Tag Archives: 1943

„GIBRALTAR. TAJEMNICA SIKORSKIEGO” – Dariusz Baliszewski (quasi-recenzja)

„Tego dnia historia otrzymywała do przyjęcia na wiarę jeden z najdziwniejszych chyba wypadków lotniczych w dziejach lotnictwa – ze startującego samolotu wypadły worki z pocztą, zablokowały się stery wysokościowe, które ani teoretycznie, ani praktycznie nie mogły się zablokować, wszystkie ofiary, a nikt nie wie, ile ich było, zginęły na skutek śmiertelnego urazu głowy […]” | Dariusz Baliszewski. Gibraltar. Tajemnica Sikorskiego, RYTM, Warszawa 2017, s. 138.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

AKCJA PIŃSKA: ZDOBYĆ WIĘZIENIE!

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

Szedł wzdłuż drewnianego płotu jak zwykły przechodzeń. Lekko zadarł głowę i na szczycie płotu zobaczył cztery linie drutu kolczastego. Przeszedł obok głównej bramy, również drewnianej, a ponieważ nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie przebywanie w sąsiedztwie więzienia, zanotował w pamięci tylko parę szczegółów i zawrócił. Potrzebował dokładnego planu więzienia… | Kacper Śledziński „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”

Kapitan Alfred Paczkowski pseudonim „Wania”, jeden z wyszkolonych w Wielkiej Brytanii cichociemnych zrzucony na teren okupowanych przez Niemców ziem polskich, został jednym z komendantów „Wachlarza” w 1942 roku. Celem zaś „Wachlarza”, organizacji działającej w ramach Armii Krajowej, było prowadzenie dywersji na tyłach hitlerowskich wojsk stacjonujących na Wschodzie.

„Wania” nie miał szczęścia. Tuż bowiem po wylądowaniu na polskiej ziemi został aresztowany przez patrol Grenzschutzu i tylko przytomności umysłu, odwadze i brawurowemu atakowi na strażników zawdzięczać mógł ratunek.
Skierowany na wschód kierował walką II odcinka „Wachlarza”, który w rejonie Brześcia i Mińska wysadzał w powietrze transporty niemieckie oraz likwidował konfidentów gestapo. Podczas jednej z nocnych wędrówek, przechodząc po zamarzniętym jeziorze, „Wania” złamał nogę. Ostatkiem sił dowlókł się do starej smolarni, gdzie czekać miał na pomoc swoich oficerów – „Bociana” i „Azora”. Rzeczeni sami wpadli w niemieckie ręce, a Paczkowskiego znaleźli wkrótce białoruscy policjanci tropiący w tych rejonach Żydów.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali "Wanię" i innych oficerów AK.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali „Wanię” i innych oficerów AK.

– Spisani na straty –

Paczkowski, a oprócz niego również trzech oficerów: Marian Czarnecki ps. „Ryś”, Piotr Downar ps. „Azor”, Mieczysław Eckhardt ps. „Bocian” trafili do więzienia w Pińsku, niewielkiego i „nieciekawego”, jak pisali w listach do rodziny niemieccy żołnierze, miasteczka na Polesiu, położonego nad rzeka Piną, u jej ujścia do Prypeci.

Dowódca „Wachlarza” – Remigiusz „Doktor” Grocholski znał procedury na pamięć i z ciężkim sercem spisał czwórkę swoich ważnych ludzi na straty, podobnie zresztą jak i kierowaną przez siebie organizację, która zmuszana przez Londyn do przeprowadzania szaleńczych akcji, wkrótce miała zostać wchłonięta przez Kedyw.

Więcej inicjatywy, od szefa „Wachlarza”, wykazała w kwestii losu uwięzionych akowców Warszawa. Komendant Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki o wpadce pińskiej dowiedział się od swojego adiutanta i po konsultacji z generałami Pełczyńskim i Komorowskim zdecydował, że Paczkowskiego i spółkę należy odbić.

Alfred Paczkowski ps. "Wania"

Alfred Paczkowski ps. „Wania”

– W kaźni gestapo –

O „Wanii” myślał jeszcze ktoś. Marian Przysiecki, onegdaj szef pińskiej placówki „Wachlarza” siedział kilka miesięcy wcześniej w tym samym więzieniu, ale zdołał uciec (wraz z towarzyszami odkręcił śruby z krat więziennych okien i przedostał się na drugą stronę). To on, zanim wiadomość o wpadce dotarła jeszcze do Warszawy, zainteresował się „Wanią” i poprzez swoich ludzi pracujących w więzieniu przekazywał więźniowi grypsy mające na celu podtrzymanie go na duchu.

Było to w tym okresie bardzo ważne. Cichociemni byli ludźmi twardymi, świadomymi ogromnego ryzyka i wszelkich konsekwencji, ale byli też przede wszystkim ludźmi z krwi i kości, których teraz gestapo poddawało okrutnym torturom. Niemcy wiedzieli, że mają do czynienia ze spadochroniarzem z Anglii, nie wiedzieli natomiast, że z samym komendantem tajnej organizacji, o której swoją drogą wiedzieli niewiele, choć co rusz wpadali na jej trop.

Nie trudno się domyślić, w jaki sposób Niemcy chcieli wydobyć od Paczkowskiego tajemnice „Wachlarza”. Podkute buty gestapowców, co rusz uderzały w poranione ciało Polaka, a kiedy kopniaki i pięści nie przynosiły efektów hitlerowcy starali „wpłynąć” na więźnia żelaznym prętem i wieszaniem za ręce. Do tego dochodziły krzyki i tortury psychiczne. Gdy Paczkowski mdlał, ocucano go wiadrem zimnej wody, poczym „wywiad” rozpoczynał się od początku. „Wania” milczał uparcie sprzedając oprawcom naprędce wymyślone bajeczki pełne fikcyjnych, wymyślonych na poczekaniu nazwisk i rozkazów. Wiadomym jednak było, że wkrótce będzie dla niego za późno.

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

– Marne szanse –

Akcję odbicia więźniów z Pińska „Grot” Rowecki postanowił powierzyć Janowi Piwnikowi ps. „Ponury”, cichociemnemu, który dwa lata wcześniej został przerzucony do kraju z Anglii i który zdążył od tego czasu zaliczyć stanowisko koordynatora do spraw przyjmowania cichociemnych, pozycję kierownika II odcinka „Wachlarza”, wpadkę, areszt oraz ucieczkę z więzienia i wreszcie długą podróż (na pieszo) do Warszawy, po której zresztą zachorował na czerwonkę. Gdy cichociemny wyzdrowiał natychmiast zgłosił się do służby, a zdaniem Roweckiego był to idealny kandydat do wykonania skomplikowanego zadania.

„Ponuremu” rozkaz przekazał Remigiusz Grocholski. Cel misji był prosty – uwolnić Wanię, Rysia i Azora. Sposób – przekupstwo, podstęp, atak zbrojny.
Piwnik miał wykorzystać wszelkie dostępne środki, byle tylko dopiąć swego, choć realne szanse na powodzenie akcji były stosunkowo niewielkie i wszyscy liczyli się z porażką.

Na nikłe szanse przedsięwzięcia składało się kilka czynników. Przede wszystkim „Ponurego” gonił czas. Wiadomym było, że każdy upływający dzień to jeszcze jedna doba cierpień dla uwięzionych, których w każdej chwili Niemcy mogli wywieźć, rozstrzelać lub zamęczyć na śmierć. Przygotowując akcję Piwnik nie mógł więc liczyć na dokładny rekonesans fotograficzny, nie był też w stanie przeprowadzić ćwiczeń w terenie.

Wkrótce okazało się, że przekupstwo nie wchodzi w grę, bo „Ponury”, dysponujący kwotą około czterdziestu tysięcy marek, nie znalazł odpowiedniego „dojścia” w więzieniu. Tutaj potrzebny był ktoś o znanej „reputacji”, ktoś kogo zaufaniem darzyć będą obie strony, a nikt taki po prostu się nie znalazł, mimo prób podjętych przez „Drucika” (być może pod tym pseudonimem ukrywał się sam Marian Przysiecki).

Piwnik nie miał wyjścia i zdecydował – zaatakuje więzienie. Teraz całą uwagę on i jego najbliżsi współpracownicy skupili na przygotowaniu operacji i opracowaniu planu ucieczki.
Wkrótce do Paczkowskiego dotarł gryps o treści: „Pozdrowienia od pani Atkinson”.
„Wania” przypomniał sobie, że pani Atkinson była kobietą, u której mieszkał w Londynie. Jego współlokatorem w tamtych czasach był… Jan Piwnik.
Kolejna przekazana przez zaprzyjaźnionego strażnika wiadomość wlała w serce Paczkowskiego jeszcze więcej nadziei: „Będzie odbicie”.

– Szesnastu przeciw trzem tysiącom –

Powodzenie akcji zależało od zaskoczenia nieprzyjaciela i precyzji. Nic więc dziwnego, że plan ataku, przygotowanego w konspiracyjnym lokalu znajdującym się w Brześciu, był autorem czwórki cichociemnych – oprócz Piwnika –  Jana Rogowskiego„Czarka”, Wacława Kopisto „Kry” i Michała Fijałka  „Kawy”. To oni podczas kilku, trwających wiele godzin spotkań zadecydowali, że w akcji weźmie udział szesnaście osób podzielonych na cztery grupy.
Kopisto i Pakunek
Czekała ich nie lada przeprawa. W Pińsku znajdowało się, jak podaje Kacper Śledziński, około 100 żandarmów, 300 milicjantów, ponad tysiąc Kozaków dońskich walczących po stronie hitlerowców oraz batalion wojska, w sumie oddział „Ponurego” musiała wywieźć w pole wroga liczącego około trzech tysięcy ludzi.

Czarka i Kawa

Jak słusznie zauważył autor cytowanej tu książki o cichociemnych, pamiętajmy jednocześnie, że dostanie się za mury więzienia, oswobodzenie więźniów i pokonanie strażników stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą była ucieczka z Pińska i przedostanie się do Warszawy, na drodze do której zagrożeń, w postaci patroli i innych „punktów kontrolnych” mogących przyłączyć się do obławy na sabotażystów, czekało bez liku.

– W „imieniu” radzieckiej partyzantki –

Wczesnym rankiem 17 stycznia w lokalu zajmowanym przez „Czarkę” rozbrzmiał dzwonek telefonu. Cichociemny podniósł słuchawkę i usłyszał w niej głos swojego przełożonego.
– Zbieraj ludzi. Między godziną 17 a 18 musicie zameldować się w umówionym punkcie w Pińsku – oznajmił Piwnik i zakończył rozmowę.
„Czarka” natychmiast skontaktował się z zespołem i wkrótce czternastu ludzi podążało w dwóch autach – ciężarowym fordzie oraz oplu kadecie w kierunku Pińska. Z Janowa ruszył w tę samą stronę kierowany przez „Douglasa” ciężarowy chevrolet.

Wieczorem cała grupa dotarła do celu, a następnie „Ponury” zapoznał wszystkich z planem ataku. Cztery grupy (I – „Ponury”, „MSZ”, „Motor” i przebrany w niemiecki mundur „Esesman”; II – „Czarka”, „Kra”, „Jastrząb”, „Dzik”; III – „Kawa”, „Kmicic”, „Ryks”, „Dym”; IV – „Wrona”, „Płomień” plus „Monter” i „Pakunek” w fordzie) miały przedostać się do wnętrza więzienia i w ciągu półgodziny, najlepiej bez użycia broni palnej, wykonać zadanie.

Zdecydowano przy tym posługiwać się wyłącznie językiem rosyjskim, tak, aby stworzyć pozór ataku radzieckich partyzantów, co z kolei miało zapewnić bezpieczeństwo polskim zakładnikom trzymanym w niewoli przez Niemców, jako zabezpieczenie przed jakimikolwiek działaniami polskich oddziałów dywersyjnych w tym rejonie.
Godzinę rozpoczęcia akcji wyznaczono na godzinę 17:00.

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia - "Jeliny" za pośrednictwem łączniczki "Leny" na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia – „Jeliny” za pośrednictwem łączniczki „Leny” na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

– Atak –

Trzy minuty przed godziną piątą po południu pod pińskie więzienie podjechał opel kadet, z którego wysiadł oficer SS i bez zbędnych uprzejmości rozkazał strażnikom otworzyć bramę więzienia. Gdy samochód wjechał na dziedziniec, do zamykającego bramę strażnika podszedł od tyłu ten sam esesman i ubranemu w gruby kożuch Niemcowi przyłożył do pleców lufę swego pistoletu. Ponieważ strażnik sięgnął po broń wkrótce, po okolicy, rozeszło się echo pojedynczego wystrzału. Teraz czasu było niewiele.

Wkrótce więzienny mur pokonała druga grupa, która przebiegła przez dziedziniec i wpadła do wnętrza budynku kancelarii, gdzie wyrwała przewód telefoniczny.
Następna grupa również przedostała się do środka i zaskoczyła kończących pracę Oberwachtmeistera Hellingera i Wachmeistera Zollnera. Niemcy z przerażeniem w oczach spoglądali na wycelowane w ich kierunku kolty 45 i lufę stena, ale po chwili, ku zaskoczeniu akowców, zdecydowali się stawić opór. Po krótkiej strzelaninie hitlerowcy padli na zimną posadzkę martwi, a ranny w ramię został „Ryks”.

RyksPolacy przy ciele martwego komendanta znaleźli klucze, a potem, ile tylko sił w nogach, popędzili w kierunku wieży strażniczej, na którą wspiął się „Ryks” spuszczając po chwili linę, po której z kolei wspięli się „Dzik”, „Kmicic” i „Kawa”. Czwórka żołnierzy znalazła się na dziedzińcu i poczęła skradać się w kierunku strażników zajętych rozmową ze znajdującym się po drugiej stronie „Esesmanem”. Wkrótce strażnicy zostali obezwładnieni, brama otworzona, a opel „Esesmana” wtoczył się do środka stając dopiero przez budynkiem, w którym trzymano więźniów.

Akowcy wpadli do budynku otwierając kolejne cele i krzycząc do skonsternowanych więźniów, że „Wo imieniu Stalina wy swobodny, wychoditie!”. Wkrótce zgrzytnął zamek również w pewnej, bardzo ważnej dla napastników celi, a oczom „Czarki” i ”Motora” ukazał się poobijany, wychudzony Paczkowski. Gdy uwolniono już wszystkich więźniów „Wania”, „Azor” i „Ryś” zajęli miejsce w oplu, a Hackiewicz („MSZ”) wyjechał z więzienia i ruszył na zachód.
Zegarek „Ponurego”, któremu Paczkowski po wyswobodzeniu ostatkiem sił ponoć rzucił się w ramiona, wskazywał teraz godzinę 17:25.

– Wolność –

Po przejechani kilkunastu kilometrów opel zaczął się „wiercić”, a zmorzonych snem trzech byłych więźniów obudził huk eksplozji. To eksplodowały stare opony, które wedle relacji świadków nie wytrzymały obciążenia. Na szczęście wkrótce pojawił się chevrolet „Douglasa” i po uprzednim spaleniu opla, podróż można było kontynuować. Polacy, przygotowani na niemiecki pościg, rozrzucili na drodze za miastem kolce do przebijania opon. Okazało się to zbędne.

Esesman i Kmicic
Niemcy o ataku na swoje więzienie dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Znakomity rezultat przyniosła akcja sabotażowa „Drucika” (Przysiecki?), który poważnie uszkodził linię telefoniczne w centrum miasta opóźniając czas reakcji okupanta. W dodatku „Ponury” bojąc się pościgu nakazał jednej ciężarówce udać się do Brześcia, a drugiej, w której znajdowali się m.in. odbici więźniowie, skierować do Drohiczyna.

Po wielogodzinnej, prowadzonej w przenikliwym zimnie i trwającej wiele godzin podróży, urozmaicanej kawałkami słoniny i haustami wódki, kapitan Paczkowski – jak relacjonuje Kacper Śledziński – 20 stycznia pojawił się w swoim warszawskim mieszkaniu, w którym czekała na niego żona Alicja.

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego" po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego” po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

– Z rąk samego „Grota” –

Uwolnieni 18 stycznia 1943 roku oficerowie Armii Krajowej zostali przetransportowani do Warszawy. 13 lutego, za akcję pińską, która została uznana za wzorcową i na jej podstawie prowadzono szkolenia dywersji, Jan Piwnik „Ponury” i Jan Rogowski „Czarka” otrzymali nadania Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari i to z rąk samego generała „Grota” Roweckiego.

Porucznik „Kra” Kopisto, „porucznik „Kawa” Fijałka oraz trzynastu pozostałych uczestników akcji otrzymało również, i także z rozkazu Roweckiego, a z rąk Remigiusza Grocholskiego „Doktora” – nadania Krzyży Walecznych. Ordery mieli otrzymać już w wolnej, niepodległej Polsce. Nie doczekali…

Niemcy nie dali się oszukać i szybko doszli do wniosku, że to nie radzieccy partyzanci, a polski oddział Armii Krajowej dokonał tego śmiałego ataku na pińskie więzienie. Los zakładników trzymanych w tzw. Polskim Komitecie został przesądzony.

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Jan Piwnik zginął 16 czerwca 1944 roku pod wsią Jewłasze. Przed śmiercią zdążył wyszeptać: Powiedz żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem, i że umieram jako Polak… I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie…

– Zespół akcji pińskiej –

Wedle portalu cichociemni.ovh.org (dane oparte na wspomnieniach Alfreda Paczkowskiego w: „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”) skład grupy, która wzięła udział w ataku na więzienie w Pińsku wyglądał następująco:

Sekcja pierwsza – 1. por. Jan Piwnik „Ponury”, cichociemny,
2. pchor. Władysław Hackiewicz, „MSZ”, „Zaleski”,
3. pchor. Zbigniew Wojnowski, „Motor”,
4. pchor. Zbigniew Sulima, „esesman”
Sekcja druga – 1. por. Jan Rogowski, „Czarka”, cichociemny,
2. por. Wacław Kopisto, „Kra”, cichociemny
3. pchor. Zbigniew Słonczyński, „Jastrzębiec”, „Jastrząb”,
4. szer. Turoń, „Dzik”
Sekcja trzecia – 1. ppor. Michał Fijałka, „Kawa”, cichociemny,
2. szer. WIktor Hołub, „Kmicic”,
3. szer. Czesław Hołub, „Ryks”,
4. szer. Skwierczyński, „Dym”,
Sekcja czwarta – 1. sierż. „Wrona” – „Kruk”
2. szer. Władysław Westwalewicz, „Płomień”
Sekcja piąta – 1. kpr. Edward Pobudkiewicz, „Monster”,
2. szer. Henryk Fedorowicz, „Pakunek”
Sekcja szósta – grupa pińska, dowódca Bronisław Posłuszny, „Drucik”. Skład ani pozostałem nazwiska nieustalone (źr. cichociemni.ovh.org/pinsk.html)

*    *    *

Źródła
– Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Kraków 2012
– Jan Piwnik, Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku w: Alfred Paczkowski, Ankieta cichociemnego, Warszawa, 1987
– cichociemni.ovh.org
– Mariusz Gruszczyński, Jak Ponury więzienie w Pińsku  rozbijał w: skarzysko24.pl
Fot.: zdjęcia „Ponurego”  © Mariusz Baran-Barański/ skarzysko24.pl / ciekawostkihistoryczne.pl / studioopinii.pl

*    *    *

Remek Piotrowski

2 komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

JAK UMARŁY IKONY PRZEDWOJENNEGO KINA

Bodo DymszaAleksandra Żabczyńskiego, Adolfa Dymszę i Eugeniusza Bodo łączy, co oczywiste, status gwiazd kina lat ‘30 i ikon kultury masowej przedwojennej Polski. Na każdej z tych wyjątkowych indywidualności II wojna światowa odcisnęła swe piętno niezwykle wyraźnie. – Jednemu złamała karierę, drugiemu przydała miano zdrajcy, a trzeciego pozbawiła życia.

Przedwojenna kinematografia polska zrodziła wiele gwiazd. O to, komu spośród ówczesnych aktorów należałoby przyznać palmę pierwszeństwa, niech spierają się historycy kina. My zdając się na subiektywne odczucia, wspomnimy o trzech naszym zdaniem najwybitniejszych postaciach, których wojenne losy układają się w niesamowitą mozaikę pełną poruszających dramatów, niespodziewanych zwrotów, tajemnic i kontrowersji.

Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo poza dziesiątkami niezapomnianych kreacji dopisali do swojego imponującego aktorskiego życiorysu jeszcze jedną wybitną rolę, o której dziś, poza wąskim gronem miłośników przedwojennej X muzy, pamięta niewielu. W tym jednak filmie żadnego z nich nie czekał po ostatniej klapsie ani aplauz, ani wysokie honorarium, ani uśmiech wielbicielek. Wojna złamała ich wielkie kariery, złamała i życie.

– Zalotna nonszalancja amanta z wyższych sfer –

Urodzonemu 24 lipca 1900 roku w Warszawie Aleksandrowi Żabczyńskiemu, jako synowi pułkownika armii rosyjskiej i generała Wojska Polskiego, przeznaczona była kariera żołnierska, nic więc dziwnego, że młody Aleksander ukończył z wyróżnieniem poznańską Szkołę Podchorążych. Po powrocie z wojska, w skutek nalegań rodziców, rozpoczął studia prawnicze, ale kłótnia z nauczycielem podczas egzaminu przerwała jego edukację, otwierając inną furtkę rozwoju, która wkrótce pochłonęła go bez reszty.

Studia w Szkole Filmowej i wstąpienie do instytutu teatralnego „Reduta” w połączeniu z wielką fascynacją teatrem, która na początku lat ’20 owładnęła Żabczyńskiego, zwróciły go ku scenie. Wkrótce zaczął występować w warszawskich teatrach, a gdy opuścił na krótko w 1927 roku stolicę, grał na scenach Lwowa, Poznania i Łodzi.

Choć występował przede wszystkim w rewiowych teatrzykach, rewii i operetce do legendy przeszedł głównie dzięki rolom w filmie, w tym w komediach muzycznych: „Manewry miłosne”, „Ada, to nie wypada”, „Jadzia”, „Pani minister tańczy”, „Zapomniana melodia”, „Sportowiec mimo woli” to hity przedwojennego kina polskiego, których scenariusze nie rzadko pisane były specjalnie pod niego.

Zalotna nonszalancja, uroda amanta, pełna uroku aparycja, oraz znakomity głos, którym wylansował kilka przedwojennych szlagierów (najsłynniejszą z nich była nagrana na płytę piosenka „Całuję twoją dłoń, Madam”) przysporzyły mu wielką popularność, zwłaszcza wśród kobiet, które oszalały na punkcie przystojnego aktora.
Gdy Niemcy zaatakowali Polskę przebywał w Warszawie…

– Scipio del Scampio –

Adolf Dymsza (właściwie Adolf Bagiński) również urodził się 1900 roku w Warszawie i również w tym mieście zastał go atak hitlerowców na Polskę. Jak tłumaczy jego biograf Roman Dziewoński, Bagiński chciał używać pseudonimu „Scipio del Scampio”, ale kiedy zadzwoniono z teatru z pytaniem o podanie imienia na afisz, jego siostra zgubiła kartkę z zapisanym pseudonimem i sama wymyśliła na poczekaniu „Dymszę”, co ostatecznie na zawsze przylgnęło do aktora.

Pod koniec lat ’20 Dymsza zaczął grywać w warszawskich teatrach i teatrzykach Grodna, Mińska i Warszawy, lecz dopiero dzięki występom w kabarecie „Qui Pro Quo” zyskał popularność i zaczął być obsadzany w dźwiękowych filmach (o niemych produkcjach, w których występował, wiemy niewiele). W ciągu dziewięciu lat (1930-1939) zyskał gigantyczną popularność dzięki komediowym rolom w takich kinowych hitach, jak: „Antek policmajster”, „Dodek na froncie”, „Robert i Bertrand”, „Paweł i Gaweł”, czy też „Sportowiec mimo woli”. Wielu znawców tematu uważało, że gdyby Dymsza posługiwał się językiem angielskim, mógłby zakasować za Oceanem samego Charliego Chaplina.

– Amant niebanalny –

Ostatni z naszej wielkiej trójki – Eugeniusz Bodo (właśc. Bogdan Eugène Junod) urodził się prawdopodobnie w Genewie, w 1899 roku. Jego ojciec (obywatel Szwajcarii) był właścicielem łódzkiej „Uranii” – jednego z pierwszych na ziemiach polskich kin. Nic więc dziwnego, że młody Eugeniusz od najmłodszych lat chłonął X muzę, choć o jego aktorskich początkach wiemy stosunkowo niewiele.

Związany ze sceną rewiową i kabaretami dopiero w drugiej połowie lat ’20 i na początku ’30 zaczął piąć się w hierarchii polskich aktorów, zdaniem wielu docierając na sam jej szczyt. Wpływ na to miały dwa czynniki. Pierwszy z nich związany był z gwiazdorskim, jakbyśmy powiedzieli dziś, trybem życia. Aktor reklamował krawaty i kapelusze znanych polskich projektantów, a także marynarki firmy Old England.

Ponadto wiązał się z kobietami o głośnych nazwiskach, m.in. z ekscentryczną aktorką Reri (z pochodzenia Tahitanką), z którą w skutek jej problemów z alkoholem (on był abstynentem) wkrótce się rozstał. Zdaniem biografów w jego życiu było miejsce na miłostki, ale nigdy na miłość, a Bodo tak naprawdę kochał tylko swoją matkę i… doga niemieckiego imieniem Sambo, który został utrwalony na słynnym zdjęciu.

Od 1931 roku Bodo został współwłaścicielem wytwórni filmowej B.W.B. Pisał scenariusze i reżyserował filmy, w których często sam odgrywał kluczowe rolę. Nie było w tym nic na wyrost, bo specyficzna uroda („amanta niebanalnego”), znakomite opanowanie scenicznej gestykulacji i kapitalne wyczucie muzyczne (choć głos zdaniem wielu miał zaledwie przeciętny) w pełni predysponowały go do statusu gwiazdy, którą ugruntowały niezapomniane kreacje w „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Pieśniarzu Warszawy”, „Pawle i Gawle”, czy „Piętro wyżej” oraz wybitne wykonania takich piosenek, jak „Ach śpij kochanie”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, czy „Sex appeal”. We wrześniu 1939 roku uciekł do Lwowa…

– Z zawodu szlachcic –

Gdy wybuchła wojna Żabczyński, zmobilizowany we wrześniu 1939 roku, wziął udział w bitwie obronnej, jako porucznik I Pułku ciężkiej artylerii. Po klęsce wrześniowej, wraz z tysiącami polskich żołnierzy przedostał się do Rumunii, potem do Francji, a stamtąd z kolei do Anglii. Wielu spośród słynnych polskich aktorów (a za takiego Aleksander Żabczyński miał prawo się uważać) służbę wojskową odbywało tworząc frontowe teatry i zabawiając żołnierzy podczas licznych tournee.

Nie jednak Żabczyński. On zamierzał wziąć czynny udział w walce, skutkiem czego w 1942 roku wysłano go na Bliski Wschód, gdzie już jako kapitan II Korpusu gen. Władysława Andersa przeżył piekło walk o Monte Cassino, został ranny i odznaczony Krzyżem Walecznych. Rok po ukończeniu wojnie pracował w Polskim Czerwonym Krzyżu w Salzburgu, a w 1947 roku postanowił wrócić do kraju.

M Cassino For your freedom

Nowa władza spoglądała na Żabczyńskiego podejrzliwym okiem. Jego arystokratyczne maniery, nonszalancja oraz nuta wyniosłości nie przysporzyły mu popularności wśród komunistycznego aparatu władzy, podobnie jak i przedwojenne dokonania. Żabczyński, w swoim stylu, ignorował nowy porządek rzeczy żartując sobie z niego w charakterystyczny dla siebie subtelny sposób. Gdy na przykład przyszło mu wypełniać ankietę osobową, w rubryce „zawód” wpisywał przewrotnie „Szlachcic”.

Żabczyński nie miał szans zrobić kariery w powojennym filmie, bo socrealizm nie potrzebował postaci kojarzących się ze zgniłym, sanacyjnym kinem lat ’30, nie dał więc „Żabie” szans na zaistnienie w świadomości widza. Na szczęście aktor otrzymał angaż w teatrze, występował również w Polskim Radiu, a pod koniec 1957 roku, za namową przyjaciół nagrał  kilka piosenek, które przeszły do legendy zbiorów polskich melomanów.

W tym jednak czasie Żabczyński odczuwał już piętno historii i socjalistycznej współczesności. Jego znajomi wspominali po latach, że aktor gasł z każdym dniem. Teatr i Radio płaciły mu grosze, co spowodowało ciągłe kłopoty finansowe, ale nawet wówczas nie rezygnował z charakterystycznego dla siebie gestu.

Zdarzało się na przykład, że pożyczał od kolegów z teatru pieniądze i to tylko po to, aby po wieczornym spektaklu wydać całą sumę w teatralnym barze na jeden kieliszek wódki (reszta kwoty, jako napiwek, lądowała w kieszeni kelnerki zgodnie ze dżentelmeńską etykietą). Dorabiał struganiem z drewna figurek ptaków, za które otrzymywał w Cepelii, jak sam często drwił, tyle, ile za pracę w teatrze.

Również z tego okresu pochodzi jedna z najbardziej poruszających historii związanych z Żabczyńskim, która ukazuje ślad, jaki odcisnęła na nim wojna.
Oto bowiem podczas pewnej, specjalnie zaplanowanej gali miał Żabczyński, jako były zdobywca masywu Monte Cassino, zaśpiewać kultową pieśń pt. „Czerwone Maki”.
Gdy wszedł na środek sceny, a orkiestra zaczęła grać, Żabczyński z zamyśloną twarzą wciąż milczał. Orkiestra przerwała, aktor przeprosił, ale gdy muzyka rozbrzmiała na nowo, artysta tylko spuścił głowę i wyrzekł: „Przepraszam Państwa. Nie zaśpiewam. Mam ich wciąż przed oczami…”, a potem zszedł ze sceny i pomaszerował za kulisy.

Aleksander Żabczyński zmarł na atak serca podczas spaceru po swojej działce 31 maja 1958 roku. Wraz z żoną Marią Żabczyńską spoczywa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

– Dodek na froncie –

Dymsza lata okupacji spędził w Warszawie. Wbrew zakazowi konspiracyjnego ZASP-u (Związek Artystów Scen Polskich) postanowił grać w jawnych teatrach rewiowych. Występował w bojkotowanych przez sporą część polskiego społeczeństwa i odwiedzanych przez Niemców teatrach Komedia, Nowości, Niebieski Motyl i Jar, co rzecz jasna nie przysporzyło mu sympatii rodaków.

W trakcie wojny obowiązywały proste zasady i równie prosty sposób pojmowanie rzeczywistości – angaż w którymkolwiek ze stołecznych teatrów równoznaczny był z kolaboracją z Niemcami. Jak uważa biograf aktora, Roman Dziewoński – Adolf Dymsza zdecydował się na ten krok ponieważ bał się o swoje małe córki. Pamiętajmy, że przed wojną stracił trójkę dzieci, a poza tym Niemcy straszyli go, w razie odmowy, licznymi represjami. Sama sytuacja finansowa Dymszów również była trudna – żona aktora przeżywała po śmierci matki depresję i nie miała pracy.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu "Paweł i Gaweł" z 1938 r.

Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza. Kadr z filmu „Paweł i Gaweł” z 1938 r.

Przyzwyczajeni do biało-czarnego schematu prezentowania historii zapominamy, że życie pod niemiecką okupacją nie było ani białe, ani czarne. Dymsza nie zasłużył na miano bohatera, posągowego herosa, który może pochwalić się wojennym życiorysem, jak chociażby Żabczyński. Pamiętajmy jednak, że aktor nigdy nie wystąpił w sztuce o zabarwieniu antypolskim czy antysemickim, ponadto odmówił zagrania z aktorem, słynnym kolaborantem Igo Symem (który zresztą zginął z rąk AK), a z rąk samego gestapo wydostał kolportera podziemnej prasy Czesława Skonecznego.

Po wojnie sąd koleżeński ZASP zakazał mu występów w stolicy, zmusił do przekazania 15% honorariów na Dom Aktora w Skolimowie, a jego nazwisko na afiszach musiało być zastąpione trzema gwiazdkami. Wyjechał więc do Łodzi, gdzie z powodzeniem dalej grywał m.in. w Teatrze Powszechnym, a potem wrócił do stolicy.

Nie był pierwszym przypadkiem aktora występującego podczas okupacji dla Niemców, który został dotknięty ostracyzmem (etykietę kolaboranta przypięto również Lidii Wysockiej, Irenie Malkiewicz, Jerzemu Pichelskiemu, Zbigniewowi Sawanowi, którzy… rozprowadzali w teatrze „bibułę”, czyli podziemną prasę). Dziś sposób potraktowania aktorów wzbudza spore kontrowersje, a przez wielu historyków uważane jest za niesprawiedliwe i zwyczajnie nie równoznaczne ze statusem zdrajcy.

O tym zaś, że niedaleko pada jabłko od jabłoni (czyli jeden system zbrodniczy od drugiego zbrodniczego reżimu) niech świadczy to, że aktor należał do PZPR, bo podobno został do tego zmuszony przez Urząd Bezpieczeństwa. Jego stosunek do nowej władzy najlepiej oddaje pewna rozmowa z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który zaprosił aktora do siebie, aby ten zabawiał gości. Gdy Cyrankiewicz oprowadzał Dymszę po swoim pięknym mieszkaniu i zapewnił, że za trzy lata wszyscy Polacy będą tak mieszkać, Dymsza odpowiedział, że idzie w takim razie do domu, bo choć to on został zaproszony, aby wygłaszać kawały, to najlepszy żart i tak padł już z ust gospodarza.

Pod koniec życia zmagał się z poważną wadą słuchu, ale jeszcze rok przed śmiercią zagrał (samego siebie) w filmie Jana Łomnickiego pt. „Pan Dodek”. Zmarł w 1972 roku i został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem - dogiem niemieckim Sambo.

Eugeniusz Bodo wraz ze swoim najlepszym przyjacielem – dogiem niemieckim Sambo.

– Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo

Każdego z trzech naszych wybitnych aktorów II wojna światowa doświadczyła w dotkliwy sposób, ale odebrała życie tylko jednemu z nich – Eugeniuszowi Bodo. Jak na ironię losu Bodo zginął prawdopodobnie dlatego, że był obywatelem Szwajcarii – kraju, który nie brał udziału w konflikcie z lat 1939-1945.

Tajemnicę śmierci słynnego przedwojennego amanta przedstawił w swoim doskonałym filmie „Eugeniusz Bodo – za winy niepopełnione” (obejrzycie go na TVP Historia) znany historyk kina Stanisław Janicki, który starał się skonfrontować ze sobą kilka sprzecznych wersji – zarówno okoliczności aresztowania Bodo przez NKWD, jak i jego śmierci.

Gdy Niemcy we wrześniu ’39 roku runęli na Polskę od zachodu, Eugeniusz Bodo oddał w dzierżawę swoją warszawską kawiarnię i uciekł na wschód. Zatrzymał się pod Lwowem, gdzie występował w Teatrze Miniatur oraz związał się z zespołem Tea-Jazz Henryka Warsa. Czekając na możliwość ucieczki do Stanów Zjednoczonych, wiódł tu, w miarę wojennych realiów, pozornie spokojne życie i tak było aż do czerwca 1941 roku, gdy nagle, w samym sercu Lwowa, rozpłynął się, jak we mgle.

Janicki zawarł w swoim filmie mniej i bardziej prawdopodobne wersje losów tej najwybitniejszej, jak uważają niektórzy, polskiej ikony kultury masowej lat ’30.
Według relacji Józefa Misiaka, przyjaciela aktora, lwowianina, piłkarza, a potem futbolowego arbitra, Bodo został aresztowany przez patrol NKWD 25 czerwca 1941 roku, około godz. 11 w centrum Lwowa, przy pomniku Agenora Gołuchowskiego.

W tym czasie uciekający przed niemieckim wojskiem sowieci likwidowali we Lwowie świadków swojej zbrodniczej działalności. Przebywanie w miejscu publicznym było niebezpieczne. Zdaniem Misiaka, który widział ponoć całe zdarzenie znajdując się przypadkiem w okolicy (przechodził tuż obok i schował się za krzakami) spacerujący z przyjaciółką Bodo został zauważony przez trzech enkawudzistów, zatrzymany i wylegitymowany. Potem Rosjanie rozdzielili parę i odprowadzili w głąb parku skąd Misiak dosłyszał dwa strzały.

To nie jedyna wersja wydarzeń. Stanisław Janicki poprosił widzów swoich programów o informacje mogące rzucić nieco światła na sprawę tajemnicy śmierci Eugeniusza Bodo. Nowe informacje wykreowały nowe scenariusze. Jeden z nich zakładał, że Bodo został zastrzelony przez Niemców w Przemyślu, niemal na scenie, zaraz po tym, jak opowiedział antyhitlerowski żart. Pewien listonosz ze Lwowa przekonywał natomiast, że osobiście widział zastrzelonego Eugeniusza Bodo w jego lwowskim mieszkaniu, a dentysta aktora, oświadczył, że na postawie stanu uzębienia (ciało zostało zmasakrowane) jest w stanie stwierdzić, że zamordowano go w więzieniu przy ulicy Łąckiego.

„Tydzień Polski” opublikował list mieszkającego w Nowym Jorku Aleksandra Feinera, w którym czytamy: „Bodo zmarł w obozie sowieckim 24 grudnia 1943 r. Obóz nazywał się Peresylnyj Punkt nr 1 i znajdował się w Bołtince koło Kotłasu, archangielskaja obłast. Powodem śmierci była pelagra i głód. Ja o tych faktach wiem, ponieważ też tam byłem – a mój ojciec, Leon Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsiedniej pryczy”.

W „śledztwo” ostatecznie włączyła się również krewna aktora – Wiera Rudź, która wysłała dziesiątki listów do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna oraz innych polityków, prosząc ich o pomoc w wyjaśnieniu zagadki śmierci swego krewniaka.

Nieoczekiwanie odpowiedź przyszła od rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wedle której Bodo zmarł 7 października 1943 roku w łagrze w Kotłasie pod Archangielskiem. Przekonujące w tej informacji był nie tylko sam prestiż organizacji, ale i rzecz bez precedensu – dołączone do listu dwa wstrząsające zdjęcia, przedstawiające Bodo w pasiaku więziennym. Jego owrzodzona głowa, z zarośniętą i wychudzoną twarzą to obraz, który mówi sam za siebie.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Wstrząsające zdjęcia zrobione Eugeniuszowi Bodo przez Sowietów.

Ważnym głosem w tej sprawie są również bezcenne wspomnienia Alfreda Mirka, który w 1943 roku znalazł się w więzieniu NKWD na moskiewskich Butyrkach i tam spotkał Eugeniusza Bodo. Aktor, jak relacjonuje współwięzień, znajdował się w ciężkim stanie. Mirka wspominał o jego bezwolnej, pogodzonej i wyczekującej śmierci twarzy oraz o tym, że (być może dlatego, iż obaj byli przedstawicielami inteligencji) stali się sobie w pewnym sensie bliscy. Po jakimś czasie, w łagrze, Alfred Mirka spotkał więźnia, który był ponoć świadkiem śmierci polskiego aktora. Zgodnie z jego wersją umierającego mężczyznę zaniesiono na noszach z wagonu wprost do łagrowego szpitala i tam stwierdzono zgon. Ciało zakopano w zbiorowej mogile.

Eugeniusz Bodo nie został zwolniony z sowieckiej niewoli po ataku Hitlera na ZSRR, tak jak setki tysięcy Polaków, dlatego że po pierwsze – oficjalnie był obywatelem Szwajcarii (na nic zdały się protesty konsulatów polskiego i szwajcarskiego), a po drugie – NKWD podejrzewało tego znającego wiele języków i często przebywającego w Berlinie człowieka (przebywał tam przed wojną wypełniając swoje obowiązki producenta filmowego) o szpiegostwo i poddało morderczemu śledztwu, którego ten „który umówił się z nią na dziewiątą” nie zdołał przeżyć.

Źródła:
– Już nie zapomnisz mnie, film Telewizji Polskiej w reż. Marka Maldisa (2010)
– Monika Zakrzewska, Co się dziwisz: Aleksander Żabczyński (cosiedziwisz.blogspot.com)
– Tomasz Zbigniew Zapert, Adolf Dymsza: z dziejów śmiechu w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 6 grudnia 2010 r.)
– Roman Dziewoński „Dodek Dymsza”. LTW, Łomianki 2010
– S. Nicieja, Tajemnica śmierci Eugeniusza Bodo w: współczesna.pl (z dnia 29 stycznia 2011 r.)
– Jacek Marczyński, Jak umierał Eugeniusz Bodo w: Rzeczpospolita (wydanie internetowe z 7 października 2008)
– Eugeniusz Bodo – za winy niedopełnione, film w reż. Stanisława Janickiego (1997)

*   *   *

Remek Piotrowski

7 komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

ZAMACH W BARZE „ZA KOTARĄ”

StenStary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć.
– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu.

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było zamordowanie Józefa Staszauera –  oficera Oddziału V KG AK i zdrajcy.

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić.

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy tysiące osób wyznania mojżeszowego gniło w piekła getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal.

Podejrzenia powinno wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, że pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników (wszelki ślad po nich zaginął), a Staszauera pozostawiano w spokoju. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli.

Zamach

Plakat filmu „Zamach” z 1958 r.

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwa żołnierze podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta.

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy).

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie.
Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo.

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego karę śmierci.

– Plan –

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia).

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa przybytku). To właśnie ten punkt zostało wytypowane przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na śmierć konfident przebywał najwięcej czasu.

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziła podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski (wiadomym wszakże było, że nie będą za nie płacili) i starali się rozeznać w sytuacji.

Ich zadaniem było: po pierwsze stwierdzić, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i po drugie: obserwować pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni.

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy STEN. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”.

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami). Jak podaje autor artykułu, dostępnego na stronie powstanie-warszawskie-1944.pl: „Ubezpieczenie uzbrojone było w pistolety, granaty i jeden pistolet maszynowy STEN obsługiwany przez „Sokoła”.”

por. Stefan Matuszczyk "Porawa" (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

por. Stefan Matuszczyk „Porawa” (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

– Przypadek? –

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem:
– Jest wsypa. Odwołajcie akcję.

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasnym, że jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar.
Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek. Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta.

Koniec końców „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę w gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru.

– Morze ognia „Pod kotarą” –

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a Doktur siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany.

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy” (źr. powstanie-warszawskie-1944.pl). Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”.

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których również dosięgnął ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina” („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć do lokalu na ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”).

Szubienica– 11 trupów i jedna tajemnica –

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobnież także agentów Gestapo).

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała, jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”.

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W [Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140] pisze:

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski, oraz wspomniana już kelnerka, Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych tu dwu Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.”

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego.

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie – patrz książka telefoniczna, gdzie czytamy: „W. Chojecki”) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech”

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdło się mu ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć.

– Efekty akcji „Za kotarą” –

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko.
„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych.

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.

Na dawnej strony autorstwa Whatfora (powstanie-warszawskie-1944.pl) znajduje się szczegółowy wykaz ofiar i spis uczestników akcji, które przedstawiamy poniżej:

W barze „Za kotarą” zginęli:
1. Józef Staszauer „Aston” – cel zamachu
2. Helena Staszauer – jego żona i współpracownica
3. Eugeniusz Larsch – szwagier Staszauera
4. żona Larscha, szwagierka Staszauera
5. Agent Gestapo
6. Agent Gestapo
7. Henryk Müller – Reichsdeutsch, syn właściciela zakładów w Piastowie
8. Henryk Braun – dyrektor tych zakładów
9. Zygfryd ? – obywatel Rzeszy
10. Adolf Kuratz – Volksdeutsch, Treuhänder Hotelu „Europejskiego”
11. Jerzy Konarzewski „Toruń” – konfident Gestapo z komórki antylewicowej.
Wśród zastrzelonych znalazły się także osoby przypadkowe:
12. Tadeusz Wojciechowski (Tadeusz Chojecki?) – członek Polski Niepodległej
13. Tadeusz Zjawiński – prawdopodobnie klient Chojeckiego
14. Maria Malanowicz-Niedzielska – aktorka pracująca w barze jako kelnerka

W akcji „Za kotarą” wzięli udział, m.in.:
Porawa – ppor. Stefan Matuszczyk
Ryś – ?
Naprawa – pchor. Tadeusz Towarnicki
Nina – Danuta Hubner
Zosia – Zofia Rusecka
Szlak – Bolesław Bąk
Burza – Stanisław Bąk
Doktur – Leon Bąk
Sokół – Bronisław Gwiaździński
Andrzejewski – pchor. Andrzej Zawadzki
Clive – Zbigniew Szumański
Teresa – Iza Horodecka
Gil – Ryszard Duplicki

* * *

Źródła:
– Akcja za kotarą w: http://www.powstanie-warszawskie-1944.pl
– Tomasz Strzembosz „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944” PIW, 1983
– Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, „Przeciw konfidentom i czołgom”, RADEWAN-WANO 1996
– Egzekucja zdrajców w: Strona byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

* * *

Remek Piotrowski

2 komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA