Tag Archives: ak

Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiadu gen. Reinharda Gehlena [opis książki]

polskie-podziemie-w-oczach-wroga„W tej woli oporu i zwycięstwa niektóre czynniki uwidaczniają się szczególnie mocno. Jest to przede wszystkim tęsknota za pełnią życia oraz różnorodnymi możliwościami jej doznania. Tam gdzie Polakom ogranicza się te możliwości, tam gwałtownie wybucha jego sprzeciw.” | Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiady gen. Reinharda Gehlena, Wydawnictwo M, Kraków 2016, s. 165.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

ROTMISTRZ PILECKI I JEGO OPRAWCY – Tadeusz M. Płużański (quasi-recenzja)

Pilecki-i-jego-oprawcy-okladka-360x509„Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje. Tak bohater dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej – rotmistrz Witold Pilecki odpowiedział na rozkaz generała Andersa, aby ewakuował się z Polski do Włoch. Te słowa powinny być dla nas drogowskazem. Bez względu na konsekwencje…”
[Tadeusz M. Płużański, Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy, Fronda, Warszawa 2015, s. 262.]

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

POPEŁNIŁEM: Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia

Rozkaz Trzaskać PiotrowskiKilka tygodni temu miała miejsce premiera mojej trzeciej książki pod tytułem Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia. Dołożyłem wszelkich starań, aby rzecz była zajmująca i możliwie najwierniej oddała przebieg wybranych akcji. Na ile to się udało, ocenicie sami. Zachęcam do lektury.

Poniżej krótka informacja od mojego wydawcy (DW PWN) oraz linki do umieszczonych w sieci recenzji. Na końcu kilka słów o tym, co znajdziecie w poszczególnych rozdziałach książki.

Informacja od wydawcy:
Książka przedstawia wybrane akcje polskiego podziemia w okupowanej przez Niemców Warszawie i Krakowie, a także na ziemiach zagarniętych po 1939 roku przez ZSRR. Zostały w niej opisane zamachy, akcje likwidacyjne, akcje odbicia więźniów – niektóre nieznane lub wręcz zapomniane. Każda z tych historii nadaje się na scenariusz dobrego kina sensacyjnego…
Autor opisuje przygotowania to wybranych akcji i ich przebieg, ale zwraca także uwagę na motywację i pomysłowość uczestników, a także podłoże emocjonalne i konsekwencje (źr. http://www.dwpwn.pl)

Opublikowane do tej pory recenzje książki (linki). Zachęcam do lektury przed ewentualnym kupnem książki:
zielonowglowie.blogspot.com – Walczyć z apokalipsą…
histmag.org – Recenzja
historia.org.p – Recenzja
Półka z Kulturą – Recenzja
http://mojswiat-szelestkart.blogspot.com – Recenzja
http://pasje-fascynacje-mola-ksiazkowego.blogspot.com – Recenzja
Dziennik Łódzki – Książka o niezwykłych akcjach łódzkiego podziemia podczas II wojny światowej

Spis treści (plus kilka słów o tym, czego dotyczą poszczególne rozdziały):
– Rozdział I: BOLLWERK (czyli podpalenie magazynów III Rzeszy w porcie rzecznym w Poznaniu)
– Rozdział II: ZDOBYĆ WIĘZIENIE (jak Jan Piwnik „Ponury” rozbił więzienie w Pińsku)
– Rozdział III: BOMBY W BERLINIE (zapomniane akcje polskiego podziemia w Berlinie)
– Rozdział IV: POKÓJ 228 (zamachy na SS-Oberscharführera Herberta Schultza i SS-Rottenführera Ewalda Lange)
– Rozdział V: KAMIKAZE (szaleńczy atak Jana Krysta w „Adrii”)
– Rozdział VI: ZEMSTA I ZDRADA (o oddziale Piwnika, pacyfikacji Michniowa i zdradzie zaufanego żołnierza AK)
– Rozdział VII: „N” W ŁODZI (walka z okupantem w Łodzi)
– Rozdział VIII: PENSJONAT (uwolnienie więźniów z jasielskiego więzienia)
– Rozdział IX: GÓRAL (słynna akcja zdobycia prawie 105 milionów złotych)
– Rozdział X: DZIEWIĘĆDZIESIĄT SEKUND – AKCJA „GŁÓWKI” (zamachy na SS-Oberscharführera Franza Bürkla, SS-Hauptscharführera Augusta Kretschmanna i  SS-Sturmmanna Ernsta Weffelsa)
– Rozdział XI: ZA KOTARĄ (likwidacja groźnego konfidenta w warszawskim barze)
– Rozdział XII: POLOWANIE NA GRUBEGO ZWIERZA (zamachy na gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera i gubernatora GG Hansa Franka)
– Rozdział XIII: STRZAŁY POD WAWELEM (zamach na wyższych Dowódców SS i Policji w GG – Friedricha Wilhelma Krügera i Wilhelma Koppe)
– Rozdział XIV: ZAPOMNIANE AKCJE „KOLEGIUM A” (zapomniany oddział Józefa Rybickiego i jego zapomniane akcje)
– Rozdział XIV: ZWOLNIENIE ZE SZPITALA (uwolnienie więźniów ze Szpitala Jana Bożego)

Książkę można kupić w księgarniach lub w internecie (na przykład: TUTAJ )
Życzę zajmującej lektury. Za ewentualne wpadki z góry przepraszam

– Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

ANODA. KAMIEŃ NA SZAŃCU – Piotr Lipiński

Anoda„Polscy komuniści wkroczyli właśnie w najkrwawszy okres swoich rządów. Rozprawiali się z opozycją. Zamykali w więzieniach żołnierzy Armii Krajowej – bohaterów II wojny światowej. Oskarżali ich o próbę obalenia ustroju albo współpracę z hitlerowcami. Zarzuty bywały wyimaginowane i absurdalne.
Janka aresztowali w Wigilię 1948 roku.” | Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015, s. 7.

Piotr Lipiński, ceniony reporter historyczny, autor m.in. książek  Humer i inni oraz Raport Rzepeckiego, na początku swojej opowieści o Janie Rodowiczu przyznaje, że niełatwo napisać biografię postaci tak pozytywnej jak „Anoda”. A jednak efekt jego pracy jest znakomity – otrzymujemy nie hagiografię i nie pean na cześć pomnika, a zajmującą opowieść o zwyczajnym chłopaku, którego wojna poddała okrutnej próbie, a on tę próbę zdał celująco.

Narracja w książce Lipińskiego przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z reportażem-biografią – opowieścią o dzieciństwie Rodowicza, okresie spędzonym w szkole imienia Stefana Batorego, przygodzie z harcerską słynną „Pomarańczarnią”, życiu w makabrze okupacji niemieckiej, działalności w ramach małego sabotażu, Grupach Szturmowych Szarych Szeregów, akcji pod Arsenałem, wreszcie – powstańczym szlaku i próbach uporządkowania sobie życia po tak zwanym wyzwoleniu.

I choć Jan Rodowicz „Anoda” istotnie był legendą Szarych Szeregów i to on, co wydawca przypomina w zapowiedzi książki, pierwszy rzucił butelkę z benzyną pod Arsenałem, a potem został jednym z najsłynniejszych żołnierzy AK, to w trakcie lektury nie odnosi się wrażenia, że obcujemy oto z jakąś papierową sylwetą. Wprost przeciwnie.

Skłonność bohatera do płatania figli kolegom (o wielu wygłupach Rodowicza przeczytałem tu po raz pierwszy); jego pasje, słabości oraz niezwykłe usposobienie do ludzi i życia wydatnie w tym Lipińskiemu pomogły, ale iluż autorów uległoby pokusie i zbudowałoby wizerunek sztuczny, oparty na patosie. Reporter poszedł na szczęście inną drogą.

„Anoda” był, tak się przynajmniej zdaje, niezwyczajnie zwyczajnym młodzieńcem – utalentowanym i szalenie inteligentnym, ale przecież nie ubiegającym się o miejsce w panteonie bohaterów narodowych. To, że się w nim faktycznie znalazł to już wynik podejmowanych przez niego w trakcie wojny decyzji, umiejętności „czytania” ludzi, własnego charakteru, bez wątpienia i odwagi. Jest chłopakiem, z którym, pisze Lipiński, po prostu ma się ochotę zakumplować.

Poznajemy, czy też przypominamy sobie dzięki tej książce nie tylko dokładny życiorys „Anody”, ale i okoliczności jego tragicznego końca – równolegle bowiem prowadzi Lipiński opowieść o śmierci żołnierza. Jej okoliczności budzą wątpliwości do dziś.

Urząd Bezpieczeństwa przyszedł po niego w Wigilię 1948 roku. Dwa tygodnie później Rodowicz już nie żył, a według oficjalnej wersji, przy której komuniści upierali się do końca – popełnił samobójstwo skacząc z okna budynku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy Koszykowej. Trudno w to uwierzyć i to z kilku powodów…

Opowieść o ostatnich godzinach życia Rodowicza i tym, co działo się po jego śmierci jest wielowątkowa i ma kilku bohaterów. Autor podjął mnóstwo tropów (niektórych fałszywych, innych przybliżających do poznania prawdy) i dotarł do ważnych świadków – lekarzy, którzy przeprowadzili sekcję zwłok, narzeczonej i zarazem pierwszej wielkiej miłości Rodowicza, kolegów z AK, współwięźniów i co najważniejsze – podejrzanych o zbrodnię funkcjonariuszy UB mocno w całą sprawę „Anody” zamieszanych. Zeznania tych ostatnich są najciekawsze i być może (zapewne wbrew ich intencji) odkrywają najwięcej prawdy. Ktoś tu z nich kłamie, ktoś sprowadza dziennikarza na manowce…
Tego, co zdołał ustalić Lipiński i na ile zbliżył się do prawdy w trakcie prowadzonego przez siebie dziennikarskiego śledztwa ze zrozumiałych powodów nie ujawnię.

Być może niektórzy wytkną autorowi książki, że wiele podanych w książce faktów – zarówno tych odnoszących się do jego życia, jak i tych dotyczących śmierci – znanych było już wcześniej (przytaczane są na przykład w ciekawym teatrze telewizji pod tytułem Pseudonim Anoda, a trafić można na nie studiując inne książki i artykuły prasowe).
To prawda, ale moim zdaniem wartością samą w sobie jest w tym przypadku powstanie książki o Rodowiczu i tym samym przypomnienie współczesnym jego postaci; a także – refleksja nad całym pokoleniem, tak przecież poniżanym najpierw przez narodowy socjalizm z zachodu, a potem przez komunizm ze wschodu.

Lektura tej książki dostarcza wzruszeń i nie są to wzruszenia łatwe. Są autentyczne, choć jak wspomniałem, osobom zaznajomionym z dziejami Jana Rodowicza, będą, jeśli można się tak wyrazić, w dużej mierze znane.
Co ważne (nie wiem, czy taki był akurat zamysł autora) lektura ta prowokuje do zadania kilku ważnych pytań, między innymi dotyczących kwestii odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w imieniu Polski Ludowej, za które pomimo dwudziestu sześciu lat suwerenności nikt, ani z elit rządzących tamtym systemem, ani nikt z szeregów wcielających w życie ponury terror nie poniósł kary.
I to, obok śmierci bohatera, jest w całej opowieści o „Anodzie” najtragiczniejsze, a kiedyś, jestem pewien, odbije się czkawką.

[Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015]

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

OBSERWATOR – ks. Józef Mroczkowski

jozef-mroczkowski-obserwator-cover-okladka„Ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski […] Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia i nieprawdopodobne. Czynię więc zadość mojej powinności plotkarskiej snując […] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.” | ks. Józef Mroczkowski, Obserwator.

Ta niewielka summa summarum książeczka, skromna w formie literackiego przekazu, pisana prostym językiem, spełniać może dla pasjonatów i badaczy II wojny światowej rolę w gruncie rzeczy ogromną. Parafialne zapiski księdza Mroczkowskiego, choć mocno niekiedy subiektywne (niektórym zda się zapewne, że i niesprawiedliwe) są szczerym świadectwem trudnego czasu na nie mniej trudnym terenie.

Prowadzone od września 1939 aż do roku 1947 zapiski z życia codziennego parafii w Oleszycach, niewielkiej miejscowości w przedwojennym powiecie lwowskim, która w czasie wojny kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk hitlerowskich i sowieckich oprawców, a dodatkowo była nieustannie narażona na działania ukraińskich bojówek nacjonalistycznych UPA, są istotnym dokumentem historycznym, bo choć nacechowane światopoglądem autora, świadczą o tamtym czasie.

Od czytelnika, jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności czytania między wierszami zależy, jak odbierze tych 150 stron, w których przewijają się losy polskiego księdza, jego podopiecznych – polskich parafian, a także sąsiadów Ukraińców, Żydów, czy wreszcie sowieckich i niemieckich okupantów.

Mroczkowski o sobie pisze niewiele i dopiero z notki autorstwa Janusza Grechuty dowiadujemy się, że był człowiekiem odważnym, niebojącym się podjąć, w imieniu sprawy (wiary i swego narodu) wielkiego ryzyka. Z jego zapisków wyłania się obraz małomiasteczkowego, skromnego, choć niepozbawionego dziś już niezrozumiałych uprzedzeń, wikariusza. Człowieka w gruncie rzeczy prostego (bynajmniej nie prostackiego!), ale prawego i sprawiedliwego.

Co bardziej wrażliwsi zwrócą uwagę lub zgoła odsądzą od czci i wiary autora za antysemickie (czy faktycznie?) uwagi i tendencyjny „polski” punkt widzenia. To prawda, że Mroczkowski musiał być w pewnym stopniu nastawiony negatywnie do Żydów, ich religii i kultury, w takim samym zresztą stopniu, w jakim przed wojną nastawionych było tysiące Polaków, w jakim chociażby nastawiona była Zofia Kossak.

Mroczkowski, podobnie jak i Kossak, nie mieli jednak w sobie zrozumienia dla niezrozumiałego zła, które Hitler rozlał po Europie i któremu poddano ludność żydowską – przejawia się to zwłaszcza w zapiskach wikariusza z 1941 roku pokazujących jego prawdziwe oblicze  – oblicze człowieka, który żyjąc w piekle, przeciwstawia się mu za każdym razem, bez względu na swoje uprzedzenia i poglądy.

Nie inaczej jest w przypadku Ukraińców, których pod wpływem doznanych krzywd nazywa narodem dzikim, barbarzyńskim, nie tkniętym narzędziem wiary ani kultury. Niepodobna wymagać od Mroczkowskiego głębokiej refleksji humanistycznej, tolerancji i obiektywizmu, zważywszy na jego przeżycia, zważywszy na kontekst kulturowy, społeczny i historyczny, w którym przyszło mu funkcjonować. I nie znaczy to bynajmniej, że my dziś mamy ulegać podobnemu punktowi widzenia. Nie w tym wszakże rzecz.

Niekiedy ksiądz Mroczkowski, w swym opisie na wskroś zwięzły i prostolinijny zarazem, jakby przyparty ilością zła nie jest w stanie opisać rzeczy, które jak sam twierdzi, nie mieszczą się w ludzkim pojmowaniu. Dramat ukraińskich pogromów, które pustoszyły ludność polską w 1944 roku oddaje pozornie „suchymi”, choć przejmującymi swą wymową i sensem zapiskami, jak chociażby tym z 15 kwietnia, pod którym znajdujemy słowa:
Jeszcze jedna noc darowana.

Rzecz jasna niepodobna jest tu streszczać wszystkiego, o czym opowiada ta niezwykła, acz prosta w swej formie kronika. Zaciekawionych tematem „Wołynia” i krwawego pogranicza polsko-ukraińskiego należałoby w pierwszej kolejności odesłać do profesjonalnych opracowań, których na szczęście w ostatnim czasie nie brakuje.

Nie zmienia to faktu, że „Obserwator” jest zajmującym dopełnieniem historycznego wykładu o trudnej przeszłości na kresach, a jednocześnie jego niezwykle istotnym i sprawdzonym źródłem. I dlatego też właśnie, choć to książka pozbawiona bardziej wnikliwego komentarza poruszającego temat trudnych relacji Polaków i Ukraińców w czasie wojny, godny jest naszej uwagi.

 
Obserwator, ks. J. Mroczkowski, Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

KOMENTARZ HISTORYCZNY: ’44 i DZIŚ

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / www.1944.pl

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / http://www.1944.pl

69. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego lada dzień stanie się znakomitym powodem, aby skłóconych skłócać jeszcze bardziej, a snujących poważną refleksję nad sierpniem 1944 porównywać do nacjonalistycznych oszołomów. Ciszej nad tymi mogiłami. Ciszej, bo wstyd.

Fakt pierwszy: Polskie Państwo Podziemne było największym ruchem oporu w czasie II wojny światowej.
Fakt drugi: Powstanie Warszawskie okazało się największym wystąpieniem mieszkańców jednego miasta przeciw władzy okupanta.
Fakt trzeci: Walcząca Warszawa miała moralne prawo uważać, że sojusznicy, którzy do wojny przystąpili z powodu Polski i w jej obronie, udzielą pomocy  miastu, a pomoc ta nie ograniczy się do zrzutów lotniczych, ale realnej pomocy.
Fakt czwarty: Chwila rozpoczęcia Powstania została słusznie wyznaczona na moment, gdy do prawobrzeżnej Warszawy zbliży się Armia Czerwona.
Fakt piąty: Za upadek Powstania odpowiadają alianci, którzy zdradzili swojego najbliższego sojusznika, odpowiada i Stalin, który wymordował miasto rękoma Niemców, tak jak po Powstaniu mordował ich rękoma NKWD i komunistów.

Fakt szósty i ostatni: Nie istnieje pytanie o sens Powstania. Biorąc pod uwagę gigantyczne straty w ludziach z racjonalnego punktu widzenia należy istotnie żałować, że Powstanie doszło do skutku (!), jednocześnie musimy zdać sobie sprawę z tego, że historia nie jest racjonalna, dlatego mimo swych oczywistych racji mylił się słynny kurier Jan Nowak-Jeziorański. Powstanie nie powinno mieć miejsca, a jednak nie mogło się nie odbyć. Na tym zasadza się jego największa tragedia.

Wbrew temu co się mówi i pisze o Powstaniu, decyzja o jego wybuchu nie została podjęta pod koniec lipca 1944 roku. Podejmowało ją polskie społeczeństwo za każdym razem, gdy hitlerowski i sowiecki okupant mordował polskich obywateli, podejmowało go polskie podziemie odpowiadając oporem na przemoc i walką na terror. – Począwszy od września 1939 roku.

Czy dobrze się stało, że Powstanie doszło do skutku? Oczywiście, że nie. Cóż jednak z tego, skoro odbyć się musiało i odbyłoby się, bez względu na decyzję podjętą przez generała „Bora” Komorowskiego. Gdyby nie ta, koniec końców tragiczna decyzja, Warszawa – w tamtych dniach wielka beczka prochu – i tak musiałby eksplodować. Dziękować Bogu, że był to wybuch w miarę możliwości „kontrolowany”.

To bowiem Powstanie, tak tragiczne w swych skutkach, uniemożliwiło Stalinowi uczynienie z Polski kolejnej republiki radzieckiej i stało się podwaliną suwerennej myśli polskiej, która z kolei pozwoliła wyrwać się pod koniec lat ’90 ze szponów komunizmu (niestety przemycając pod okrągłym stołem łajno „starego” systemu, którego nie rozliczono po dziś dzień).

Warszawa ’44 to więc summa summarum grecka tragedia. Dramat, w którym Polacy wybierali między mniejszym, a większym złem. Nie było w tym nic ani romantycznego, ani pompatycznego, choć była niepojęta zupełnie odwaga i prawda.
Gdyby chcieć zastanowić się nad tym, co należałoby zrobić, aby Powstanie nigdy nie doszło do skutku, należałoby cofnąć się nie do roku 1944, a przenieść  w czasie do schyłku XVIII wieku i tam szukać przyczyn. W historii wszystko ma bowiem swoje źródła.

Niech więc niektórzy spośród tych stojących po prawej stronie, nie pławią się bez opamiętania we krwi wszystkich tych nieszczęsnych ludzi, którzy (jakkolwiek brzmi to naiwnie dla jaśnie oświeconych intelektualistów) przelewali ją za swoją i potomnych (a więc naszą) wolność.
Przede wszystkim zaś niech milczy lewa strona. To ona, fetując dziś tych, którzy (w najlepszym wypadku) wykluczali ze świadomości i pamięci  zbiorowej bohaterów Powstania Warszawskiego, odebrała sobie jakiekolwiek prawo do ich osądzania. Również dlatego, że stanowi ona ideowo-duchową spuściznę po tych, którzy powstańców ścigali, torturowali i mordowali. I również dlatego, że wykazuje daleko idącą ignorancję w temacie Powstania i wypaczoną hierarchię wartości.

Niech w tych dniach milczy. Niech wpatrzy się w uśmiechy i wsłucha w jęki tych, którzy mieli odwagę nie pójść na bezwstydne kompromisy, którzy zostali oszukani i którzy nie zachowali niestety dość zimnej głowy, aby zrozumieć, że Polskę i Warszawę w 1944 roku sprzedano. Nie mogę pozbyć się przykrego wrażenia, że marzenie Warszawy ’44 o kraju w pełni wolnym, sprawiedliwym i suwerennym nie ziściło się do dziś dnia. Także dlatego – ciszej nad mogiłami…

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

CICHOCIEMNY FILOLOG

Adam Trybus - zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Adam Trybus – zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Jego nazwisko rzuciło mi się w oczy kilkukrotnie podczas lektury kilku książek dotyczących oddziałów dywersyjnych AK i cichociemnych. Tak naprawdę jednak na majora Adama Trybusa zwróciłem uwagę w pewien ciepły, czerwcowy dzień, w jednym z łódzkich tramwajów, w środku którego znajdował się plakat zawierający krótki biogram. Okazało się, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym w swojej zwyczajności i zarazem niezwykłym w swojej odwadze.

Wiadomości na temat tej niepospolitej postaci zapewne ograniczyłyby się  do informacji zawartych na wspomnianym plakacie oraz encyklopedycznym biogramie, gdyby nie odnaleziony w sieci artykuł autorstwa Tomasza Toborka p.t.: „Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)”. To na nim, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, oparłem treść niniejszego artykułu.

– Dwa lata w zawodzie –

Adam Trybus przyszedł na świat 3 sierpnia 1909 roku w Zręcinie, niewielkim miasteczku obok Krosna. Miłością do filologii klasycznej i kultury antycznej zapałał młody Adam jeszcze podczas nauki w gimnazjum. Nic więc dziwnego, że w 1929 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, właśnie na kierunku filologii klasycznej, gdzie ukształtowały go postaci wybitnych profesorów w osobach: Seweryna Hammera, Tadeusza Sinka i Leon Sternbacha. Ukształtowała go również ciężka praca, trzeba bowiem pamiętać, że Trybus pochodził z biednej rodziny i utrzymywał się sam.

Jeden z największych filologów polskich Jerzy Starnowski miał powiedzieć o nim „Niepospolity dydaktyk języka łacińskiego”. W ustach wybitnego pedagoga i zarazem wielkiego naukowca jest to komplement wyjątkowy.
Ten wielki talent pedagogiczny realizował się w krośnieńskim gimnazjum zaledwie przez dwa lata. Gdy nad Polskę nadciągały w sierpniu 1939 roku czarne chmury, Trybus został powołany na ćwiczenia wojskowe do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Tam zastał go wybuch wojny.

– Cichociemny filolog –

Hitlerowska nawała rozbiła oddział, w którym służył bohater naszej opowieści. Trybus podjął decyzję o przebijaniu się na Węgry, gdzie został internowany i skąd wkrótce zdołał uciec. Przez Budapeszt i Jugosławię dotarł nad Sekwanę, gdzie natychmiast wstąpił do tworzonego tam Wojska Polskiego, a po klęsce Francji wraz z tysiącami Polaków przedostał się do Wielkiej Brytanii.

To w Anglii Trybus trafił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej i podjął decyzję – zostanie cichociemnym. Znakomity filolog klasyczny szybko począł udowadniać swój inny ogromny talent  – talent żołnierski. Po odbyciu kursu spadochronowego, szkolenia w zakresie wywiadu i sabotażu przemysłowego, 24 sierpnia 1942 roku Adam Trybus złożył przysięgę, a w nocy 1 sierpnia wsiadł na pokład brytyjskiego samolotu, który pod osłoną nocy ruszył na wschód, w kierunku okupowanej Polski.

– Major rządzi w Łódzkiem –

Nocny lot do Polski nie obył się bez niebezpiecznej przygody. Na trop angielskiego samolotu trafiły niemieckie myśliwce, które o mały włos nie zestrzeliły bombowca wraz z przebywającym na pokładzie cichociemnym. Ostatecznie brytyjski pilot zdołał uciec Messerschmittom, a gdy znalazł się nad Siedlcami w czarną otchłań nocy poszybowała sylwetka, nad którą wnet rozłożyła się czacha spadochronu.
Po niespełna trzech latach Trybus znów dotknął ojczystej ziemi.

Podobnie, jak i każdy zrzucony na teren okupowanej Polski, cichociemny przekazał miejscowym oddziałom akowców pas z pieniędzmi oraz dokumenty, a następnie począł przedzierać się do Warszawy. W stolicy byłego państwa polskiego panował terror, o którym Trybus dotychczas jedynie mógł słyszeć. Teraz na własne oczy przekonywał się o ciężkim klimacie okupacyjnego dnia.

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Komenda Armii Krajowej zdecydowała się przerzucić nowoprzybyłego żołnierza do Okręgu Łódź – terenu, który nastarczał trudności, jako że znajdował się na granicy Generalnej Guberni z III Rzeszą. W Piotrkowie Trybunalskim „Gaj”, bo pod takim pseudonimem funkcjonował cichociemny, począł formować Kedyw (pion Kierownictwa Dywersji, którego zadaniem była walka zbrojna z okupantem), a że ze swych zadań wywiązywał się bezbłędnie jeszcze w styczniu 1943 roku otrzymał nominację na szefa Kedywu całego okręgu, gdzie podlegał płk. Michałowi Stempkowskiemu „Grzegorzowi” i dowódcy Kedywu Komendy Głównej AK płk. Emilowi Fieldorfowi „Nilowi”.

Trybus wykonał ogromną pracę reorganizując patrole dywersyjne i realizując rozkaz przełożonych zakładający wzmożenie akcji dywersyjnych w okolicach Opoczna, Piotrkowa, Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego. Tu przydały się pedagogiczne umiejętności, które wpłynęły na szybki rozwój oddziałów „Błyskawica”, „Burza”, „Grom”, „Wicher” i „Zryw”, dowodzonych przez wybitnych żołnierzy ze Stanisławem Karlińskim „Burzą”, Aleksandrem Arkuszyńskim „Majem” i Kazimierzem Załęskim „Bończą” na czele.

Organizowanie dywersji na ziemiach włączonych do III Rzeszy wymagało nie lada talentu i zręczności. Tej na szczęście Trybusowi nie zabrakło, dzięki czemu z czasem stworzono solidny mechanizm wojskowy w liczbie tysiąca żołnierzy, za co 11 listopada 1943 roku otrzymał on awans do stopnia kapitana. Niespełna rok później powstał 25 pułk piechoty Armii Krajowej, a jednym z jego głównych architektów był właśnie Adam Trybus.
Gdy dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się „podpalić” okupowaną Polskę i rozpocząć słynną akcję „Burza” Trybus został skierowany do bazy „Węzeł” w rejon Brzeziny – Koluszki, gdzie do jesieni pełnił rolę dowódcy oddziałów liniowych.

1 listopada 1944 roku przed Trybusem postawiono kolejne, arcytrudne zadanie. Mianowano go komendantem zdziesiątkowanego przez gestapo Inspektoratu Łódzkiego AK, a 1 stycznia 1945 roku awansowano do stopnia majora. W Łodzi postęp wymagał czasu i „pracy u podstaw”, a tych cichociemnemu nie dała Armia Czerwona, która wkrótce dotarła do miasta.

– Dobra zła decyzja? –

„Gaj” nie wiedział, jak zachować się względem Sowietów, a sprzeczne informacje przekazywane przez zwierzchników tylko potęgowały chaos. Postanowił czekać, kiedy jednak dostrzegł, że Armia Czerwona nie tylko przyniosła uwolnienie spod hitlerowskiego jarzma, ale i zakładała nowe kajdany i gdy dotarły do niego wiadomości o aresztowaniach dokonywanych przez Rosjan na dowództwu Okręgu Łódź AK, cichociemny postanowił działać.

To on powołał do życia Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK), którego głównym celem była samoobrona przed represjami Armii Czerwonej, NKWD i polskimi komunistami. I to on dał rozkaz ataku na więzienie w Pabianicach, gdzie przetrzymywani byli żołnierze AK.
Dzięki zdecydowaniu, szybkości w działaniu i znakomitemu planowi oddział dowodzony przez Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” uwolnił wówczas, bez jednego wystrzału, uwięzionych towarzyszy.

Trybus gotów walczyć z nieprawością czerwonoarmistów wiedział, że nie ma szans w starciu z wielką polityką. A ta, rozegrana w Teheranie, a dopełniona w Jałcie zakładała, że Polska nie będzie suwerenna, a jej granice zostaną przesunięte na zachód. Bez wsparcia z „góry” polskiego podziemia, „Gaj” zdecydował się skontaktować z premierem Edwardem Osóbką – Morawskim przekazując mu ze skarbca swojej organizacji 80 tysięcy dolarów i  następującej treści list:
*      *      *
Jako rejonowy inspektor Armii Krajowej Okręgu Łódzkiego mający pod swymi rozkazami znaczną liczbę oficerów i szeregowych znalazłem się w trudnym położeniu. Szef mój – bez którego rozkazu każde moje poczynanie formalnie musi być uważane za samowolę – został aresztowany. Obecnie rozwiązano władze państwowe Polski Podziemnej, od których oczekiwałem polecenia oddania się do dyspozycji Rządu Jedności Narodowej. W związku z tą sytuacją zdecydowałem się zwrócić do ob. Premiera, abym – działając zgodnie ze swym sumieniem Polaka – Obywatela – nie popełnił jako nie polityk i nie dyplomata – błędu.
Sumienie to nakazuje mi wydać rozkaz złożenia broni, amunicji oraz majątku stanowiącego własność AK odpowiednim organom rządowym. Opierając się na oświadczeniach Rządu o wykorzystaniu wszystkich sił Narodu do dzieła odbudowy, uprzejmie proszę o wydanie zarządzeń, ażeby przedstawieni przeze mnie ludzie:
Nie byli zmuszani do służby w bezpieczeństwie dla wyłapywania swych niedawnych kolegów, którzy się nie zgłoszą.
Nie byli pociągani do odpowiedzialności za czyny wykonane z rozkazu przełożonych.
Zostali zatrudnieni w swych zawodach.
Jednocześnie proszę o wydanie zarządzeń umożliwiających mi takie zorganizowanie oddawania broni przez podległe mi oddziały (Łódź, Pabianice, Łask i Brzeziny) oraz oddziały sąsiadujące, które mi ufają, aby mogło się to odbyć bez aresztowania ludzi. Chciałbym mieć możność przeprowadzenia oficjalnych odpraw z podległymi mi żołnierzami bez obawy o ich aresztowanie.
Będę bardzo wdzięczny, jeśli ob. Premier zechce zbadać akty oskarżenia moich kolegów z AK znajdujących się w tej chwili w więzieniu, a to celem uwolnienia tych wszystkich, którzy wykonywali wyłącznie rozkazy.
(treść listu za: Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)
*       *       *

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Ta arcytrudna decyzja podjęta przez Trybusa wywołała wśród wielu członków podziemia zrozumiały sprzeciw. Wielu uznało to posunięcie, za sprzeniewierzenie się idei Polski niepodległej i zdradę podopiecznych. Trudno odmówić im racji, choć należy pamiętać, że powojennych realiów nie sposób rozpatrywać w kategoriach bieli i czerni. Wydaje się również, że w wpływ na taką, a nie inną decyzję miało pedagogiczne doświadczenie człowieka, który odczuwał odpowiedzialność za setki swoich żołnierzy. To zaś, czy powinien przewidzieć konsekwencje ujawnienia organizacji dziś ocenić jest trudno.

Nieco blasku na kwestię okoliczności podjęcia przez Trybusa decyzji rzuca wypowiedź jednego z podopiecznych „Gaja” – Aleksandra Arkuszyńskiego, który wspominał, że Trybus zdawał sobie w tamtym czasie sprawę z potęgi militarnej sowieckiego reżimu i bał się o życie – nie swoje, ale młodych żołnierzy, których krwi nie zamierzał przelewać.

Pamiętajmy, że nie był to światopogląd odosobniony. Bohater Powstania Warszawskiego pułkownik Jan „Radosław” Mazurkiewicz podpisał na początku sierpnia 1945 roku deklarację, która wzywała akowców do wyjścia z podziemia. – Sowieci obiecali amnestię. Czy po 17 września ’39 roku, Katyniu, tragedii Powstania Warszawskiego i zachowaniu czerwonoarmistów względem AK na Wołyniu i Kresach należało dać wiarę tym obietnicom jest kwestią sporną.

Trybus wstąpił do Komisji Likwidacyjną byłego Okręgu AK Łódź, a wkrótce 1800 żołnierzy polskiego podziemia działającego w łódzkim okręgu zdecydowało się na ujawnienie.
W tym trudnym czasie pozornego rozprężenie Trybus poślubił łączniczkę z łódzkiego Kedywu Danutę, której siostry zostały w 1990 r. uhonorowane medalami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata za pomoc okazaną żydowskiej rodzinie w czasie okupacji.

– Wyrok –

Państwo Trybusowie przeniosło się do Wrocławia, gdzie Adam znów mógł oddać się swojej największej pasji – uczył łaciny i greki w Seminarium Duchownym i gimnazjum, a wkrótce na świat przyszła dwójka jego dzieci.
Nad Trybusem, jak i wieloma innymi ludźmi podziemia krążył jednak dalej ponury cień UB, który w 1950 roku wyprowadził cios. Major został aresztowany w Jeleniej Górze i przetransportowany do Łodzi. Tutaj przez sześć miesięcy torturowany i brutalnie przesłuchiwany czekał na swój proces.

Rozpoczął się on 29 czerwca 1951 roku. W Wojskowym Sądzie Rejonowym w Łodzi Trybus wraz z sześcioma innymi członkami AK z Okręgu Łódzkiego był sądzony za walkę z „władzą ludową” po 1945 roku. Chodziło o jego działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, który zorganizował atak na ubeckie więzienie w Pabianicach.

Jak w przypadku innych akowców sądzonych przez sądy kapturowe PRL na nic zdały się tłumaczenia o tym, że zawsze służył wiernie ojczyźnie, że walczył z Niemcami i że ujawnił wreszcie przed komunistami swoją organizację skłaniając do wyjścia spod ziemia wielu akowców. „Gaj” został skazany na 15 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz utratę mienia. W ten sposób bohaterom polskiego podziemia dziękowała nowa władza.

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Znamienne, że składowi sędziowskiemu w sprawie Trybusa przewodniczył ppłk. Bronisław Ochnio, który wcześniej skazał na karę śmierci m.in. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – słynnego organizatora i dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
Wyrok więzienia cichociemny wykonywał w Sieradzu i Wronkach, a po śmierci Stalina i październikowej „odwilży”, w grudniu 1955 roku sąd dokonał rewizji wyroku i wypuścił Adama Trybusa na wolność. Dwa lata później cichociemny został zrehabilitowany.

Trybus zamieszkał w Piotrkowie Trybunalskim, zaczął uczyć łaciny i języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym, a następnie pełnił rolę inspektora kuratoryjnego oraz lektora łaciny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie zapomniał również o swoich towarzyszach broni i akowskim rodowodzie, co pośrednio zapewne przyczyniło się do tego, że w 1970 roku zmuszono go do przejścia na emeryturę, a po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku – prewencyjnie aresztowano. Bohater czasu wojny zmarł 4 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu w Piotrkowskie Trybunalskim.
Nie dane mu było doczekać wolności.

Źródło
– Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982) (uml.lodz.pl)
– Afisz informacyjny zawierający biogram

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

AKCJA PIŃSKA: ZDOBYĆ WIĘZIENIE!

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

Szedł wzdłuż drewnianego płotu jak zwykły przechodzeń. Lekko zadarł głowę i na szczycie płotu zobaczył cztery linie drutu kolczastego. Przeszedł obok głównej bramy, również drewnianej, a ponieważ nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie przebywanie w sąsiedztwie więzienia, zanotował w pamięci tylko parę szczegółów i zawrócił. Potrzebował dokładnego planu więzienia… | Kacper Śledziński „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”

Kapitan Alfred Paczkowski pseudonim „Wania”, jeden z wyszkolonych w Wielkiej Brytanii cichociemnych zrzucony na teren okupowanych przez Niemców ziem polskich, został jednym z komendantów „Wachlarza” w 1942 roku. Celem zaś „Wachlarza”, organizacji działającej w ramach Armii Krajowej, było prowadzenie dywersji na tyłach hitlerowskich wojsk stacjonujących na Wschodzie.

„Wania” nie miał szczęścia. Tuż bowiem po wylądowaniu na polskiej ziemi został aresztowany przez patrol Grenzschutzu i tylko przytomności umysłu, odwadze i brawurowemu atakowi na strażników zawdzięczać mógł ratunek.
Skierowany na wschód kierował walką II odcinka „Wachlarza”, który w rejonie Brześcia i Mińska wysadzał w powietrze transporty niemieckie oraz likwidował konfidentów gestapo. Podczas jednej z nocnych wędrówek, przechodząc po zamarzniętym jeziorze, „Wania” złamał nogę. Ostatkiem sił dowlókł się do starej smolarni, gdzie czekać miał na pomoc swoich oficerów – „Bociana” i „Azora”. Rzeczeni sami wpadli w niemieckie ręce, a Paczkowskiego znaleźli wkrótce białoruscy policjanci tropiący w tych rejonach Żydów.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali "Wanię" i innych oficerów AK.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali „Wanię” i innych oficerów AK.

– Spisani na straty –

Paczkowski, a oprócz niego również trzech oficerów: Marian Czarnecki ps. „Ryś”, Piotr Downar ps. „Azor”, Mieczysław Eckhardt ps. „Bocian” trafili do więzienia w Pińsku, niewielkiego i „nieciekawego”, jak pisali w listach do rodziny niemieccy żołnierze, miasteczka na Polesiu, położonego nad rzeka Piną, u jej ujścia do Prypeci.

Dowódca „Wachlarza” – Remigiusz „Doktor” Grocholski znał procedury na pamięć i z ciężkim sercem spisał czwórkę swoich ważnych ludzi na straty, podobnie zresztą jak i kierowaną przez siebie organizację, która zmuszana przez Londyn do przeprowadzania szaleńczych akcji, wkrótce miała zostać wchłonięta przez Kedyw.

Więcej inicjatywy, od szefa „Wachlarza”, wykazała w kwestii losu uwięzionych akowców Warszawa. Komendant Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki o wpadce pińskiej dowiedział się od swojego adiutanta i po konsultacji z generałami Pełczyńskim i Komorowskim zdecydował, że Paczkowskiego i spółkę należy odbić.

Alfred Paczkowski ps. "Wania"

Alfred Paczkowski ps. „Wania”

– W kaźni gestapo –

O „Wanii” myślał jeszcze ktoś. Marian Przysiecki, onegdaj szef pińskiej placówki „Wachlarza” siedział kilka miesięcy wcześniej w tym samym więzieniu, ale zdołał uciec (wraz z towarzyszami odkręcił śruby z krat więziennych okien i przedostał się na drugą stronę). To on, zanim wiadomość o wpadce dotarła jeszcze do Warszawy, zainteresował się „Wanią” i poprzez swoich ludzi pracujących w więzieniu przekazywał więźniowi grypsy mające na celu podtrzymanie go na duchu.

Było to w tym okresie bardzo ważne. Cichociemni byli ludźmi twardymi, świadomymi ogromnego ryzyka i wszelkich konsekwencji, ale byli też przede wszystkim ludźmi z krwi i kości, których teraz gestapo poddawało okrutnym torturom. Niemcy wiedzieli, że mają do czynienia ze spadochroniarzem z Anglii, nie wiedzieli natomiast, że z samym komendantem tajnej organizacji, o której swoją drogą wiedzieli niewiele, choć co rusz wpadali na jej trop.

Nie trudno się domyślić, w jaki sposób Niemcy chcieli wydobyć od Paczkowskiego tajemnice „Wachlarza”. Podkute buty gestapowców, co rusz uderzały w poranione ciało Polaka, a kiedy kopniaki i pięści nie przynosiły efektów hitlerowcy starali „wpłynąć” na więźnia żelaznym prętem i wieszaniem za ręce. Do tego dochodziły krzyki i tortury psychiczne. Gdy Paczkowski mdlał, ocucano go wiadrem zimnej wody, poczym „wywiad” rozpoczynał się od początku. „Wania” milczał uparcie sprzedając oprawcom naprędce wymyślone bajeczki pełne fikcyjnych, wymyślonych na poczekaniu nazwisk i rozkazów. Wiadomym jednak było, że wkrótce będzie dla niego za późno.

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

– Marne szanse –

Akcję odbicia więźniów z Pińska „Grot” Rowecki postanowił powierzyć Janowi Piwnikowi ps. „Ponury”, cichociemnemu, który dwa lata wcześniej został przerzucony do kraju z Anglii i który zdążył od tego czasu zaliczyć stanowisko koordynatora do spraw przyjmowania cichociemnych, pozycję kierownika II odcinka „Wachlarza”, wpadkę, areszt oraz ucieczkę z więzienia i wreszcie długą podróż (na pieszo) do Warszawy, po której zresztą zachorował na czerwonkę. Gdy cichociemny wyzdrowiał natychmiast zgłosił się do służby, a zdaniem Roweckiego był to idealny kandydat do wykonania skomplikowanego zadania.

„Ponuremu” rozkaz przekazał Remigiusz Grocholski. Cel misji był prosty – uwolnić Wanię, Rysia i Azora. Sposób – przekupstwo, podstęp, atak zbrojny.
Piwnik miał wykorzystać wszelkie dostępne środki, byle tylko dopiąć swego, choć realne szanse na powodzenie akcji były stosunkowo niewielkie i wszyscy liczyli się z porażką.

Na nikłe szanse przedsięwzięcia składało się kilka czynników. Przede wszystkim „Ponurego” gonił czas. Wiadomym było, że każdy upływający dzień to jeszcze jedna doba cierpień dla uwięzionych, których w każdej chwili Niemcy mogli wywieźć, rozstrzelać lub zamęczyć na śmierć. Przygotowując akcję Piwnik nie mógł więc liczyć na dokładny rekonesans fotograficzny, nie był też w stanie przeprowadzić ćwiczeń w terenie.

Wkrótce okazało się, że przekupstwo nie wchodzi w grę, bo „Ponury”, dysponujący kwotą około czterdziestu tysięcy marek, nie znalazł odpowiedniego „dojścia” w więzieniu. Tutaj potrzebny był ktoś o znanej „reputacji”, ktoś kogo zaufaniem darzyć będą obie strony, a nikt taki po prostu się nie znalazł, mimo prób podjętych przez „Drucika” (być może pod tym pseudonimem ukrywał się sam Marian Przysiecki).

Piwnik nie miał wyjścia i zdecydował – zaatakuje więzienie. Teraz całą uwagę on i jego najbliżsi współpracownicy skupili na przygotowaniu operacji i opracowaniu planu ucieczki.
Wkrótce do Paczkowskiego dotarł gryps o treści: „Pozdrowienia od pani Atkinson”.
„Wania” przypomniał sobie, że pani Atkinson była kobietą, u której mieszkał w Londynie. Jego współlokatorem w tamtych czasach był… Jan Piwnik.
Kolejna przekazana przez zaprzyjaźnionego strażnika wiadomość wlała w serce Paczkowskiego jeszcze więcej nadziei: „Będzie odbicie”.

– Szesnastu przeciw trzem tysiącom –

Powodzenie akcji zależało od zaskoczenia nieprzyjaciela i precyzji. Nic więc dziwnego, że plan ataku, przygotowanego w konspiracyjnym lokalu znajdującym się w Brześciu, był autorem czwórki cichociemnych – oprócz Piwnika –  Jana Rogowskiego„Czarka”, Wacława Kopisto „Kry” i Michała Fijałka  „Kawy”. To oni podczas kilku, trwających wiele godzin spotkań zadecydowali, że w akcji weźmie udział szesnaście osób podzielonych na cztery grupy.
Kopisto i Pakunek
Czekała ich nie lada przeprawa. W Pińsku znajdowało się, jak podaje Kacper Śledziński, około 100 żandarmów, 300 milicjantów, ponad tysiąc Kozaków dońskich walczących po stronie hitlerowców oraz batalion wojska, w sumie oddział „Ponurego” musiała wywieźć w pole wroga liczącego około trzech tysięcy ludzi.

Czarka i Kawa

Jak słusznie zauważył autor cytowanej tu książki o cichociemnych, pamiętajmy jednocześnie, że dostanie się za mury więzienia, oswobodzenie więźniów i pokonanie strażników stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą była ucieczka z Pińska i przedostanie się do Warszawy, na drodze do której zagrożeń, w postaci patroli i innych „punktów kontrolnych” mogących przyłączyć się do obławy na sabotażystów, czekało bez liku.

– W „imieniu” radzieckiej partyzantki –

Wczesnym rankiem 17 stycznia w lokalu zajmowanym przez „Czarkę” rozbrzmiał dzwonek telefonu. Cichociemny podniósł słuchawkę i usłyszał w niej głos swojego przełożonego.
– Zbieraj ludzi. Między godziną 17 a 18 musicie zameldować się w umówionym punkcie w Pińsku – oznajmił Piwnik i zakończył rozmowę.
„Czarka” natychmiast skontaktował się z zespołem i wkrótce czternastu ludzi podążało w dwóch autach – ciężarowym fordzie oraz oplu kadecie w kierunku Pińska. Z Janowa ruszył w tę samą stronę kierowany przez „Douglasa” ciężarowy chevrolet.

Wieczorem cała grupa dotarła do celu, a następnie „Ponury” zapoznał wszystkich z planem ataku. Cztery grupy (I – „Ponury”, „MSZ”, „Motor” i przebrany w niemiecki mundur „Esesman”; II – „Czarka”, „Kra”, „Jastrząb”, „Dzik”; III – „Kawa”, „Kmicic”, „Ryks”, „Dym”; IV – „Wrona”, „Płomień” plus „Monter” i „Pakunek” w fordzie) miały przedostać się do wnętrza więzienia i w ciągu półgodziny, najlepiej bez użycia broni palnej, wykonać zadanie.

Zdecydowano przy tym posługiwać się wyłącznie językiem rosyjskim, tak, aby stworzyć pozór ataku radzieckich partyzantów, co z kolei miało zapewnić bezpieczeństwo polskim zakładnikom trzymanym w niewoli przez Niemców, jako zabezpieczenie przed jakimikolwiek działaniami polskich oddziałów dywersyjnych w tym rejonie.
Godzinę rozpoczęcia akcji wyznaczono na godzinę 17:00.

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia - "Jeliny" za pośrednictwem łączniczki "Leny" na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia – „Jeliny” za pośrednictwem łączniczki „Leny” na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

– Atak –

Trzy minuty przed godziną piątą po południu pod pińskie więzienie podjechał opel kadet, z którego wysiadł oficer SS i bez zbędnych uprzejmości rozkazał strażnikom otworzyć bramę więzienia. Gdy samochód wjechał na dziedziniec, do zamykającego bramę strażnika podszedł od tyłu ten sam esesman i ubranemu w gruby kożuch Niemcowi przyłożył do pleców lufę swego pistoletu. Ponieważ strażnik sięgnął po broń wkrótce, po okolicy, rozeszło się echo pojedynczego wystrzału. Teraz czasu było niewiele.

Wkrótce więzienny mur pokonała druga grupa, która przebiegła przez dziedziniec i wpadła do wnętrza budynku kancelarii, gdzie wyrwała przewód telefoniczny.
Następna grupa również przedostała się do środka i zaskoczyła kończących pracę Oberwachtmeistera Hellingera i Wachmeistera Zollnera. Niemcy z przerażeniem w oczach spoglądali na wycelowane w ich kierunku kolty 45 i lufę stena, ale po chwili, ku zaskoczeniu akowców, zdecydowali się stawić opór. Po krótkiej strzelaninie hitlerowcy padli na zimną posadzkę martwi, a ranny w ramię został „Ryks”.

RyksPolacy przy ciele martwego komendanta znaleźli klucze, a potem, ile tylko sił w nogach, popędzili w kierunku wieży strażniczej, na którą wspiął się „Ryks” spuszczając po chwili linę, po której z kolei wspięli się „Dzik”, „Kmicic” i „Kawa”. Czwórka żołnierzy znalazła się na dziedzińcu i poczęła skradać się w kierunku strażników zajętych rozmową ze znajdującym się po drugiej stronie „Esesmanem”. Wkrótce strażnicy zostali obezwładnieni, brama otworzona, a opel „Esesmana” wtoczył się do środka stając dopiero przez budynkiem, w którym trzymano więźniów.

Akowcy wpadli do budynku otwierając kolejne cele i krzycząc do skonsternowanych więźniów, że „Wo imieniu Stalina wy swobodny, wychoditie!”. Wkrótce zgrzytnął zamek również w pewnej, bardzo ważnej dla napastników celi, a oczom „Czarki” i ”Motora” ukazał się poobijany, wychudzony Paczkowski. Gdy uwolniono już wszystkich więźniów „Wania”, „Azor” i „Ryś” zajęli miejsce w oplu, a Hackiewicz („MSZ”) wyjechał z więzienia i ruszył na zachód.
Zegarek „Ponurego”, któremu Paczkowski po wyswobodzeniu ostatkiem sił ponoć rzucił się w ramiona, wskazywał teraz godzinę 17:25.

– Wolność –

Po przejechani kilkunastu kilometrów opel zaczął się „wiercić”, a zmorzonych snem trzech byłych więźniów obudził huk eksplozji. To eksplodowały stare opony, które wedle relacji świadków nie wytrzymały obciążenia. Na szczęście wkrótce pojawił się chevrolet „Douglasa” i po uprzednim spaleniu opla, podróż można było kontynuować. Polacy, przygotowani na niemiecki pościg, rozrzucili na drodze za miastem kolce do przebijania opon. Okazało się to zbędne.

Esesman i Kmicic
Niemcy o ataku na swoje więzienie dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Znakomity rezultat przyniosła akcja sabotażowa „Drucika” (Przysiecki?), który poważnie uszkodził linię telefoniczne w centrum miasta opóźniając czas reakcji okupanta. W dodatku „Ponury” bojąc się pościgu nakazał jednej ciężarówce udać się do Brześcia, a drugiej, w której znajdowali się m.in. odbici więźniowie, skierować do Drohiczyna.

Po wielogodzinnej, prowadzonej w przenikliwym zimnie i trwającej wiele godzin podróży, urozmaicanej kawałkami słoniny i haustami wódki, kapitan Paczkowski – jak relacjonuje Kacper Śledziński – 20 stycznia pojawił się w swoim warszawskim mieszkaniu, w którym czekała na niego żona Alicja.

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego" po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego” po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

– Z rąk samego „Grota” –

Uwolnieni 18 stycznia 1943 roku oficerowie Armii Krajowej zostali przetransportowani do Warszawy. 13 lutego, za akcję pińską, która została uznana za wzorcową i na jej podstawie prowadzono szkolenia dywersji, Jan Piwnik „Ponury” i Jan Rogowski „Czarka” otrzymali nadania Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari i to z rąk samego generała „Grota” Roweckiego.

Porucznik „Kra” Kopisto, „porucznik „Kawa” Fijałka oraz trzynastu pozostałych uczestników akcji otrzymało również, i także z rozkazu Roweckiego, a z rąk Remigiusza Grocholskiego „Doktora” – nadania Krzyży Walecznych. Ordery mieli otrzymać już w wolnej, niepodległej Polsce. Nie doczekali…

Niemcy nie dali się oszukać i szybko doszli do wniosku, że to nie radzieccy partyzanci, a polski oddział Armii Krajowej dokonał tego śmiałego ataku na pińskie więzienie. Los zakładników trzymanych w tzw. Polskim Komitecie został przesądzony.

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Jan Piwnik zginął 16 czerwca 1944 roku pod wsią Jewłasze. Przed śmiercią zdążył wyszeptać: Powiedz żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem, i że umieram jako Polak… I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie…

– Zespół akcji pińskiej –

Wedle portalu cichociemni.ovh.org (dane oparte na wspomnieniach Alfreda Paczkowskiego w: „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”) skład grupy, która wzięła udział w ataku na więzienie w Pińsku wyglądał następująco:

Sekcja pierwsza – 1. por. Jan Piwnik „Ponury”, cichociemny,
2. pchor. Władysław Hackiewicz, „MSZ”, „Zaleski”,
3. pchor. Zbigniew Wojnowski, „Motor”,
4. pchor. Zbigniew Sulima, „esesman”
Sekcja druga – 1. por. Jan Rogowski, „Czarka”, cichociemny,
2. por. Wacław Kopisto, „Kra”, cichociemny
3. pchor. Zbigniew Słonczyński, „Jastrzębiec”, „Jastrząb”,
4. szer. Turoń, „Dzik”
Sekcja trzecia – 1. ppor. Michał Fijałka, „Kawa”, cichociemny,
2. szer. WIktor Hołub, „Kmicic”,
3. szer. Czesław Hołub, „Ryks”,
4. szer. Skwierczyński, „Dym”,
Sekcja czwarta – 1. sierż. „Wrona” – „Kruk”
2. szer. Władysław Westwalewicz, „Płomień”
Sekcja piąta – 1. kpr. Edward Pobudkiewicz, „Monster”,
2. szer. Henryk Fedorowicz, „Pakunek”
Sekcja szósta – grupa pińska, dowódca Bronisław Posłuszny, „Drucik”. Skład ani pozostałem nazwiska nieustalone (źr. cichociemni.ovh.org/pinsk.html)

*    *    *

Źródła
– Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Kraków 2012
– Jan Piwnik, Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku w: Alfred Paczkowski, Ankieta cichociemnego, Warszawa, 1987
– cichociemni.ovh.org
– Mariusz Gruszczyński, Jak Ponury więzienie w Pińsku  rozbijał w: skarzysko24.pl
Fot.: zdjęcia „Ponurego”  © Mariusz Baran-Barański/ skarzysko24.pl / ciekawostkihistoryczne.pl / studioopinii.pl

*    *    *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

POETA Z GŁOWĄ NA KARABINIE

Baczyński 1Gdy słynny historyk literatury Stanisław Pigoń dowiedział się, że Krzysztof Kamil Baczyński wstąpił w lipcu 1943 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej, powiedział Kazimierzowi Wyce: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami”.

Nad biografią Baczyńskiego pochylano się kilkukrotnie wyjmując przy tym na światło dzienne wiele fascynujących i mało znanych faktów z życia najwybitniejszego, zdaniem wielu historyków literatury, poety czasu okupacji. Choć autor niniejszego tekstu ukończył studia filologiczne, nie posiadł niestety umiejętności wprawnego analizowania dzieła literackiego.

Jeśli więc napiszę, że Baczyński został najważniejszym dla mnie (w latach szkolnych mawiałem „ulubionym”) polskim twórcą liryki, nie mam na myśli wyłącznie kryterium stricte estetycznego. Myślę przede wszystkim o ogromnym ładunku emocjonalno-mentalnym, który poeta przekazał po pierwsze – za pośrednictwem swojej wyjątkowej twórczości, po drugie – poprzez świadectwo własnego życia i to nawet wówczas, gdy sprowadza się ono dla nas do formy suchego biogramu i relacji z tzw. drugiej ręki.

Baczyński to wyobraźnia, to fascynacja formą i treścią świata, to pasja miłości nie zdewaluowanej współczesnym kiczem, to wreszcie niezwykła historia zwykłego człowieka o nieprawdopodobnych umiejętnościach i wrażliwej duszy.

– … w chmury się wbić w koronach drzew… –

Czymże mógł nasiąknąć urodzony 21 stycznia 1921 roku w Warszawie Krzysztof Kamil, skoro jego ojciec był żołnierzem Legionów Polskich, oficerem Wojska Polskiego, krytykiem literackim i dziennikarzem, a matka nauczycielką i autorką szkolnych podręczników? Czymże mógł nasiąknąć młody Krzysztof Kamil, skoro ukończył słynne Gimnazjum im. Stefana Batorego (choć ze słabymi ocenami, bo do szkoły chadzał rzadko), to samo, do którego uczęszczali „Alek”, „Rudy”, „Zośka” i „Anoda”, czyli bohaterowie spod Arsenału.

Fenomen Baczyńskiego to składowa dwóch czynników. Pierwszym z nich było środowisko i wychowanie (rodzice, szkoła, słynna 23 Warszawska Drużyna Harcerska „Pomarańczarnia”), drugim natomiast – jego introwertyczny charakter, umiejętność obserwacji i wyczucia rzeczywistości, talent kreacyjny, niesłychana wyobraźnia, wreszcie miłość do literatury, która rozwinęła i uwrażliwiła umysł chorowitego oryginała.

Oczywiście (wybaczcie mało wyszukaną metaforę) każdy kij ma dwa końce. Wrażliwy chłopak o charakterze indywidualisty nie miał wielu kolegów, nie wspominając nawet o bliskich przyjaciołach. Szybki rozwój emocjonalno-uczuciowy spowodował, że Baczyńskiemu bardzo trudno było znaleźć wspólny język z rówieśnikami. Wśród wspomnień o poecie znajdziemy więc i takie (E.Dusza), które mówią o tym, że kilkunastoletni chłopak o niepospolitym umyśle i takim talencie był wręcz nielubiany i to zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli.

Dziś rano cały świat kupiłem
Gwiazdy i słońce, morze, las
I serca, lądy i rzek żyły
Ciebie i siebie, przestrzeń, czas
(fragm. wiersza „Pieśń o Szczęściu”)

Pozorne – bujanie w obłokach, a de facto – zadawanie trudnych, a zarazem wielce niewygodnych pytań, na przykład na temat przeznaczenia własnego pokolenia (daleko wówczas było do określenia ich Kolumbami), w które, co wydać się może dziś niesłychanie mało prawdopodobne, była jego zdaniem wpisana zagłada i to niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa, nie przysparzało mu sympatii. Zapewne traktowano go, jako wyniosłego dziwaka, który brak tężyzny fizycznej nadrabiał pseudointelektualną, w mniemaniu rówieśników, gadaniną.
Prawda była jednak taka, że Baczyński cierpiał ze względu na dojrzałość intelektualną, umiejętność zaobserwowania niewidzialnych dla kolegów elementów świata i niepospolitą wyobraźnię. Cierpiał na to, na co cierpi każdy geniusz wyprzedzający swą epokę.

– … Nas nauczono… –

Niezwykłe, a z drugiej strony szalenie symptomatyczne dla ludzi w jego pokolenia, okazało się odnajdowanie przez Baczyńskiego własnej drogi wśród okupacyjnej pożogi. Ten przewrażliwiony na punkcie sztuki i natury świata człowiek, porzucił studia polonistyczne, po to, aby służyć krajowi i niewiele, jak się zdaje, jest w tym pomnikowej pompatyczności, którą tak chętnie krytykują powierzchownie analizujący problem współcześni znawcy historii, sztuki i kultury masowej.

Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
którem kości kijem złamano;
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
(fragm. wiersza „Pokolenie”)

W lipcu 1943 roku Baczyński wstąpił do Armii Krajowej (sekcyjny w II plutonie „Alek” 2. kompanii „Rudy”, słynnego batalionu „Zośka”). Odtąd „Krzysztof”, „Zieliński” (pod takimi pseudonimami figurował w AK) był jednym z tysiąca trybików podziemnego państwa polskiego – w swym mieszkaniu w skrytce na broń trzymał Thompsona, dwa Steny, MP 40, granaty, materiały minerskie, podręczniki, mapy oraz prasę konspiracyjną. Należy przy tym pamiętać, że pochodzenie Baczyńskiego (jego matka była z pochodzenia Żydówką, a możliwe, że i w żyłach ojca płynęła żydowska krew) w przypadku odkrycia, skazywało go na wyrok śmierci.

Książka 2– … Ziemio krwią i ogniem płynąca… –

Jak napisał w swoim artykule Józef Lewandowski, choć „Baczyński uważał się za Polaka, był Polakiem, kim by nie byli jego rodzice i dziadkowie” i choć „funkcjonował” w polskiej kulturze, to jednak na kwestię antyżydowskich wystąpień okazywał się niezwykle czuły i to już od najmłodszych lat. Do legendy przeszła bójka w szkolnej klasie, która miała miejsce w roku 1935 roku, podczas lekcji matematyki, gdy odpowiadający przed nauczycielem Ryszard Bychowski został nazwany „Żydem”, skutkiem czego wywiązała się krwawa bójka, w której Baczyński wraz z czterema kompanami bronił honoru kolegi przed trzydziestoosobową grupą „prześladowców”.

W „Kronice życia i twórczości Krzysztofa Baczyńskiego” Zbigniew Wasilewski wyjaśnia kwestie narodowościowe poety: „rodzina Baczyńskich pochodzi z drobnej szlachty podkarpackiej a jej herb Sas świadczy o dawnych związkach genetycznych z osadnictwem saksońskim i wołoskim rodem Dragów-Sasów. (…) Rodzina Zieleńczyków, pochodzenia żydowskiego, całkowicie spolonizowała się w wieku XIX i należała do światłej inteligencji warszawskiej”(s. 19)

Ważny w tej sprawie jest również kontekst wykraczający poza kwestię samej tożsamości, czy pobudek etyczno-moralnych, choć i one w przypadku Baczyńskiego odgrywała istotną rolę. Poeta (znów odwołam się to Józefa Lewandowskiego) doskonale rozumiał wywodzącą się jeszcze od Mickiewicza tradycję polskiej humanistyki i kultury, która w swoim najwartościowszym nurcie wolna była od narodowościowych uprzedzeń. W końcu nie bez znaczenia było także piętno ojca – człowieka o wyraźnie lewicowych poglądach, którymi musiał nasiąknąć za młodu Krzysztof Kamil (był członkiem socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Spartakus”).

Trop lewicowy owiany jest w przypadku Baczyńskiego aurą tajemnicy, a choć zaraz po wojnie ślad ten mógł być jeszcze świeży, został zatarty przez nową władzę, wszakże aż do odwilży, dzieła jak i ich twórca (uznawany za czołowego poetę „faszystowskiej” Armii Krajowej) były przez komunistów całkowicie ignorowane. Dopiero po śmierci Stalina niejako z miejsca, stał się Baczyński zjawiskiem w polskiej kulturze nośnym, choć przesadnie eksponowany wątek socjalistyczny („Spartakus”) wypaczał obraz jego biografii.

Niewiele wiemy na temat członkostwa Krzysztofa Kamila w „Spartakusie”, nie znamy również powodów wystąpienia z organizacji. Wielu badaczy podejmujących temat odejścia poety od lewicowych poglądów zwraca uwagę na prosty aspekt polityczny – Baczyński nie mógł być głuchy na pakt Ribbentrop-Mołotow, wkroczenie wojsk sowieckich 17 września, deportacje ludności polskiej i żydowskiej oraz terror sowiecki. Zerwał nawet w związku z tym kontakt z kuzynką mieszkającą na terenach dzisiejszej Białorusi (a przed wojną – II Rzeczpospolitej), której mąż składał dziękczynienie wojskom Stalina za uwolnienie ich spod polskiego „jarzma”.

Bez względu bowiem na osobiste przekonania i światopogląd, miał Baczyński niesłychanie głęboko zakorzenione poczucie obowiązku. Zdaje się, że poeta czuł, iż jest „coś” dłużny zarówno tej ziemi, jak i może przede wszystkim kulturze polskiej, dlatego też w 1943 roku wstąpił nie do Armii Ludowej, a AK, i dlatego też zrezygnował ze studiów i zajął się działalnością konspiracyjną. Wspomniane uczucia wzmagała coraz silniejsza więź z wiarą (niektórzy temu przeczą uważając, że motyw Boga znajdował się w jego twórczości wyłącznie w celu zadowolenia matki) i nęcący Baczyńskiego-poetę mistycyzm.

Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy-
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia,
długie nogi wysielców pociągną jak sznur.
(fragm. wiersza „Jesień ’41)

Apolityczności Baczyńskiego, który jak się zdaje po 1943 roku przestał walczyć o Polskę prawej strony lub Polskę lewej strony, a dbał o Polskę wolną po prostu, widoczna jest również w tym, że jego twórczość publikowana była zarówno w lewicowych „Płomieniach”, jak i na kartach „Sztuki i Narodu”, a więc zjawiska w polskiej literaturze o silnie nacjonalistycznej proweniencji (na łamach tego drugiego wydano największe poetyckie dzieło lat okupacji „Wiersze Wybrane” Baczyńskiego vel. Jana Bugaja).

Basia

Barbara Baczyńska z Drapczyńskich

– … wtedy przepłyniesz we mnie… –

Twórczość najwybitniejszego, zdaniem wielu, poety czasu okupacji to nie tylko poezja „ze środka spełniającej się apokalipsy”, zanurzona w katastroficznym pejzażu idących na stracenie młodych ludzi, ale również przepełniona ogromną miłością liryka skierowana do konkretnej osoby. Choć w życiu Baczyńskiego było kilka kobiet, tak naprawdę liczyły się tylko dwie.

Pierwszą z nich była ukochana matka – Stefania, którą syn po śmierci ojca otoczył troskliwą opieką; drugą poznał 1 grudnia 1941 roku w mieszkaniu Emilii i Tadeusza Hiżów. Barbara Drapczyńska, koleżanka z tajnej polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, to dziewczyna, której poezja polska zawdzięcza – zdaniem Kazimierza Wyki – najpiękniejsze erotyki. Krzysztof Kamil i Barbaraba pobrali się już po pół roku znajomości, a uroczystość odbyła się w kościele na Solcu.

Basi…
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę ten strumień żywy
przeobrażenia, duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.

Ułóż wezbrane oczy w kołysce, ciało na skrzydłach
jasnych demonów, wtedy przepłyniesz we mnie
jak listek opadły w ciepły tygrysi pomruk.
(„Kołysanka”)

Utalentowany poeta swą twórczość dedykował nie tylko ukochanej kobiecie, ale i, o czym pamięta niewielu, również… ukochanym psom, które tak jak matka, darzył wielką czułością. Ukochany foksterier Fred został uwieczniony na fotografii zamieszczonej w tomie wspomnień o poecie („Żołnierz poeta, czasu kurz…”, Kraków 1967), zaś złotobrązowy spaniel Dan został adresatem dedykacji w poświęconym mu popularnym wierszu „Z psem”.

Baczyński 1– … pochylony nad śmiercią… –

Baczyński w czasie wojny strzelał nie tylko poetyckimi strofami, ale i karabinowymi kulami. Między innymi uczestniczył 27 kwietnia 1944 roku w akcji wykolejenia pociągu niemieckiego na odcinku Tłuszcz-Urle, która spowodowała 26-godzinną przerwę w ruchu.
Baczyński-żołnierz przedstawiał jednak zdaniem słynnego dowódcy 2. kompanii baonu „Zośka” pchor. Andrzeja Romockiego „Morro” mniejszą wartość niż Baczyński-pisarz-intelektualista i dlatego otrzymał stanowisko nieoficjalnego szefa prasowego kompanii.

Kazimierz Wyka podczas swojej prelekcji pt. „Droga Do Baczyńskiego” wygłoszonej na uroczystym zebraniu Pen-Clubu w dniu 27 marca 1974 roku rzucił światło na sprawę przystąpienia Baczyńskiego do Powstania. Tekst został też ogłoszony w „Kulturze” 1979, nr 51/52 i 1980, nr 1.
„…Zacząłem mu tłumaczyć – mówił Wyka. – Czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!.”

Pod koniec życia śpieszył się z pisaniem, tworzył można by rzecz łapczywie chcąc przelać na papier jak najwięcej ze swoich uczuć, myśli i obaw. Przeczuwając, że koniec jest bliski, w ostatnim wierszu datowanym na 13 lipca 1944, napisał o kimś, kto „pochylony nad śmiercią zaciska palce na broni”…

1 sierpnia 1944 roku, gdy wybuchła godzina „W”, Baczyński znajdował się w rejonie placu Teatralnego, gdzie zresztą został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Odcięty, postanowił przyłączyć się do ochotników, którymi dowodził ppor. „Leszek”.
W czwartym dniu Powstania poeta przebywał w Pałacu Blanka i to właśnie tam, około godziny czwartej po południu, dosięgła go kula niemieckiego snajpera.
1 września 1944 zginęła także żona Baczyńskiego – Barbara Baczyńska z Drabczyńskich. Została tylko poezja…

Źródła:
– Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory zebrane, Kraków 1994, t. I-II.
– Józef Lewandowski, Wokół biografii K. K. Baczyńskiego, Szkło bolesne, obraz dni. Eseje nieprzedawnione, Ex Libris, Uppsala 1991
– Wiesław Budzyński: Śladami Baczyńskiego. Warszawa: Muzeum Historyczne m.st. Warszawy, 2009, s. 81,97. ISBN 978-83-88477-92-8
– baczynski.art.pl/kkb
– Czesław Mozil & Mela Koteluk: Utwór promujący film o K.K. Baczyńskim – „Pieśń o szczęściu”

* * *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

ZAMACH W BARZE „ZA KOTARĄ”

StenStary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć.
– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu.

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było zamordowanie Józefa Staszauera –  oficera Oddziału V KG AK i zdrajcy.

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić.

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy tysiące osób wyznania mojżeszowego gniło w piekła getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal.

Podejrzenia powinno wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, że pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników (wszelki ślad po nich zaginął), a Staszauera pozostawiano w spokoju. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli.

Zamach

Plakat filmu „Zamach” z 1958 r.

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwa żołnierze podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta.

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy).

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie.
Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo.

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego karę śmierci.

– Plan –

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia).

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa przybytku). To właśnie ten punkt zostało wytypowane przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na śmierć konfident przebywał najwięcej czasu.

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziła podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski (wiadomym wszakże było, że nie będą za nie płacili) i starali się rozeznać w sytuacji.

Ich zadaniem było: po pierwsze stwierdzić, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i po drugie: obserwować pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni.

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy STEN. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”.

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami). Jak podaje autor artykułu, dostępnego na stronie powstanie-warszawskie-1944.pl: „Ubezpieczenie uzbrojone było w pistolety, granaty i jeden pistolet maszynowy STEN obsługiwany przez „Sokoła”.”

por. Stefan Matuszczyk "Porawa" (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

por. Stefan Matuszczyk „Porawa” (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

– Przypadek? –

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem:
– Jest wsypa. Odwołajcie akcję.

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasnym, że jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar.
Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek. Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta.

Koniec końców „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę w gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru.

– Morze ognia „Pod kotarą” –

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a Doktur siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany.

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy” (źr. powstanie-warszawskie-1944.pl). Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”.

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których również dosięgnął ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina” („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć do lokalu na ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”).

Szubienica– 11 trupów i jedna tajemnica –

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobnież także agentów Gestapo).

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała, jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”.

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W [Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140] pisze:

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski, oraz wspomniana już kelnerka, Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych tu dwu Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.”

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego.

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie – patrz książka telefoniczna, gdzie czytamy: „W. Chojecki”) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech”

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdło się mu ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć.

– Efekty akcji „Za kotarą” –

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko.
„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych.

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.

Na dawnej strony autorstwa Whatfora (powstanie-warszawskie-1944.pl) znajduje się szczegółowy wykaz ofiar i spis uczestników akcji, które przedstawiamy poniżej:

W barze „Za kotarą” zginęli:
1. Józef Staszauer „Aston” – cel zamachu
2. Helena Staszauer – jego żona i współpracownica
3. Eugeniusz Larsch – szwagier Staszauera
4. żona Larscha, szwagierka Staszauera
5. Agent Gestapo
6. Agent Gestapo
7. Henryk Müller – Reichsdeutsch, syn właściciela zakładów w Piastowie
8. Henryk Braun – dyrektor tych zakładów
9. Zygfryd ? – obywatel Rzeszy
10. Adolf Kuratz – Volksdeutsch, Treuhänder Hotelu „Europejskiego”
11. Jerzy Konarzewski „Toruń” – konfident Gestapo z komórki antylewicowej.
Wśród zastrzelonych znalazły się także osoby przypadkowe:
12. Tadeusz Wojciechowski (Tadeusz Chojecki?) – członek Polski Niepodległej
13. Tadeusz Zjawiński – prawdopodobnie klient Chojeckiego
14. Maria Malanowicz-Niedzielska – aktorka pracująca w barze jako kelnerka

W akcji „Za kotarą” wzięli udział, m.in.:
Porawa – ppor. Stefan Matuszczyk
Ryś – ?
Naprawa – pchor. Tadeusz Towarnicki
Nina – Danuta Hubner
Zosia – Zofia Rusecka
Szlak – Bolesław Bąk
Burza – Stanisław Bąk
Doktur – Leon Bąk
Sokół – Bronisław Gwiaździński
Andrzejewski – pchor. Andrzej Zawadzki
Clive – Zbigniew Szumański
Teresa – Iza Horodecka
Gil – Ryszard Duplicki

* * *

Źródła:
– Akcja za kotarą w: http://www.powstanie-warszawskie-1944.pl
– Tomasz Strzembosz „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944” PIW, 1983
– Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, „Przeciw konfidentom i czołgom”, RADEWAN-WANO 1996
– Egzekucja zdrajców w: Strona byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KÓŁKO ZAMIAST OBRĄCZKI

800px-Lokajski_-_Ślub_powstańczej_pary_(1944)Trudno powiedzieć, czy to była dobra decyzja. To był po prostu moment taki, że właściwie nie wiedzieliśmy, co się z nami dalej stanie. Chcieliśmy mieć bliski związek ze sobą. Nie wiadomo było, czy jedno zginie, czy przeżyjemy. Przecież to były straszne chwile. (…) Byliśmy zamknięci, byliśmy skazani właściwie na zagładę. Jeżeli uczucie zakwitło przedtem, to chcieliśmy jakoś to sfinalizować, przecież byliśmy młodzi. Ile miałam lat? Nie miałam dwudziestu lat, a Maciej miał dwadzieścia cztery, dzieciaki. | Opowiada Grażyna Pilszak w wywiadzie udzielonym „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego (2007).

Powstanie Warszawskie, wydarzenie nie mające sobie równych w nowożytnej historii, kojarzy się na ogół z cierpieniem obrońców stolicy, kojarzy się z sześćdziesięcioma trzema dniami niepojętej walki o każdą ulicę, każdy skwer, dom i bramę, kojarzy się ze zbrodniami katów spod znaku swastyki, zdradą Sowietów i Anglosasów, zniszczonym do cna miasta, które po zakończeniu walk przypominało nie metropolie, a księżycowy krajobraz. Ów czarny od popiołu księżyc pochował w swych zgliszczach prawie 250 tysięcy ludzi.

Historycy, trudno ich za to winić, zajmują nas tym, co z kronikarskiego punktu widzenia wydaje się najważniejsze. Powstanie Warszawskie to jednak nie tylko (choć przede wszystkim) śmierć i walka. To również setki drobnych epizodów. To epopeja życia codziennego z jej wszystkimi urokami, bolączkami, problemami i radościami. To ludzkie losy, nie zawsze wielkie i pamiętliwe, a równie często zwykłe, śmieszne, skomplikowane, choć bez wyjątku zawsze bardzo trudne. To w końcu miłość, bo kto powiedział, że w czasie „spełnionej apokalipsy” nie można kochać? Dziś właśnie o tym ostatnim temacie spróbujmy opowiedzieć w kilku zdaniach.

Wyliczono, że w czasie Powstania Warszawskiego doszło do 256 ślubów, co daje cztery tego typu uroczystości dziennie. Jeśli podana liczba nie robi na Was wrażenia pomyślcie o mieście, które przez 63 dni było masakrowane z ziemi i powietrza, na które każdej doby spadały tony pocisków, a łuny pożarów wzbijały się na setki metrów ponad ziemię. Wyobraźcie sobie miasto równane z ziemią, w którym brakowało lub nie było w ogóle: wody, prądu, ścian, dachów, jedzenia i lekarstw.
Niesłychaną doprawdy istotną jest człowiek, skoro nawet w takich okolicznościach nie myśli wyłącznie o prozaicznych potrzebach zapewniających byt, ale łaknie ciepła drugiego człowieka. A ludzie nie tylko się kochali i nie tylko potrzebowali fizycznej bliskości, chcieli również swój związek finalizować.

Zdecydowaną większość przysiąg małżeńskich zawarto pomiędzy Powstańcami, biorącymi czynny udział w walkach żołnierzami Armii Krajowej, których liczbę na początku sierpnia ’44 szacuje się wedle różnych źródeł na 40-50 tysięcy. Przeważająca w stolicy ludność cywilna skupiała się na przeżyciu jeszcze jednego dnia w warszawskim piekle. Żenili się głównie Powstańcy.

Spośród 256 ślubów, które zawarto w tak niezwykłych okolicznościach, nie sposób dokonać wyboru tego największego, najbardziej niezwykłego i najbardziej znaczącego – każdy z natury swej rzeczy (i natury niezwykłego czasu) musiał być siłą rzeczy wyjątkowy. Powstańcy zaś decydowali się na oficjalny związek z kilku powodów.

Jak pisze Anna Swatowska: „Ślub dawał nadzieję. Zawarty w kościele katolickim stawał się, dla ówczesnej młodzieży, wartością, której podtrzymanie wydawało się niemożliwe w rzeczywistości powstańczej. Był próbą powrotu do normalnego życia, stawał się namiastką dawnej przedwojennej rzeczywistości”.

Pokolenie urodzone około 1920 roku, na potrzeby szkolnej edukacji zwane „Pokoleniem Kolumbów”, miało wpojone nie tylko bardzo silne przywiązanie do własnej suwerenności, własnego języka, myśli, religii, wolności i kultury – wartości, cenę których dziś nie sposób nam sobie wyobrazić i w pełni pojąć. Pamiętajmy również, że byli to przede wszystkim młodzi ludzie – skorzy do miłostek, łatwych wzruszeń, zrywów serca i emocji, które pod wpływem „powstańczej apokalipsy” dojrzewały, a w obliczu czyhającej zewsząd śmierci prowokowały do podjęcia poważnych decyzji, które miał „coś” znaczyć.

Taką, dla wielu wydawałoby się dziś pochopną, decyzję podjęła siedemnastoletnia wówczas Beata Rybińska, która wyszła za mąż za ciężko rannego żołnierza AK.
– W gabinecie ojca z pomocą ciotki Zosi zrobiono bardzo piękny ołtarzyk. Powieszono prześliczną ikonę Matki Boskiej. Przyniesiono świece i kwiatki pozrywane z okolicznych balkonów i podwórek. Potem ustawiono klęcznik mojej babki dla mnie, a dla Leszka leżankę. Dostałam również ze szpitala biały fartuch chirurgiczny, wiązany na tasiemki, z kieszonką – to była moja suknia. Na głowę zrobili mi wianek z biało-czerwonych pelargonii. Na rękawie miałam opaskę powstańczą.

Fryzjer, którego zakład spalił się naprzeciwko, i ojciec go przygarnął, był szczęśliwy, że będzie mógł mnie uczesać do ślubu, bo uratował wszystkie swoje przyrządy. Leszkowi ogolili brodę, podcięli włosy i był w swojej panterce, którą wypraliśmy i suszyliśmy w nocy żelazkiem. Spodnie miał frakowe. Szedł, opierając się na moich ramionach. Osób było ponad 100. Cały nasz oddział doszedł w chwili naszej przysięgi małżeńskiej. Był 3 września 1944 r. godzina 12.00. Stanęli za nami. Patrzyłam na nich, wielu miało pozawijane głowy, ręce na temblakach, opierali się na kulach. Nie było prawie zdrowego człowieka. (Oddział liczył 94 osoby, a po powstaniu zostało 16). W tym czasie miał miejsce silny nalot na naszą dzielnicę i słychać było wybuchy bomb.

Ksiądz wygłosił piękną mowę, nawiązując do rodziny polskiej, której w tym dniu było akurat święto. Potem nastąpiły wzruszające życzenia. Najpierw ojca, który był jedyny z rodziny, a później życzenia w imieniu nieobecnej mamy, sióstr i rodziców Leszka. Potem przeszliśmy do stołowego pokoju, gdzie zgromadzono wszystkie sprzęty nadające się do siedzenia.

Józef Siudakowski, stary służący dziadków, przyniósł śliwowicę. Chłopcy suchą kiełbasę, suchary, kompot z truskawek. Dostałam też butelkę perfum od kogoś, kto szedł na nasz ślub, kiedy akurat zbombardowali perfumerię. Były też kanapki z ostatnich dwóch pomidorów, resztki chleba i pudełko sardynek. To było całe przyjęcie. Potem nastąpiły toasty: niech żyje Polska!, niech żyje gen. Bór!, niech żyją „Patowie” (to był pseudonim mego męża).

Potem prof. Stebelski powiedział wstrząsającą, optymistyczną mowę, mimo że właśnie stracił jedynego syna, a przedtem umarła mu żona. Patrzył czule na chłopców słabych od niewyspania, rannych, a do mnie powiedział, że to jest najszczęśliwszy dzień jego życia. Zastanawiałam się, dlaczego tak powiedział. Może dlatego, że udało mu się podnieść na duchu po tym, co przeżył, i dać innym radość? Ja się pobeczałam. Potem Józef Siudakowski przyniósł szrapnel – jeszcze gorący, który spadł na nasz dach – jako prezent dla nas.

Do najsłynniejszego powstańczego ślubu (najsłynniejszego, bo uwiecznionego na filmie i mojej ulubionej fotografii autorstwa Eugeniusza Lokajskiego) doszło 13 sierpnia.
Ona – Lilka Treutler – była sanitariuszką w batalionie „Kiliński“. On – Bolesław Biega „Pająk” służył w podziemnej podchorążówce, szkolił młodzież w obsłudze broni, a w pierwszych dniach sierpnia został ranny w rękę, której zresztą omal mu nie amputowano.

Na słynnej fotografii (na początku artykułu) – ona w jasnej sukience i ciemnej spódnicy z zawieszonym w Stule wzrokiem, on z ręką na temblaku, w pożyczonym mundurze spogląda w oczy kapelana. Oboje młodzi i piękni, z biało-czerwonymi, akowskimi opaskami na ramionach i widoczną na zamyślonych twarzach okupacyjną blizną.

O ślubie decydowała chwila. Jedna myśl podjęta w obliczu piekła żarzącego się miasta. Wspomina Bolesław Biega:
– „Frasza” (Franciszek Szafranek), dowódca kompanii też został ranny następnego dnia przy zdobywaniu poczty. Tak, że dowództwo nad kompanią objął mój przyjaciel Staszek Brzosko, dlatego ciągle wspominam Brzosko, który objął dowództwo nad 2. kompanią. Ja byłem dowódcą jednego plutonu, on był dowódca drugiego plutonu, ja byłem ranny, a on objął dowództwo nad kompanią.

„Frasza” mówi: „No, dlaczego wy się nie pobierzecie?”. Mówię: „No jak w takiej sytuacji możemy się pobrać?”. – „Ja to załatwię”. Przez gońca posłał notatkę do dowództwa batalionu i wieczorem goniec wrócił, że kapelan batalionowy „Corda” przyszedł dać nam ślub. Zaraz „Frasza” posłał gońca na pocztę powiedzieć Lili, że jutro ma być jej ślub o godzinie jedenastej i niech się stawi. I przyszła.

Jak widać na fotografii, miałem całą rękę w gipsie. Nienajgorzej się czułem, [ale] bolało, oczywiście, że bolało. Miałem ranę na nodze, ale jakoś nienajgorzej się czułem. Żona Vitali, Rysia Vitali chciała nam dać ich obrączki, ale ja odmówiłem. Myśmy używali tych kółek od firanek jako obrączki. Gdzieś od kogoś dostali mundur, bo ja byłem po cywilnemu, tylko z… opaską. Jakoś mnie na ślub w ten mundur ubrali, dlatego na zdjęciach jestem w mundurze, a to nie był mój mundur.

W „Adrii” po drugiej stronie ulicy była jednostka propagandowa Armii Krajowej. Jak usłyszeli, że po drugiej stronie ulicy odbywa się ślub, to przybiegli z aparatami i [kamerami] filmowymi, i Lokajski ze swoim aparatem. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Powstańcze uczucie Bolesława i Lilky, którzy mieszkają na stałe w Nowym Jorku, przetrwało do dziś.

Dowódca Powstania Antoni Chruściel „Monter” widząc silną potrzebę wiązania się młodych ludzi w tych ciężkich dniach wydał 18 sierpnia rozkaz, który regulował, w świetle prawa, sposób zawierania małżeństw w trakcie trwania Powstania Warszawskiego.

Ułatwiali przyjęcie sakramentu małżeństwa również kapelani i księża. Jak czytamy w artykule Anny Swatowskiej: – Zapowiedzi wygłaszano tylko raz, a sama ceremonia zaślubin była bardzo krótka. W przypadku ślubu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Jadwigi Wolskiej nie trwała ona dłużej niż siedem minut („Kurier z Warszawy”).

Dla zakochanych nie liczył się strój i kolacja weselna, która w tych okolicznościach ograniczała się zazwyczaj do symbolicznego poczęstunku.
W miarę możliwości starano się jednak, aby ten wyjątkowy dzień w życiu nowo poślubionych, choć w pewnym stopniu kojarzył się uroczyście.
Pan młody zakładał więc mundur, a niekiedy i zdobyczną, słynną „panterkę” (czyli niemiecką kurtkę maskującą, które Powstańcy zdobyli w magazynach na Stawkach).

Podczas „wesela” goście częstowani byli z reguły małą kromką chleba posmarowaną marmoladą, kawałkiem naprędce upieczonego placka z mąki, kieliszkiem czystego spirytusu i papierosem. Byli i tacy, którym się poszczęściło i mieli wesele, o którym inni mogli zaledwie pomarzyć, choć rzecz jasna to nie ono było w tych dniach najważniejsze.
– Dopiero później skończył się atak i urządzili ucztę weselną na poczcie, bo myśmy (zdobyli) wielkie magazyny. Były sardynki francuskie, angielskie papierosy, były francuskie wina zdobyte od Niemców” – wspomina Bolesław Biega. („Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).

Jak policzyli historycy w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego związek małżeński zawarło 256 par. Wiele spośród nich cieszyło się sobą zaledwie kilka dni, a czasami i godzin. W 2008 roku powstał film „Epidemia miłości” w reżyserii Macieja Piwowarczuka (dostępny w polskiej oraz angielskiej wersji językowej) opowiadający o związkach małżeńskich w Powstaniu Warszawskim.

Artykuł dedykuję:
Damianowi i Natalii Kacprzak
oraz
Piotrowi i Marcie Zawadowskim,
którzy ostatnio związali się przysięgą małżeńską

Źródła
– „Archiwum Historii Mówionej” Muzeum Powstania Warszawskiego, 2009).
– „Powstańczy Ślub” – dodatek specjalny „Rzeczpospolita” z 4.IX 2004 r.
– „Miłość i małżeństwa w Powstaniu Warszawskim” – Anna Swatowska

* * *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA