Tag Archives: 1944

MIASTO 44 (quasi-recenzja)

plakat0Być może największą wartością tego filmu jest to, że nie da się o nim zapomnieć, że drażni, że nie daje zasnąć, że przeszkadza i uwiera. Jeśli dzięki temu historia Powstania Warszawskiego zostanie lepiej zapamiętana zarówno w Polsce jak i zagranicą, „Miasto 44” spełni swoją rolę.

Komasa w niektórych momentach irytująco brnie w infantylizm, broniąc się przed romantycznym patosem ogrywanym w wielu polskich produkcjach historycznych i zarazem wpadając z jednej pułapki w drugą. Na samym jednak końcu jest coś, co przechyla szalę zwycięstwa na stronę reżysera. Zdaje się, że dziś taka właśnie stylistyka i język przemówi najlepiej do młodego pokolenia. Stąd zapewne ilość scen, scen zapewne nie do przełknięcia dla starszego widza, nawiązujących do gier komputerowych, filmów z zombie, czy kina gore.

To ryzykowane puszczenie oka, niemniej spełniło swoją rolę. Byłoby dalece niestosowne, gdyby reżyser wykorzystując te elementy próbował zadrwić z Powstania i Powstańców, czy też uczynić z nich abstrakcyjną artystyczną wizję. Ale nie ironia, czy efekciarstwo przyświecało Komasie podczas kręcenia sceny w kanałach (skądinąd dla mnie jednej z dwóch najmniej udanych w filmie, ale to już wyłącznie kwestia gustu), czy tej umiejscowionej na cmentarzu, gdy Stefan przy dźwiękach znanej piosenki Czesława Niemena ucieka przed niemieckimi kulami.
To, jak sądzę, było w dużym skrócie próbą przetłumaczenia nieprzetłumaczalnej dziś prawdy o emocjach Powstania za pomocą języka, które nie zrazi, a wręcz zachęci; przyciągnie uwagę dwudziestolatków i trzydziestolatków.

A ponieważ twórcom udało się skompletować kapitalną (!) obsadę aktorską (Pawłowski, Wichłacz, Próchniak są na wskroś autentyczni, za co należy im się uznanie) i związać całość niezłym scenariuszem i rzecz jasna znakomitymi efektami specjalnymi (a i to prosił się zawsze film o Powstaniu Warszawskim)  – efekt należy docenić i zachęcać, aby zapoznali się z nim inni.

Argumentem „za” są opinie Powstańców, którzy ujrzeli w filmie i siebie, i tamtą Warszawę. Argumentem „za” są i emocje, czasami nawet bardzo złe, ale przez to oddające sporą część prawdy o tamtych dniach sierpnia, września i października. Po raz ostatni „zawierzyłem” filmowi w podobny sposób wiele lat temu, podczas seansu „Katynia” Andrzeja Wajdy.

„Miasto 44” nie spełnia jeszcze mojego (a więc subiektywnego) marzenia o fresku historycznym – nakręconym bez zadęcia, zbędnego patosu, ale za to ze zrozumieniem dla Powstańców i podejmowanych przez nich decyzji. Niemniej film Komasy staje się z miejsca jedną z najważniejszych w historii polskiej kinematografii produkcją na temat Powstania Warszawskiego. Produkcją, mimo kilku kontrowersyjnych rozwiązań i paru infantylnych (bądź niezrozumianych przeze mnie) scen, bardzo udaną.
A jeśli i dzięki niemu przetrwa święta pamięć o Powstaniu i jego ludziach to niech tak będzie.

Może tylko szkoda, że zabrakło tu miejsca na powstańczą prasę, pocztę polową, radiostację „Błyskawica” i kilka innych ważnych epizodów Powstania. [Powstania, które biorąc pod uwagę ilość ofiar nie powinno wybuchnąć, ale które wybuchnąć po prostu musiało, bo decyzja o nim została podjęta nie w lipcu 1944, a była konsekwencją wielu tak naprawdę lat i postaw ówczesnych Polaków]. Szkoda wreszcie, że nie podjęto w dostateczny sposób kwestii zdrady mocarstw zachodnich, choć być może to rola nie filmu fabularnego, a telewizyjnych dokumentów.

Zachęcam, aby po (lub przed) obejrzeniem filmu odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, obejrzeć dokument lub przeczytać choć jedną wartościową książkę na ten temat. Pozwoli to na „zachowanie proporcji” w rozumieniu niełatwej prawdy o Powstaniu – dokument „Bitwa o Warszawę” Discovery, lub  książki „Powstanie 44” Daviesa, czy „Dni walczącej Stolicy” Bartoszewskiego nadają się do tego idealnie.

Remek Piotrowski

 

7 Komentarzy

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

POWSTANIE WARSZAWSKIE – quasi-recenzja

PW filmTego filmu nie sposób wartościować, a siląc się na krytyczno-teoretyczne analizy jakim poddawane są inne filmy można co jedynie trafić kulą w płot i narazić się na śmieszność. Tego filmu się nie ogląda. Ten film się  p r z e ż y w a. Tylko tyle i aż tyle.

Muzeum Powstania Warszawskiego wyprodukowało „Powstanie Warszawskie”, ponoć pierwszy na świecie wojenny „dramat non-fiction”, który (uwaga!) został w całości zmontowany z nagrań archiwalnych.

Arcytrudna praca polegająca na pokolorowaniu tysięcy klatek filmowych, dodaniu dźwięków otoczenia, odczytaniu z ruchów warg słów pojawiających się w kadrze postaci – poraża i wbija w fotel. Zwłaszcza tych, którzy pokazane w filmie fragmenty znają na pamięć z telewizyjnych dokumentów.

Dotąd  biało-czarni, wycięci niczym z kartonu bohaterowie tamtej Warszawy stają przed nami po raz pierwszy ot tak – prawdziwi, przerażająco niekiedy autentyczni, zrywający barierę pomiędzy widzem z dziś – a historycznym obrazkiem z dalekiej przeszłości. Barierę, którą dopiero ten film potrafił pokonać „uwiarygodniając” poszarpane stare kroniki.

Twórcy „Powstania Warszawskiego” wskrzesili Warszawę 44 obdarowując ją życiem, by potem raz jeszcze pod gradem kul i ognia zrównać ją z ziemią. I zrobili to nie dla utrwalania męczeńskiego mitu, ale dla ukazania Powstania  p r a w d z i w e g o. Udało się pomimo oczywistych trudności związanych z zawiązaniem strony fabularnej obrazu, osnutej tu wokół historii dwóch braci – kronikarzy powstania, dzięki którym w całość połączono scenki dokumentujące życie i walkę w powstańczej Warszawie.

Nie do końca rozumiem zarzuty co poniektórych krytyków narzekających na stronę dialogową „Powstania Warszawskiego”. Recenzentów wypominających dziełu infantylizm oraz brak spójności przedstawionej historii.
Owa fabuła jest tu przecież wyłącznie pretekstem do zobaczenia (czy może bardziej dotknięcia) miasta i ludzi. A miasto to nigdy aż tak mocno nie pulsowało życiem (i śmiercią), nigdy tak nie porażało swą niewymowną grozą.

Tutaj nie ma aktorów, a każda z postaci to człowiek z krwi i kości, za którym (mimo inscenizowanych scenek) idzie prawdziwa, jedyna w swoim rodzaju historia. To ta świadomość dodaje całości niewyobrażalnej mocy i to ona jest tu najważniejsza.
To dzięki „ludzkiemu wymiarowi” ten niezwykły filmowy eksperyment nie tylko się broni, ale góruje nad większością wojennych hitów rodem z Hollywood.

Ganić „Powstanie Warszawskie” za infantylne dialogi i niespójną historię? To trochę tak, jakby zarzucać rzeczywistości, że potoczyła się tak, a nie inaczej, to jakby narzekać na to, że nagrany przed kamera chłopak zachowałby się zbyt mało widowiskowo.
Ten projekt miał tylko jedno główne zadanie – miał pozwolić widzowi przejść się po powstańczej Warszawie, pozwolić wyczuć emocje, które zginęły wraz z fizycznym upadkiem miasta i jego bohaterów.

„Powstanie Warszawskie” to nie film fabularny, to być może nawet nie dokument. Decydując się na ten seans – seans bez znieczulenia – przeniesiecie się w czasie. A choć podróż to bardzo trudna, nie można jej sobie darować.

– Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

POEZJA WARSZAWY ‘44

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

Kojarzący się z Powstaniem – Baczyński, Gajcy i Stroiński to nie jedyni twórcy poezji Warszawy walczącej. W dzień 69. rocznicy wybuchu Powstania przypomnimy kilka utworów oraz ich autorów, o których dziś pamięta niewielu.

Poezja Powstania Warszawskiego wpisała się w historię 63 dni nierównej walki, którą stolica wydała niemieckiemu okupantowi 1 sierpnia 1944 roku. Była to liryka walcząca, „strzelająca nie kulami, a słowami”, bijąca wersami Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, Mieczysława Ubysza, Zbigniewa Jasińskiego i wielu innych poetów, mniej lub bardziej uzdolnionych twórców, wierszokletów i grafomanów.

Nasze zestawienie nie jest wynikiem pracy historyków, czy krytyków literatury. Stanowi jedynie subiektywne zestawienie dokonane na podstawie kryteriów mało zapewne „uczonych”, choć w naszym mniemaniu ważnych. Nie o fachową analizę krytyczno-literacką tu się bowiem rozchodzi, a o sens, które liryka ta ze sobą niosła i emocje, które wzbudzała.

– Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona –

Nie sposób jednoznacznie wskazać wiersz, który został opublikowany po wybuchu walk w Warszawie jako pierwszy, a tym bardziej nie sposób ustalić kto jest jego autorem.

Pisało wielu. Wśród nich zarówno znani poeci, których twórczość ukazywała się przed wojną i potem już w czasie okupacji na łamach prasy podziemnej. Pisała emigracja, pisali wreszcie młodzi-debiutanci, niekiedy wyłącznie z potrzeby serca, trochę jak to się zwykło mówić potocznie do szuflady, nie mniej jednak wiele spośród tych utworów opublikowano w powstańczej, jawnej przecież prasie i dzięki temu czytały je tysiące w każdym zakątku wyzwolonego miasta.

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Poezja powstawała spontanicznie, każdego dnia, w chwilach wolnych od walk, nalotów i ostrzałów artylerii, podczas strzelanin, na barykadzie, w ruinach, na ulicach, w okopach, schronach i podwórzach.

Pisano dla siebie – być może aby wyrzucić żal, ból i strach. Pisano dla innych, aby podtrzymywać na duchu, wzywać do pracy i walki. Pisano wreszcie apelując o pomoc sojuszników, przede wszystkim Anglików i Amerykanów.

To prawda, że wiele powstańczych wierszy nosi znamiona nachalnej propagandy, czy jednak można się temu dziwić? Wiersz pisany w trakcie Powstania, a potem publikowany w „Rzeczpospolitej”, czy „Biuletynie Informacyjnym” miał nie tyle nawet dostarczać doznań stricte estetycznych, ile przede wszystkim stanowił pragmatyczną formę wpływania na masy. Był apelem, głosem poszczególnych dzielnic, głosem miasta.

Prawdopodobne, że pierwszym autorem powstańczego wiersza jest Stanisław Ryszard Dobrowolski, znany przed wojną poeta, który został zapamiętany jako autor słynnej i chyba najbardziej popularnej w tym czasie pieśni pod tytułem „Warszawskie dzieci”, pełniącej zresztą rolę nieoficjalnego hymnu walczącego miasta.

Stanisław Ryszard Dobrowolski sięgnął po pióro już w pierwszych godzinach Powstania pisząc utwór „Niezwyciężona”. Poeta w czasie Powstania żył, co potwierdza jego kolega Stanisław Zadrożny, w „twórczym podnieceniu”. Przebywający w budynku kina „Adria”, przy ulicy Moniuszki, na drzwiach swojego pokoju wywiesił napis: „Tu się pisze wiersze”. „Niezwyciężona” była owocem owego intensywnie odczuwanego natchnienia.

I znów wśród murów twych, Stolico –
Ogień we włosach i błysk w oku:
Skrzydłami wiejąc nad ulicą,
Grzmi jasno rytm zwycięskich kroków.
[…]
Żołnierski sen urasta w jawę:
Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona.
Przez ogień idzie w złotą sławę
Niezwyciężona! Niezmożona. […]
(źródło tekstów literackich podajemy na końcu)

Tytuł wiersza, nietrudno się tego domyślić, odnosi się do Warszawy, a sama treść w sposób trzeba przyznać dość prosty gloryfikuje stolicę, wskazując przy tym na ciężki los miasta, wskazując na jego heroiczną postawę.

To prawda, że utwór Dobrowolskiego emanuje nadmiernym patosem. Czytając poezję Powstania Warszawskiego nie możemy jednak przyjmować tej samej miary, którą przykładamy do liryki tworzonej w każdym innym czasie. Jeśli tego nie uczynimy, dziewięćdziesiąt pięć procent tekstów należałoby uznać za grafomańskie i niegodnych uwagi.

 

Zbigniew Jasiński "Rudy" (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Zbigniew Jasiński „Rudy” (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Zapełniajcie nami muzea –

Wiele wierszy powstało pod wpływem konkretnych wydarzeń. Tak było w przypadku utworu Zbigniewa Jasińskiego (pseudonim „Rudy”) pod tytułem „Odmawiamy!”, który ukazał się 10 sierpnia w dodatku nadzwyczajnym do dziennika powstańczego „Warszawa walczy”.

Dotyczyło ono zdarzenia z początku Powstania, gdy Niemcy chcąc wymusić na dowództwie Armii Krajowej zaprzestanie walk, wzięli do niewoli tysiące cywili z okolic Placu Trzech Krzyży, ulicy Ludnej i Nowego Światu. Zakładników osadzono w podziemiach Muzeum Narodowego, a hitlerowcy zagrozili ich wymordowaniem, jeśli AK nie zakończy działań zbrojnych.

Na zakładnikach wymuszano ponadto, aby wybrali delegację, która zażąda od Powstańców przerwania walk. Więźniowie Muzeum nie zamierzali pomagać oprawcom, a ich niezłomna postawa natchnęła Jasińskiego do napisania wiersza „Odmawiamy!”.
Utwór rozpoczyna się znamiennym zwrotem:
„Zapełniajcie, zapełniajcie nami muzea”

W dalszej części wiersza poeta wspomina konkretną grupę uwięzionych – to pracownicy gazowni z rodzinami dają świadectwo męstwa.

Nas pragniecie zatrwożyć nalotem?…
Nas – przerazić hukiem  bomb śród głowni?…
Uwięzieni, legniemy pokotem
Robotnicy Warszawskiej Gazowni! […]

To oni właśnie stają się bohaterami wiersza.

– Pogardzamy waszym ultimatum.
Nas łudzić pokusą służalczą.
Odmawiamy! Żadnych delegatów!
Oddziały nasze niech walczą. […]

– Warsaw Concerto na płycie –

O polskim Powstaniu pisano nie tylko w samej Warszawie. Echo bitwy o stolicę rozbrzmiało również w odległych zakątkach Europy i świata.
Jerzy Pietrkiewicz, polski poeta przebywający w tamtym czasie w Londynie, napisał 13 sierpnia 1944 roku jeden z najpiękniejszych powstańczych liryków. „Warsaw Concerto” to utwór inny od tych tworzonych w kraju, na co wpływ miało to, że jego autor spoglądał na rozgrywający się w ojczyźnie dramat z zupełnie innej perspektywy.

Już pierwsze dwa wersy ukazują klimat wiersza, zawieszonego w trudnej do określenia próżni. Osobą zaś, o której pisze poeta jest mieszkaniec Londynu.

Myślisz, oślepły blackoutem, słuch powierzywszy alertom,
że to nie tylko Bracka, Bielańska, jakieś place, jakieś ulice.
[…]
Nastawisz patefon, zagrasz po raz setny Warsaw Concerto
Snom na pociechę i niebu, co Londyn studzi księżycem.
Zbudzi cię radio zwycięskie, załopocze nadzieją gazeta –
I tłum sportowy konie radośnie przywita przy metach. […]

Usprawiedliwiając się przed Warszawą, odgrywa londyńczyk słynną muzykę. Ma to być symbol pamięci kogoś spoza Warszawy. Symbol ku czci miasta. Symbol bez znaczenia: „Snom na pociechę i niebu”.

To tylko Bracka, Bielańska, Stare Miasto, Plac Teatralny –
Jakieś miasto z filmu, z muzyki, świat obcych nazw – nierealny.
Warsaw Concerto na płycie –
Patefon, fabryka, bank – życie. […]

Autor zdaje sobie sprawę z faktu, że dla ludzi, z którymi obcuje na co dzień, piekło Warszawy to abstrakt. Nazwy rzucane co dzień, przez meldującą do Londynu Armię Krajową są oderwane od rzeczywistości. Głos sumienia zagłusza fortepianowy koncert.

Czy sojusz należy przemilczeć, a przyjaźń – jedynie patrzeć?
Czy się umiera tragicznie dla widzów tylko w teatrze,
Czy rozpacz samotna –  z trupem, zatkniętym na barykadzie,
To jeno polski przywilej na samobójczej paradzie? […]

The Warsaw Concerto album coverNie trudno zgadnąć kto jest adresatem tych słów. Warsaw Concerto gra jednak dalej przy akompaniamencie huku bomb i krzyku mordowanych ludzi.

Znowu
Spod klawiszy wybuchł polonez.
Sztandar zakrwawił niebo
Na Termopilach Europy […]

Jerzy Pietrkiewicz snuje dalej więc swą opowieść o Powstaniu przy akompaniamencie muzyki snując samemu swą smutną melodię, której nie sposób odtworzyć i powtórzyć.

Krztusi się radio, w depeszach brak tchu niecierpliwym słowom.
Dym wplata motywy czarne, kurz białe, a krew czerwone
w koncert ulic i placów. Jak werble żołnierskiej stopy
na Świętokrzyskiej, Królewskiej, na Długiej i Żoliborzu.
[…]
Tego koncertu nie nagrasz
na żadną płytę,
płyta od gniewu pęknie,
melodii odpowie zgrzytem.

– Notujcie w Trybunach i Times’ach –

W czasie Powstania powstał obszerny zbiór poetyckich utworów. – Prawda, że nie zawsze najwyższych lotów, prawda, że prostych, co nie znaczy bynajmniej, że przez to mniej ważnych i niegodnych naszej uwagi.

W powstańczej prasie roiło się od tych utworów – wzniosłych apeli autorstwa znanych i nieznanych z nazwiska świadków i uczestników Powstania. Jeden z najpiękniejszych wierszy Powstania Warszawskiego, którego nazwiska autora nie udało się ustalić nosi tytuł „Tu mówi Warszawa…”.

Opublikowany 19 sierpnia na łamach popularnego wówczas dziennika „Barykada” w mig obiegł całą Warszawę, wkrótce czytano go w Londynie i Waszyngtonie, wielokrotnie pojawiał się w emigracyjnej polskojęzycznej prasie i w radiu.
Wrażenie na czytelnikach robił zwłaszcza pierwszy czterowers:

Uwaga! Tu mówi Warszawa!
Notujcie w Trybunach i Times’ach.
Trzymamy się jeszcze! Słyszycie? Uwaga!
Robotnik, lud, dzieci na szańcach. […]

Napisany w formie komunikatu radiowego utwór jest, co widać na pierwszy rzut oka, nie tylko świadectwem bohaterstwa ludu Warszawy, ale także apelem do aliantów.
Nieznany autor zwrócił uwagę na podejście sojuszników do Powstania, podejście trzeba przyznać symptomatyczne, nie wychodzące poza suchy podziw nad postawą Polaków.
Jeden z fragmentów utworu dobitnie hipokryzję  przyjaciół ze wschodu i zachodu, będące de facto objawem zwyczajnej kurtuazji. A jednak, jak pisał autor wiersza,  to, że AK biła się, nie tylko zresztą za swoją wolność, nie było jedynie chwytem propagandowym – było prawdą.

Tu z ruin pożarów i zgliszczy
Przemawia wolności stolica.
Niełatwo tak damy się zniszczyć –
Możecie się nami zachwycać. […]

„Wolność” przemawia tu z ruin i zgliszczy, a więc ze strasznego pejzażu mordowanego miasta. Czy miało to poruszyć sumienie narodów – angielskiego i amerykańskiego?
Z pewnością, wszakże ogromu cierpień, jaki dokonywał się w tamtych dniach sierpnia, a potem i września, trudno porównywać z jakimkolwiek innym wydarzeniem II wojny światowej.
„Możecie się nami zachwycać” – pisze autor wiersza.

Jak długo? To tym nie wiecie?
Dopóki krew płynie nam w żyłach […]

Autor wskazuje, że Powstanie nie jest oderwanym od całości zjawiskiem abstrakcyjnym – jest konsekwencją postawy, jaką podjęli Polacy we wrześniu 1939 roku. Dla autora Powstańcy to ci sami ludzie, którzy walczą na innych frontach i różnych kontynentach. To ciągle ta sama rodzina – „synowie” i „bracia”.

Tu bracia żołnierzy z Tobruku,
Synowie walczących w Cassino,
Meldują w ogniowym walk huku:
Za wolność gotowiśmy zginąć. […]

– Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie –

O Powstaniu pisali i ci bardziej znani, a zaliczyć do nich należy Zbigniewa Jasińskiego, pseudonim „Rudy”. Miano „poety Powstania Warszawskiego” nadał mu Andrzej Pomian, historyk i emigracyjny pisarz, autor książek o Powstaniu.
Jasiński urodził się w Łodzi w 1908 roku, a jego życiorys mógłby posłużyć do napisania ciekawej książki. Już w okresie międzywojennym nie był osobą anonimową – pisał poezje, zajmował się dziennikarstwem, był znanym marynistą. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku i dostał się do sowieckiej niewoli. Z łagru na wschodzie Rosji przeniesiono go do Lublina. Udało mu się stamtąd zbiec i wkrótce wstąpił do Armii Krajowej. W 1943 jako kurier AK pojechał do Jugosławii. Wreszcie wziął również udział w Powstaniu Warszawskim.

To on napisał najbardziej znane utwory poetyckie Powstania. Utwory, które zdobyły sobie sławę nie tylko w stolicy, ale również w Anglii i Stanach Zjednoczonych oraz, które cytowane były wielokrotnie przez polską prasę emigracyjną i radio. O wierszu pod tytułem  „Odmawiamy!” wspomnieliśmy wcześniej, jeszcze większą jednak popularnością zdobyły dwa inne utwory „Rudego”: „Sierpień” i przede wszystkim – „Żądamy amunicji”.
Pierwszy z nich powstał prawdopodobnie 21 sierpnia, w momencie, gdy walki rozerwały miasto na kilka części i gdy nadal z nadzieją wyczekiwano na pomoc sojuszników.

Gdy Niemcy z coraz większą furią nacierali na Stare Miasto oraz południową część Śródmieścia, a AK zdobyła słynny drapacz chmur – PAST-ę, Jasiński napisał wiersz „Sierpień”. Bardziej liryczny od jego innych, znanych utworów.

„Sierpień” to pewnego rodzaju kompilacja dwóch, przeciwstawnych światów, z których jeden zaczyna dominować. Oczywiście autor nie ustrzegł się uproszczeń, tak powszechnie eksploatowanej wizji biało-czarnego świata dzielącego się na to, co dobre i to, co złe. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze tekstu, gdyż ważniejszy jest tu bardzo silny ekspresjonizm i na co zwrócił uwagę Bartoszewski, żarliwość i ogromny emocjonalizm tej poezji.

Wspomniane zestawienie dwóch światów – idealnego i realnego stanowi szkielet tego utworu. Poeta pyta o sierpień – „nasz złoty sierpień”, wskazując nam sielankowy pejzaż z przeszłości: „Kłosy żytnie, brzęk pszczoły i cichy szept liścia”. Po wykreowaniu tego obrazu następuje drastyczny powrót do rzeczywistości.

– Nic, prócz trupów i ruin, spustoszeń i cierpień.
Mord. Pożoga. Szaleństwo. Sierpień nienawiści.
[…]
I nie pytam: co z bratem? A dom – już spalony.
I tak już trzy tygodnie. I będzie ich więcej.
[…]
Więcej będzie zabitych, kalekich, bezdomnych.
Kto wie, czy ujrzymy, jak złocą się kłosy? […]

Utworem, który przesądził o tym, że Zbigniewa Jasińskiego nazywa się „Poetą Powstania Warszawskiego” jest jednak inny wiersz, napisany prawdopodobnie w okolicach 24 sierpnia.
„Żądamy amunicji” to jeden z najbardziej popularnych wierszy Powstania, na temat którego dysponujemy sporą dawką informacji.
Wspominany, przy okazji tekstu Dobrowolskiego, Stanisław Zadrożny doskonale pamięta dzień, w którym Jasiński przeczytał mu „Żądamy amunicji” po raz pierwszy.

[…] „Dnie były najgorsze. Nad miastem wisiało niebo rude od pożarów. Dławił dym. Ogień nieprzyjaciela gęstniał, koncentrował się w określonych punktach, by je zniszczyć do cna. Coraz częściej trzeba była dopisywać do dziennika radiowego już w ostatniej chwili, w studiu: „ w tej chwili padają na miasto pociski artylerii niemieckiej”… lub „ przed kilku minutami samoloty niemieckie bombardowały miasto…” […]
W tym to czasie przybiegł do mnie Zbigniew Jasiński. Był wyraźnie podniecony:
– Czytaj! – powiedział. Podał mi kartki zapisanego papieru. Czytałem.” […]
Pamiętam, jakie wrażenie wywierał na nas wtedy wiersz Jasińskiego. Po prostu dlatego, że doskonale trafił w nasze ówczesne odczucia. Oczekiwaliśmy wszyscy na możliwie szybką pomoc z Londynu, na zrzuty broni i amunicji, tymczasem wielokrotnie emitowane przez radio głośnego chorału Kornela Uniejskiego […] było w naszym odczuciu anachroniczne i irytujące. Nie wiedzieliśmy oczywiście, że te właśnie melodię obrano jako szyfr i dlatego powtarzano ją tak często. […]
Zbyszek Jasiński […] miał wypieki na twarzy, gdy mi wiersz oddawał. Dla niego ten wiersz był przeżyciem. Wypływał spod serca. Przynosił ulgę nagromadzonej pasji. Czytali go wszyscy, którzy tego dnia zjawili się w naszej kwaterze prasowej. Budził entuzjazm. Ale znalazł się i taki, który powiedział:
– Ja bym wam nie radził nadawać tego wiersza. Londyn się obrazi.
Wbrew tym radom wiersz Zbigniewa Jasińskiego „Żądamy amunicji” poszedł na antenę 24 sierpnia. Czytał go „Krzysztof” (red. Zbigniew Świętochowski). Powtórzony był kilka razy, w kilku audycjach. […]
Rzadko kiedy pojedynczy wiersz zrobił taką karierę i zdobył taki rozgłos jak ten, pisany w małym, starym sklepiku Wedla przy ulicy Szpitalnej, w czasie Powstania Warszawskiego. Nagrany na płytę przez Polskie Radio w Londynie, w dwa dni później, to jest 26 sierpnia, ukazał się po pierwszy drukiem w emigracyjnym „Dzienniku Polskim (i Dzienniku Żołnierza)”. Szybko obiega całą prasę polską na Zachodzie. Jeszcze w czasie Powstania, a więc we wrześniu 1944 roku, Jan Lechoń przemawiając na jakimś emigracyjnym publicznym zebraniu w Nowym Jorku, powiedział: „ to świszczący pamflet na naszą emigrację”. […]
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 184, 185)

Siedemnaście wersów, które jak podaje Zadrożny, ułożono w małym sklepiku, a które obiegły dużą część świata w ciągu kilku dni, stały się symbolem postawy Polaków względem i Powstania Warszawskiego, i reakcji na Powstanie Aliantów.

Stworzył go poeta, podobnie jak i inne swoje utwory, z tonie żarliwym i mocno emocjonalnym, w tonie refleksyjnym i prowokacyjnym, nie rezygnując przy tym z podniosłego klimatu, który nie razi czytelnika, jest wszakże uzasadniony – w sytuacji walki o Warszawę ma po prostu rację bytu.

Jest więc wiersz Jasińskiego głosem zdeterminowanych ludzi, ale i ludzi, którzy dychają ostatkiem sił. Jak podaje Zadrożny, utwór zrobił ogromne wrażenie na całej walczącej Warszawie: „doskonale trafił w nasze odczucia”.
Na pierwszym planie mamy zatem Powstanie – czyn zbrojny Polaków i Armii Krajowej. To gloryfikacja wysiłku bez precedensu, jaki podjęli mieszkańcy Warszawy. Pełno tu kolokwializmów, potocznej mowy nadającej wierszowi swawolny ton, pełen wigoru i zwady.

Tu zęby mamy wilcze, a czapki na bakier,
Tu u nas nikt nie płacze w walczącej Warszawie:
Tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
Tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!… […]

Świat odległy zachwyca się światem, który ginie w oczach, celebrując przy tym jego poświęcenie, i nie mając do zaoferowania nic prócz pustych frazesów. Ginie więc bohater, jak to miało miejsce w „Warsaw Concerto” przy akompaniamencie „podziwu, śpiewu i braw”.
Odwołuje się również Jasiński do wspomnianego przez Zadrożnego chorału Uniejskiego. Pyta się poeta:

Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie
Gdy tu nadeszło wreszcie oczekiwane święto?
[…]
U boku swoich chłopców walczą tu dziewczęta
i nawet dzieci walczą.
[…]
Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla was!
Oklasków też nie trzeba!
Żądamy amunicji! […]

Apel zrobił ogromne wrażenie na słuchaczach i czytelnikach. Poezja okazała się jednak zbyt słaba by móc wpływać na politykę. „Żądamy amunicji” stał się przysłowiowym „krzykiem na puszczy”, prawda, że wyjątkowo wzruszającym (posłuchajcie umieszczonej poniżej i niezwykle poruszającej interpretacji Edwarda Snopka) i udanym pod względem estetycznym, ale niestety głuchym.


Warto przy tym wspomnieć słowa Jana Lechonia, który wskazywał, że wiersz ten jest rodzajem pamfletu na polską emigracją, która mimo starań nie potrafiła wpłynąć na sojusznika, choć jak się okazało nieco później, wpłynąć w wyniku ustaleń zawartych w Teheranie nie mogła.

28 sierpnia ukazał się inny ważny wiersz Powstania. W „Do powstańca” Stanisław Marczak-Oborski pisał:

Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić
W wolność, co przyjdzie, choćbyś padł.
Pamiętaj, że na ciebie patrzy
Ogromny i zdumiony świat
[…]
Choćby zawiodła wszelka pomoc,
Choć przyjdą dni głodu i moru;
Ostatniej stawki nie przegramy
– stawki naszego honoru. […]

Powstanie zaskoczyło wielu ludzi szeroko rozumianej sztuki, kultury i nauki, w tym pisarzy, dziennikarzy, rysowników, naukowców, muzyków i poetów. Wszyscy oni znaleźli się w nowej, jeszcze trudniejszej i bardziej dramatycznej od okupacyjnej, rzeczywistości. Niemal wszyscy też poparli walkę z hitleryzmem w Warszawie.

Co ciekawe, mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem – popularni i czytani twórcy literatury nie stworzyli ani jednego (może z wyjątkiem „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego) utworu, cenionego później przez krytykę ze względu na wartość estetyczną, a jednak razem zrodzili fenomen – pojęcie, które nie funkcjonuje w środowisku czytelniczym i naukowym, a które można nazwać najprościej „Literaturą Powstania Warszawskiego”. Stworzyły ją setki znanych, lub mniej znanych, a czasami anonimowych autorów – pisarzy, poetów, twórców piosenki.

Wiersz „Godzina bije” ogłoszony 15 sierpnia na łamach redagowanego przez Stanisława Wąsowicza dziennika „Barykada Powiśla” napisał Jan Brzechwa, który (o czym wie niewielu) tworzył w Powstaniu i o Powstaniu. I cóż z tego, że wiersz to nadęty patosem i przejaskrawiony. Stanowi przykład jednego, spośród setki podobnych wierszy, które wychodziły spod ręki znanych, jak Brzechwa.
A w Powstaniu żyli, walczyli i tworzyli poza Brzechwą, Baczyńskim, Gajcym i Stroińskim, także Maria Dąbrowska, Leopold Buczkowski, Karol Irzykowski czy Maria Rodziewiczówna.

 

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Przez wieczór bez końca… Wśród nocy bez końca –

Mieczysława Ubysza nazywa się niekiedy „zapomnianym poetą Powstania Warszawskiego”. To jeden z tych, którzy tworzyli w czasie walk o miasto nie tylko poezję propagandową – pełną patosu i emocji, ale którzy potrafili nadać wierszowi ciekawą konstrukcję poetycką, formę i charakterystyczny styl.

Jednym z nich jest napisany przez Ubysza na początku września utwór poświęcony Starówce. To wtedy, gdy stara dzielnica dogorywała powstały dziesiątki wierszy powiązanych z bojem, jaki toczono w okolicach Długiej, Kilińskiego, Placu Krasińskich, Rynku, Placu Zamkowego i Krakowskiego Przedmieścia.
Współtwórca i jednocześnie spiker radiostacji „Błyskawica” zatytułował swój liryk „Stare Miasto”.

Szli, szli, szli,
Zgarbieni, zbłoceni, we krwi.
Przez wieczór bez końca,
Wśród nocy bez końca,
Sunęła, sunęła
Gromada milcząca.
O mury, o asfalt
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…[…]

Liryczny obrazek powstańczej wędrówki przedstawiany jest w refleksyjnym, smętnym, pełnym melancholii tonie. Krótkie wersy zdają się odpowiadać krokom idących żołnierzy, a efekt ten wzmacniają w bardzo dużym stopniu liczne powtórzenia.
Zrujnowani ludzie kroczą przez piekło Starówki. Miast nóg mają „kikuty”.

Przez wieczór bez końca
Wśród nocy bez końca
[…]
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…
[…]
A twarze sczerniały
Z zajadłym chichotem
Noc pluła żelazem,
Gruzami i błotem
I szli tak od gruzów
Do gruzów kamienic
Cieniami olbrzymów
W wichurze płomieni,
Nie rzędem, kolumną –
Gromadą bezładną
[…]
Wiatr uniósł im nad głową,
Wiatr huczał w płomieniach,
Że było, że padło,
Że dzisiaj już nie ma!
Na gruzach Starówki
Brzask przetnie jak nóż
Trzydzieści dwie doby
I krzyknie, że już!
Że padło, ze odwrót,
Że idą i idą […]

Kompilacja życia i śmierci pokazuje całą prawdę o rzeczywistości tamtych dni. Z jednej strony  – dogorywające miasto pełne trupów i gruzów – Starówki „dzisiaj już nie ma”; z drugiej strony – uparte i nieprzerwane „idą i idą” i odezwa, jaką poeta woła na końcu.

Żołnierzu! Zęby wilcze zatnij
I przez ulice spłomienione maszeruj!
Londyn, Paryż, New-York,
Surmy w Brukseli, w Amsterdamie
Grają ci dzisiaj na konanie
–  Pod Twą obronę – […]

Na początku września Artur Międzyrzecki, żołnierz-poeta, jak nazywa go Władysław Bartoszewski, stacjonujący wraz z 13. pułkiem artylerii ciężkiej II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Półwyspie Apenińskim napisał inny wiersz, który okazał się jednym z najpiękniejszych liryków Powstania. Stworzył go w dalekiej Italii, nad Adriatykiem, na froncie włoskim, a utwór został opublikowany w tygodniku „Orzeł Biały”.

Na wiersz ten składa się pięć krótkich zwrotek. Każda skłaniająca do refleksji, każda składająca się z pojedynczych zdań – prostych i jednoznacznych.
Skonstruowany w formie modlitwy tekst robi na czytelniku wrażenie, bo przemawia rozpaczą tych, którzy czują się bezsilni wobec zła i dojmującej samotności. Pozostaje modlitwa.

Oto posągu rozbity kamień,
Oto umarłe ulice.
Święta Maryjo, módl się za nami
O amunicję.

Oto bezduszny serca egzamin.
Oto po dwakroć ruiny
Święta Maryjo, módl się za nami
O karabiny.

Gdzież są granice ludzkich doświadczeń,
Gdzież jest zapłata rozwalin?
Święta Maryjo, nikt tu nie płaczę,
Gniew tu się pali.”

Noc nam śmiertelne okrywa rany –
Nim świt odsłoni nas blady.
Święta Maryjo, wstąp razem z nami
Na barykady. […]

Ostatnia zwrotka sygnalizuje pogodzenie się z losem. I jeśli wołanie o pomoc nie może być wysłuchane, poeta prosi tylko o jedno:

Oto nam huczą strzały armatnie
Na szańcach Żelaznej Bramy.
Święta Maryjo, w palbie ostatniej
Módl się za nami. […]

– […] nadała swój program ostatni […] –

Ostatnim utworem poetyckim powstańczej Warszawie, o który wspomnimy na łamach „Tropów Historii” będzie wiersz napisany jeszcze w sierpniu 1944 roku, który jednak nie bez powodu znajduje się na końcu naszego zestawienia. Jego autorem jest jeden z najpłodniejszych poetów czasu Powstania, wspominany już wielokrotnie Mieczysław Ubysz.

Tak o autorze i jego tekście pisał w swojej książce Władysław Bartoszewski:
„Ubysz już w sierpniu napisał wizjonerski wiersz „Ostatni komunikat”, jeden z najbardziej dla mnie przejmujących utworów poezji powstańczej, antycypujący wydarzenia, które miały nastąpić kilka tygodni później, związane z ostatecznym upadkiem Powstania.
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 410)

Utwór pojawił się drukiem dopiero w 1945 roku, w zachodnich Niemczech, w wydanym przez Ubysza zbiorze pod tytułem „Czas wirujący”.
Zastanawiające jest, że poeta potrafił napisać tego typu wiersz jeszcze w sierpniu, a więc w momencie, kiedy tliła się nadzieja na pomyślne dla Polaków rozwiązanie kwestii Powstania, przede wszystkim zaś na pomoc ze strony aliantów zachodnich.

W tym czasie nadal spora część miasta znajdowała się w rękach Armii Krajowej i mimo masakry Woli, tragicznego położenie Starego Miasta i ciężkiej sytuacji w innych dzielnicach niełatwo było złamać ducha walki zarówno w żołnierzach, jak i w samych cywilach. Wierzono bowiem, że nie jest jeszcze za późno, aby Warszawie można było pomóc.

A jednak w umyśle poety już wówczas pojawiła się, jak powiedział Bartoszewski, owa „wizjonerska” myśl o upadku Powstania. Dlaczego?
Być może Ubysz był baczniejszym obserwatorem sytuacji politycznej, niż większa część warszawiaków, być może potrafił w niuansach rozgrywających się zjawisk dostrzec prawdopodobny rozwój sytuacji. Być może wreszcie przeczuwał klęskę mając świadomość celu przyświecającego Stalinowi i hipokryzji aliantów zachodnich.

Nadajemy komunikat z Warszawy
Nadzwyczajny komunikat z Warszawy,
Stacja Armii krajowej melduje:
Bój skończony i… nic, oprócz sławy…
wieść niesiemy do wszystkich narodów,
konferencyj, przyjaciół i braci:
Lud stolicy za wolność zapłacił
Swoim życiem! […]

Poeta posługuje się formą komunikatu radiowego, sam wszakże jak wspominaliśmy, był spikerem i współtwórcą radiostacji „Błyskawica”. W swojej poetyckiej odezwie zawiadamia świat o klęsce posiłkując się upiornym krajobrazem powstańczej Warszawy.

Już pełzła po mieście
Trupi odór od szańców do szańców,
Milion legło wśród gruzów Powstańców.
Wolni. Wolni od kajdan i… życia. […]

Wolność nabiera w znaczeniu przytaczanym przez Ubysza zupełnie nowego sensu. Pojmowana jest jako oswobodzenie ze wszystkiego co materialne, co fizyczne, a więc oswobodzenie nie tylko z kajdan, z obcej, narzuconej siłą niewoli, ale także z samego życia.

Wolność od życia – te dwa pojęcia tworzą paradoks, który jednak trafnie ukazał dramat pokolenia.
Zwracając się do „przyjaciół” poeta traktuje ich z pogardą, z cynizmem, z dumą człowieka opuszczonego i zdradzonego, ale jednocześnie przekonanego o dobrze spełnionym obowiązku własnym.

Armia bratnia jest o krok, jest blisko,
Na przedpolach Warszawy i zgliszczach,
Nim ostatni o wolność padł strzał –
Hełm widziano –
Rosyjski hełm błyskał…[…]

I zaraz po tym zwraca się do Aliantów zachodnich:

… By. Dwa zrzuty tej nocy,
Lecz nie stało żadnego żołnierza…
[…]
Stacja Armii Krajowej melduje,
że nadała swój program ostatni:
błyskawica. Warszawa. Zwycięstwo.
Surmy! Bratnie fanfary!
Przekleństwo. […]

Taki jest głos Warszawy. Warszawy takiej, jak opisał ją w „Ostatnim komunikacie” Mieczysław Ubysz – zwycięskiej i przegranej zarazem. Warszawy przeklętej niemieckim hitleryzmem i przeklętej zdradą sojuszników.
Im zostało wówczas wiersze pisać, a nam pamiętać.

Źródła
– Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004.
– Norman Davies , Powstanie ’44, Znak, Kraków 2004.
– Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994.
– Szczawiej J., Poezja Polski walczącej. 1939 – 1945. Antologia, tom 1,2., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

*      *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KOMENTARZ HISTORYCZNY: ’44 i DZIŚ

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / www.1944.pl

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / http://www.1944.pl

69. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego lada dzień stanie się znakomitym powodem, aby skłóconych skłócać jeszcze bardziej, a snujących poważną refleksję nad sierpniem 1944 porównywać do nacjonalistycznych oszołomów. Ciszej nad tymi mogiłami. Ciszej, bo wstyd.

Fakt pierwszy: Polskie Państwo Podziemne było największym ruchem oporu w czasie II wojny światowej.
Fakt drugi: Powstanie Warszawskie okazało się największym wystąpieniem mieszkańców jednego miasta przeciw władzy okupanta.
Fakt trzeci: Walcząca Warszawa miała moralne prawo uważać, że sojusznicy, którzy do wojny przystąpili z powodu Polski i w jej obronie, udzielą pomocy  miastu, a pomoc ta nie ograniczy się do zrzutów lotniczych, ale realnej pomocy.
Fakt czwarty: Chwila rozpoczęcia Powstania została słusznie wyznaczona na moment, gdy do prawobrzeżnej Warszawy zbliży się Armia Czerwona.
Fakt piąty: Za upadek Powstania odpowiadają alianci, którzy zdradzili swojego najbliższego sojusznika, odpowiada i Stalin, który wymordował miasto rękoma Niemców, tak jak po Powstaniu mordował ich rękoma NKWD i komunistów.

Fakt szósty i ostatni: Nie istnieje pytanie o sens Powstania. Biorąc pod uwagę gigantyczne straty w ludziach z racjonalnego punktu widzenia należy istotnie żałować, że Powstanie doszło do skutku (!), jednocześnie musimy zdać sobie sprawę z tego, że historia nie jest racjonalna, dlatego mimo swych oczywistych racji mylił się słynny kurier Jan Nowak-Jeziorański. Powstanie nie powinno mieć miejsca, a jednak nie mogło się nie odbyć. Na tym zasadza się jego największa tragedia.

Wbrew temu co się mówi i pisze o Powstaniu, decyzja o jego wybuchu nie została podjęta pod koniec lipca 1944 roku. Podejmowało ją polskie społeczeństwo za każdym razem, gdy hitlerowski i sowiecki okupant mordował polskich obywateli, podejmowało go polskie podziemie odpowiadając oporem na przemoc i walką na terror. – Począwszy od września 1939 roku.

Czy dobrze się stało, że Powstanie doszło do skutku? Oczywiście, że nie. Cóż jednak z tego, skoro odbyć się musiało i odbyłoby się, bez względu na decyzję podjętą przez generała „Bora” Komorowskiego. Gdyby nie ta, koniec końców tragiczna decyzja, Warszawa – w tamtych dniach wielka beczka prochu – i tak musiałby eksplodować. Dziękować Bogu, że był to wybuch w miarę możliwości „kontrolowany”.

To bowiem Powstanie, tak tragiczne w swych skutkach, uniemożliwiło Stalinowi uczynienie z Polski kolejnej republiki radzieckiej i stało się podwaliną suwerennej myśli polskiej, która z kolei pozwoliła wyrwać się pod koniec lat ’90 ze szponów komunizmu (niestety przemycając pod okrągłym stołem łajno „starego” systemu, którego nie rozliczono po dziś dzień).

Warszawa ’44 to więc summa summarum grecka tragedia. Dramat, w którym Polacy wybierali między mniejszym, a większym złem. Nie było w tym nic ani romantycznego, ani pompatycznego, choć była niepojęta zupełnie odwaga i prawda.
Gdyby chcieć zastanowić się nad tym, co należałoby zrobić, aby Powstanie nigdy nie doszło do skutku, należałoby cofnąć się nie do roku 1944, a przenieść  w czasie do schyłku XVIII wieku i tam szukać przyczyn. W historii wszystko ma bowiem swoje źródła.

Niech więc niektórzy spośród tych stojących po prawej stronie, nie pławią się bez opamiętania we krwi wszystkich tych nieszczęsnych ludzi, którzy (jakkolwiek brzmi to naiwnie dla jaśnie oświeconych intelektualistów) przelewali ją za swoją i potomnych (a więc naszą) wolność.
Przede wszystkim zaś niech milczy lewa strona. To ona, fetując dziś tych, którzy (w najlepszym wypadku) wykluczali ze świadomości i pamięci  zbiorowej bohaterów Powstania Warszawskiego, odebrała sobie jakiekolwiek prawo do ich osądzania. Również dlatego, że stanowi ona ideowo-duchową spuściznę po tych, którzy powstańców ścigali, torturowali i mordowali. I również dlatego, że wykazuje daleko idącą ignorancję w temacie Powstania i wypaczoną hierarchię wartości.

Niech w tych dniach milczy. Niech wpatrzy się w uśmiechy i wsłucha w jęki tych, którzy mieli odwagę nie pójść na bezwstydne kompromisy, którzy zostali oszukani i którzy nie zachowali niestety dość zimnej głowy, aby zrozumieć, że Polskę i Warszawę w 1944 roku sprzedano. Nie mogę pozbyć się przykrego wrażenia, że marzenie Warszawy ’44 o kraju w pełni wolnym, sprawiedliwym i suwerennym nie ziściło się do dziś dnia. Także dlatego – ciszej nad mogiłami…

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

AKCJA KOPPE

SS KopfMłodzi ludzie w zapiętych pod szyje płaszczach, pod którymi ukryta jest broń, stoją w żarze promieni słonecznych. Ani jednej chmurki, ani odrobiny cienia na tym rogu Zwierzynieckiej i Powiśla… | Aleksander Kamiński „Zośka i Parasol”.

Próba zlikwidowania Wilhelma Koppe była jedną z najpoważniejszych w ramach „Akcja główki” , polegającej na eliminacji funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru. Po udanym zamachu na Franza Kutscherę i kilku „głośnych” akcjach przeprowadzonych w Warszawie, tym razem Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej postanowił uderzyć w jednego z najważniejszych przedstawicieli władzy niemieckiej Generalnej Guberni stacjonującej w Krakowie i zarazem zastępcę samego Hansa Franka.

– Pozbawiony uczuć oprawca –

Wilhelm Koppe piastował stanowisko wyższego Dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie, a jednocześnie sekretarza stanu w niemieckim „rządzie” Generalnego Gubernatorstwa, był więc bezpośrednim zastępcą Hansa Franka. Na swoim sumieniu miał życie tysiące Polaków i Żydów, którzy zginęli w wyniku jego decyzji i dyktowanej przez niego represyjnej polityki.

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Lista zbrodni tego człowieka jest długa. Między innymi na przełomie maja i czerwca 1940 roku zorganizował masowy mord przy użyciu samochodowych komór gazowych na 1558 niemieckich i ok. 500 polskich niepełnosprawnych pacjentach z ośrodka opiekuńczego w Działdowie, a na początku 1944 roku wydał rozkaz rozstrzelanie stu polskich zakładników przetrzymywanych w więźniu Montelupich. To jednak tylko czubek góry lodowej.
Jak napisał Czesław Madajczyk: „Jego zwierzchników uderzała jego nadgorliwość i bezwzględność, pozbawiona cienia ludzkich uczuć”.

– Plan zamachu –

Rezydujący na Wawelu, a pracujący w gmachu Akademii Górniczej Koppe dbał o swoje bezpieczeństwo w stopniu wyższym, niż wspomniany tu Kutschera, czy też Reinhard Heydrich (tego ostatniego zamordowano w Pradze). Koppe nie był punktualny (różnice w jego rozkładzie dnia wynosiły około godziny), często przemieszczał się po Krakowie w asyście drugiego wozu ubezpieczającego, w którym zasiadało czterech uzbrojonych policjantów – jak pisał autor „Kamieni na szaniec” Aleksander Kamiński – „trzymających rozpylacze gotowe do strzału na burtach samochodu”. W dodatku do pracy jeździł aż trzema różnymi trasami, nigdy więc nie było wiadomo, którą drogę obierze tym razem.

Nie były to jedyne kłopoty Armii Krajowej. Zamach zaplanowano na lipiec, miesiąc gorący, podczas którego ubrani w długie płaszcze młodzi mężczyźni (wszakże, jakże inaczej schować pistolety maszynowe?) wzbudzali podejrzenie, zwłaszcza jeśli stali w jednym miejscu przez sześćdziesięciu minut. Ponadto Kraków nie był miastem, które przybyli z Warszawy zamachowcy znali, jak własną kieszeń, a i sami mieszkańcy nie nawykli do licznych akcji podziemia w takim stopniu, jak nawykli do nich warszawiacy.

Stanisław Leopold ps. "Rafał"

Stanisław Leopold ps. „Rafał”

Decyzją Adama Borysa ps. „Pług”, dowódcy batalionu „Parasol”, zamach miał poprowadzić Stanisław Leopold ps. „Rafał” – założyciel tajnej harcerskiej organizacji konspiracyjnej (PET) i redaktor czasopisma „Przyszłość”. Ten jeden z najzdolniejszych przywódców Szarych Szeregów był, jak pisał Kamiński, typowym intelektualistą i demokratą, który jednak rozumiał, że w rzeczywistości hitlerowskiej okupacji wystąpienie zbrojne przeciw oprawcy jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem.

Rafał do dyspozycji miał dwudziestu żołnierzy wydzielonej grupy z oddziału dyspozycyjnego AK „Parasol”, sześć łączniczek, zastępcę w osobie Stanisława Huskowskiego ps. „Ali” oraz doradcę, którym został Jeremi. Krakowski rekonesans rozpoczęto już w kwietniu 1944 roku organizując broń, kryjówki i meliny, obserwując zachowanie niemieckiej policji oraz wyrabiając odpowiednie dokumenty, w czym rzecz jasna pomagały krakowskie komórki Armii Krajowej.

Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku, na miesiąc przed wybuchem Powstania w Warszawie, do Krakowa pociągami, przez Radom i Częstochowę oraz pięcioma samochodami (w tym dwoma ciężarówkami) udał się cały zespół złożony głównie z wyszkolonych, doświadczonych, ale i dość młodych jeszcze ludzi.

Zdecydowano się na podobny atak, jak miało to miejsce w przypadku warszawskiego zamachu na Kutscherę (w obu akcjach brali udział „Ali” i „Dewajtis”).
Po sygnale łączniczki dowódca akcji miał dać rozkaz do rozpoczęcia ataku, ten zaś miał się opierać na uderzeniu dwóch grup: jedna miała ostrzelać auto, którym jechał Koppe, celem drugiej był atak na auto ubezpieczające.
Wcześniej, samochód którym jechał Koppe, miało zostać zablokowane przez auto zamachowców, a w odwodzie czekała półciężarówka, która gotowa była do pościgu, gdyby cel wyrwał się z pułapki.

Ryzyko, jak zawsze w przypadku tego typu akcji było ogromne, ostatecznie jednak zdecydowano, że akcja ma szansę powodzenia. Pierwsze dwie próby (5 i 7 lipca) w wyniku zmiany trasy przez Koppego nie doszły do skutku. Inaczej było 11 lipca.
Wówczas, o godzinie 9:00 stojąca na wale wiślanym łączniczka (Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”) dojrzała mercedesa i dała znak do rozpoczęcia ataku…

– Atak i ucieczka –

Jak się okazało tego dnia Koppe jechał do pracy bez dodatkowego wozu ubezpieczającego. Być może ten właśnie fakt w połączeniu z upałem, nerwami i nagłym rozluźnieniem członków grupy uderzeniowej spowodowały błąd, który zaważył na powodzeniu akcji.
Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, kierowca Chevroleta 4t, który miał stanąć w poprzek ulicy i zablokować przejazd, zatrzymał auto metr za blisko i niemiecki szofer zdołał go wyminąć.

Według Piotra Stachiewicza dwa samochody czekały na placu Kossaka aby uniemożliwić ewentualną ucieczkę Koppemu (był to Mercedes 170 prowadzony przez Bogusława Niepokoja ps. „Storch” oraz BMW Jana Bernatowicza ps. „Bartek”).

Obie grupy uderzeniowe zalały auto skomasowanym ogniem ze swych stenów, w wyniku czego zginął adiutant dowódcy SS, ranny został również sam Koppe, ale wóz zdołał wyrwać się z pułapki i popędził dalej.

Przebieg Akcji "Koppe"

Przebieg Akcji „Koppe” (źr. dws-xip.pl)

Przez kilkadziesiąt metrów półciężarówka kierowana przez Stefana Dyża ps Pikuś goniła mercedesa, ale gdy ten, już w podziurawionych oponach skręcił w jedną z uliczek, Rafał dał natychmiastowy znak do odwrotu. Teraz akowcy ze zwierzyny stawali się ofiarą.
Zamachowcy zdołali wyjechać z Krakowa, ale uciekając w kierunku lasów dwukrotnie natrafili na przeważające siły najpierw żandarmerii niemieckiej, a potem Wehrmachtu. Koło wsi Kąty, a następnie we wsi Udórz akowcy życie straciło sześciu ludzi (w trakcie zamachu niegroźnej rany doznał jedynie Antoni Sakowski ps. „Mietek”).

– Po zamachu –

Koniec końców zamach nie powiódł się. Wilhelm Kappe odniósł rany, ale pozostał przy życiu. W czasie trwania akcji (wliczając w to zamach, jak i ucieczkę) zginęło natomiast kilkunastu Niemców, w tym osobisty adiutant Koppego.

Stanisław Leopold „Rafał”, który dowodził Akcją Koppe, poległ miesiąc później, w czasie Powstania Warszawskiego, 25 sierpnia 1944 broniąc Starego Miasta (rejon Reduty Banku Polskiego – ul. Bielańska 12). Odznaczono go Krzyżem Walecznych oraz już pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. Został pochowany na Wojskowych Powązkach.

Sam niemiecki zbrodniarz zdołał uniknąć kary również po wojnie. Po 1945 roku ukrywał się po fałszywym nazwiskiem i sprawował funkcję… dyrektora fabryki czekolady.
Co prawda w 1964 roku, kiedy już zdołano go złapać, prokuratura w Bonn wszczęła przeciw niemu postępowanie, oskarżając m.in. o współudział w zamordowaniu 145000 osób, ale z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego do procesu nie doszło. Wilhelm Koppe nigdy nie poniósł kary za zbrodnie dokonane podczas II wojny światowej. Zmarł w 1975 roku w Bonn.

– Uczestnicy zamachu na Koppego –

Dowódcy
Stanisław Leopold ps. „Rafał”- dowódca, Stanisław Huskowski ps. „Ali” – zastępca dowódcy, Jerzy Zborowski “Jeremi”.

Żołnierze
Jan Bernatowicz ps. „Bartek”, Józef Baster ps. „Rak”, Wojciech Czerwiński ps. „Orlik”, Stefan Dyż ps. „Pikuś”, Tadeusz Fopp ps. „Tadeusz”, Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, Tadeusz Karczewski ps. „Wierzba”, Przemysław Kardasiewicz ps. „Akszak”, Jerzy Kołodziejski ps. „Zeus”, Jerzy Małow ps. „Rek”, Bogusław Niepokój ps. „Storch”, Zdzisław Poradzki ps. „Kruszynka”, Wiesław Raciborski ps. „Robert”, Antoni Sakowski ps. „Mietek”, Józef Szczepański ps. „Ziutek”, Eugeniusz Schielberg ps. „Dietrich”, Jacek Sperling ps. „Jacek”, Wojciech Świątkowski ps. „Korczak”, Tadeusz Ulankiewicz ps. „Warski”, Halina Grabowska ps. „Zeta”.

Łączniczki
Irena Sokołowska ps. „Bobo”, Zofia Sokołowska ps. „Dzidzia”, Zofia Jasieńska ps. „Ina”, Irena Potoczek ps. „Ada”, Maria Stypułkowska-Chojecka ps. „Kama”, Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”.
Plus obserwator, który przeprowadził rekonesans: Aleksander Kunicki, ps. „Rayski”

*    *    *

Źródła:
– Aleksander Kamiński, Zamach na Koppego w Krakowie w: Zośka i Parasol, Warszawa 1970
– Specjalna operacja Koppe – http://www.208wdhiz.home.pl/parasol/a_koppe.htm
– Czesław Madajczyk: Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1970, s. 242, 358 (tom 2)
– Piotr Stachiewicz „Akcja Koppe : Krakowska akcja Parasola” Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa, 1982

Fotografie/grafika:
http://www.dws-xip.pl/PW/bitwy/pw2010.html
– Bundesarchiv, Bild 146-1969-052-27 / CC-BY-SA
– Scanned from book „Szare Szeregi – harcerze 1939-1945”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988, ISBN 83-01-06821-3

*    *    *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

ANEGDOTY WOJENNE: SŁOWIAŃSKA FANTAZJA

 Dowódca I Dywizji Pancernej gen. Stanisław Maczek (na górze po lewej) w czołgu, foto: PAP

Dowódca I Dywizji Pancernej gen. Stanisław Maczek (na górze po lewej) w czołgu, foto: PAP

W drugiej odsłonie cyklu anegdot wojennych przeczytacie o niemieckich sabotażystach rzuconych na amerykańskie tyły, wizycie gestapo u Pablo Picasso oraz ułańskiej fantazji polskich żołnierzy, którym nie mogły oprzeć się nawet ogniste Włoszki.

– Dywersanci w Ardenach –

Podczas Kontrofensywy Niemców w Ardenach zimą 1944 roku Amerykanie po kilku początkowych wpadkach szybko zorientowali się, że mają na swoich tyłach dywersantów, którzy ubrani w jankeskie mundury i posługujący się językiem angielskim czynią im ogromne szkody.
Pewnego razu do magazynu paliw podjechał jeep.
– Petrol please – odrzekł kierowca do obsługi lekko się przy tym uśmiechając.
– What!? –  krzyknął stojący obok żandarm.
Wówczas jeep wykręcił, dodał gazu i rzucił się do ucieczki. Amerykanie zdołali jednak złapać sabotażystów, a Niemcy już po poddaniu się zapytali, w jaki sposób żandarm odgadł, że nie są Amerykanami.
– Żaden amerykański żołnierze nie używa słowa „proszę”, a poza tym „gas”, a nie „pentrol” – odparł Jankes do więźniów.

Niemiecki dywersant pojmany przez żandarmerię amerykańską w Ardenach zimą 1944 roku (źr. dobroni.pl)

Niemiecki dywersant pojmany przez żandarmerię amerykańską w Ardenach zimą 1944 roku (źr. dobroni.pl)

Innym razem oddział żandarmerii wojskowej zatrzymał kolumnę samochodów i chcąc sprawdzić, czy wśród nich nie ma przebranych za Amerykanów sabotażystów , rozpoczął zadawać niezwykle szczegółowe pytania:
– Stolica stanu Kentucky?
– Frankfort.
– Kto jest przyjaciółką Myszki Micky?
– Minnie – odrzekł kierowca jednego z samochodów, a potem dodał w złości – To może powiem jeszcze kto był pradziadkiem Abrahama Lincolna i ile Alan Poe wypijał szkockiej przed napisaniem opowiadania?

– Gestapo u Picassa –

Pewnego razu gestapo dokonało rewizji w paryskim mieszkaniu Pabla Picassa. Podczas przeszukania jeden z ubranych w filcowy płaszcz Niemców wskazał na zdjęcie obrazu „Guernica” i zapytał malarza, wiedząc zresztą z kim na do czynienia.

– Czy to pana dzieło? – zapytał gestapowiec.
– Nie… – odparł Picasso. – To wasze dzieło.

Guernica - obraz olejny Pabla Picassa z 1937 roku, będący hołdem złożonym baskijskiemu miastu Guernica, które 26 kwietnia 1937 roku zostało zbombardowane przez niemiecki korpus Legion Kondor.

Guernica – obraz olejny Pabla Picassa z 1937 roku, będący hołdem złożonym baskijskiemu miastu Guernica, które 26 kwietnia 1937 roku zostało zbombardowane przez niemiecki korpus Legion Kondor.

– Włoskie rzęsy… –

Żołnierze Andersa po lądowaniu w Italii mocno przykuli uwagę znanych z temperamentu ognistych Włoszek, które cierpiały nie tylko z powodu braków w aprowizacji, ale również dlatego, że wielu z ich mężczyzn walczyło daleko od domów, albo czekało na koniec wojny w obozach jenieckich. Przystojni, odważni i szarmanccy Polacy, częstujący nowopoznane damy czekoladą i konserwami niejednokrotnie oddawali się miłosnym igraszkom z włoskimi pięknościami, co rzecz jasna irytowało Polki służące w armii (tzw. Pestki).

Dochodziło w skutek tego do wielu nieprzyjemnych zajść. Pewnego razu na przykład kilku wspinających się pod górę polskich żołnierzy próbowało zatrzymać jadący w tę samą stronę wojskowy samochód. Jak się okazało za kierownicą siedziała Polka, które na usilne prośby rodaków proszących o podwózkę odparła: – Niech was Włoszki na rzęsach przewiozą – poczym dodała gazu i odjechała.

Dostało się też pewnemu generałowi, który podczas podróży zauważył stojący na uboczu samochód i wystające spod niego zgrabne damskie nogi. Pan generał zatrzymał swojego jeepa, podszedł do zepsutego auta i spytał uprzejmie, czy może w czymś pomóc.
Spod samochodu wyrwała się wówczas po polsku taka wiązka przekleństw oraz obelg, że biedny generał pobiegł do swojego jeepa i pojechał dalej.

Czołg 1 Brygady Pancernej gen. Maczka

Czołg 1 Brygady Pancernej gen. Maczka

– Co robią tu te czołgi!?-

1 Dywizja Pancernej generała Maczka zapisała się złoty zgłoskami w historii dzięki walkom w Normandii, które miały miejsce w sierpniu 1944 roku. Podczas tej kampanii zdarzyło się, że jedna z pancernych kolumn dowodzona przez podpułkownika Stanisława Koszutskiego zabłądziła w mroku nocy i gęstych lasach. W dodatku dowódca pomylił nazwę „Chambois” z „Les Champeaux” i w nocy wjechał wraz ze swoimi czołgami w sam środek niemieckiego I Korpusu Pancernego SS.

Sytuacja była groteskowa i przypominała kadr z filmu komediowego. – Na skrzyżowaniu polskie czołgi  natknęły się na wojska nieprzyjaciela, ale machający chorągiewkami Niemiec, który kierował tam ruchem, przepuścił Polaków wstrzymując ruch w drugą stronę.
Następnie polskie „Shermany” wjechały do wsi i zatrzymały się przed domem, w którym wedle niektórych relacji znajdował się sam sztab dywizji pancernej SS.

Dopiero wówczas, gdy ze swojej kwatery wyszedł Niemiec i spoglądając na czołgi zapytał: „Was machen hier diese Panzer?!”, jedna z polskich załóg oprzytomniała i rozumiejąc swoje położenie odwróciła wieżyczkę i huknęła serią z km-u.
W ten sposób Polacy wzięli do niewoli kilkuset Niemców, zniszczyli sztab 2 Dywizji Pancernej SS i wprowadzili na tyłach wroga wielki chaos.

Witold Urbanowicz  - polski as myśliwski, dowódca Dywizjonu 303 mający na koncie 17 powietrznych zwycięstw.

Witold Urbanowicz – polski as myśliwski, dowódca Dywizjonu 303 mający na koncie 17 powietrznych zwycięstw.

– Lot próbny –

O świcie Witold Urbanowicz, przyszła legenda Dywizjonu 303, który przyczyni się do klęski Niemców w Bitwie o Anglię, wystartował z lotniska w Dęblinie chcąc przeprowadzić kolejną lekcję instruktażową dla jednego z podchorążych. W tym celu Urbanowiczowi towarzyszył drugi samolot kierowany przez wspomnianego ucznia.

Dwa P-7 leciały w szyku aż do czasu, gdy Urbanowicz dał znaku do rozpoczęcia symulowanego starcia. Kiedy kładł samolot na skrzydło, zobaczył że koło kabiny przeszła smuga ognia pochodząca z pocisków zapalających. Skonsternowany zdziwił się, że młokos jakiś cudem zdołał wziąć go na cel – to po pierwsze, oraz, że ktoś przez pomyłkę załadował chłopakowi ostrą amunicję.

Gdy znaleźli się po jakimś czasie na ziemi podchorąży podbiegł do Urbanowicza i w wielkim podnieceniu począł go pytać, czy żyje i jak to zrobił, że go nie trafili.
Słynny pilot nie rozumiał o co chodzi, pytającym wzrokiem na wylot przeszywając podchorążego, na co ten ponoć odrzekł:
– Ofiaruj świecę w kościele! Przed chwilą zaatakował cię Messerschmitt!
Jak się okazało, próbny lot miał miejsce o poranku, 1 września 1939 roku…

– Na drugą stronę ulicy –

W czasie II wojny światowej dowodzący wojskami brytyjskimi robili co mogli, aby zwiększyć morale społeczeństwa i zachęcić mężczyzn do służby w szeregach armii.
Między innymi w tym właśnie celu w Londynie na jednym z domów umieszczono napis:
„Zapisz się do wojska, do sekcji skoczków spadochronowych. Teraz bardziej niebezpiecznie jest przejść przez ulicę, niż skoczyć ze spadochronem.”

Napis chyba nie został potraktowany poważnie przez wszystkich mieszkańców stolicy, bo wkrótce dopisano pod nim napis o następującej treści:
„Chętnie bym się zapisał, ale biuro jest po drugiej stronie ulicy”.

Źródła
– L.Olson, S.Cloud, Sprawa Honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski, 2007
– G. Regan, Anegdoty wojenne, 2005
– Temat: Anegdoty z Drugiej Wojny Światowej na: forum.ioh.pl oraz źródła własne
– Foto: dobroni.pl

*   *    *

Remek Piotrowski

8 Komentarzy

Filed under ANEGDOTY WOJENNE, ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

RECENZJA FILMU: BACZYŃSKI

Baczyński PlakatTrudno zrozumieć, dlaczego najnowszy film Kordiana Piwowarskiego tak bardzo ubódł gusta kilku profesjonalnych krytyków filmowych, którzy sens „Baczyńskiego” sprowadzili de facto do „ściągi” z lekcji języka polskiego. Oprócz więc przyjrzenia się samemu obrazowi, postanowiliśmy zastanowić się nad zasadnością niektórych zarzutów. Film w pełni na taką obronę zasługuje.

Dzieło Kordiana Piwowarskiego, podobnie jak inne quasi-historyczne produkcje ostatnich miesięcy, choć warty uwagi, pozostawia mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony intuicyjnie wyczuwamy, że reżyser nie wyczerpał tematu, więcej nawet – jedynie go musnął i choć muśnięcie to było iście mistrzowskie, niewykorzystana okazja do opowiedzenia fascynujących, pełnych niedomówień losów poety, ma prawo budzić u nas frustrację.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga ukazuje interesujące oblicze arcyciekawego człowieka w lirycznym, iście impresjonistycznym zarysie. Większość krytyków oczekiwała, że Piwowarski opowie o Baczyńskim zgodnie z tradycją filmowej hagiografii, a więc za pomocą kinowej prozy. Ponieważ krytykiem filmowym nie jestem, niniejszy tekst poruszam wyłącznie ze względu na historyczną proweniencję obrazu, a moje wnioski być może ocierać się będą o banał, niemniej jednak zgadzam się z reżyserem, że takie właśnie ujęcie tematu „jądro mleczne” Baczyńskiego ukazuje w sposób najbardziej intuicyjny.

Zarzutów do „Baczyńskiego” jest kilka. Są wśród nich takie, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Boli przede wszystkim zaprzepaszczony potencjał, a to tym bardziej, że Piwowarski wpada na genialne tropy, by po krótkiej przechadzce kompletnie zboczyć z właściwej ścieżki i tym samym sprowadzić widza na manowce. Właśnie dlatego zasygnalizowane wątki dotyczące niejednoznacznych relacji z matką, konfliktu z Gajcym, czy fascynacji twórczością poety Kazimierza Wyki, Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza wzbudzają ogromny niedosyt, a przecież można by tu tyle opowiedzieć i to nawet bez rezygnacji z wybranej formy.

Grubą przesadą jest jednakowoż sprowadzanie „Baczyńskiego” do trywialnej pozycji na szkolnej liście lektur. Odnoszę się tutaj przede wszystkim do recenzji zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej”, która z krytyką ma tyle wspólnego, ile poezja Baczyńskiego z komedią dworską. Światopogląd nakazujący widzieć w Powstaniu Warszawskim – nieodpowiedzialną burdę, a w podjętej przez Baczyńskiego decyzji o zamienieniu pióra na karabin – błazenadę, z góry przesądza o ocenie całości, a ta jest niesprawiedliwa, lub w najlepszym przypadku oparta na płytkich argumentach.

Od naszej recenzentki trąci na kilometr, charakterystycznym dla lewicowej orientacji, tendencyjnym spojrzeniem na historię, które okazuje się istotniejsze nie tyle nawet od tzw. prawdy historycznej, ile samego filmu, jako autonomicznego zjawiska artystycznego. Być może to za daleko posunięty wniosek, ale niekiedy można odnieść wrażenie, że autorka wspomnianej recenzji najchętniej widziałby Baczyńskiego w roli elementu niejednoznacznego trójkąta miłosnego, który ten miałby tworzyć z Wyką i Iwaszkiewiczem. Bzdura goni bzdurę…

Wbrew bowiem temu, co sugeruje „Krytyka Polityczna”, ani Baczyński, ani AK, ani wreszcie nawet Powstanie Warszawskie nie były patetycznymi mitami bez znaczenia, a umiejscowionymi w czasie i przestrzeni wartościami, których zarys i ładunek emocjonalno-intelektualny Piwowarskiemu udaje się, w sposób dla polskiego kina nowatorski, uchwycić znakomicie.

Cóż bowiem z tego, że wcielający się w główną rolę Mateusz Kościukiewicz sensu stricte nie gra, tylko jak napisał jeden z krytyków „jest”, skoro samym tym „byciem” połączonym ze słowami kapitalnie projektujących wojenną rzeczywistość wierszy Baczyńskiego, oddaje w sposób autentyczny klimat kreowanej przez siebie postaci. Nie ma przy tym nic z  przeintelektualizowanego błazna, który nadyma się patosem, nie pozuje też na dławionego weltschmerzem wieszcza.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Jest tu natomiast poezja, która ma po pierwsze – tłumaczyć drogę, którą podążył Krzysztof Kamil Baczyński, po drugie – ma za zadanie nadać całości właściwej treści, artykułowanej nie wprost, bo ta artykułowana wprost nie zdołałaby poświadczyć o ciążącym na bohaterze piętnie i uświadomionym przez niego poczuciu spełniającej się apokalipsy.

Baczyński grzmiał w stronę starającego odwieść się go od pomysłu czynnej walki Kazimierza Wyki: „Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”.

Dziwne więc, że ktokolwiek zarzuca reżyserowi, iż nie podjął tematu konfliktu, który jakoby miał się rozegrać w umyśle poety. Znajomość (i nieznajomość) twórczości oraz biografii wieszcza mówią tu same za siebie.

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka (znakomita w roli Basi Baczyńskiej), a oprócz tego subtelna, acz niebanalna muzyka i wersety z zeszytów Baczyńskiego (fakt, że nie zawsze deklamowane w odpowiedni sposób) nie kłamią, nie upraszczają, ani nie wpisują filmu do romantycznej szuflady. Rysują natomiast niewyraźną kreską pewnego rodzaju fresk liryczny, to zaś dlaczego Piwowarski zdecydował się na takie rozwiązanie tematu, pozostaje jego tajemnicą i nie nam to oceniać.

Należy się cieszyć, że powstał obraz, który zdołał oddać jeśli nie złożoność (na to brakło czasu) to chociaż ogrom poetyckiej wyobraźni poety. To ona uratowała nie wolny od pewnych uproszczeń i niedociągnięć film, choć nie zdołałaby tego uczynić bez stworzonej przez reżysera „emocjonalnej scenografii”, która porywa tym mocniej, im bardziej zbliżamy się do tragicznego finału.

Chciałbym, aby podobne filmy rzeczywiście kręcono specjalnie dla szkół. Po seansie „Baczyńskiego” nie mam jednak najmniejszych nawet wątpliwości, że jego sens i estetyka nieprzygotowanym licealistom umknie tak samo, jak umknęły kilku profesjonalnym recenzentom kina.

*   *   *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

POETA Z GŁOWĄ NA KARABINIE

Baczyński 1Gdy słynny historyk literatury Stanisław Pigoń dowiedział się, że Krzysztof Kamil Baczyński wstąpił w lipcu 1943 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej, powiedział Kazimierzowi Wyce: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami”.

Nad biografią Baczyńskiego pochylano się kilkukrotnie wyjmując przy tym na światło dzienne wiele fascynujących i mało znanych faktów z życia najwybitniejszego, zdaniem wielu historyków literatury, poety czasu okupacji. Choć autor niniejszego tekstu ukończył studia filologiczne, nie posiadł niestety umiejętności wprawnego analizowania dzieła literackiego.

Jeśli więc napiszę, że Baczyński został najważniejszym dla mnie (w latach szkolnych mawiałem „ulubionym”) polskim twórcą liryki, nie mam na myśli wyłącznie kryterium stricte estetycznego. Myślę przede wszystkim o ogromnym ładunku emocjonalno-mentalnym, który poeta przekazał po pierwsze – za pośrednictwem swojej wyjątkowej twórczości, po drugie – poprzez świadectwo własnego życia i to nawet wówczas, gdy sprowadza się ono dla nas do formy suchego biogramu i relacji z tzw. drugiej ręki.

Baczyński to wyobraźnia, to fascynacja formą i treścią świata, to pasja miłości nie zdewaluowanej współczesnym kiczem, to wreszcie niezwykła historia zwykłego człowieka o nieprawdopodobnych umiejętnościach i wrażliwej duszy.

– … w chmury się wbić w koronach drzew… –

Czymże mógł nasiąknąć urodzony 21 stycznia 1921 roku w Warszawie Krzysztof Kamil, skoro jego ojciec był żołnierzem Legionów Polskich, oficerem Wojska Polskiego, krytykiem literackim i dziennikarzem, a matka nauczycielką i autorką szkolnych podręczników? Czymże mógł nasiąknąć młody Krzysztof Kamil, skoro ukończył słynne Gimnazjum im. Stefana Batorego (choć ze słabymi ocenami, bo do szkoły chadzał rzadko), to samo, do którego uczęszczali „Alek”, „Rudy”, „Zośka” i „Anoda”, czyli bohaterowie spod Arsenału.

Fenomen Baczyńskiego to składowa dwóch czynników. Pierwszym z nich było środowisko i wychowanie (rodzice, szkoła, słynna 23 Warszawska Drużyna Harcerska „Pomarańczarnia”), drugim natomiast – jego introwertyczny charakter, umiejętność obserwacji i wyczucia rzeczywistości, talent kreacyjny, niesłychana wyobraźnia, wreszcie miłość do literatury, która rozwinęła i uwrażliwiła umysł chorowitego oryginała.

Oczywiście (wybaczcie mało wyszukaną metaforę) każdy kij ma dwa końce. Wrażliwy chłopak o charakterze indywidualisty nie miał wielu kolegów, nie wspominając nawet o bliskich przyjaciołach. Szybki rozwój emocjonalno-uczuciowy spowodował, że Baczyńskiemu bardzo trudno było znaleźć wspólny język z rówieśnikami. Wśród wspomnień o poecie znajdziemy więc i takie (E.Dusza), które mówią o tym, że kilkunastoletni chłopak o niepospolitym umyśle i takim talencie był wręcz nielubiany i to zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli.

Dziś rano cały świat kupiłem
Gwiazdy i słońce, morze, las
I serca, lądy i rzek żyły
Ciebie i siebie, przestrzeń, czas
(fragm. wiersza „Pieśń o Szczęściu”)

Pozorne – bujanie w obłokach, a de facto – zadawanie trudnych, a zarazem wielce niewygodnych pytań, na przykład na temat przeznaczenia własnego pokolenia (daleko wówczas było do określenia ich Kolumbami), w które, co wydać się może dziś niesłychanie mało prawdopodobne, była jego zdaniem wpisana zagłada i to niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa, nie przysparzało mu sympatii. Zapewne traktowano go, jako wyniosłego dziwaka, który brak tężyzny fizycznej nadrabiał pseudointelektualną, w mniemaniu rówieśników, gadaniną.
Prawda była jednak taka, że Baczyński cierpiał ze względu na dojrzałość intelektualną, umiejętność zaobserwowania niewidzialnych dla kolegów elementów świata i niepospolitą wyobraźnię. Cierpiał na to, na co cierpi każdy geniusz wyprzedzający swą epokę.

– … Nas nauczono… –

Niezwykłe, a z drugiej strony szalenie symptomatyczne dla ludzi w jego pokolenia, okazało się odnajdowanie przez Baczyńskiego własnej drogi wśród okupacyjnej pożogi. Ten przewrażliwiony na punkcie sztuki i natury świata człowiek, porzucił studia polonistyczne, po to, aby służyć krajowi i niewiele, jak się zdaje, jest w tym pomnikowej pompatyczności, którą tak chętnie krytykują powierzchownie analizujący problem współcześni znawcy historii, sztuki i kultury masowej.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
którem kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
(fragm. wiersza „Pokolenie”)

W lipcu 1943 roku Baczyński wstąpił do Armii Krajowej (sekcyjny w II plutonie „Alek” 2. kompanii „Rudy”, słynnego batalionu „Zośka”). Odtąd „Krzysztof”, „Zieliński” (pod takimi pseudonimami figurował w AK) był jednym z tysiąca trybików podziemnego państwa polskiego – w swym mieszkaniu w skrytce na broń trzymał Thompsona, dwa Steny, MP 40, granaty, materiały minerskie, podręczniki, mapy oraz prasę konspiracyjną. Należy przy tym pamiętać, że pochodzenie Baczyńskiego (jego matka była z pochodzenia Żydówką, a możliwe, że i w żyłach ojca płynęła żydowska krew) w przypadku odkrycia, skazywało go na wyrok śmierci.

Książka 2– … Ziemio krwią i ogniem płynąca… –

Jak napisał w swoim artykule Józef Lewandowski, choć „Baczyński uważał się za Polaka, był Polakiem, kim by nie byli jego rodzice i dziadkowie” i choć „funkcjonował” w polskiej kulturze, to jednak na kwestię antyżydowskich wystąpień okazywał się niezwykle czuły i to już od najmłodszych lat. Do legendy przeszła bójka w szkolnej klasie, która miała miejsce w roku 1935 roku, podczas lekcji matematyki, gdy odpowiadający przed nauczycielem Ryszard Bychowski został nazwany „Żydem”, skutkiem czego wywiązała się krwawa bójka, w której Baczyński wraz z czterema kompanami bronił honoru kolegi przed trzydziestoosobową grupą „prześladowców”.

W „Kronice życia i twórczości Krzysztofa Baczyńskiego” Zbigniew Wasilewski wyjaśnia kwestie narodowościowe poety: „rodzina Baczyńskich pochodzi z drobnej szlachty podkarpackiej a jej herb Sas świadczy o dawnych związkach genetycznych z osadnictwem saksońskim i wołoskim rodem Dragów-Sasów. (…) Rodzina Zieleńczyków, pochodzenia żydowskiego, całkowicie spolonizowała się w wieku XIX i należała do światłej inteligencji warszawskiej”(s. 19)

Ważny w tej sprawie jest również kontekst wykraczający poza kwestię samej tożsamości, czy pobudek etyczno-moralnych, choć i one w przypadku Baczyńskiego odgrywała istotną rolę. Poeta (znów odwołam się to Józefa Lewandowskiego) doskonale rozumiał wywodzącą się jeszcze od Mickiewicza tradycję polskiej humanistyki i kultury, która w swoim najwartościowszym nurcie wolna była od narodowościowych uprzedzeń. W końcu nie bez znaczenia było także piętno ojca – człowieka o wyraźnie lewicowych poglądach, którymi musiał nasiąknąć za młodu Krzysztof Kamil (był członkiem socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Spartakus”).

Trop lewicowy owiany jest w przypadku Baczyńskiego aurą tajemnicy, a choć zaraz po wojnie ślad ten mógł być jeszcze świeży, został zatarty przez nową władzę, wszakże aż do odwilży, dzieła jak i ich twórca (uznawany za czołowego poetę „faszystowskiej” Armii Krajowej) były przez komunistów całkowicie ignorowane. Dopiero po śmierci Stalina niejako z miejsca, stał się Baczyński zjawiskiem w polskiej kulturze nośnym, choć przesadnie eksponowany wątek socjalistyczny („Spartakus”) wypaczał obraz jego biografii.

Niewiele wiemy na temat członkostwa Krzysztofa Kamila w „Spartakusie”, nie znamy również powodów wystąpienia z organizacji. Wielu badaczy podejmujących temat odejścia poety od lewicowych poglądów zwraca uwagę na prosty aspekt polityczny – Baczyński nie mógł być głuchy na pakt Ribbentrop-Mołotow, wkroczenie wojsk sowieckich 17 września, deportacje ludności polskiej i żydowskiej oraz terror sowiecki. Zerwał nawet w związku z tym kontakt z kuzynką mieszkającą na terenach dzisiejszej Białorusi (a przed wojną – II Rzeczpospolitej), której mąż składał dziękczynienie wojskom Stalina za uwolnienie ich spod polskiego „jarzma”.

Bez względu bowiem na osobiste przekonania i światopogląd, miał Baczyński niesłychanie głęboko zakorzenione poczucie obowiązku. Zdaje się, że poeta czuł, iż jest „coś” dłużny zarówno tej ziemi, jak i może przede wszystkim kulturze polskiej, dlatego też w 1943 roku wstąpił nie do Armii Ludowej, a AK, i dlatego też zrezygnował ze studiów i zajął się działalnością konspiracyjną. Wspomniane uczucia wzmagała coraz silniejsza więź z wiarą (niektórzy temu przeczą uważając, że motyw Boga znajdował się w jego twórczości wyłącznie w celu zadowolenia matki) i nęcący Baczyńskiego-poetę mistycyzm.

Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy-
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia,
długie nogi wysielców pociągną jak sznur.
(fragm. wiersza „Jesień ’41)

Apolityczności Baczyńskiego, który jak się zdaje po 1943 roku przestał walczyć o Polskę prawej strony lub Polskę lewej strony, a dbał o Polskę wolną po prostu, widoczna jest również w tym, że jego twórczość publikowana była zarówno w lewicowych „Płomieniach”, jak i na kartach „Sztuki i Narodu”, a więc zjawiska w polskiej literaturze o silnie nacjonalistycznej proweniencji (na łamach tego drugiego wydano największe poetyckie dzieło lat okupacji „Wiersze Wybrane” Baczyńskiego vel. Jana Bugaja).

Basia

Barbara Baczyńska z Drapczyńskich

– … wtedy przepłyniesz we mnie… –

Twórczość najwybitniejszego, zdaniem wielu, poety czasu okupacji to nie tylko poezja „ze środka spełniającej się apokalipsy”, zanurzona w katastroficznym pejzażu idących na stracenie młodych ludzi, ale również przepełniona ogromną miłością liryka skierowana do konkretnej osoby. Choć w życiu Baczyńskiego było kilka kobiet, tak naprawdę liczyły się tylko dwie.

Pierwszą z nich była ukochana matka – Stefania, którą syn po śmierci ojca otoczył troskliwą opieką; drugą poznał 1 grudnia 1941 roku w mieszkaniu Emilii i Tadeusza Hiżów. Barbara Drapczyńska, koleżanka z tajnej polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, to dziewczyna, której poezja polska zawdzięcza – zdaniem Kazimierza Wyki – najpiękniejsze erotyki. Krzysztof Kamil i Barbaraba pobrali się już po pół roku znajomości, a uroczystość odbyła się w kościele na Solcu.

Basi…
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę ten strumień żywy
przeobrażenia, duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.

Ułóż wezbrane oczy w kołysce, ciało na skrzydłach
jasnych demonów, wtedy przepłyniesz we mnie
jak listek opadły w ciepły tygrysi pomruk.
(„Kołysanka”)

Utalentowany poeta swą twórczość dedykował nie tylko ukochanej kobiecie, ale i, o czym pamięta niewielu, również… ukochanym psom, które tak jak matka, darzył wielką czułością. Ukochany foksterier Fred został uwieczniony na fotografii zamieszczonej w tomie wspomnień o poecie („Żołnierz poeta, czasu kurz…”, Kraków 1967), zaś złotobrązowy spaniel Dan został adresatem dedykacji w poświęconym mu popularnym wierszu „Z psem”.

Baczyński 1– … pochylony nad śmiercią… –

Baczyński w czasie wojny strzelał nie tylko poetyckimi strofami, ale i karabinowymi kulami. Między innymi uczestniczył 27 kwietnia 1944 roku w akcji wykolejenia pociągu niemieckiego na odcinku Tłuszcz-Urle, która spowodowała 26-godzinną przerwę w ruchu.
Baczyński-żołnierz przedstawiał jednak zdaniem słynnego dowódcy 2. kompanii baonu „Zośka” pchor. Andrzeja Romockiego „Morro” mniejszą wartość niż Baczyński-pisarz-intelektualista i dlatego otrzymał stanowisko nieoficjalnego szefa prasowego kompanii.

Kazimierz Wyka podczas swojej prelekcji pt. „Droga Do Baczyńskiego” wygłoszonej na uroczystym zebraniu Pen-Clubu w dniu 27 marca 1974 roku rzucił światło na sprawę przystąpienia Baczyńskiego do Powstania. Tekst został też ogłoszony w „Kulturze” 1979, nr 51/52 i 1980, nr 1.
„…Zacząłem mu tłumaczyć – mówił Wyka. – Czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!.”

Pod koniec życia śpieszył się z pisaniem, tworzył można by rzecz łapczywie chcąc przelać na papier jak najwięcej ze swoich uczuć, myśli i obaw. Przeczuwając, że koniec jest bliski, w ostatnim wierszu datowanym na 13 lipca 1944, napisał o kimś, kto „pochylony nad śmiercią zaciska palce na broni”…

1 sierpnia 1944 roku, gdy wybuchła godzina „W”, Baczyński znajdował się w rejonie placu Teatralnego, gdzie zresztą został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Odcięty, postanowił przyłączyć się do ochotników, którymi dowodził ppor. „Leszek”.
W czwartym dniu Powstania poeta przebywał w Pałacu Blanka i to właśnie tam, około godziny czwartej po południu, dosięgła go kula niemieckiego snajpera.
1 września 1944 zginęła także żona Baczyńskiego – Barbara Baczyńska z Drabczyńskich. Została tylko poezja…

Źródła:
– Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory zebrane, Kraków 1994, t. I-II.
– Józef Lewandowski, Wokół biografii K. K. Baczyńskiego, Szkło bolesne, obraz dni. Eseje nieprzedawnione, Ex Libris, Uppsala 1991
– Wiesław Budzyński: Śladami Baczyńskiego. Warszawa: Muzeum Historyczne m.st. Warszawy, 2009, s. 81,97. ISBN 978-83-88477-92-8
– baczynski.art.pl/kkb
– Czesław Mozil & Mela Koteluk: Utwór promujący film o K.K. Baczyńskim – „Pieśń o szczęściu”

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

TAJEMNICA BUNKRA POD SPAŁĄ

Nawet dla dzieciaka nie było tajemnicą, że Niemcy coś budują w Jeleniu i Konewce, a nieco później wiadomym było, że wznoszone są tam olbrzymie bunkry. Robotnicy opowiadali, że pracują przy budowie ogromnego podziemnego miasta. | Wspomnienia Teodora Wołczyka, który w czasie budowy bunkrów miał 14 lat; na podstawie Panoramy Robotniczej nr 16 z 1989 r.

W okresie dzieciństwa niemal każde wakacje spędzałem w Teofilowie – niewielkiej miejscowości letniskowej, która znajduje się niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego, pomiędzy Spałą, Konewką i Inowłodzem, nieco ponad godzinę drogi z Łodzi. Dziecko potykające się tutaj na każdej leśnej wyprawie o niemieckie bunkry i stanowiska obronne, zbierało w głowie bardzo fragmentaryczną, choć mającą w sobie nieodparty urok wiedzę na temat działań wojennych w tym rejonie – wiedzę pełną niesamowitych opowieści i niewiarygodnych tropów.

Opowieści te pochodziły zarówno od ludzi, jak i rzeczy; pochodziły od mieszkańców wsi, jak i napotykanych niegdyś co rusz bunkrów – cała ta otoczona ogromnymi lasami i rwącym nurtem rzeki Pilicy ziemia, poprzecinana była zrujnowanymi po latach, lecz wciąż działającymi na wyobraźnię małego dziecka umocnieniami z okresu hitlerowskiej okupacji. A one skrywały w sobie tajemnicę…

– Polował tu Göring… –

Niemcy po zagarnięciu części terenów II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 roku zauroczyli się w Spale z miejsca, a do gustu, ze względów logistyczno-wojskowych, przypadły im również tereny wokół tej niewielkiej wsi wczasowej, której dzieje sięgały początków XVII wieku. Spała nie była bowiem zwykłym letniskiem, jakich w Polsce przed ’39 rokiem było wiele.

To tutaj zdecydowano się wybudować w 1922 roku letnią rezydencję prezydentów Rzeczypospolitej, w czym ogromna zasługa Stanisława Wojciechowskiego – drugiego prezydenta II RP. Na jego polecenie inżynier Kazimierz Skórewicz zbudował w 1923 roku na miejscu dawnych koszar kozackich przepiękną kaplicę drewnianą w stylu zakopiańskim nazywaną przez długi czas Kaplicą Prezydentów RP pw. Królowej Korony Polskiej, którą zresztą można oglądać do dziś.

W Spale zakochał się również kolejny prezydent Ignacy Mościcki – wielki amator polowań, który wprowadził zwyczaj obchodzenia w Spale dorocznych ogólnopolskich dożynek (na pierwsze polskie święto plonów przybyło 10 tysięcy gości. W zeszłym roku podobną imprezę zorganizował tutaj Bronisław Komorowski). Niemieckie elity poznały Spałę i jej bogactwa jeszcze przed wojną – polował tu na zwierzynę przyszły marszałek III Rzeszy Hermann Göring, a gościem rezydencji Prezydenta RP był minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop.

Nic więc dziwnego, że zaraz po kampanii wrześniowej generał von Manstein zaproponował przeniesienie z Łodzi do Spały sztabu niemieckich wojsk okupacyjnych. Po zajęciu tych ziem hitlerowcy zaadaptowali Spałę pod miejsce kwaterunku sztabu i ważnych oficerów – 20 października jeden z głównych autorów niemieckiego zwycięstwa nad Polską – generał Johannes von Blaskovitz przeniósł tu sztab Wehrmachtu Wschód (Oberost). Słynny dowódca zamieszkał w prezydenckiej rezydencji, domku myśliwskim wybudowanym w 1886 roku tuż nad samą Pilicą, z którego przed prezydentami Rzeczpospolitej korzystał Car Rosji Aleksander III.
.
Spałę w tym czasie poznał również przyszły kat Polaków – Hans Frank, który otrzymał od Hitlera zadanie zarządzenia Generalną Gubernią (część terenów okupowanych nie wcielonych do Rzeszy), a w grudniu 1939 roku dwukrotnie odwiedził miejscowości i spotkał się w niej z generałem von Blaskovitzem celem przejęcia od wojska administracji na terenami okupacyjnymi. Rozpoczęła się trwająca kilka tygodni walka honorowego żołnierza z bezlitosnym prawnikiem. Niemiecki generał sprzeciwiał się terrorowi i sposobowi traktowania cywili, które narzucała polityka Hansa Franka. 6 lutego doszło w Spale do spotkania w tej sprawie – Hitler (nie brał w nim udziału) poparł Franka, rozwiązał Oberost i odwołał ze stanowiska von Blaskovitza. W okolicach Spały zaczął więc rządzić brunatny terror, któremu swoją drogą aktywnie sprzeciwiały się miejscowe oddziały partyzanckie. Wkrótce Berlin powołał Militärbefehlhaber im Generalgouvernement, czyli dowództwo wojskowe w Generalnej Guberni, którego sztab mieścił się w Spale.

– Tajemnicze bunkry i schrony –

W rejonie przybywa wojska i żandarmerii ochraniającej pracę sztabu, wkrótce zapada również decyzja, że musi tu powstać umocnione stanowisko dowodzenia dla sztabu Grupy Armii „Środek” (Mitel), który ma odegrać dużą rolę w planie inwazji na Rosję sowiecką.
Jak piszą w swojej książce Małgorzata i Juliusz Szymańscy – prace projektowe rozpoczęto tu już we wrześniu 1939 roku, ale miały one z początku za zadanie stworzenia wyłącznie odpowiedniego zaplecza dla dowództwa sztabu – rozbudowywano więc sieci dróg, mostów i łącz telefonicznych.

Najpóźniej jesienią 1940 roku, gdy przygotowania do wojny z ZSRR znajdowały się w zaawansowanej fazie planowania postanowiono, że w okolicy Spały powstaną specjalne schrony, którym nadano kryptonim Gefechtsstand „Anlage Mitte” (stanowiska dowodzenia „Obszar Środek”). Zdecydowano się na budowę dwóch wielkich kompleksów – jeden zlokalizowano w Jeleniu (około pięciu kilometrów na południowy-wschód od Tomaszowa Mazowieckiego), drugi – ten często odwiedzany w okresie dzieciństwa przez autora niniejszego artykułu – umiejscowiono we wsi Konewka – miejscu położonym w lesie, przy bocznicy łączącej tartak z linią kolejową Spała-Tomaszów.

Za budowę kolosów odpowiedzialna była firma Askania, funkcjonująca w ramach utworzonej w 1938 roku w nazistowskich Niemczech Organizacji Todt mającej za zadanie budowę obiektów wojskowych. Z początku korzystała ona w Jeleniu i Konewce z pracy 1200 robotników – głównie Niemców, choć odnotowano również grupę Polaków – przymusowych robotników z Pomorza, zakwaterowanych w szkole we wsi Białobrzegi oraz w Tomaszowie i dowożonych autobusami i ciężarówkami. Wkrótce, ze względu na skalę przedsięwzięcia, do pracy zaprzęgnięto 3 tysiące osób, a jeden ze świadków wspominał o 2 tysiącach Włochów.

Żelbetonowe schrony-tunele o przekroju ostrołuku, składające się z kilkunastu segmentów, miały około 350 metrów długości, mierzyły przy podstawie szerokość 15 metrów oraz wysokość 9 metrów. Wzdłuż ich korytarzy biegły tory kolejowe umożliwiające wjazd całego składu pociągu. Oczywiście wokół całości wybudowano inne ośrodki – m.in. kotłownie i siłownie (korzystające z silników Diesla) łączące się ze schronami podziemnymi kanałami. Teren zamaskowano, ogrodzono drutem kolczastym, zabezpieczono polem minowym, wieżami strażniczymi i stanowiskami artylerii przeciwlotniczej, dodatkowo obiekt w Konewce dysponował własnymi bunkrami obronnymi i własnym ujęciem wody.

– Tajemniczy transport –

Imponujących rozmiarów obiekty, schowane w gąszczu spalskich lasów, zostały ukończone latem 1941 roku, ale nie odegrały żadnej roli w Operacji Barbarossa (kryptonim inwazji Niemiec na ZSRR), pełniąc jedynie rolę zapasową.
Polski kolejarz wspomniał jednak po latach o jednym niezwykle tajemniczym wjeździe specjalnego pociągu z Tomasza Mazowieckiego do Konewki. Stało się to pod osłoną nocy, a wzdłuż torów co kilkadziesiąt metrów ustawieni byli niemieccy żołnierze, którzy nikomu nie pozwolili zbliżyć się do składu. Co znajdowało się w wagonach – nie wiadomo do dziś, choć ludzka wyobraźnia stworzyła wiele, czasami niesłychanych i mało prawdopodobnych wersji.

– Zagadki bunkrów –

Po klęskach Wehrmachtu pod Stalingradem i na Kaukazie losy wojny zostały odwrócone. Sowieci z wolna poczęli przeć ze wschodu za zachód, a alianckie bombardowania obracały w pierzynę niemieckie miasta. Minister przemysłu III Rzeszy i jeden z ulubieńców Hitlera – Albert Speer postanowił przenieść ważne gospodarcze obiekty, przede wszystkim fabryki poza zasięg amerykańskich i brytyjskich bombowców. Schrony-tunele w Konewce, o których dokładnej funkcji na przestrzeni lat 1941-1943 ciężko powiedzieć coś z całkowitą pewnością, idealnie nadawały się do realizacji zamierzeń hitlerowskich władz.

Niemiecki katalog dyslokacji obiektów gospodarczych z 1944 roku notuje obiekty w Jeleniu i Konewce. Jak się okazuje należały one w tamtym czasie do firmy Bruim Gmbh, która produkowała tam urządzenia przeładunkowe. Spory ruch w schronach rozpoczyna się już od 1943 roku, gdy do tuneli coraz częściej przybywają składy pociągów liczące (podaje dane za Małgorzatą i Juliuszem Szymańskimi) 35-38 wagonów (w tym cysterny).

To właśnie wówczas wśród miejscowej ludności zyskują na popularności fantastyczne i do dziś niesprawdzone informacje, które mówiły o budowie schronach słynnych rakiet V1 i V2, pracach nad benzyną syntetyczną, czy bronią chemiczną. Nie wykluczone, że i z tego okresu pochodzą pogłoski o umiejscowieniu w Konewce legendarnej bursztynowej komnaty, które usłyszałem osobiście od mieszkańców spalskiego rejonu. Faktem jest, że przez cały okres wojny Niemcy strzegli obu obiektów z dużą starannością, co daje do myślenia, choć nie musi przekonywać do istnienia niesamowitych teorii.

W 1944 roku (zdaniem autorów książki „Kwatery Hitlera…”) w obiektach działała tomaszowska filia zakładów Daimler-Benz, która zajmowała się tam demontażem uszkodzonych silników lotniczych. Być może zajmowano się również montażem silników marki BMW. Pracowali tutaj jeńcy rosyjscy, Polacy, a obiekt był bardzo dobrze strzeżony przez żołnierzy niemieckich. W październiku ’44 roku zaprzestano produkcji, wywieziono cały sprzęt, w nieznanym kierunku wywieziono również wszystkich przymusowych robotników.

mapkakonewka

Legenda (źr.bunkierkonewka.eu)
1. bunkier dla pociągu sztabowego (kolejowy)
2. bunkier kompleksu energetycznego (maszynownia)
3. bunkier stacji uzdatniania wody
4. zbiornik wody technologicznej, hydrofornia
5. ujęcie wody
6. zbiornik paliwa (ok. 50. 000l)
7. kanały techniczne
9. bocznica kolejowa

– Zalani przez Sowietów i… wodę –

Wobec postępów Armii Czerwonej niemieckie władze wojskowe postanowiły na przełomie pod koniec 1944 roku zorganizować na okupowanych ziemiach polskich wielokilometrowe odcinki umocnień. W rejonie Spały znalazły się trzy grupy schronów, rozlokowano tu również wiele mniejszych pozycji obronnych, które wiele lat później znajdowałem na swojej drodze podczas pieszych wypraw w kierunku Spały i Inowłodzu (wpadałem na nie zarówno przy drodze, jak i w lesie). Rosjanie uderzyli jednak w 1945 roku z taką siłą, że hitlerowskie pozycje obronne w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego nie odegrały większego znaczenia, a uciekające w popłochu przez zamarzniętą Pilicę niemieckie oddziały zostawiły na dnie rzeki dziesiątki wozów bojowych, które są odkrywane pośród mułów dnia po dziś dzień.

Po wojnie gigantyczne schrony w Konewce i Jeleniu wzbudzały wiele kontrowersji. Niestworzone legendy przekazywane z ust do ust oraz fakt zatopienia schronów przez wycofujące się oddziały niemieckie zrodziły wiele mitów i podsycały wcześniejsze legendy– m.in. na temat istnienia tajnych, podziemnych kondygnacji, do których dotarcie ze względu na stan wody i jej zamulenie okazało się niemożliwe i to pomimo prób poczynionych przez profesjonalnych nurków i kluby odkrywców (ciekawostką jest również to, że tereny odwiedził Bogusław Wołoszański autor popularnego w latach ‘90 cyklu „Sensacje XX wieku”). Wody nie sposób było wypompować z kanałów nawet za pomocą profesjonalnych urządzeń (gdy się za to zabrano, po kilku godzinach prac stan wody powrócił do pierwotnego).

Wiele lat temu, gdy jako dziecko odwiedzałem schron-tunel w Konewce (całość nie stanowiła wówczas jeszcze trasy turystycznej i Muzeum, który można dziś odwiedzać, do czego gorąco zachęcam) obiekt znajdował się na terenie poligonu wojskowego. Należało się przekraść przez siatkę ogrodzenia i idąc kilka minut dochodziło się do gigantycznej budowli schowanej głęboko w leśnej gęstwinie. Wyraźne ślady po szynach kolejowych, porośnięte mchem betonowe mury, zalane wejście do tajemniczych kanałów, które wzbudzało strach i zaciekawienie zarazem, budziły w wyobraźni mało być może naukowe, ale niesłychanie silną potrzebę zanurzenia się w czarze historii. Występowanie z wyjątkową intensywnością tego typu miejsc w rejonie Spały, Inowłodza, Konewki z pewnością ukształtowało chęć zbadania tajemnicy. Dlatego polecam odwiedzić więc Spałę i Bunkier w Konewce, zachęcam do odwiedzenia kilku pozostałości po innych śladach niemieckich umocnień w tym rejonie, odwiedzenia również Domu Pamięci w Spale i Szańca Hubala, miejsc przypominających o silnym ramieniu polskiego podziemia na tych terenach (o czym opowiemy kiedy indziej). Magia tajemniczej historii wciąż unosi się z nad tym miejscem, choć nie tak silna, jak jeszcze kilkanaście lat temu, wciąż może urzec. Dla mnie w Konewka zawsze będzie skrywać wielką nieodgadnioną tajemnicę.

Źródła:
– Małgorzata i Juliusz Szymańscy, Kwatery główne Hitlera oraz niemieckie stanowiska dowodzenia w Polsce, ŁKE „Labirynt”96”, Łódź, 2002. ISBN 83-906436-9-3 (str. 118-140)
– artykuł oparłem na wspomnieniach, własnych materiałach i przede wszystkim na wskazanym rozdziale książki państwa Szymańskich.
– Oficjalna strona: bunkierkonewka.eu (FOTO i informacje)

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KÓŁKO ZAMIAST OBRĄCZKI

800px-Lokajski_-_Ślub_powstańczej_pary_(1944)Trudno powiedzieć, czy to była dobra decyzja. To był po prostu moment taki, że właściwie nie wiedzieliśmy, co się z nami dalej stanie. Chcieliśmy mieć bliski związek ze sobą. Nie wiadomo było, czy jedno zginie, czy przeżyjemy. Przecież to były straszne chwile. (…) Byliśmy zamknięci, byliśmy skazani właściwie na zagładę. Jeżeli uczucie zakwitło przedtem, to chcieliśmy jakoś to sfinalizować, przecież byliśmy młodzi. Ile miałam lat? Nie miałam dwudziestu lat, a Maciej miał dwadzieścia cztery, dzieciaki. | Opowiada Grażyna Pilszak w wywiadzie udzielonym „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego (2007).

Powstanie Warszawskie, wydarzenie nie mające sobie równych w nowożytnej historii, kojarzy się na ogół z cierpieniem obrońców stolicy, kojarzy się z sześćdziesięcioma trzema dniami niepojętej walki o każdą ulicę, każdy skwer, dom i bramę, kojarzy się ze zbrodniami katów spod znaku swastyki, zdradą Sowietów i Anglosasów, zniszczonym do cna miasta, które po zakończeniu walk przypominało nie metropolie, a księżycowy krajobraz. Ów czarny od popiołu księżyc pochował w swych zgliszczach prawie 250 tysięcy ludzi.

Historycy, trudno ich za to winić, zajmują nas tym, co z kronikarskiego punktu widzenia wydaje się najważniejsze. Powstanie Warszawskie to jednak nie tylko (choć przede wszystkim) śmierć i walka. To również setki drobnych epizodów. To epopeja życia codziennego z jej wszystkimi urokami, bolączkami, problemami i radościami. To ludzkie losy, nie zawsze wielkie i pamiętliwe, a równie często zwykłe, śmieszne, skomplikowane, choć bez wyjątku zawsze bardzo trudne. To w końcu miłość, bo kto powiedział, że w czasie „spełnionej apokalipsy” nie można kochać? Dziś właśnie o tym ostatnim temacie spróbujmy opowiedzieć w kilku zdaniach.

Wyliczono, że w czasie Powstania Warszawskiego doszło do 256 ślubów, co daje cztery tego typu uroczystości dziennie. Jeśli podana liczba nie robi na Was wrażenia pomyślcie o mieście, które przez 63 dni było masakrowane z ziemi i powietrza, na które każdej doby spadały tony pocisków, a łuny pożarów wzbijały się na setki metrów ponad ziemię. Wyobraźcie sobie miasto równane z ziemią, w którym brakowało lub nie było w ogóle: wody, prądu, ścian, dachów, jedzenia i lekarstw.
Niesłychaną doprawdy istotną jest człowiek, skoro nawet w takich okolicznościach nie myśli wyłącznie o prozaicznych potrzebach zapewniających byt, ale łaknie ciepła drugiego człowieka. A ludzie nie tylko się kochali i nie tylko potrzebowali fizycznej bliskości, chcieli również swój związek finalizować.

Zdecydowaną większość przysiąg małżeńskich zawarto pomiędzy Powstańcami, biorącymi czynny udział w walkach żołnierzami Armii Krajowej, których liczbę na początku sierpnia ’44 szacuje się wedle różnych źródeł na 40-50 tysięcy. Przeważająca w stolicy ludność cywilna skupiała się na przeżyciu jeszcze jednego dnia w warszawskim piekle. Żenili się głównie Powstańcy.

Spośród 256 ślubów, które zawarto w tak niezwykłych okolicznościach, nie sposób dokonać wyboru tego największego, najbardziej niezwykłego i najbardziej znaczącego – każdy z natury swej rzeczy (i natury niezwykłego czasu) musiał być siłą rzeczy wyjątkowy. Powstańcy zaś decydowali się na oficjalny związek z kilku powodów.

Jak pisze Anna Swatowska: „Ślub dawał nadzieję. Zawarty w kościele katolickim stawał się, dla ówczesnej młodzieży, wartością, której podtrzymanie wydawało się niemożliwe w rzeczywistości powstańczej. Był próbą powrotu do normalnego życia, stawał się namiastką dawnej przedwojennej rzeczywistości”.

Pokolenie urodzone około 1920 roku, na potrzeby szkolnej edukacji zwane „Pokoleniem Kolumbów”, miało wpojone nie tylko bardzo silne przywiązanie do własnej suwerenności, własnego języka, myśli, religii, wolności i kultury – wartości, cenę których dziś nie sposób nam sobie wyobrazić i w pełni pojąć. Pamiętajmy również, że byli to przede wszystkim młodzi ludzie – skorzy do miłostek, łatwych wzruszeń, zrywów serca i emocji, które pod wpływem „powstańczej apokalipsy” dojrzewały, a w obliczu czyhającej zewsząd śmierci prowokowały do podjęcia poważnych decyzji, które miał „coś” znaczyć.

Taką, dla wielu wydawałoby się dziś pochopną, decyzję podjęła siedemnastoletnia wówczas Beata Rybińska, która wyszła za mąż za ciężko rannego żołnierza AK.
– W gabinecie ojca z pomocą ciotki Zosi zrobiono bardzo piękny ołtarzyk. Powieszono prześliczną ikonę Matki Boskiej. Przyniesiono świece i kwiatki pozrywane z okolicznych balkonów i podwórek. Potem ustawiono klęcznik mojej babki dla mnie, a dla Leszka leżankę. Dostałam również ze szpitala biały fartuch chirurgiczny, wiązany na tasiemki, z kieszonką – to była moja suknia. Na głowę zrobili mi wianek z biało-czerwonych pelargonii. Na rękawie miałam opaskę powstańczą.

Fryzjer, którego zakład spalił się naprzeciwko, i ojciec go przygarnął, był szczęśliwy, że będzie mógł mnie uczesać do ślubu, bo uratował wszystkie swoje przyrządy. Leszkowi ogolili brodę, podcięli włosy i był w swojej panterce, którą wypraliśmy i suszyliśmy w nocy żelazkiem. Spodnie miał frakowe. Szedł, opierając się na moich ramionach. Osób było ponad 100. Cały nasz oddział doszedł w chwili naszej przysięgi małżeńskiej. Był 3 września 1944 r. godzina 12.00. Stanęli za nami. Patrzyłam na nich, wielu miało pozawijane głowy, ręce na temblakach, opierali się na kulach. Nie było prawie zdrowego człowieka. (Oddział liczył 94 osoby, a po powstaniu zostało 16). W tym czasie miał miejsce silny nalot na naszą dzielnicę i słychać było wybuchy bomb.

Ksiądz wygłosił piękną mowę, nawiązując do rodziny polskiej, której w tym dniu było akurat święto. Potem nastąpiły wzruszające życzenia. Najpierw ojca, który był jedyny z rodziny, a później życzenia w imieniu nieobecnej mamy, sióstr i rodziców Leszka. Potem przeszliśmy do stołowego pokoju, gdzie zgromadzono wszystkie sprzęty nadające się do siedzenia.

Józef Siudakowski, stary służący dziadków, przyniósł śliwowicę. Chłopcy suchą kiełbasę, suchary, kompot z truskawek. Dostałam też butelkę perfum od kogoś, kto szedł na nasz ślub, kiedy akurat zbombardowali perfumerię. Były też kanapki z ostatnich dwóch pomidorów, resztki chleba i pudełko sardynek. To było całe przyjęcie. Potem nastąpiły toasty: niech żyje Polska!, niech żyje gen. Bór!, niech żyją „Patowie” (to był pseudonim mego męża).

Potem prof. Stebelski powiedział wstrząsającą, optymistyczną mowę, mimo że właśnie stracił jedynego syna, a przedtem umarła mu żona. Patrzył czule na chłopców słabych od niewyspania, rannych, a do mnie powiedział, że to jest najszczęśliwszy dzień jego życia. Zastanawiałam się, dlaczego tak powiedział. Może dlatego, że udało mu się podnieść na duchu po tym, co przeżył, i dać innym radość? Ja się pobeczałam. Potem Józef Siudakowski przyniósł szrapnel – jeszcze gorący, który spadł na nasz dach – jako prezent dla nas.

Do najsłynniejszego powstańczego ślubu (najsłynniejszego, bo uwiecznionego na filmie i mojej ulubionej fotografii autorstwa Eugeniusza Lokajskiego) doszło 13 sierpnia.
Ona – Lilka Treutler – była sanitariuszką w batalionie „Kiliński“. On – Bolesław Biega „Pająk” służył w podziemnej podchorążówce, szkolił młodzież w obsłudze broni, a w pierwszych dniach sierpnia został ranny w rękę, której zresztą omal mu nie amputowano.

Na słynnej fotografii (na początku artykułu) – ona w jasnej sukience i ciemnej spódnicy z zawieszonym w Stule wzrokiem, on z ręką na temblaku, w pożyczonym mundurze spogląda w oczy kapelana. Oboje młodzi i piękni, z biało-czerwonymi, akowskimi opaskami na ramionach i widoczną na zamyślonych twarzach okupacyjną blizną.

O ślubie decydowała chwila. Jedna myśl podjęta w obliczu piekła żarzącego się miasta. Wspomina Bolesław Biega:
– „Frasza” (Franciszek Szafranek), dowódca kompanii też został ranny następnego dnia przy zdobywaniu poczty. Tak, że dowództwo nad kompanią objął mój przyjaciel Staszek Brzosko, dlatego ciągle wspominam Brzosko, który objął dowództwo nad 2. kompanią. Ja byłem dowódcą jednego plutonu, on był dowódca drugiego plutonu, ja byłem ranny, a on objął dowództwo nad kompanią.

„Frasza” mówi: „No, dlaczego wy się nie pobierzecie?”. Mówię: „No jak w takiej sytuacji możemy się pobrać?”. – „Ja to załatwię”. Przez gońca posłał notatkę do dowództwa batalionu i wieczorem goniec wrócił, że kapelan batalionowy „Corda” przyszedł dać nam ślub. Zaraz „Frasza” posłał gońca na pocztę powiedzieć Lili, że jutro ma być jej ślub o godzinie jedenastej i niech się stawi. I przyszła.

Jak widać na fotografii, miałem całą rękę w gipsie. Nienajgorzej się czułem, [ale] bolało, oczywiście, że bolało. Miałem ranę na nodze, ale jakoś nienajgorzej się czułem. Żona Vitali, Rysia Vitali chciała nam dać ich obrączki, ale ja odmówiłem. Myśmy używali tych kółek od firanek jako obrączki. Gdzieś od kogoś dostali mundur, bo ja byłem po cywilnemu, tylko z… opaską. Jakoś mnie na ślub w ten mundur ubrali, dlatego na zdjęciach jestem w mundurze, a to nie był mój mundur.

W „Adrii” po drugiej stronie ulicy była jednostka propagandowa Armii Krajowej. Jak usłyszeli, że po drugiej stronie ulicy odbywa się ślub, to przybiegli z aparatami i [kamerami] filmowymi, i Lokajski ze swoim aparatem. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Powstańcze uczucie Bolesława i Lilky, którzy mieszkają na stałe w Nowym Jorku, przetrwało do dziś.

Dowódca Powstania Antoni Chruściel „Monter” widząc silną potrzebę wiązania się młodych ludzi w tych ciężkich dniach wydał 18 sierpnia rozkaz, który regulował, w świetle prawa, sposób zawierania małżeństw w trakcie trwania Powstania Warszawskiego.

Ułatwiali przyjęcie sakramentu małżeństwa również kapelani i księża. Jak czytamy w artykule Anny Swatowskiej: – Zapowiedzi wygłaszano tylko raz, a sama ceremonia zaślubin była bardzo krótka. W przypadku ślubu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Jadwigi Wolskiej nie trwała ona dłużej niż siedem minut („Kurier z Warszawy”).

Dla zakochanych nie liczył się strój i kolacja weselna, która w tych okolicznościach ograniczała się zazwyczaj do symbolicznego poczęstunku.
W miarę możliwości starano się jednak, aby ten wyjątkowy dzień w życiu nowo poślubionych, choć w pewnym stopniu kojarzył się uroczyście.
Pan młody zakładał więc mundur, a niekiedy i zdobyczną, słynną „panterkę” (czyli niemiecką kurtkę maskującą, które Powstańcy zdobyli w magazynach na Stawkach).

Podczas „wesela” goście częstowani byli z reguły małą kromką chleba posmarowaną marmoladą, kawałkiem naprędce upieczonego placka z mąki, kieliszkiem czystego spirytusu i papierosem. Byli i tacy, którym się poszczęściło i mieli wesele, o którym inni mogli zaledwie pomarzyć, choć rzecz jasna to nie ono było w tych dniach najważniejsze.
– Dopiero później skończył się atak i urządzili ucztę weselną na poczcie, bo myśmy (zdobyli) wielkie magazyny. Były sardynki francuskie, angielskie papierosy, były francuskie wina zdobyte od Niemców” – wspomina Bolesław Biega. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Jak policzyli historycy w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego związek małżeński zawarło 256 par. Wiele spośród nich cieszyło się sobą zaledwie kilka dni, a czasami i godzin. W 2008 roku powstał film „Epidemia miłości” w reżyserii Macieja Piwowarczuka (dostępny w polskiej oraz angielskiej wersji językowej) opowiadający o związkach małżeńskich w Powstaniu Warszawskim.

Artykuł dedykuję:
Damianowi i Natalii Kacprzak
oraz
Piotrowi i Marcie Zawadowskim,
którzy ostatnio związali się przysięgą małżeńską

Źródła
– „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).
– „Powstańczy Ślub” – dodatek specjalny „Rzeczpospolita” z 4.IX 2004 r.
– „Miłość i małżeństwa w Powstaniu Warszawskim” – Anna Swatowska

* * *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

ZAPOMNIANY DZIENNIK ZAPOMNIANEGO PISARZA

Pisane przez Leopolda Buczkowskiego wspomnienia z Powstania w Warszawie („Dziennik z Żoliborza”) należą do większej części zatytułowanej „Dziennik wojenny”. Jest to tekst zapomniany, marginalnie przypominany zarówno przez historyków, jak i pasjonatów dziejów Powstania.

Losy Leopolda Buczkowskiego, malarza, grafika i przede wszystkim prozaika, który pojawił się w szerszej świadomości czytelników w 1954 roku dzięki powieści „Czarny potok”, są typowe dla obywateli polskich mieszkających przed ’39 rokiem na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. Podczas kampanii wrześniowej Buczkowski został wzięty do niewoli, z której następnie zbiegł do Podkamienia (tam też mieszkał przed wojną).

Aktywna działalność ukraińskich nacjonalistów, tolerowanych przez władze Rzeszy, nabrała na sile tuż po ataku Niemiec na Związek Radziecki w 1941 roku. W marcu ’44 roku amordowano dwóch braci pisarza – Tadeusza i Zygmunta, co skłoniło Buczkowskich do przeprowadzki na zachód. Razem z matką, żoną Marią i bratem Marianem zamieszkał Leopold w Warszawie, przy ulicy Mysłowickiej 13. Właśnie tam, na Dolnym Żoliborzu, zaskoczyło go Powstanie.

Zapis obserwacji poczynionych przez Buczkowskiego z Powstania robi wrażenie i uderza czytelnika przejmującym autentyzmem. Literaturze, o której tutaj mówimy, bliżej z pewnością do reportażu, bo i zapisywana jest natychmiast, na gorąco, wśród gruzów i barykad.
Oto zapis z 1 sierpnia:

„Przez działki, równolegle do szosy, ale w kierunku Potockiej, pod ciągłym ostrzałem gnają znowu dwa plutony, wśród ludzi jeden rozpylacz, kilka karabinków, reszta to rewolwery, biegną chłopaki skuleni. Każdy jednak z granatem w garści; biegną też i ranni, jeden, ten w kaszkiecie, paskudnie ranny w nogę, ale trzyma się; lewą ręką przyciska chlebak wyładowany granatami. […] Upadki, nie mam czasu, nie patrzę, czy się podniosą.”

Jest to opis wzięty wprost z pola walki, którym nawiasem mówiąc, stało się w tamtym czasie całe miasto, dlatego z pozoru nie ma się, co dziwić wspominanej przeze mnie dynamiczności opisu. Tekst ukazuje swą oryginalność na tle powstaniowej publicystyki i pisarstwa wspomnieniowego.
Kolejny krótki fragment pochodzi z 7 września:

„Szklany dom tandetnie zbudowany, bomba rozpruła go do spodu. Walka trwa. Rola AL. Poszli do lasu, do Kampinosu? Kto w nocy rabunki uprawia? Dlaczego bandytów nie strzelają? Durna ta Francja. Naród uparty, naród dziki, jak powiada Stefan. Kto jeszcze żyje? Chwile zwątpienia w ludzi, rozpacz. Czy będą wieszać szwabów? Prawo azylu. Przychodzą bandyci za krowami do nas, przy okazji penetrują sad. Z „wału” strzela nieustannie sukinsyn, strzela z działka samopowtarzalnego po ludziach zbierających zieleniznę na barszcz. Biedni chłopcy z AK, obdarci, niedożywieni.”

Buczkowski jest w swoich zapiskach niezwykle dosadny. Dosadność ta niejednokrotnie ociera się o cynizm, o brutalność, niekiedy bywa wulgarna i kpi z narodowo-politycznego sacrum.
Pisarz jest jednym z tłumu, pogrążonym w piekle powstańczego, palącego się dzień i noc miasta. Twórca „Dziennika z Żoliborza”, pisarz, ale także zwykły, szary człowiek, przerażony jest strachem, śmiercią zbierającym wielkie żniwo, ciągłym zamętem i chaosem. To we wspomnieniach Buczkowskiego silniej niż gdziekolwiek indziej słychać szum spadających bomb z nurkującego sztukasa, czuć słodkawy, mdlący zapach palonych murów, czuć krew i całe to niezapomniane szaleństwo, kompletnie niedające się zmieścić w tradycyjne ramy postrzegania zjawisk rozgrywających się wokół nas. Autor często razi językową dosadnością.

„Mogę to obejrzeć, proszę Pana? – pytam tego chuja łysego”

Dziś powszechny dystans do polskich mitów romantycznych, w tamtym czasie nie był popularny. Sytuacja polityczno-historyczna determinowała posługiwanie się sacrum narodowym, a drwiąca retoryka z „bohaterszczyzny” rodem z Gombrowiczowskiego „Transatlantyku” nie należała do powszechnych. W sytuacji ekstremalnej, w momencie Powstania (choć całą okupację niemiecko–sowiecką należałoby uznać za ekstremalną sytuację), kiedy przyszło egzystować w zupełnie nowej rzeczywistości, dochodziły do głosu coraz bardziej racjonalistyczne opinie. Racjonalizm mógł być powodowany hekatombą zniszczeń, jakich doświadczano każdego dnia. Wzmagało to poczucie bezsilności i rozczarowania.
Buczkowski buntuje się wobec mitologizacji Powstania, wobec dziedzictwa kultury zachodnioeuropejskiej, wobec mitów narodowych.
W zapisie z 20 sierpnia mówi o bombardowanej Warszawie:

„Monte Cassino – to gówno […] Redaktor PPS porównuje Warszawę z Leningradem i Madrytem! Ale się wymądrzył.”

Nie bez powodu sami Niemcy porównywali Powstanie w Warszawie z bitwą o Stalingrad.

„Sława śmierci stunogiej. Brawo narodzie europejski! Wraz z papieżem, chrystianizmem, gonokokami, burdelem, Pen Clubem i inną zajebaninką. […] Zniszczenia w Warszawie – w budynkach 48% – w ludziach 22% – to już wystarczy. Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują wszystkich Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? […] Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? Ha? Kurwy jakieś gmatwają naszymi szlachetnymi sercami? Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat […] Nie bądźcie świniami, moi szanowni Panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

W tych słowach kryje się bezsilność, poczucie niesprawiedliwości, wściekłość, zwątpienie, pretensja do nieuczciwych przyjaciół z zachodu i drwina z mitów narodowych, bo nie przyniosły żadnych korzyści.

„Wśród żołnierzy AK czerwonka i grypa. Czym leczyć? Błogosławieństwem papieskim? […] Świetni wszyscy jesteście. Ja was znam, bo i w sobie mam coś z was.”

Mamy tu do czynienia ze szczerością z samym sobą, brakiem hipokryzji, a co za tym idzie, jeszcze większą dozą autentyzmu. To nie suchy cynizm zaprzeczający wszystkiemu i wszystkim. Autor potrafi zdobyć się na słowa podziwu względem walczących akowców, kobiet, cierpiących dzieci.

„W podziemiach czarna noc, charczą ciężko ranni. Pomścimy Pawiak! Podnoszę ręce! Hande hoch i łzy ukradkiem ocieram.”

Co ciekawego w tym brutalnym świecie odnajduje Buczkowski również formy przypominające poezję. Zapiski fragmentami stają się liryczne, mniej dosadne i znacznie bardziej subtelne.

„Noc zrzutów – gwiazdy, w gwiazdach konanie rwących się, różnokolorowych pocisków – samoloty nisko, grają cicho. Rozrywy granatów nad dachami – w świetle reflektorów widzę sześć spadochronów, jeden trafiony!”

Wspomnienia Leopolda Buczkowskiego z Powstania są tekstem zapomnianym, podobnie zresztą, jak większość tego typu zapisek stworzonych przez znanych ludzi pióra (wspomnę o nich w przyszłości). Tekst autora „Czarnego Potoku” jest sporym wyzwaniem dla czytelnika, bo zmusza do godzenia się na ciągłe kontrasty i „zderzenia”: romantyzm – nie romantyzm; poezja – nie poezja, literatura – potoczna wulgarna gadanina. Wszystko jawi się to nam w „Dziennikach z Powstania” w sposób szalenie zdynamizowany, co rusz przyśpieszający, nie wolny od banałów, ale co najważniejsze – niezwykle autentyczny.

Źródła:
Dzienniki z Powstania Warszawskiego, oprac. Zuzanna Pasiewicz, LTW.
Bartoszewski W., Dni walczącej Stolicy, Świat książki, Warszawa 2004.

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA