Tag Archives: armia krajowa

Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiadu gen. Reinharda Gehlena [opis książki]

polskie-podziemie-w-oczach-wroga„W tej woli oporu i zwycięstwa niektóre czynniki uwidaczniają się szczególnie mocno. Jest to przede wszystkim tęsknota za pełnią życia oraz różnorodnymi możliwościami jej doznania. Tam gdzie Polakom ogranicza się te możliwości, tam gwałtownie wybucha jego sprzeciw.” | Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiady gen. Reinharda Gehlena, Wydawnictwo M, Kraków 2016, s. 165.

Czytaj dalej

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

POPEŁNIŁEM: Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia

Rozkaz Trzaskać PiotrowskiKilka tygodni temu miała miejsce premiera mojej trzeciej książki pod tytułem Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia. Dołożyłem wszelkich starań, aby rzecz była zajmująca i możliwie najwierniej oddała przebieg wybranych akcji. Na ile to się udało, ocenicie sami. Zachęcam do lektury.

Poniżej krótka informacja od mojego wydawcy (DW PWN) oraz linki do umieszczonych w sieci recenzji. Na końcu kilka słów o tym, co znajdziecie w poszczególnych rozdziałach książki.

Informacja od wydawcy:
Książka przedstawia wybrane akcje polskiego podziemia w okupowanej przez Niemców Warszawie i Krakowie, a także na ziemiach zagarniętych po 1939 roku przez ZSRR. Zostały w niej opisane zamachy, akcje likwidacyjne, akcje odbicia więźniów – niektóre nieznane lub wręcz zapomniane. Każda z tych historii nadaje się na scenariusz dobrego kina sensacyjnego…
Autor opisuje przygotowania to wybranych akcji i ich przebieg, ale zwraca także uwagę na motywację i pomysłowość uczestników, a także podłoże emocjonalne i konsekwencje (źr. http://www.dwpwn.pl)

Opublikowane do tej pory recenzje książki (linki). Zachęcam do lektury przed ewentualnym kupnem książki:
zielonowglowie.blogspot.com – Walczyć z apokalipsą…
histmag.org – Recenzja
historia.org.p – Recenzja
Półka z Kulturą – Recenzja
http://mojswiat-szelestkart.blogspot.com – Recenzja
http://pasje-fascynacje-mola-ksiazkowego.blogspot.com – Recenzja
Dziennik Łódzki – Książka o niezwykłych akcjach łódzkiego podziemia podczas II wojny światowej

Spis treści (plus kilka słów o tym, czego dotyczą poszczególne rozdziały):
– Rozdział I: BOLLWERK (czyli podpalenie magazynów III Rzeszy w porcie rzecznym w Poznaniu)
– Rozdział II: ZDOBYĆ WIĘZIENIE (jak Jan Piwnik „Ponury” rozbił więzienie w Pińsku)
– Rozdział III: BOMBY W BERLINIE (zapomniane akcje polskiego podziemia w Berlinie)
– Rozdział IV: POKÓJ 228 (zamachy na SS-Oberscharführera Herberta Schultza i SS-Rottenführera Ewalda Lange)
– Rozdział V: KAMIKAZE (szaleńczy atak Jana Krysta w „Adrii”)
– Rozdział VI: ZEMSTA I ZDRADA (o oddziale Piwnika, pacyfikacji Michniowa i zdradzie zaufanego żołnierza AK)
– Rozdział VII: „N” W ŁODZI (walka z okupantem w Łodzi)
– Rozdział VIII: PENSJONAT (uwolnienie więźniów z jasielskiego więzienia)
– Rozdział IX: GÓRAL (słynna akcja zdobycia prawie 105 milionów złotych)
– Rozdział X: DZIEWIĘĆDZIESIĄT SEKUND – AKCJA „GŁÓWKI” (zamachy na SS-Oberscharführera Franza Bürkla, SS-Hauptscharführera Augusta Kretschmanna i  SS-Sturmmanna Ernsta Weffelsa)
– Rozdział XI: ZA KOTARĄ (likwidacja groźnego konfidenta w warszawskim barze)
– Rozdział XII: POLOWANIE NA GRUBEGO ZWIERZA (zamachy na gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera i gubernatora GG Hansa Franka)
– Rozdział XIII: STRZAŁY POD WAWELEM (zamach na wyższych Dowódców SS i Policji w GG – Friedricha Wilhelma Krügera i Wilhelma Koppe)
– Rozdział XIV: ZAPOMNIANE AKCJE „KOLEGIUM A” (zapomniany oddział Józefa Rybickiego i jego zapomniane akcje)
– Rozdział XIV: ZWOLNIENIE ZE SZPITALA (uwolnienie więźniów ze Szpitala Jana Bożego)

Książkę można kupić w księgarniach lub w internecie (na przykład: TUTAJ )
Życzę zajmującej lektury. Za ewentualne wpadki z góry przepraszam

– Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

KOMENTARZ HISTORYCZNY: ’44 i DZIŚ

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / www.1944.pl

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / http://www.1944.pl

69. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego lada dzień stanie się znakomitym powodem, aby skłóconych skłócać jeszcze bardziej, a snujących poważną refleksję nad sierpniem 1944 porównywać do nacjonalistycznych oszołomów. Ciszej nad tymi mogiłami. Ciszej, bo wstyd.

Fakt pierwszy: Polskie Państwo Podziemne było największym ruchem oporu w czasie II wojny światowej.
Fakt drugi: Powstanie Warszawskie okazało się największym wystąpieniem mieszkańców jednego miasta przeciw władzy okupanta.
Fakt trzeci: Walcząca Warszawa miała moralne prawo uważać, że sojusznicy, którzy do wojny przystąpili z powodu Polski i w jej obronie, udzielą pomocy  miastu, a pomoc ta nie ograniczy się do zrzutów lotniczych, ale realnej pomocy.
Fakt czwarty: Chwila rozpoczęcia Powstania została słusznie wyznaczona na moment, gdy do prawobrzeżnej Warszawy zbliży się Armia Czerwona.
Fakt piąty: Za upadek Powstania odpowiadają alianci, którzy zdradzili swojego najbliższego sojusznika, odpowiada i Stalin, który wymordował miasto rękoma Niemców, tak jak po Powstaniu mordował ich rękoma NKWD i komunistów.

Fakt szósty i ostatni: Nie istnieje pytanie o sens Powstania. Biorąc pod uwagę gigantyczne straty w ludziach z racjonalnego punktu widzenia należy istotnie żałować, że Powstanie doszło do skutku (!), jednocześnie musimy zdać sobie sprawę z tego, że historia nie jest racjonalna, dlatego mimo swych oczywistych racji mylił się słynny kurier Jan Nowak-Jeziorański. Powstanie nie powinno mieć miejsca, a jednak nie mogło się nie odbyć. Na tym zasadza się jego największa tragedia.

Wbrew temu co się mówi i pisze o Powstaniu, decyzja o jego wybuchu nie została podjęta pod koniec lipca 1944 roku. Podejmowało ją polskie społeczeństwo za każdym razem, gdy hitlerowski i sowiecki okupant mordował polskich obywateli, podejmowało go polskie podziemie odpowiadając oporem na przemoc i walką na terror. – Począwszy od września 1939 roku.

Czy dobrze się stało, że Powstanie doszło do skutku? Oczywiście, że nie. Cóż jednak z tego, skoro odbyć się musiało i odbyłoby się, bez względu na decyzję podjętą przez generała „Bora” Komorowskiego. Gdyby nie ta, koniec końców tragiczna decyzja, Warszawa – w tamtych dniach wielka beczka prochu – i tak musiałby eksplodować. Dziękować Bogu, że był to wybuch w miarę możliwości „kontrolowany”.

To bowiem Powstanie, tak tragiczne w swych skutkach, uniemożliwiło Stalinowi uczynienie z Polski kolejnej republiki radzieckiej i stało się podwaliną suwerennej myśli polskiej, która z kolei pozwoliła wyrwać się pod koniec lat ’90 ze szponów komunizmu (niestety przemycając pod okrągłym stołem łajno „starego” systemu, którego nie rozliczono po dziś dzień).

Warszawa ’44 to więc summa summarum grecka tragedia. Dramat, w którym Polacy wybierali między mniejszym, a większym złem. Nie było w tym nic ani romantycznego, ani pompatycznego, choć była niepojęta zupełnie odwaga i prawda.
Gdyby chcieć zastanowić się nad tym, co należałoby zrobić, aby Powstanie nigdy nie doszło do skutku, należałoby cofnąć się nie do roku 1944, a przenieść  w czasie do schyłku XVIII wieku i tam szukać przyczyn. W historii wszystko ma bowiem swoje źródła.

Niech więc niektórzy spośród tych stojących po prawej stronie, nie pławią się bez opamiętania we krwi wszystkich tych nieszczęsnych ludzi, którzy (jakkolwiek brzmi to naiwnie dla jaśnie oświeconych intelektualistów) przelewali ją za swoją i potomnych (a więc naszą) wolność.
Przede wszystkim zaś niech milczy lewa strona. To ona, fetując dziś tych, którzy (w najlepszym wypadku) wykluczali ze świadomości i pamięci  zbiorowej bohaterów Powstania Warszawskiego, odebrała sobie jakiekolwiek prawo do ich osądzania. Również dlatego, że stanowi ona ideowo-duchową spuściznę po tych, którzy powstańców ścigali, torturowali i mordowali. I również dlatego, że wykazuje daleko idącą ignorancję w temacie Powstania i wypaczoną hierarchię wartości.

Niech w tych dniach milczy. Niech wpatrzy się w uśmiechy i wsłucha w jęki tych, którzy mieli odwagę nie pójść na bezwstydne kompromisy, którzy zostali oszukani i którzy nie zachowali niestety dość zimnej głowy, aby zrozumieć, że Polskę i Warszawę w 1944 roku sprzedano. Nie mogę pozbyć się przykrego wrażenia, że marzenie Warszawy ’44 o kraju w pełni wolnym, sprawiedliwym i suwerennym nie ziściło się do dziś dnia. Także dlatego – ciszej nad mogiłami…

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

CICHOCIEMNY FILOLOG

Adam Trybus - zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Adam Trybus – zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Jego nazwisko rzuciło mi się w oczy kilkukrotnie podczas lektury kilku książek dotyczących oddziałów dywersyjnych AK i cichociemnych. Tak naprawdę jednak na majora Adama Trybusa zwróciłem uwagę w pewien ciepły, czerwcowy dzień, w jednym z łódzkich tramwajów, w środku którego znajdował się plakat zawierający krótki biogram. Okazało się, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym w swojej zwyczajności i zarazem niezwykłym w swojej odwadze.

Wiadomości na temat tej niepospolitej postaci zapewne ograniczyłyby się  do informacji zawartych na wspomnianym plakacie oraz encyklopedycznym biogramie, gdyby nie odnaleziony w sieci artykuł autorstwa Tomasza Toborka p.t.: „Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)”. To na nim, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, oparłem treść niniejszego artykułu.

– Dwa lata w zawodzie –

Adam Trybus przyszedł na świat 3 sierpnia 1909 roku w Zręcinie, niewielkim miasteczku obok Krosna. Miłością do filologii klasycznej i kultury antycznej zapałał młody Adam jeszcze podczas nauki w gimnazjum. Nic więc dziwnego, że w 1929 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, właśnie na kierunku filologii klasycznej, gdzie ukształtowały go postaci wybitnych profesorów w osobach: Seweryna Hammera, Tadeusza Sinka i Leon Sternbacha. Ukształtowała go również ciężka praca, trzeba bowiem pamiętać, że Trybus pochodził z biednej rodziny i utrzymywał się sam.

Jeden z największych filologów polskich Jerzy Starnowski miał powiedzieć o nim „Niepospolity dydaktyk języka łacińskiego”. W ustach wybitnego pedagoga i zarazem wielkiego naukowca jest to komplement wyjątkowy.
Ten wielki talent pedagogiczny realizował się w krośnieńskim gimnazjum zaledwie przez dwa lata. Gdy nad Polskę nadciągały w sierpniu 1939 roku czarne chmury, Trybus został powołany na ćwiczenia wojskowe do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Tam zastał go wybuch wojny.

– Cichociemny filolog –

Hitlerowska nawała rozbiła oddział, w którym służył bohater naszej opowieści. Trybus podjął decyzję o przebijaniu się na Węgry, gdzie został internowany i skąd wkrótce zdołał uciec. Przez Budapeszt i Jugosławię dotarł nad Sekwanę, gdzie natychmiast wstąpił do tworzonego tam Wojska Polskiego, a po klęsce Francji wraz z tysiącami Polaków przedostał się do Wielkiej Brytanii.

To w Anglii Trybus trafił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej i podjął decyzję – zostanie cichociemnym. Znakomity filolog klasyczny szybko począł udowadniać swój inny ogromny talent  – talent żołnierski. Po odbyciu kursu spadochronowego, szkolenia w zakresie wywiadu i sabotażu przemysłowego, 24 sierpnia 1942 roku Adam Trybus złożył przysięgę, a w nocy 1 sierpnia wsiadł na pokład brytyjskiego samolotu, który pod osłoną nocy ruszył na wschód, w kierunku okupowanej Polski.

– Major rządzi w Łódzkiem –

Nocny lot do Polski nie obył się bez niebezpiecznej przygody. Na trop angielskiego samolotu trafiły niemieckie myśliwce, które o mały włos nie zestrzeliły bombowca wraz z przebywającym na pokładzie cichociemnym. Ostatecznie brytyjski pilot zdołał uciec Messerschmittom, a gdy znalazł się nad Siedlcami w czarną otchłań nocy poszybowała sylwetka, nad którą wnet rozłożyła się czacha spadochronu.
Po niespełna trzech latach Trybus znów dotknął ojczystej ziemi.

Podobnie, jak i każdy zrzucony na teren okupowanej Polski, cichociemny przekazał miejscowym oddziałom akowców pas z pieniędzmi oraz dokumenty, a następnie począł przedzierać się do Warszawy. W stolicy byłego państwa polskiego panował terror, o którym Trybus dotychczas jedynie mógł słyszeć. Teraz na własne oczy przekonywał się o ciężkim klimacie okupacyjnego dnia.

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Komenda Armii Krajowej zdecydowała się przerzucić nowoprzybyłego żołnierza do Okręgu Łódź – terenu, który nastarczał trudności, jako że znajdował się na granicy Generalnej Guberni z III Rzeszą. W Piotrkowie Trybunalskim „Gaj”, bo pod takim pseudonimem funkcjonował cichociemny, począł formować Kedyw (pion Kierownictwa Dywersji, którego zadaniem była walka zbrojna z okupantem), a że ze swych zadań wywiązywał się bezbłędnie jeszcze w styczniu 1943 roku otrzymał nominację na szefa Kedywu całego okręgu, gdzie podlegał płk. Michałowi Stempkowskiemu „Grzegorzowi” i dowódcy Kedywu Komendy Głównej AK płk. Emilowi Fieldorfowi „Nilowi”.

Trybus wykonał ogromną pracę reorganizując patrole dywersyjne i realizując rozkaz przełożonych zakładający wzmożenie akcji dywersyjnych w okolicach Opoczna, Piotrkowa, Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego. Tu przydały się pedagogiczne umiejętności, które wpłynęły na szybki rozwój oddziałów „Błyskawica”, „Burza”, „Grom”, „Wicher” i „Zryw”, dowodzonych przez wybitnych żołnierzy ze Stanisławem Karlińskim „Burzą”, Aleksandrem Arkuszyńskim „Majem” i Kazimierzem Załęskim „Bończą” na czele.

Organizowanie dywersji na ziemiach włączonych do III Rzeszy wymagało nie lada talentu i zręczności. Tej na szczęście Trybusowi nie zabrakło, dzięki czemu z czasem stworzono solidny mechanizm wojskowy w liczbie tysiąca żołnierzy, za co 11 listopada 1943 roku otrzymał on awans do stopnia kapitana. Niespełna rok później powstał 25 pułk piechoty Armii Krajowej, a jednym z jego głównych architektów był właśnie Adam Trybus.
Gdy dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się „podpalić” okupowaną Polskę i rozpocząć słynną akcję „Burza” Trybus został skierowany do bazy „Węzeł” w rejon Brzeziny – Koluszki, gdzie do jesieni pełnił rolę dowódcy oddziałów liniowych.

1 listopada 1944 roku przed Trybusem postawiono kolejne, arcytrudne zadanie. Mianowano go komendantem zdziesiątkowanego przez gestapo Inspektoratu Łódzkiego AK, a 1 stycznia 1945 roku awansowano do stopnia majora. W Łodzi postęp wymagał czasu i „pracy u podstaw”, a tych cichociemnemu nie dała Armia Czerwona, która wkrótce dotarła do miasta.

– Dobra zła decyzja? –

„Gaj” nie wiedział, jak zachować się względem Sowietów, a sprzeczne informacje przekazywane przez zwierzchników tylko potęgowały chaos. Postanowił czekać, kiedy jednak dostrzegł, że Armia Czerwona nie tylko przyniosła uwolnienie spod hitlerowskiego jarzma, ale i zakładała nowe kajdany i gdy dotarły do niego wiadomości o aresztowaniach dokonywanych przez Rosjan na dowództwu Okręgu Łódź AK, cichociemny postanowił działać.

To on powołał do życia Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK), którego głównym celem była samoobrona przed represjami Armii Czerwonej, NKWD i polskimi komunistami. I to on dał rozkaz ataku na więzienie w Pabianicach, gdzie przetrzymywani byli żołnierze AK.
Dzięki zdecydowaniu, szybkości w działaniu i znakomitemu planowi oddział dowodzony przez Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” uwolnił wówczas, bez jednego wystrzału, uwięzionych towarzyszy.

Trybus gotów walczyć z nieprawością czerwonoarmistów wiedział, że nie ma szans w starciu z wielką polityką. A ta, rozegrana w Teheranie, a dopełniona w Jałcie zakładała, że Polska nie będzie suwerenna, a jej granice zostaną przesunięte na zachód. Bez wsparcia z „góry” polskiego podziemia, „Gaj” zdecydował się skontaktować z premierem Edwardem Osóbką – Morawskim przekazując mu ze skarbca swojej organizacji 80 tysięcy dolarów i  następującej treści list:
*      *      *
Jako rejonowy inspektor Armii Krajowej Okręgu Łódzkiego mający pod swymi rozkazami znaczną liczbę oficerów i szeregowych znalazłem się w trudnym położeniu. Szef mój – bez którego rozkazu każde moje poczynanie formalnie musi być uważane za samowolę – został aresztowany. Obecnie rozwiązano władze państwowe Polski Podziemnej, od których oczekiwałem polecenia oddania się do dyspozycji Rządu Jedności Narodowej. W związku z tą sytuacją zdecydowałem się zwrócić do ob. Premiera, abym – działając zgodnie ze swym sumieniem Polaka – Obywatela – nie popełnił jako nie polityk i nie dyplomata – błędu.
Sumienie to nakazuje mi wydać rozkaz złożenia broni, amunicji oraz majątku stanowiącego własność AK odpowiednim organom rządowym. Opierając się na oświadczeniach Rządu o wykorzystaniu wszystkich sił Narodu do dzieła odbudowy, uprzejmie proszę o wydanie zarządzeń, ażeby przedstawieni przeze mnie ludzie:
Nie byli zmuszani do służby w bezpieczeństwie dla wyłapywania swych niedawnych kolegów, którzy się nie zgłoszą.
Nie byli pociągani do odpowiedzialności za czyny wykonane z rozkazu przełożonych.
Zostali zatrudnieni w swych zawodach.
Jednocześnie proszę o wydanie zarządzeń umożliwiających mi takie zorganizowanie oddawania broni przez podległe mi oddziały (Łódź, Pabianice, Łask i Brzeziny) oraz oddziały sąsiadujące, które mi ufają, aby mogło się to odbyć bez aresztowania ludzi. Chciałbym mieć możność przeprowadzenia oficjalnych odpraw z podległymi mi żołnierzami bez obawy o ich aresztowanie.
Będę bardzo wdzięczny, jeśli ob. Premier zechce zbadać akty oskarżenia moich kolegów z AK znajdujących się w tej chwili w więzieniu, a to celem uwolnienia tych wszystkich, którzy wykonywali wyłącznie rozkazy.
(treść listu za: Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)
*       *       *

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Ta arcytrudna decyzja podjęta przez Trybusa wywołała wśród wielu członków podziemia zrozumiały sprzeciw. Wielu uznało to posunięcie, za sprzeniewierzenie się idei Polski niepodległej i zdradę podopiecznych. Trudno odmówić im racji, choć należy pamiętać, że powojennych realiów nie sposób rozpatrywać w kategoriach bieli i czerni. Wydaje się również, że w wpływ na taką, a nie inną decyzję miało pedagogiczne doświadczenie człowieka, który odczuwał odpowiedzialność za setki swoich żołnierzy. To zaś, czy powinien przewidzieć konsekwencje ujawnienia organizacji dziś ocenić jest trudno.

Nieco blasku na kwestię okoliczności podjęcia przez Trybusa decyzji rzuca wypowiedź jednego z podopiecznych „Gaja” – Aleksandra Arkuszyńskiego, który wspominał, że Trybus zdawał sobie w tamtym czasie sprawę z potęgi militarnej sowieckiego reżimu i bał się o życie – nie swoje, ale młodych żołnierzy, których krwi nie zamierzał przelewać.

Pamiętajmy, że nie był to światopogląd odosobniony. Bohater Powstania Warszawskiego pułkownik Jan „Radosław” Mazurkiewicz podpisał na początku sierpnia 1945 roku deklarację, która wzywała akowców do wyjścia z podziemia. – Sowieci obiecali amnestię. Czy po 17 września ’39 roku, Katyniu, tragedii Powstania Warszawskiego i zachowaniu czerwonoarmistów względem AK na Wołyniu i Kresach należało dać wiarę tym obietnicom jest kwestią sporną.

Trybus wstąpił do Komisji Likwidacyjną byłego Okręgu AK Łódź, a wkrótce 1800 żołnierzy polskiego podziemia działającego w łódzkim okręgu zdecydowało się na ujawnienie.
W tym trudnym czasie pozornego rozprężenie Trybus poślubił łączniczkę z łódzkiego Kedywu Danutę, której siostry zostały w 1990 r. uhonorowane medalami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata za pomoc okazaną żydowskiej rodzinie w czasie okupacji.

– Wyrok –

Państwo Trybusowie przeniosło się do Wrocławia, gdzie Adam znów mógł oddać się swojej największej pasji – uczył łaciny i greki w Seminarium Duchownym i gimnazjum, a wkrótce na świat przyszła dwójka jego dzieci.
Nad Trybusem, jak i wieloma innymi ludźmi podziemia krążył jednak dalej ponury cień UB, który w 1950 roku wyprowadził cios. Major został aresztowany w Jeleniej Górze i przetransportowany do Łodzi. Tutaj przez sześć miesięcy torturowany i brutalnie przesłuchiwany czekał na swój proces.

Rozpoczął się on 29 czerwca 1951 roku. W Wojskowym Sądzie Rejonowym w Łodzi Trybus wraz z sześcioma innymi członkami AK z Okręgu Łódzkiego był sądzony za walkę z „władzą ludową” po 1945 roku. Chodziło o jego działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, który zorganizował atak na ubeckie więzienie w Pabianicach.

Jak w przypadku innych akowców sądzonych przez sądy kapturowe PRL na nic zdały się tłumaczenia o tym, że zawsze służył wiernie ojczyźnie, że walczył z Niemcami i że ujawnił wreszcie przed komunistami swoją organizację skłaniając do wyjścia spod ziemia wielu akowców. „Gaj” został skazany na 15 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz utratę mienia. W ten sposób bohaterom polskiego podziemia dziękowała nowa władza.

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Znamienne, że składowi sędziowskiemu w sprawie Trybusa przewodniczył ppłk. Bronisław Ochnio, który wcześniej skazał na karę śmierci m.in. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – słynnego organizatora i dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
Wyrok więzienia cichociemny wykonywał w Sieradzu i Wronkach, a po śmierci Stalina i październikowej „odwilży”, w grudniu 1955 roku sąd dokonał rewizji wyroku i wypuścił Adama Trybusa na wolność. Dwa lata później cichociemny został zrehabilitowany.

Trybus zamieszkał w Piotrkowie Trybunalskim, zaczął uczyć łaciny i języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym, a następnie pełnił rolę inspektora kuratoryjnego oraz lektora łaciny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie zapomniał również o swoich towarzyszach broni i akowskim rodowodzie, co pośrednio zapewne przyczyniło się do tego, że w 1970 roku zmuszono go do przejścia na emeryturę, a po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku – prewencyjnie aresztowano. Bohater czasu wojny zmarł 4 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu w Piotrkowskie Trybunalskim.
Nie dane mu było doczekać wolności.

Źródło
– Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982) (uml.lodz.pl)
– Afisz informacyjny zawierający biogram

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

AKCJA KOPPE

SS KopfMłodzi ludzie w zapiętych pod szyje płaszczach, pod którymi ukryta jest broń, stoją w żarze promieni słonecznych. Ani jednej chmurki, ani odrobiny cienia na tym rogu Zwierzynieckiej i Powiśla… | Aleksander Kamiński „Zośka i Parasol”.

Próba zlikwidowania Wilhelma Koppe była jedną z najpoważniejszych w ramach „Akcja główki” , polegającej na eliminacji funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru. Po udanym zamachu na Franza Kutscherę i kilku „głośnych” akcjach przeprowadzonych w Warszawie, tym razem Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej postanowił uderzyć w jednego z najważniejszych przedstawicieli władzy niemieckiej Generalnej Guberni stacjonującej w Krakowie i zarazem zastępcę samego Hansa Franka.

– Pozbawiony uczuć oprawca –

Wilhelm Koppe piastował stanowisko wyższego Dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie, a jednocześnie sekretarza stanu w niemieckim „rządzie” Generalnego Gubernatorstwa, był więc bezpośrednim zastępcą Hansa Franka. Na swoim sumieniu miał życie tysiące Polaków i Żydów, którzy zginęli w wyniku jego decyzji i dyktowanej przez niego represyjnej polityki.

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Lista zbrodni tego człowieka jest długa. Między innymi na przełomie maja i czerwca 1940 roku zorganizował masowy mord przy użyciu samochodowych komór gazowych na 1558 niemieckich i ok. 500 polskich niepełnosprawnych pacjentach z ośrodka opiekuńczego w Działdowie, a na początku 1944 roku wydał rozkaz rozstrzelanie stu polskich zakładników przetrzymywanych w więźniu Montelupich. To jednak tylko czubek góry lodowej.
Jak napisał Czesław Madajczyk: „Jego zwierzchników uderzała jego nadgorliwość i bezwzględność, pozbawiona cienia ludzkich uczuć”.

– Plan zamachu –

Rezydujący na Wawelu, a pracujący w gmachu Akademii Górniczej Koppe dbał o swoje bezpieczeństwo w stopniu wyższym, niż wspomniany tu Kutschera, czy też Reinhard Heydrich (tego ostatniego zamordowano w Pradze). Koppe nie był punktualny (różnice w jego rozkładzie dnia wynosiły około godziny), często przemieszczał się po Krakowie w asyście drugiego wozu ubezpieczającego, w którym zasiadało czterech uzbrojonych policjantów – jak pisał autor „Kamieni na szaniec” Aleksander Kamiński – „trzymających rozpylacze gotowe do strzału na burtach samochodu”. W dodatku do pracy jeździł aż trzema różnymi trasami, nigdy więc nie było wiadomo, którą drogę obierze tym razem.

Nie były to jedyne kłopoty Armii Krajowej. Zamach zaplanowano na lipiec, miesiąc gorący, podczas którego ubrani w długie płaszcze młodzi mężczyźni (wszakże, jakże inaczej schować pistolety maszynowe?) wzbudzali podejrzenie, zwłaszcza jeśli stali w jednym miejscu przez sześćdziesięciu minut. Ponadto Kraków nie był miastem, które przybyli z Warszawy zamachowcy znali, jak własną kieszeń, a i sami mieszkańcy nie nawykli do licznych akcji podziemia w takim stopniu, jak nawykli do nich warszawiacy.

Stanisław Leopold ps. "Rafał"

Stanisław Leopold ps. „Rafał”

Decyzją Adama Borysa ps. „Pług”, dowódcy batalionu „Parasol”, zamach miał poprowadzić Stanisław Leopold ps. „Rafał” – założyciel tajnej harcerskiej organizacji konspiracyjnej (PET) i redaktor czasopisma „Przyszłość”. Ten jeden z najzdolniejszych przywódców Szarych Szeregów był, jak pisał Kamiński, typowym intelektualistą i demokratą, który jednak rozumiał, że w rzeczywistości hitlerowskiej okupacji wystąpienie zbrojne przeciw oprawcy jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem.

Rafał do dyspozycji miał dwudziestu żołnierzy wydzielonej grupy z oddziału dyspozycyjnego AK „Parasol”, sześć łączniczek, zastępcę w osobie Stanisława Huskowskiego ps. „Ali” oraz doradcę, którym został Jeremi. Krakowski rekonesans rozpoczęto już w kwietniu 1944 roku organizując broń, kryjówki i meliny, obserwując zachowanie niemieckiej policji oraz wyrabiając odpowiednie dokumenty, w czym rzecz jasna pomagały krakowskie komórki Armii Krajowej.

Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku, na miesiąc przed wybuchem Powstania w Warszawie, do Krakowa pociągami, przez Radom i Częstochowę oraz pięcioma samochodami (w tym dwoma ciężarówkami) udał się cały zespół złożony głównie z wyszkolonych, doświadczonych, ale i dość młodych jeszcze ludzi.

Zdecydowano się na podobny atak, jak miało to miejsce w przypadku warszawskiego zamachu na Kutscherę (w obu akcjach brali udział „Ali” i „Dewajtis”).
Po sygnale łączniczki dowódca akcji miał dać rozkaz do rozpoczęcia ataku, ten zaś miał się opierać na uderzeniu dwóch grup: jedna miała ostrzelać auto, którym jechał Koppe, celem drugiej był atak na auto ubezpieczające.
Wcześniej, samochód którym jechał Koppe, miało zostać zablokowane przez auto zamachowców, a w odwodzie czekała półciężarówka, która gotowa była do pościgu, gdyby cel wyrwał się z pułapki.

Ryzyko, jak zawsze w przypadku tego typu akcji było ogromne, ostatecznie jednak zdecydowano, że akcja ma szansę powodzenia. Pierwsze dwie próby (5 i 7 lipca) w wyniku zmiany trasy przez Koppego nie doszły do skutku. Inaczej było 11 lipca.
Wówczas, o godzinie 9:00 stojąca na wale wiślanym łączniczka (Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”) dojrzała mercedesa i dała znak do rozpoczęcia ataku…

– Atak i ucieczka –

Jak się okazało tego dnia Koppe jechał do pracy bez dodatkowego wozu ubezpieczającego. Być może ten właśnie fakt w połączeniu z upałem, nerwami i nagłym rozluźnieniem członków grupy uderzeniowej spowodowały błąd, który zaważył na powodzeniu akcji.
Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, kierowca Chevroleta 4t, który miał stanąć w poprzek ulicy i zablokować przejazd, zatrzymał auto metr za blisko i niemiecki szofer zdołał go wyminąć.

Według Piotra Stachiewicza dwa samochody czekały na placu Kossaka aby uniemożliwić ewentualną ucieczkę Koppemu (był to Mercedes 170 prowadzony przez Bogusława Niepokoja ps. „Storch” oraz BMW Jana Bernatowicza ps. „Bartek”).

Obie grupy uderzeniowe zalały auto skomasowanym ogniem ze swych stenów, w wyniku czego zginął adiutant dowódcy SS, ranny został również sam Koppe, ale wóz zdołał wyrwać się z pułapki i popędził dalej.

Przebieg Akcji "Koppe"

Przebieg Akcji „Koppe” (źr. dws-xip.pl)

Przez kilkadziesiąt metrów półciężarówka kierowana przez Stefana Dyża ps Pikuś goniła mercedesa, ale gdy ten, już w podziurawionych oponach skręcił w jedną z uliczek, Rafał dał natychmiastowy znak do odwrotu. Teraz akowcy ze zwierzyny stawali się ofiarą.
Zamachowcy zdołali wyjechać z Krakowa, ale uciekając w kierunku lasów dwukrotnie natrafili na przeważające siły najpierw żandarmerii niemieckiej, a potem Wehrmachtu. Koło wsi Kąty, a następnie we wsi Udórz akowcy życie straciło sześciu ludzi (w trakcie zamachu niegroźnej rany doznał jedynie Antoni Sakowski ps. „Mietek”).

– Po zamachu –

Koniec końców zamach nie powiódł się. Wilhelm Kappe odniósł rany, ale pozostał przy życiu. W czasie trwania akcji (wliczając w to zamach, jak i ucieczkę) zginęło natomiast kilkunastu Niemców, w tym osobisty adiutant Koppego.

Stanisław Leopold „Rafał”, który dowodził Akcją Koppe, poległ miesiąc później, w czasie Powstania Warszawskiego, 25 sierpnia 1944 broniąc Starego Miasta (rejon Reduty Banku Polskiego – ul. Bielańska 12). Odznaczono go Krzyżem Walecznych oraz już pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. Został pochowany na Wojskowych Powązkach.

Sam niemiecki zbrodniarz zdołał uniknąć kary również po wojnie. Po 1945 roku ukrywał się po fałszywym nazwiskiem i sprawował funkcję… dyrektora fabryki czekolady.
Co prawda w 1964 roku, kiedy już zdołano go złapać, prokuratura w Bonn wszczęła przeciw niemu postępowanie, oskarżając m.in. o współudział w zamordowaniu 145000 osób, ale z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego do procesu nie doszło. Wilhelm Koppe nigdy nie poniósł kary za zbrodnie dokonane podczas II wojny światowej. Zmarł w 1975 roku w Bonn.

– Uczestnicy zamachu na Koppego –

Dowódcy
Stanisław Leopold ps. „Rafał”- dowódca, Stanisław Huskowski ps. „Ali” – zastępca dowódcy, Jerzy Zborowski “Jeremi”.

Żołnierze
Jan Bernatowicz ps. „Bartek”, Józef Baster ps. „Rak”, Wojciech Czerwiński ps. „Orlik”, Stefan Dyż ps. „Pikuś”, Tadeusz Fopp ps. „Tadeusz”, Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, Tadeusz Karczewski ps. „Wierzba”, Przemysław Kardasiewicz ps. „Akszak”, Jerzy Kołodziejski ps. „Zeus”, Jerzy Małow ps. „Rek”, Bogusław Niepokój ps. „Storch”, Zdzisław Poradzki ps. „Kruszynka”, Wiesław Raciborski ps. „Robert”, Antoni Sakowski ps. „Mietek”, Józef Szczepański ps. „Ziutek”, Eugeniusz Schielberg ps. „Dietrich”, Jacek Sperling ps. „Jacek”, Wojciech Świątkowski ps. „Korczak”, Tadeusz Ulankiewicz ps. „Warski”, Halina Grabowska ps. „Zeta”.

Łączniczki
Irena Sokołowska ps. „Bobo”, Zofia Sokołowska ps. „Dzidzia”, Zofia Jasieńska ps. „Ina”, Irena Potoczek ps. „Ada”, Maria Stypułkowska-Chojecka ps. „Kama”, Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”.
Plus obserwator, który przeprowadził rekonesans: Aleksander Kunicki, ps. „Rayski”

*    *    *

Źródła:
– Aleksander Kamiński, Zamach na Koppego w Krakowie w: Zośka i Parasol, Warszawa 1970
– Specjalna operacja Koppe – http://www.208wdhiz.home.pl/parasol/a_koppe.htm
– Czesław Madajczyk: Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1970, s. 242, 358 (tom 2)
– Piotr Stachiewicz „Akcja Koppe : Krakowska akcja Parasola” Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa, 1982

Fotografie/grafika:
http://www.dws-xip.pl/PW/bitwy/pw2010.html
– Bundesarchiv, Bild 146-1969-052-27 / CC-BY-SA
– Scanned from book „Szare Szeregi – harcerze 1939-1945”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988, ISBN 83-01-06821-3

*    *    *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

AKCJA PIŃSKA: ZDOBYĆ WIĘZIENIE!

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

Szedł wzdłuż drewnianego płotu jak zwykły przechodzeń. Lekko zadarł głowę i na szczycie płotu zobaczył cztery linie drutu kolczastego. Przeszedł obok głównej bramy, również drewnianej, a ponieważ nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie przebywanie w sąsiedztwie więzienia, zanotował w pamięci tylko parę szczegółów i zawrócił. Potrzebował dokładnego planu więzienia… | Kacper Śledziński „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”

Kapitan Alfred Paczkowski pseudonim „Wania”, jeden z wyszkolonych w Wielkiej Brytanii cichociemnych zrzucony na teren okupowanych przez Niemców ziem polskich, został jednym z komendantów „Wachlarza” w 1942 roku. Celem zaś „Wachlarza”, organizacji działającej w ramach Armii Krajowej, było prowadzenie dywersji na tyłach hitlerowskich wojsk stacjonujących na Wschodzie.

„Wania” nie miał szczęścia. Tuż bowiem po wylądowaniu na polskiej ziemi został aresztowany przez patrol Grenzschutzu i tylko przytomności umysłu, odwadze i brawurowemu atakowi na strażników zawdzięczać mógł ratunek.
Skierowany na wschód kierował walką II odcinka „Wachlarza”, który w rejonie Brześcia i Mińska wysadzał w powietrze transporty niemieckie oraz likwidował konfidentów gestapo. Podczas jednej z nocnych wędrówek, przechodząc po zamarzniętym jeziorze, „Wania” złamał nogę. Ostatkiem sił dowlókł się do starej smolarni, gdzie czekać miał na pomoc swoich oficerów – „Bociana” i „Azora”. Rzeczeni sami wpadli w niemieckie ręce, a Paczkowskiego znaleźli wkrótce białoruscy policjanci tropiący w tych rejonach Żydów.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali "Wanię" i innych oficerów AK.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali „Wanię” i innych oficerów AK.

– Spisani na straty –

Paczkowski, a oprócz niego również trzech oficerów: Marian Czarnecki ps. „Ryś”, Piotr Downar ps. „Azor”, Mieczysław Eckhardt ps. „Bocian” trafili do więzienia w Pińsku, niewielkiego i „nieciekawego”, jak pisali w listach do rodziny niemieccy żołnierze, miasteczka na Polesiu, położonego nad rzeka Piną, u jej ujścia do Prypeci.

Dowódca „Wachlarza” – Remigiusz „Doktor” Grocholski znał procedury na pamięć i z ciężkim sercem spisał czwórkę swoich ważnych ludzi na straty, podobnie zresztą jak i kierowaną przez siebie organizację, która zmuszana przez Londyn do przeprowadzania szaleńczych akcji, wkrótce miała zostać wchłonięta przez Kedyw.

Więcej inicjatywy, od szefa „Wachlarza”, wykazała w kwestii losu uwięzionych akowców Warszawa. Komendant Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki o wpadce pińskiej dowiedział się od swojego adiutanta i po konsultacji z generałami Pełczyńskim i Komorowskim zdecydował, że Paczkowskiego i spółkę należy odbić.

Alfred Paczkowski ps. "Wania"

Alfred Paczkowski ps. „Wania”

– W kaźni gestapo –

O „Wanii” myślał jeszcze ktoś. Marian Przysiecki, onegdaj szef pińskiej placówki „Wachlarza” siedział kilka miesięcy wcześniej w tym samym więzieniu, ale zdołał uciec (wraz z towarzyszami odkręcił śruby z krat więziennych okien i przedostał się na drugą stronę). To on, zanim wiadomość o wpadce dotarła jeszcze do Warszawy, zainteresował się „Wanią” i poprzez swoich ludzi pracujących w więzieniu przekazywał więźniowi grypsy mające na celu podtrzymanie go na duchu.

Było to w tym okresie bardzo ważne. Cichociemni byli ludźmi twardymi, świadomymi ogromnego ryzyka i wszelkich konsekwencji, ale byli też przede wszystkim ludźmi z krwi i kości, których teraz gestapo poddawało okrutnym torturom. Niemcy wiedzieli, że mają do czynienia ze spadochroniarzem z Anglii, nie wiedzieli natomiast, że z samym komendantem tajnej organizacji, o której swoją drogą wiedzieli niewiele, choć co rusz wpadali na jej trop.

Nie trudno się domyślić, w jaki sposób Niemcy chcieli wydobyć od Paczkowskiego tajemnice „Wachlarza”. Podkute buty gestapowców, co rusz uderzały w poranione ciało Polaka, a kiedy kopniaki i pięści nie przynosiły efektów hitlerowcy starali „wpłynąć” na więźnia żelaznym prętem i wieszaniem za ręce. Do tego dochodziły krzyki i tortury psychiczne. Gdy Paczkowski mdlał, ocucano go wiadrem zimnej wody, poczym „wywiad” rozpoczynał się od początku. „Wania” milczał uparcie sprzedając oprawcom naprędce wymyślone bajeczki pełne fikcyjnych, wymyślonych na poczekaniu nazwisk i rozkazów. Wiadomym jednak było, że wkrótce będzie dla niego za późno.

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

– Marne szanse –

Akcję odbicia więźniów z Pińska „Grot” Rowecki postanowił powierzyć Janowi Piwnikowi ps. „Ponury”, cichociemnemu, który dwa lata wcześniej został przerzucony do kraju z Anglii i który zdążył od tego czasu zaliczyć stanowisko koordynatora do spraw przyjmowania cichociemnych, pozycję kierownika II odcinka „Wachlarza”, wpadkę, areszt oraz ucieczkę z więzienia i wreszcie długą podróż (na pieszo) do Warszawy, po której zresztą zachorował na czerwonkę. Gdy cichociemny wyzdrowiał natychmiast zgłosił się do służby, a zdaniem Roweckiego był to idealny kandydat do wykonania skomplikowanego zadania.

„Ponuremu” rozkaz przekazał Remigiusz Grocholski. Cel misji był prosty – uwolnić Wanię, Rysia i Azora. Sposób – przekupstwo, podstęp, atak zbrojny.
Piwnik miał wykorzystać wszelkie dostępne środki, byle tylko dopiąć swego, choć realne szanse na powodzenie akcji były stosunkowo niewielkie i wszyscy liczyli się z porażką.

Na nikłe szanse przedsięwzięcia składało się kilka czynników. Przede wszystkim „Ponurego” gonił czas. Wiadomym było, że każdy upływający dzień to jeszcze jedna doba cierpień dla uwięzionych, których w każdej chwili Niemcy mogli wywieźć, rozstrzelać lub zamęczyć na śmierć. Przygotowując akcję Piwnik nie mógł więc liczyć na dokładny rekonesans fotograficzny, nie był też w stanie przeprowadzić ćwiczeń w terenie.

Wkrótce okazało się, że przekupstwo nie wchodzi w grę, bo „Ponury”, dysponujący kwotą około czterdziestu tysięcy marek, nie znalazł odpowiedniego „dojścia” w więzieniu. Tutaj potrzebny był ktoś o znanej „reputacji”, ktoś kogo zaufaniem darzyć będą obie strony, a nikt taki po prostu się nie znalazł, mimo prób podjętych przez „Drucika” (być może pod tym pseudonimem ukrywał się sam Marian Przysiecki).

Piwnik nie miał wyjścia i zdecydował – zaatakuje więzienie. Teraz całą uwagę on i jego najbliżsi współpracownicy skupili na przygotowaniu operacji i opracowaniu planu ucieczki.
Wkrótce do Paczkowskiego dotarł gryps o treści: „Pozdrowienia od pani Atkinson”.
„Wania” przypomniał sobie, że pani Atkinson była kobietą, u której mieszkał w Londynie. Jego współlokatorem w tamtych czasach był… Jan Piwnik.
Kolejna przekazana przez zaprzyjaźnionego strażnika wiadomość wlała w serce Paczkowskiego jeszcze więcej nadziei: „Będzie odbicie”.

– Szesnastu przeciw trzem tysiącom –

Powodzenie akcji zależało od zaskoczenia nieprzyjaciela i precyzji. Nic więc dziwnego, że plan ataku, przygotowanego w konspiracyjnym lokalu znajdującym się w Brześciu, był autorem czwórki cichociemnych – oprócz Piwnika –  Jana Rogowskiego„Czarka”, Wacława Kopisto „Kry” i Michała Fijałka  „Kawy”. To oni podczas kilku, trwających wiele godzin spotkań zadecydowali, że w akcji weźmie udział szesnaście osób podzielonych na cztery grupy.
Kopisto i Pakunek
Czekała ich nie lada przeprawa. W Pińsku znajdowało się, jak podaje Kacper Śledziński, około 100 żandarmów, 300 milicjantów, ponad tysiąc Kozaków dońskich walczących po stronie hitlerowców oraz batalion wojska, w sumie oddział „Ponurego” musiała wywieźć w pole wroga liczącego około trzech tysięcy ludzi.

Czarka i Kawa

Jak słusznie zauważył autor cytowanej tu książki o cichociemnych, pamiętajmy jednocześnie, że dostanie się za mury więzienia, oswobodzenie więźniów i pokonanie strażników stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą była ucieczka z Pińska i przedostanie się do Warszawy, na drodze do której zagrożeń, w postaci patroli i innych „punktów kontrolnych” mogących przyłączyć się do obławy na sabotażystów, czekało bez liku.

– W „imieniu” radzieckiej partyzantki –

Wczesnym rankiem 17 stycznia w lokalu zajmowanym przez „Czarkę” rozbrzmiał dzwonek telefonu. Cichociemny podniósł słuchawkę i usłyszał w niej głos swojego przełożonego.
– Zbieraj ludzi. Między godziną 17 a 18 musicie zameldować się w umówionym punkcie w Pińsku – oznajmił Piwnik i zakończył rozmowę.
„Czarka” natychmiast skontaktował się z zespołem i wkrótce czternastu ludzi podążało w dwóch autach – ciężarowym fordzie oraz oplu kadecie w kierunku Pińska. Z Janowa ruszył w tę samą stronę kierowany przez „Douglasa” ciężarowy chevrolet.

Wieczorem cała grupa dotarła do celu, a następnie „Ponury” zapoznał wszystkich z planem ataku. Cztery grupy (I – „Ponury”, „MSZ”, „Motor” i przebrany w niemiecki mundur „Esesman”; II – „Czarka”, „Kra”, „Jastrząb”, „Dzik”; III – „Kawa”, „Kmicic”, „Ryks”, „Dym”; IV – „Wrona”, „Płomień” plus „Monter” i „Pakunek” w fordzie) miały przedostać się do wnętrza więzienia i w ciągu półgodziny, najlepiej bez użycia broni palnej, wykonać zadanie.

Zdecydowano przy tym posługiwać się wyłącznie językiem rosyjskim, tak, aby stworzyć pozór ataku radzieckich partyzantów, co z kolei miało zapewnić bezpieczeństwo polskim zakładnikom trzymanym w niewoli przez Niemców, jako zabezpieczenie przed jakimikolwiek działaniami polskich oddziałów dywersyjnych w tym rejonie.
Godzinę rozpoczęcia akcji wyznaczono na godzinę 17:00.

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia - "Jeliny" za pośrednictwem łączniczki "Leny" na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia – „Jeliny” za pośrednictwem łączniczki „Leny” na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

– Atak –

Trzy minuty przed godziną piątą po południu pod pińskie więzienie podjechał opel kadet, z którego wysiadł oficer SS i bez zbędnych uprzejmości rozkazał strażnikom otworzyć bramę więzienia. Gdy samochód wjechał na dziedziniec, do zamykającego bramę strażnika podszedł od tyłu ten sam esesman i ubranemu w gruby kożuch Niemcowi przyłożył do pleców lufę swego pistoletu. Ponieważ strażnik sięgnął po broń wkrótce, po okolicy, rozeszło się echo pojedynczego wystrzału. Teraz czasu było niewiele.

Wkrótce więzienny mur pokonała druga grupa, która przebiegła przez dziedziniec i wpadła do wnętrza budynku kancelarii, gdzie wyrwała przewód telefoniczny.
Następna grupa również przedostała się do środka i zaskoczyła kończących pracę Oberwachtmeistera Hellingera i Wachmeistera Zollnera. Niemcy z przerażeniem w oczach spoglądali na wycelowane w ich kierunku kolty 45 i lufę stena, ale po chwili, ku zaskoczeniu akowców, zdecydowali się stawić opór. Po krótkiej strzelaninie hitlerowcy padli na zimną posadzkę martwi, a ranny w ramię został „Ryks”.

RyksPolacy przy ciele martwego komendanta znaleźli klucze, a potem, ile tylko sił w nogach, popędzili w kierunku wieży strażniczej, na którą wspiął się „Ryks” spuszczając po chwili linę, po której z kolei wspięli się „Dzik”, „Kmicic” i „Kawa”. Czwórka żołnierzy znalazła się na dziedzińcu i poczęła skradać się w kierunku strażników zajętych rozmową ze znajdującym się po drugiej stronie „Esesmanem”. Wkrótce strażnicy zostali obezwładnieni, brama otworzona, a opel „Esesmana” wtoczył się do środka stając dopiero przez budynkiem, w którym trzymano więźniów.

Akowcy wpadli do budynku otwierając kolejne cele i krzycząc do skonsternowanych więźniów, że „Wo imieniu Stalina wy swobodny, wychoditie!”. Wkrótce zgrzytnął zamek również w pewnej, bardzo ważnej dla napastników celi, a oczom „Czarki” i ”Motora” ukazał się poobijany, wychudzony Paczkowski. Gdy uwolniono już wszystkich więźniów „Wania”, „Azor” i „Ryś” zajęli miejsce w oplu, a Hackiewicz („MSZ”) wyjechał z więzienia i ruszył na zachód.
Zegarek „Ponurego”, któremu Paczkowski po wyswobodzeniu ostatkiem sił ponoć rzucił się w ramiona, wskazywał teraz godzinę 17:25.

– Wolność –

Po przejechani kilkunastu kilometrów opel zaczął się „wiercić”, a zmorzonych snem trzech byłych więźniów obudził huk eksplozji. To eksplodowały stare opony, które wedle relacji świadków nie wytrzymały obciążenia. Na szczęście wkrótce pojawił się chevrolet „Douglasa” i po uprzednim spaleniu opla, podróż można było kontynuować. Polacy, przygotowani na niemiecki pościg, rozrzucili na drodze za miastem kolce do przebijania opon. Okazało się to zbędne.

Esesman i Kmicic
Niemcy o ataku na swoje więzienie dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Znakomity rezultat przyniosła akcja sabotażowa „Drucika” (Przysiecki?), który poważnie uszkodził linię telefoniczne w centrum miasta opóźniając czas reakcji okupanta. W dodatku „Ponury” bojąc się pościgu nakazał jednej ciężarówce udać się do Brześcia, a drugiej, w której znajdowali się m.in. odbici więźniowie, skierować do Drohiczyna.

Po wielogodzinnej, prowadzonej w przenikliwym zimnie i trwającej wiele godzin podróży, urozmaicanej kawałkami słoniny i haustami wódki, kapitan Paczkowski – jak relacjonuje Kacper Śledziński – 20 stycznia pojawił się w swoim warszawskim mieszkaniu, w którym czekała na niego żona Alicja.

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego" po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego” po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

– Z rąk samego „Grota” –

Uwolnieni 18 stycznia 1943 roku oficerowie Armii Krajowej zostali przetransportowani do Warszawy. 13 lutego, za akcję pińską, która została uznana za wzorcową i na jej podstawie prowadzono szkolenia dywersji, Jan Piwnik „Ponury” i Jan Rogowski „Czarka” otrzymali nadania Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari i to z rąk samego generała „Grota” Roweckiego.

Porucznik „Kra” Kopisto, „porucznik „Kawa” Fijałka oraz trzynastu pozostałych uczestników akcji otrzymało również, i także z rozkazu Roweckiego, a z rąk Remigiusza Grocholskiego „Doktora” – nadania Krzyży Walecznych. Ordery mieli otrzymać już w wolnej, niepodległej Polsce. Nie doczekali…

Niemcy nie dali się oszukać i szybko doszli do wniosku, że to nie radzieccy partyzanci, a polski oddział Armii Krajowej dokonał tego śmiałego ataku na pińskie więzienie. Los zakładników trzymanych w tzw. Polskim Komitecie został przesądzony.

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Jan Piwnik zginął 16 czerwca 1944 roku pod wsią Jewłasze. Przed śmiercią zdążył wyszeptać: Powiedz żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem, i że umieram jako Polak… I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie…

– Zespół akcji pińskiej –

Wedle portalu cichociemni.ovh.org (dane oparte na wspomnieniach Alfreda Paczkowskiego w: „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”) skład grupy, która wzięła udział w ataku na więzienie w Pińsku wyglądał następująco:

Sekcja pierwsza – 1. por. Jan Piwnik „Ponury”, cichociemny,
2. pchor. Władysław Hackiewicz, „MSZ”, „Zaleski”,
3. pchor. Zbigniew Wojnowski, „Motor”,
4. pchor. Zbigniew Sulima, „esesman”
Sekcja druga – 1. por. Jan Rogowski, „Czarka”, cichociemny,
2. por. Wacław Kopisto, „Kra”, cichociemny
3. pchor. Zbigniew Słonczyński, „Jastrzębiec”, „Jastrząb”,
4. szer. Turoń, „Dzik”
Sekcja trzecia – 1. ppor. Michał Fijałka, „Kawa”, cichociemny,
2. szer. WIktor Hołub, „Kmicic”,
3. szer. Czesław Hołub, „Ryks”,
4. szer. Skwierczyński, „Dym”,
Sekcja czwarta – 1. sierż. „Wrona” – „Kruk”
2. szer. Władysław Westwalewicz, „Płomień”
Sekcja piąta – 1. kpr. Edward Pobudkiewicz, „Monster”,
2. szer. Henryk Fedorowicz, „Pakunek”
Sekcja szósta – grupa pińska, dowódca Bronisław Posłuszny, „Drucik”. Skład ani pozostałem nazwiska nieustalone (źr. cichociemni.ovh.org/pinsk.html)

*    *    *

Źródła
– Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Kraków 2012
– Jan Piwnik, Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku w: Alfred Paczkowski, Ankieta cichociemnego, Warszawa, 1987
– cichociemni.ovh.org
– Mariusz Gruszczyński, Jak Ponury więzienie w Pińsku  rozbijał w: skarzysko24.pl
Fot.: zdjęcia „Ponurego”  © Mariusz Baran-Barański/ skarzysko24.pl / ciekawostkihistoryczne.pl / studioopinii.pl

*    *    *

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

RECENZJA FILMU: BACZYŃSKI

Baczyński PlakatTrudno zrozumieć, dlaczego najnowszy film Kordiana Piwowarskiego tak bardzo ubódł gusta kilku profesjonalnych krytyków filmowych, którzy sens „Baczyńskiego” sprowadzili de facto do „ściągi” z lekcji języka polskiego. Oprócz więc przyjrzenia się samemu obrazowi, postanowiliśmy zastanowić się nad zasadnością niektórych zarzutów. Film w pełni na taką obronę zasługuje.

Dzieło Kordiana Piwowarskiego, podobnie jak inne quasi-historyczne produkcje ostatnich miesięcy, choć warty uwagi, pozostawia mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony intuicyjnie wyczuwamy, że reżyser nie wyczerpał tematu, więcej nawet – jedynie go musnął i choć muśnięcie to było iście mistrzowskie, niewykorzystana okazja do opowiedzenia fascynujących, pełnych niedomówień losów poety, ma prawo budzić u nas frustrację.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga ukazuje interesujące oblicze arcyciekawego człowieka w lirycznym, iście impresjonistycznym zarysie. Większość krytyków oczekiwała, że Piwowarski opowie o Baczyńskim zgodnie z tradycją filmowej hagiografii, a więc za pomocą kinowej prozy. Ponieważ krytykiem filmowym nie jestem, niniejszy tekst poruszam wyłącznie ze względu na historyczną proweniencję obrazu, a moje wnioski być może ocierać się będą o banał, niemniej jednak zgadzam się z reżyserem, że takie właśnie ujęcie tematu „jądro mleczne” Baczyńskiego ukazuje w sposób najbardziej intuicyjny.

Zarzutów do „Baczyńskiego” jest kilka. Są wśród nich takie, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Boli przede wszystkim zaprzepaszczony potencjał, a to tym bardziej, że Piwowarski wpada na genialne tropy, by po krótkiej przechadzce kompletnie zboczyć z właściwej ścieżki i tym samym sprowadzić widza na manowce. Właśnie dlatego zasygnalizowane wątki dotyczące niejednoznacznych relacji z matką, konfliktu z Gajcym, czy fascynacji twórczością poety Kazimierza Wyki, Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza wzbudzają ogromny niedosyt, a przecież można by tu tyle opowiedzieć i to nawet bez rezygnacji z wybranej formy.

Grubą przesadą jest jednakowoż sprowadzanie „Baczyńskiego” do trywialnej pozycji na szkolnej liście lektur. Odnoszę się tutaj przede wszystkim do recenzji zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej”, która z krytyką ma tyle wspólnego, ile poezja Baczyńskiego z komedią dworską. Światopogląd nakazujący widzieć w Powstaniu Warszawskim – nieodpowiedzialną burdę, a w podjętej przez Baczyńskiego decyzji o zamienieniu pióra na karabin – błazenadę, z góry przesądza o ocenie całości, a ta jest niesprawiedliwa, lub w najlepszym przypadku oparta na płytkich argumentach.

Od naszej recenzentki trąci na kilometr, charakterystycznym dla lewicowej orientacji, tendencyjnym spojrzeniem na historię, które okazuje się istotniejsze nie tyle nawet od tzw. prawdy historycznej, ile samego filmu, jako autonomicznego zjawiska artystycznego. Być może to za daleko posunięty wniosek, ale niekiedy można odnieść wrażenie, że autorka wspomnianej recenzji najchętniej widziałby Baczyńskiego w roli elementu niejednoznacznego trójkąta miłosnego, który ten miałby tworzyć z Wyką i Iwaszkiewiczem. Bzdura goni bzdurę…

Wbrew bowiem temu, co sugeruje „Krytyka Polityczna”, ani Baczyński, ani AK, ani wreszcie nawet Powstanie Warszawskie nie były patetycznymi mitami bez znaczenia, a umiejscowionymi w czasie i przestrzeni wartościami, których zarys i ładunek emocjonalno-intelektualny Piwowarskiemu udaje się, w sposób dla polskiego kina nowatorski, uchwycić znakomicie.

Cóż bowiem z tego, że wcielający się w główną rolę Mateusz Kościukiewicz sensu stricte nie gra, tylko jak napisał jeden z krytyków „jest”, skoro samym tym „byciem” połączonym ze słowami kapitalnie projektujących wojenną rzeczywistość wierszy Baczyńskiego, oddaje w sposób autentyczny klimat kreowanej przez siebie postaci. Nie ma przy tym nic z  przeintelektualizowanego błazna, który nadyma się patosem, nie pozuje też na dławionego weltschmerzem wieszcza.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Jest tu natomiast poezja, która ma po pierwsze – tłumaczyć drogę, którą podążył Krzysztof Kamil Baczyński, po drugie – ma za zadanie nadać całości właściwej treści, artykułowanej nie wprost, bo ta artykułowana wprost nie zdołałaby poświadczyć o ciążącym na bohaterze piętnie i uświadomionym przez niego poczuciu spełniającej się apokalipsy.

Baczyński grzmiał w stronę starającego odwieść się go od pomysłu czynnej walki Kazimierza Wyki: „Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”.

Dziwne więc, że ktokolwiek zarzuca reżyserowi, iż nie podjął tematu konfliktu, który jakoby miał się rozegrać w umyśle poety. Znajomość (i nieznajomość) twórczości oraz biografii wieszcza mówią tu same za siebie.

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka (znakomita w roli Basi Baczyńskiej), a oprócz tego subtelna, acz niebanalna muzyka i wersety z zeszytów Baczyńskiego (fakt, że nie zawsze deklamowane w odpowiedni sposób) nie kłamią, nie upraszczają, ani nie wpisują filmu do romantycznej szuflady. Rysują natomiast niewyraźną kreską pewnego rodzaju fresk liryczny, to zaś dlaczego Piwowarski zdecydował się na takie rozwiązanie tematu, pozostaje jego tajemnicą i nie nam to oceniać.

Należy się cieszyć, że powstał obraz, który zdołał oddać jeśli nie złożoność (na to brakło czasu) to chociaż ogrom poetyckiej wyobraźni poety. To ona uratowała nie wolny od pewnych uproszczeń i niedociągnięć film, choć nie zdołałaby tego uczynić bez stworzonej przez reżysera „emocjonalnej scenografii”, która porywa tym mocniej, im bardziej zbliżamy się do tragicznego finału.

Chciałbym, aby podobne filmy rzeczywiście kręcono specjalnie dla szkół. Po seansie „Baczyńskiego” nie mam jednak najmniejszych nawet wątpliwości, że jego sens i estetyka nieprzygotowanym licealistom umknie tak samo, jak umknęły kilku profesjonalnym recenzentom kina.

*   *   *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE