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Zwróćmy legitymację żołnierza Kampanii Wrześniowej!

39W październiku tego roku mój znajomy Michał trafił na pchlim targu przy kościele dominikanów we Lwowie na rzecz wyjątkową. Na straganach, pośród gwiazdek oderwanych od sowieckich mundurów, starych książek z bajkami, podartych map i masy innych rzeczy, znajdowała się legitymacja zaświadczająca, że WASYL TURKO został odznaczony Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”. Dokument pochodzi z 1997 roku i podpisany został przez prezydenta RP.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że dla legitymacji Pana Turko nie ma miejsca na bazarze, gdzie Ukraińcy starają się wciskać turystom co popadnie. Ponieważ handlarz nie potrafił lub nie chciał powiedzieć skąd ją ma, Michał postanowił ją zakupić. I oczywiście zwrócić Panu Wasylowi lub jego Rodzinie.

TurkoRekonesans sieci poczyniony przez mojego kolegę przyniósł kilka niepewnych informacji. Według niektórych źródeł Pan Wasyl zmarł w czerwcu 2013 roku w Ohio i służył w US Army. Możliwe, że to zbieżność nazwisk, ale równie prawdopodobne, że mała czerwona książeczka z polskim orłem jest częścią pasjonującej historii weterana wielu wojen.
Michał znalazł również zdjęcie tego człowieka. Być może jest to właśnie bohater kampanii wrześniowej.

W związku z tym zwracamy się do wszystkich czytelników bloga Tropy Historii z ogromną prośbą: jeśli wiecie coś o losach tego Żołnierza lub macie kontakt z jego rodziną – dajcie znać. Jeśli nie – udostępniajcie wydarzenie i bierzcie w nim udział, może dzięki temu o sprawie dowie się ktoś, kto zdoła pomóc.

Wydarzenie do udostępnienia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/435981739852451/

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

WIĘZIEŃ NUMER 62754 – cz. II

Piotrowski1Władysław Piotrowski był jednym z ok. 1100000 zamęczonych więźniów Koncentration Lager Auschwitz. I choć nie odegrał w czasie II wojny światowej żadnej znaczącej z historycznego punktu widzenia roli, jego historia jest ważnym świadectwem niepojętego zła, która dla czytelnika może okazać się interesująca ze względu na faktografię, zaś dla mnie ważną jest głównie dlatego, że więzień 62754 był moim pradziadkiem.

Kilkanaście miesięcy temu na łamach bloga Tropy Historii opisałem okoliczności aresztowania, przewiezienia do obozu oraz śmierci mojego przodka. Dzięki zebranym przez mojego ojca informacjom, natrafieniu na nowe dokumenty oraz ostatniej wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau poznałem nowe okoliczności związane z pobytem Władysława Piotrowskiego w KL Auschwitz. Być może zainteresują one i Was.
– Więzień polityczny –

W artykule p.t. „Więzień 62754” z listopada 2012 roku podałem niesprawdzoną wersję okoliczności aresztowania mojego pradziadka. Oparła się ona na rodzinnych wspomnieniach, wedle których Władysław Piotrowski trafił do Oświęcimia za pobicie Niemca. Do zajścia doszło w rodzinnej wsi pradziadka – Łaszczynie (dziś województwo łódzkie, powiat rawski), a według tej wersji Piotrowski został w pobicie „wrobiony” przez jednego z nieprzychylnych sąsiadów.

Dzięki dotarciu do wydawnictwa p.t. Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944 poznałem inną, bardziej prawdopodobną wersję aresztowania pradziadka.
W rozdziale „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” czytamy bowiem:

[…] Część mężczyzn osadzonych w więzieniu w Tomaszowie Mazowieckim przewieziono do Częstochowy. Na Zawodziu spędzili około trzech tygodni”, aż do momentu wyruszenia transportu do Auschwitz. Do tej grupy należeli aresztowani w łapance na dworcu kolejowym w Tomaszowie: Wacław Jastrzębski (nr 62737), Zdzisław Kun (nr 62743), Stefan Libera (nr 62746), Franciszek Mazurkiewicz (nr 62749), Eugeniusz Piaskowski (nr 62753), Władysław Piotrowski (nr 62754), Tadeusz Smejda (nr 62758), Władysław Wojniak (nr 62761). […]

Zgodnie z tym opracowaniem Piotrowski trafił więc w ręce gestapo nie w Łaszczynie i nie za pobicie Niemca, a w Tomaszowie Mazowieckim podczas łapanki na dworcu kolejowym. Być może zjawił się w tym miejscu chcąc załatwić w oddalonym od 40 kilometrów Tomaszowie jakąś pilną sprawę urzędową, być może powodem był handel lub np. zakup odzieży.

Obie wersje są prawdopodobne. Za jedną przemawiają wspomnienia rodzinne, za drugą materiał zebrany przez historyka.

Radomski transport do Oświęcimia z 1 września 1942, w którym znalazł się mój pradziadek liczył 514 osób. Byli to różni ludzie z różnych miejsc okupowanego kraju. Wśród nich znaleźli się partyzanci, członkowie ruchu oporu (AK, ONR, GL), członkowie różnych grup sabotażowych, oficerowie przedwojennego wojska polskiego, księża, przypadkowi ludzie złapani w łapankach oraz grupa 43 Żydów.

100_4650

W zasadzie wszyscy Polacy uwięzieni w Auschwitz otrzymali status „więźniów politycznych”. Myli się jednak ten, który sądzi, że mój pradziadek był aktywnym działaczem politycznym, bądź członkiem polskiego podziemia. Jak pisze w swoich książkach Władysław Bartoszewski pojęcie „Polaka-inteligenta” (a więc wroga III Rzeszy) funkcjonowało w niemieckim systemie pojmowania rzeczywistości w sposób niezwykle uproszczony.

Za inteligenta uznawano polityka, wojskowego, naukowca, nauczyciela, lekarza, ale i złapanego w łapance mężczyznę noszącego okulary, człowieka mieszkającego w inteligenckiej dzielnicy bądź niosącego książkę. Gestapo złapanych w takiej łapance „więźniów politycznych” oskarżało o wyssane z palca przestępstwa. Jedną z ofiar tego terroru został Władysław Piotrowski.
– Bezimienny –

31 sierpnia 1942 roku, gdy pierwsze promienie słońca wyglądały nieśmiało zza radomskich zabudowań, z dworca kolejowego ruszyła z wolna lokomotywa, sapiąc mrukliwie i ciągnąc za sobą rzędy bydlęcych wagonów. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji w Częstochowie, gdzie, wśród krzyku esesmanów, do przeładowanych wagonów wpakowano kilkudziesięciu więźniów, w tym i Władysława Piotrowskiego.

100_4675

Gdy transport zbliżał się do celu, w okolicach Chrzanowa czterech mężczyzn wyłamało deski w jednym z wagonów i rzuciło się do ucieczki. Wśród nich nie było mojego pradziadka. On do miejsca swego przeznaczenia dotarł 1 września późnym wieczorem. Pociąg zwolnił, po chwili stanął w miejscu, po czym drzwi wagonu rozsunęły się i oczom Piotrowskiego ukazała się kolejowa rampa. Ciemność nocy rozświetlił zrazu jasny blask reflektorów, a ostre, niemieckie „schnell!” i przeciągłe „rraauss!” zmieszało się z kanonadą kroków i pierwszych jęknięć bitych przez esesmanów więźniów.

W ubiegłą sobotę przemierzyłem tę samą drogę, którą wówczas pokonał mój przodek. Ruszyłem od strony torów kolejowych i wszedłem na teren obozu mijając bramę z cynicznym napisem „Arbeit macht frei”. W ubiegłą sobotę świeciło słońce, dookoła rozlegał się tumult setek turystów, a stojący na parkingu kierowcy gaworzyli leniwie popalając papierosy.

71 lat temu, to rzecz jasna banał, mój pradziadek pokonał tę drogę inaczej. Biegnąc przy wrzasku wściekle ryczących i bijających gumową pałką esesmanów. Biegnąc w chłodzie wrześniowej nocy ze straszliwym uczuciem niepewności, zwykłym ludzkim strachem, z którym kontrastował krajobraz składający się z przystrzyżonych równo trawników, zadbanych alejek i rosnących wszędy drzewek.

Niemcy rozkazali stanąć nowoprzybyłym w alejkach oddzielających równe rzędy baraków. Piotrowski wraz z pół tysiącem więźniów aż do rana tkwił w jednym miejscu bijąc się z myślami i czekając tego, co stanie się wkrótce. Po wielu godzinach, gdy słońce wzbiło się już ponad horyzont, esesmani wydali polecenie „rozebrać się!”, a następnie popędzili wszystkich w stronę łaźni.

Po kąpieli w strumieniach zimnej wody Piotrowski wraz z innymi podszedł, zupełnie nagi i dygoczący z zimna, do jednego z ustawionych przed blokiem stolików. Tutaj pisarze zadali mu kilka pytań, zabrali nazwisko i nadali mu nowe imię. Nie było już Władysława Piotrowskiego. Od teraz był już tylko polski więzień polityczny nr 62754.

100_4664

Miejsce katowania więźniów KL Auschwitz, tzw. kara słupka polegająca na przywieszaniu więźnia za ręce skrępowane w przegubie i wykręcone do tyłu.

 

 

– U wrót piekieł –

Pierwsze godziny w obozie…
Godziny gehenny. Po apelu i rejestracji, nowych więźniów stłoczono w sali na piętrze bloku 11., gdzie osadzeni spali na betonie i gdzie Piotrowski oraz jego towarzysze niedoli przeszli czas tzw. kwarantanny. Składał się on z tzw. „sportu” – wykonywania męczących ćwiczeń fizycznych, np. skakania żabką, czy też tzw. „rollen” polegającym na toczeniu się po ziemi i ostrym żwirze. Wszystko to wśród nieustających krzyków esesmanów, którzy pastwili się nad nowoprzybyłymi biciem – biciem niekończącym się i niezrozumiałym.

100_4663

Po dwóch lub trzech dniach mój pradziadek trafił wraz z innymi do bloku 10. i tam przydzielono go do jednego z komand robotniczych. Do którego konkretnie, niewiadomo.
Jak podaje Ewa Bazan, autorka rozdziału „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” część więźniów z radomskiego transportu skierowano do pracy przy regulacji rzeki Soły, inni trafili do prac przy roli, także do rozmaitych warsztatów obozowych, komanda Bauhof, czy komanda woźniców. Część z nich wykonując swoje obowiązki przebywała również w rozbudowującym się obozie Auschwitz-Birkenau – miejscu wymordowania prawie miliona Żydów, gdzie niektórzy spośród radomskich więźniów pomagali polskim więźniarkom i zbierali informacje np. na temat budowy krematoriów, zbrodniczych eksperymentach medycznych i licznych egzekucji.

 

 

– Ostatni dzień 1942 roku –

Zimno, brud, a nade wszystko przeszywający wnętrzności głód (na śniadanie 300 gram obrzydliwego chleba i lura zwana kawą, na obiad talerz wodnistych pomyj zwanych zupą, a wieczorem znów tylko „kawa”) oraz strach, ponadto wycieńczająca, wielogodzinna praca ponad ludzkie siły, a wreszcie bicie – ciągłe i bez końca – powodowały, że silny młody mężczyzna, który trafił do dobrego komanda (pod dachem) i potrafił skombinować coś do jedzenia był w stanie przeżyć w obozie pół roku, a rzadziej i więcej. Większość – starsi, schorowani, słabsi spośród tych, którzy trafiali do Oświęcimia wytrzymywali kilka tygodni, góra 3-4 miesiące.

Dzięki uprzejmości p. Krystyny Leśniak z Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau (biuro informacji o byłych więźniach) wiem, że Władysław Piotrowski, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia, w obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754, zginął 31 grudnia 1942 roku. Przeżył więc w fabryce śmierci 4 miesiące.

Władysław Piotrowski został dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego:
Blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego i 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.

100_4666

Przyczyna śmierci mogła więc (choć nie musiała) wiązać się z bardzo poważnymi urazami, prawdopodobnie nabytymi w wyniku pobicia przez kapo lub esesmana bądź też stanowiącymi skutek pracy ponad siły w anormalnych warunkach. Być może powód zgonu był inny, zdarzało się bowiem, że Niemcy fałszowali prawdziwą przyczynę śmierci. Czy Władysław Piotrowski został zakatowany niemal na śmierć, w wyniku czego zginął ostatniego dnia 1942 roku, czy też na przykład otrzymał w bloku szpitalnym zabójczy zastrzyk z fenolu – tego nie sposób dziś ustalić.

Komendant obozu Rudolf Höss mawiał do więźniów: „Popatrzcie to krematorium. Komin to jedyna droga na wolność”. Ta właśnie droga, jedyna niemal droga na wolność z Oświęcimia, stała się udziałem Władysława Piotrowskiego.

100_4665

 

 

– 71 lat później –

Spacerując we wrześniowe sobotnie przedpołudnie po alejkach KL Auschwitz, stąpając więc sensu stricte po świadectwie zła totalnego, po tym jądrze całkowitego wynaturzenia – mimo dziesiątek obejrzanych filmów, przeczytanych książek, wspomnień i opracowań historycznych, mimo setek przejrzanych fotografii, mimo słów przewodnika, mimo wyjących zza muzealnych szyb niemych świadków tragedii, nie zaznamy Auschwitz-Birkenau takim, jakim zaznali go jego więźniowie. I jakimi odczuwał i pojmował go Władysław Piotrowski oraz każdy z 1,3 miliona więźniów.

100_4671

 

100_4678

 

Źródła
– Ewa Bazan, Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku, [w:] Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, str. 773-780.
– Danuta Czech. Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz
– foto wł.

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

ROSJA W ŁAGRZE – Iwan Sołoniewicz

Rosja w  łagrze 2„Dziewczynka prawie przemocą wyrwała mi kocioł z ręki. Rozpięła podarty kaftan, pod którym sterczały jedynie gołe, ostre żebra, przycisnęła kocioł do swojego gołego ciałka, jak gdyby tuliła dzieciątko, przykryła się znów kaftanem i usiadła w śniegu. […] zrozumiałem w końcu, że dziewczynka chce ciepłem swego wygłodzonego ciała roztopić tę półpudową bryłę zamarzniętego, obrzydliwego, świńskiego żarcia, które jednak było żarciem.” | fragment książki „Rosja w łagrze” Iwana Sołoniewicza.

„Rosja w łagrze” Iwana Sołoniewicza to nie tylko podróż do piekieł sowieckich łagrów, to ponadto – zajmujące studium komunizmu i jego wielu oblicz. Studium podane bynajmniej nie w pigułce, studium zawierające tak głęboką analizę radzieckiego systemu, że zawstydzić może prace niejednego historyka.

Trzydzieści lat przed słynnym „Archipelagiem GUŁag” Aleksandra Sołżenicyna opublikowano wspomnienia człowieka, który z koszmaru dnia codziennego sowieckiej Rosji trafił do samych jego czeluści – łagrów GPU, de facto więc radzieckich obozów koncentracyjnych rządzących się swoimi prawami, rządzących się nieustannym głodem, bólem i cierpieniem niezliczonych mas ludzkich skazanych na zsyłkę do obozów pracy przymusowej rozlokowanych na terenie całego ZSRR.

Bez względu na to, jak bardzo nieprawdopodobne mogą wydać się współczesnemu czytelnikowi fakty zawarte w „Rosji w łagrze” należy mieć odwagę zmierzyć się z tą zatrważającą, a zarazem nakreśloną świetnym literackim językiem historią. Wszystkie wyuczone na lekcji historii regułki na temat realiów życia w ZSRR bledną wobec świadectwa, które mówi samo za siebie, a które podobnie jak hitleryzm, nie mieści się w tradycyjnych ramach ludzkiego rozumowania.

Jak bowiem zrozumieć absurdy, którymi rządził się tamten, położony na wschodzie świat. Czy można dziś pojąć, że głodujący więzień łagru ostatnie resztki jedzenia wysyła „na wolność” – do rodziny, która umiera z głodu w jednym z tysięcy kołchozów? Nie można, podobnie, jak i nie sposób zrozumieć wszystkich absurdalnych zarządzeń, praw i „obyczajów”, którymi w tamtym czasie rządziła się sowiecka kraina stworzona z głodu, strachu i zdrady elementarnych praw uniwersalnego humanizmu.

Rzeczywistość ta, wydawałoby się skąpana z fantazmacie, to świat (czy to łagru, czy też tzw. „wolności”), w której na śmierć skazuje się miliony ludzi (kto nie kradnie i nie kombinuje, ten umiera z głodu), w której, jak pisze Sołoniewicz, zapał (sowieckich aktywistów), analfabetyzm (władz i ogromnej części narodu) oraz głupota (wszystkich po trosze) nie pozwalają funkcjonować chociażby w namiastce normalności.

Ze wspomnień Sołoniewicza (wydanych w Polsce po raz pierwszy w 1938 roku) wyłania się kraj, w której buduje się stadiony nie dla ludzi, ale dla wąskiej grupy czekistów, aktywistów, szpicli i partyjniaków, w którym konie (paszy przecież brak) karmi się „kiszonką” z gałęzi (od której zwierzęta rzecz jasna zdychają w męczarniach), w którym każdy szpieguje niemal każdego, a mit „raju socjalistycznego” i cud „5-cio latki” tłamsi, a następnie dziesiątkuje naród, niczym epidemia dżumy lub tyfusu.

Bez względu na to, jak bardzo autor był szczery w przedstawieniu poszczególnych faktów ze swojej katorżniczej tułaczki (czy możemy w ogóle przypuszczać, że było inaczej?), nie sposób nie docenić jego wnikliwej analizy tamtych czasów i tamtej rosyjskiej rzeczywistości. „Rosja w łagrze” na plan pierwszy wcale bowiem nie wysuwa historii autora-bohatera, jego syna oraz brata, z którym Sołoniewicz dzieli niedolę i próbuje ucieczki. Wysuwa coś innego, co należy chyba (niech w tej kwestii wypowiedzą się historycy) nazwać głęboką, niepozbawioną subiektywizmu, ale i niezwykle trafną analizą życia nie tylko w sowieckim łagrze, ale i całej skąpanej w bolszewizmie rzeczywistości ZSRR.

Bez względu na to, czy Sołoniewicz opisuje walkę w strukturach różnego rodzaju władz (w łagrze, w partii, wśród aktywistów i nośników chorej idei), czy problem tysięcy bezdomnych i skazanych na zagładę dzieci, czy też sposób zdobywania w Rosji sowieckiej jedzenia – z niezwykłą biegłością tłumaczy czytelnikowi nie tylko skutki, ale i przyczyny niezliczonych patologii. Nad tym warto i należy się pochylić, nie tylko ze względu na ludzką wrażliwość i pamięć, ale przede wszystkim ku przestrodze.

W świecie opisywanym w „Rosji w łagrze” wszystko związane jest z partią, partia jest wszędzie, o partii nie wypada ani mówić, ani milczeć, partia (rozumiana nie tylko, jako Stalin, ale jako cały skomplikowany i rozrośnięty na niespotykaną skalę aparat) wypełnia każdą minutę życia, decyduje o być albo nie być, zmuszając do poniżeń – i naiwnie, ale trafnie rzecz ujmując, prowadząc do zła totalnego.

„Podróżując” wraz z próbującym uciec z tego „raju” Sołoniewiczem spotykamy wielu ludzi – każdy, bez względu na to czy jest wykułaczonym chłopem, bandytą, strażnikiem, oficerem GPU, naczelnikiem, robotnikiem, czy inteligentem – z góry zostaje określony przez sowiecką władzę i sowiecki (nie)ład. Tu nikt od komunizmu nie może lub nie potrafi abstrahować.  I właśnie dlatego zapomnieć o ofiarach bolszewizmu, komunizmu, stalinizmu zwyczajnie się nie godzi, zwłaszcza z perspektywy polskiego czytelnika, który o „czerwonym terrorze” powinien wiedzieć wiele.

I nie istotne w tej akurat historii są informacje o antysemityzmie autora, jego monarchistycznych sentymentach, pobycie w III Rzeszy i radykalnych poglądach, o których czytamy w interesującym skądinąd posłowiu. Ważna, choć trudna, jest podróż, w którą Sołoniewicz zabiera nas licząc się przy okazji z tym, że jego wspomnienia czytać będą ludzie o różnych światopoglądach i doświadczeniu. Odniosłem wrażenie, że zapiski te, choć niepozbawione subiektywizmu są summa summarum niezwykłe uczciwe. To bardzo ważne, bo skłania do wniosku, że mamy do czynienia nie z opinią człowieka świadczącego w jakimś konkretnym celu, ale że jest to świadectwo prawdziwe.

„Rosja w łagrze” pomoże Wam wnikliwiej przyjrzeć się historii Związku Radzieckiego i jego wynaturzonego systemu, ponadto może okazać się dla wielu remedium, swoistą odtrutką na socjalistyczne bajanie o długich kolejkach, occie na półkach i zabawnych absurdach PRL-u – świata, którego od piekła opisanego przez Sołoniewicza tylko pozornie dzieliła duża odległość. To pozycja obowiązkowa, której nie należy traktować, jako zamiennik „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyna, a ważne i warte uwagi jego dopełnienie. I właśnie dlatego sprawdźcie je koniecznie!

*      *      *

Iwan Sołoniewicz, Rosja w łagrze, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa, 2013.

Premiera wydania DWPWN – 17 września 2013 r.

*      *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

SEKRETY DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ. WOJNA MÓZGÓW – Brian Johnson

sekrety_okladka_gotowaKsiążka Johnsona nie jest lekturą z serii „łatwych i przyjemnych”. Nie można traktować jej podobnie do historycznych czytadeł sensacyjnych, których w ostatnich latach na półkach księgarni pojawia się coraz więcej. Nie mniej jednak gigantyczny materiał faktograficzny i techniczny oraz możliwość odkrywania kolejnych sekretów tajnych wynalazków powodują, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdego pasjonata II wojny światowej.

Historycy koncentrujący uwagę na wydarzeniach z lat 1939-1945 w większości przypadków terminami takimi, jak „Enigma”, „Ultra”, „radar” czy „V1” posługują się bez refleksji (bynajmniej to nie jest zarzut) odkrywając przed czytelnikiem zaledwie czubek góry lodowej, a sens działania ów skomplikowanych urządzeń sprowadzając do skutków, jakie spowodowały lub powodować potencjalnie mogły.

„Sekrety drugiej wojny światowej. Wojna mózgów”, oparte na serialu historycznym BBC (The Secret War, 1977), wypełniają tę lukę w sposób perfekcyjny. Dokładność z jaką Johnson analizuje każdy z wynalazków, nieprawdopodobna konsekwencja w przytaczaniu kolejnych faktów oraz odpowiednie nakreślenie tła wojskowo-politycznego tworzą zajmujące studium powstawania, funkcjonowania i zwalczania urządzeń, które niejednokrotnie wyprzedzały swoją epokę.

To ponadto pozycja dla każdego, kto poznawszy z grubsza sens terminów „Enigma”, czy rakieta „V2” chciałyby poznać niezdawkową, a dokładną historię ich tworzenia i wykorzystywania. Tak wyczerpującej analizy na temat owoców wojennej pracy naukowców, osobiście, jeszcze nie spotkałem.

Autor książki skupia naszą uwagę na najmniejszych detalach (fanatycy fizyki, czy historii wojskowości będą w siódmym niebie), odkrywając przy tym, kroczek po kroczku, sposób działania niesłychanie skomplikowanych urządzeń. Dla niektórych zmaganie się z tym gigantycznym materiałem rozkładającym każdy z tajnych wynalazków na czynniki pierwsze (dosłownie!) może z czasem stać się odrobinę nużące, ale czy obierając za przedmiot badań ten właśnie temat można byłoby zadowolić się uogólnieniami i półprawdami?

Po tego typu literaturze oczekujemy bowiem przede wszystkim jednego – rzetelności. Brian Johnson sprostał wyzwaniu, a dzięki temu, że na łamach swojego dzieła przeplótł szczególiki techniczne z klarownie nakreślonym tłem sytuacyjnym, całość nie tylko nie nuży, ale i intryguje pozostawiając czytelnika niejednokrotnie w niemym osłupieniu. Bo czegoż oni w tamtym czasie nie wymyślali…

Dzięki tej książce dowiemy się nie tylko o tym, jak na przykład działał niemiecki system naprowadzania samolotów za pomocą fal radiowych używany przez Luftwaffe podczas nocnych bombardowań Wielkiej Brytanii zwany „Knickebein”. Dowiemy się również o okolicznościach odkrycia go przez Brytyjczyków oraz o tym, jak przekonano Churchilla, że „zabawka” ta może okazać się dla wyspiarzy zabójcza. Wreszcie poznamy historię walki z nim, de facto więc historię powstawania innych urządzeń, które zwalczały ten i wiele innych niemieckich wynalazków wojskowych.

Zdradzanie tajemnic odkrywanych przez autora byłoby z mojej strony nie na miejscu i popsułoby Wam zabawę, wspomnę więc jedynie, że poza wspomnianymi systemami naprowadzania, „Sekrety II wojny światowej” rozkładają na czynniki pierwsze prace Wernhera von Brauna nad pociskami V1 i V2, tajemnice różnego rodzaju radarów i systemów wykrywania używanych przez marynarkę i lotnictwo, echosondy ASDIC i inne fantastyczne wynalazki.

Bundesarchiv, Bild 146-1973-029A-24A / Lysiak / CC-BY-SA

Rakieta V1 (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1973-029A-24A / Lysiak / CC-BY-SA)

Przysłowiową wisienkę na torcie stanowi ostatni rozdział, w którym Johnson przedstawia legendarną „Enigmę” i sekretny tajnopis, za pomocą którego porozumiewały się najważniejsze osobistości III Rzeszy. Poznajemy tu tajniki działania tych niezwykłych szyfrujących machin i fascynującą historię walki aliantów o to, aby je oszukać.

Co ważne dla polskiego czytelnika, rola zarówno polskiego wywiadu, jak i zespołu naszych matematyków w pokonaniu niemieckiego systemu szyfrowania została przez historyka podkreślona bardzo wyraźnie i na szczęście nie pokrywa się z niedopuszczalną wersją znaną Amerykanom i Brytyjczykom z filmowej produkcji z 2001 roku z Kate Winslet w roli głównej. Johnson jest zbyt poważnym badaczem, aby nie oddać nam tego lauru.

Oczywiście to nie historycy-amatorzy, a znawcy tematu oraz fachowcy wojskowości będą w stanie stwierdzić, czy w zebranej przez Johnsona dokumentacji są błędy i pęknięcia. Biorąc pod uwagę źródła z jakich korzysta autor oraz zebrane świadectwa uczestników opisywanych wydarzeń, wydaje się to mało prawdopodobne.

Ważne jest również coś jeszcze innego. W przeciwieństwie do wielu historyków, Brian Johnson nie próbuje z przedmiotu swych badań uczynić „kamienia węgielnego” II wojny światowej. Tutaj fakty mówią zawsze same za siebie, a autor niejednokrotnie przyznaje, że gro z fascynujących wynalazków z różnych przyczyn nie odegrały w wojnie roli, jaka była im pierwotnie wyznaczona. To uczciwość godna szacunku.

„Sekrety drugiej wojny światowej. Wojna mózgów” istotnie pokazują, że tak jak I wojna światowa stała się polem walki chemików, tak konflikt lat 1939-1945 okazał się starciem nie tylko żołnierzy, ale i fizyków. I właśnie o tej fascynującej walce polegającej na „przechytrzeniu” wroga nie tyle na polu bitwy, ile w ukrytych pracowniach naukowych, snuje na kartach swej książki opowieść Johnson. Gdy odkryjecie sekrety „Aspiryny”, „Bomby” i „Colossusa”, przekonacie się o tym sami.

W dodatku, mimo trudności, jakie bez wątpienia nastręcza czytelnikowi przyswojenie ogromnego materiału dokumentalnego, całość przedstawia II wojną światową w nowym, dotąd dla wielu (w tym i dla mnie), nieznanym świetle. I dlatego niech sięgną do tej książki ci, którzy z tematu II wojny światowej lub wojskowości tego okresu uczynili przedmiot swojego zainteresowania.

* * *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE