Tag Archives: blog historyczny

WOBEC NADCHODZĄCEJ DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ – Władysław Studnicki (quasi-recenzja)

„Przy zbrojnej neutralności Polski Rosja sowiecka niemal traci szanse zdobyczy terytorialnych w Europie, zwiększających jej wpływy. Wielka Brytania, wciągając Rosję do przymierza, musi jej za to przymierze zapłacić. Naturalną zapłatą są ziemie wschodnie Rzeczypospolitej Polskiej.” | Władysław Studnicki, Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej, Universitas, Kraków 2018, s. 131.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiadu gen. Reinharda Gehlena [opis książki]

polskie-podziemie-w-oczach-wroga„W tej woli oporu i zwycięstwa niektóre czynniki uwidaczniają się szczególnie mocno. Jest to przede wszystkim tęsknota za pełnią życia oraz różnorodnymi możliwościami jej doznania. Tam gdzie Polakom ogranicza się te możliwości, tam gwałtownie wybucha jego sprzeciw.” | Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiady gen. Reinharda Gehlena, Wydawnictwo M, Kraków 2016, s. 165.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

ROTMISTRZ PILECKI I JEGO OPRAWCY – Tadeusz M. Płużański (quasi-recenzja)

Pilecki-i-jego-oprawcy-okladka-360x509„Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje. Tak bohater dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej – rotmistrz Witold Pilecki odpowiedział na rozkaz generała Andersa, aby ewakuował się z Polski do Włoch. Te słowa powinny być dla nas drogowskazem. Bez względu na konsekwencje…”
[Tadeusz M. Płużański, Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy, Fronda, Warszawa 2015, s. 262.]

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

ANODA. KAMIEŃ NA SZAŃCU – Piotr Lipiński

Anoda„Polscy komuniści wkroczyli właśnie w najkrwawszy okres swoich rządów. Rozprawiali się z opozycją. Zamykali w więzieniach żołnierzy Armii Krajowej – bohaterów II wojny światowej. Oskarżali ich o próbę obalenia ustroju albo współpracę z hitlerowcami. Zarzuty bywały wyimaginowane i absurdalne.
Janka aresztowali w Wigilię 1948 roku.” | Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015, s. 7.

Piotr Lipiński, ceniony reporter historyczny, autor m.in. książek  Humer i inni oraz Raport Rzepeckiego, na początku swojej opowieści o Janie Rodowiczu przyznaje, że niełatwo napisać biografię postaci tak pozytywnej jak „Anoda”. A jednak efekt jego pracy jest znakomity – otrzymujemy nie hagiografię i nie pean na cześć pomnika, a zajmującą opowieść o zwyczajnym chłopaku, którego wojna poddała okrutnej próbie, a on tę próbę zdał celująco.

Narracja w książce Lipińskiego przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z reportażem-biografią – opowieścią o dzieciństwie Rodowicza, okresie spędzonym w szkole imienia Stefana Batorego, przygodzie z harcerską słynną „Pomarańczarnią”, życiu w makabrze okupacji niemieckiej, działalności w ramach małego sabotażu, Grupach Szturmowych Szarych Szeregów, akcji pod Arsenałem, wreszcie – powstańczym szlaku i próbach uporządkowania sobie życia po tak zwanym wyzwoleniu.

I choć Jan Rodowicz „Anoda” istotnie był legendą Szarych Szeregów i to on, co wydawca przypomina w zapowiedzi książki, pierwszy rzucił butelkę z benzyną pod Arsenałem, a potem został jednym z najsłynniejszych żołnierzy AK, to w trakcie lektury nie odnosi się wrażenia, że obcujemy oto z jakąś papierową sylwetą. Wprost przeciwnie.

Skłonność bohatera do płatania figli kolegom (o wielu wygłupach Rodowicza przeczytałem tu po raz pierwszy); jego pasje, słabości oraz niezwykłe usposobienie do ludzi i życia wydatnie w tym Lipińskiemu pomogły, ale iluż autorów uległoby pokusie i zbudowałoby wizerunek sztuczny, oparty na patosie. Reporter poszedł na szczęście inną drogą.

„Anoda” był, tak się przynajmniej zdaje, niezwyczajnie zwyczajnym młodzieńcem – utalentowanym i szalenie inteligentnym, ale przecież nie ubiegającym się o miejsce w panteonie bohaterów narodowych. To, że się w nim faktycznie znalazł to już wynik podejmowanych przez niego w trakcie wojny decyzji, umiejętności „czytania” ludzi, własnego charakteru, bez wątpienia i odwagi. Jest chłopakiem, z którym, pisze Lipiński, po prostu ma się ochotę zakumplować.

Poznajemy, czy też przypominamy sobie dzięki tej książce nie tylko dokładny życiorys „Anody”, ale i okoliczności jego tragicznego końca – równolegle bowiem prowadzi Lipiński opowieść o śmierci żołnierza. Jej okoliczności budzą wątpliwości do dziś.

Urząd Bezpieczeństwa przyszedł po niego w Wigilię 1948 roku. Dwa tygodnie później Rodowicz już nie żył, a według oficjalnej wersji, przy której komuniści upierali się do końca – popełnił samobójstwo skacząc z okna budynku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy Koszykowej. Trudno w to uwierzyć i to z kilku powodów…

Opowieść o ostatnich godzinach życia Rodowicza i tym, co działo się po jego śmierci jest wielowątkowa i ma kilku bohaterów. Autor podjął mnóstwo tropów (niektórych fałszywych, innych przybliżających do poznania prawdy) i dotarł do ważnych świadków – lekarzy, którzy przeprowadzili sekcję zwłok, narzeczonej i zarazem pierwszej wielkiej miłości Rodowicza, kolegów z AK, współwięźniów i co najważniejsze – podejrzanych o zbrodnię funkcjonariuszy UB mocno w całą sprawę „Anody” zamieszanych. Zeznania tych ostatnich są najciekawsze i być może (zapewne wbrew ich intencji) odkrywają najwięcej prawdy. Ktoś tu z nich kłamie, ktoś sprowadza dziennikarza na manowce…
Tego, co zdołał ustalić Lipiński i na ile zbliżył się do prawdy w trakcie prowadzonego przez siebie dziennikarskiego śledztwa ze zrozumiałych powodów nie ujawnię.

Być może niektórzy wytkną autorowi książki, że wiele podanych w książce faktów – zarówno tych odnoszących się do jego życia, jak i tych dotyczących śmierci – znanych było już wcześniej (przytaczane są na przykład w ciekawym teatrze telewizji pod tytułem Pseudonim Anoda, a trafić można na nie studiując inne książki i artykuły prasowe).
To prawda, ale moim zdaniem wartością samą w sobie jest w tym przypadku powstanie książki o Rodowiczu i tym samym przypomnienie współczesnym jego postaci; a także – refleksja nad całym pokoleniem, tak przecież poniżanym najpierw przez narodowy socjalizm z zachodu, a potem przez komunizm ze wschodu.

Lektura tej książki dostarcza wzruszeń i nie są to wzruszenia łatwe. Są autentyczne, choć jak wspomniałem, osobom zaznajomionym z dziejami Jana Rodowicza, będą, jeśli można się tak wyrazić, w dużej mierze znane.
Co ważne (nie wiem, czy taki był akurat zamysł autora) lektura ta prowokuje do zadania kilku ważnych pytań, między innymi dotyczących kwestii odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w imieniu Polski Ludowej, za które pomimo dwudziestu sześciu lat suwerenności nikt, ani z elit rządzących tamtym systemem, ani nikt z szeregów wcielających w życie ponury terror nie poniósł kary.
I to, obok śmierci bohatera, jest w całej opowieści o „Anodzie” najtragiczniejsze, a kiedyś, jestem pewien, odbije się czkawką.

[Piotr Lipiński, Anoda. Kamień na szańcu, Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015]

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

POWSTANIE WARSZAWSKIE – quasi-recenzja

PW filmTego filmu nie sposób wartościować, a siląc się na krytyczno-teoretyczne analizy jakim poddawane są inne filmy można co jedynie trafić kulą w płot i narazić się na śmieszność. Tego filmu się nie ogląda. Ten film się  p r z e ż y w a. Tylko tyle i aż tyle.

Muzeum Powstania Warszawskiego wyprodukowało „Powstanie Warszawskie”, ponoć pierwszy na świecie wojenny „dramat non-fiction”, który (uwaga!) został w całości zmontowany z nagrań archiwalnych.

Arcytrudna praca polegająca na pokolorowaniu tysięcy klatek filmowych, dodaniu dźwięków otoczenia, odczytaniu z ruchów warg słów pojawiających się w kadrze postaci – poraża i wbija w fotel. Zwłaszcza tych, którzy pokazane w filmie fragmenty znają na pamięć z telewizyjnych dokumentów.

Dotąd  biało-czarni, wycięci niczym z kartonu bohaterowie tamtej Warszawy stają przed nami po raz pierwszy ot tak – prawdziwi, przerażająco niekiedy autentyczni, zrywający barierę pomiędzy widzem z dziś – a historycznym obrazkiem z dalekiej przeszłości. Barierę, którą dopiero ten film potrafił pokonać „uwiarygodniając” poszarpane stare kroniki.

Twórcy „Powstania Warszawskiego” wskrzesili Warszawę 44 obdarowując ją życiem, by potem raz jeszcze pod gradem kul i ognia zrównać ją z ziemią. I zrobili to nie dla utrwalania męczeńskiego mitu, ale dla ukazania Powstania  p r a w d z i w e g o. Udało się pomimo oczywistych trudności związanych z zawiązaniem strony fabularnej obrazu, osnutej tu wokół historii dwóch braci – kronikarzy powstania, dzięki którym w całość połączono scenki dokumentujące życie i walkę w powstańczej Warszawie.

Nie do końca rozumiem zarzuty co poniektórych krytyków narzekających na stronę dialogową „Powstania Warszawskiego”. Recenzentów wypominających dziełu infantylizm oraz brak spójności przedstawionej historii.
Owa fabuła jest tu przecież wyłącznie pretekstem do zobaczenia (czy może bardziej dotknięcia) miasta i ludzi. A miasto to nigdy aż tak mocno nie pulsowało życiem (i śmiercią), nigdy tak nie porażało swą niewymowną grozą.

Tutaj nie ma aktorów, a każda z postaci to człowiek z krwi i kości, za którym (mimo inscenizowanych scenek) idzie prawdziwa, jedyna w swoim rodzaju historia. To ta świadomość dodaje całości niewyobrażalnej mocy i to ona jest tu najważniejsza.
To dzięki „ludzkiemu wymiarowi” ten niezwykły filmowy eksperyment nie tylko się broni, ale góruje nad większością wojennych hitów rodem z Hollywood.

Ganić „Powstanie Warszawskie” za infantylne dialogi i niespójną historię? To trochę tak, jakby zarzucać rzeczywistości, że potoczyła się tak, a nie inaczej, to jakby narzekać na to, że nagrany przed kamera chłopak zachowałby się zbyt mało widowiskowo.
Ten projekt miał tylko jedno główne zadanie – miał pozwolić widzowi przejść się po powstańczej Warszawie, pozwolić wyczuć emocje, które zginęły wraz z fizycznym upadkiem miasta i jego bohaterów.

„Powstanie Warszawskie” to nie film fabularny, to być może nawet nie dokument. Decydując się na ten seans – seans bez znieczulenia – przeniesiecie się w czasie. A choć podróż to bardzo trudna, nie można jej sobie darować.

– Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Katyń, Smoleńsk i „Operacja polska” – Miesięcznik ZNAK (marzec)

katynKatyń, traktowany nie tylko jako symbol, ale wydarzenie historyczne mające swe konkretne konsekwencje w życiu narodu polskiego jest dziś potrzebny nie mniej niż w latach komunistycznej okupacji, dobrze więc, że temat ten podjął marcowy miesięcznik ZNAK.

W wydawnictwie znalazły się trzy teksty, które bezpośrednio i pośrednio (katastrofa smoleńska) nie tyle nawet przybliżają to, co stało się z tysiącami polskich obywateli wiosną 1940 roku (w przypadku „operacji polskiej” w latach 30.), ile ukazują rozmaite znaczenia tej traktowanej, wbrew pozorom nadal po macoszemu tragedii.

I dobrze się stało, że materiał publicystyczny zebrany we wspomnianym miesięczniku podejmuje zagadnienie nie uderzając z martyrologiczną nutę, a skupiając się na składowych elementach ukierunkowanych na dziś i teraz.
Bo Katyń i wszystko co zeń związane to poza pamięcią o zamordowanych również ważna lekcja historii mogącą mieć istotne  znaczenie w przyszłości.

Zauważamy to przy okazji lektury wywiadu z historykiem Piotrem H. Kosickim, który trafnie tłumaczy taki, a nie inny stan świadomości związanej z wiedzą o Katyniu. A stoi on po ponad siedemdziesięciu latach na niskim poziomie za co, o czym mówi historyk, odpowiada kilka czynników.
Jednym z nich jest charakter zbrodni, czy chociażby jej recepcja w porównaniu (zasadnym?) do hekatomby Powstania Warszawskiego, które pomimo wielu „dziejowym przeciwnościom” potrafiło znaleźć swe miejsce we współczesnej świadomości w stopniu daleko bardziej zaawansowanym. Jest akcentowane.

Istotnie nie ma chyba jeszcze Katyń swego konkretnego miejsca pamięci we współczesnej Polsce, swoistego ‚Muzeum Powstania Warszawskiego’, bo i specyfika tego wydarzenia jest zupełnie inna. Kontrast pomiędzy walczącym z bronią w ręku miastem (rozumianym, jako czyn zbrojny wszystkich klas społecznych) a mordem na bezbronnych jeńcach wojennych wywodzących się z elit (nie tylko zresztą wojskowych) powoduje różnicę w sposobie pielęgnacji pamięci. Z wyedukowaniem zwłaszcza młodego pokolenia Polaków w tej materii (pomimo wielu wydawnictw książkowych i filmu Andrzeja Wajdy) nie poradzono sobie tak dobrze, jak w przypadku Powstania.

Proste przykłady narzucają się same i choć nie wspomina o tym sam prof. Kosicki, nie trzeba szukać daleko, aby udowodnić tę tezę. Katyń nie ma swojego „wycia syren”, atrakcyjnego Muzeum a jeden, chociażby i bardzo udany film nie zmienił tego stanu rzeczy, mówimy wszakże o świadomości nie w kontekście wiedzy historyków, rodzin ofiar i grupy pasjonatów historii, ale statystycznego Kowalskiego.

Kosicki wskazuje, i słusznie, że na tym poziomie nie powiodła się próba zainteresowania społeczeństwa (znów chociażby w takim stopniu jak miało to miejsce w przypadku Powstania Warszawskiego, czy Holokaustu) losem pojedynczych ludzi – jednostkowych ofiar zbrodni. Katyń funkcjonuje coraz częściej jako pars pro toto, ale siła tego pojęcia słabnie z upływem lat.

Próbą przezwyciężenia takiego stanu rzeczy była zainicjowana przez Katolickie Stowarzyszenie Parafiada, pod honorowym patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, kampania sadzenia „Dębów Pamięci” – sensu stricte próba opowiedzenia historii jednostkowych – nie ogółu, nie tylko „Katynia” jako tragedii narodowej, ale tragedii i dziejów konkretnych ludzi.
Jak słusznie zauważa historyk próba ta tuż po katastrofie smoleńskiej i śmierci jej założyciela o. Józefa Jonieca spaliła na panewce.

Katastrofa smoleńska zaś, związana z Katyniem pod wieloma względami, wpłynęła na zmianę tego stanu rzeczy wyłącznie na początku, tuż po samej tragedii. Dziś zaś została zdewaluowana w wyniku nie zawsze odpowiedzialnej gry politycznej najważniejszych formacji.
„Dyskusja o Katyniu miała miejsce w czasie dwóch tygodni tuż po katastrofie smoleńskiej. […] Później Katyń wycofał się ponownie na zaplecze pamięci społecznej” – mówi w wywiadzie Piotr. H. Kosicki.

Historyk zwraca uwagę na jeszcze dwa ważne aspekty sprawy zbrodni i jej konsekwencji w świadomości historycznej. Pierwszym jest możliwość tłumaczenia innych straszliwych mordów masowych, mających nie koniecznie nawet miejsce w Polsce i Europie, ale i na całym świecie przez optykę wiedzy nabytej dzięki poznaniu historii mordu na polskich oficerach. Drugim – niemożność porozumienia się narodów polskiego i rosyjskiego bez uprzedniego wyjawienia całej prawdy, a ta w skutek decyzji Trybunału w Strasburgu, presji jaką rosyjska władza wywiera na Stowarzyszeniu Memoriał i przede wszystkim zatajania listy białoruskiej wciąż nie może ujrzeć światła dziennego.

Trochę szkoda, że w wywiadzie zabrakło pytania o to, w jaki sposób dziś, w dobie szybkiej informacji, portali społecznościowych i braku wiary wielu środowisk w sens poznawania trudnej historii przekazywać pamięć o Katyniu. Szkoda, że zabrakło pytania o to, C Z Y M, przy odpowiednim sposobie „wydedukowania” i zainteresowania tematem – stać się może Katyń w świadomości nie tylko wąskiej grupy miłośników historii, ale chociażby dwudziesto i trzydziestolatków.
I nie mówię tu o podawaniu propozycji rozwiązań „systemowych”. Moją ciekawość budzi jedynie prywatne zadanie cenionego w środowisku historyka.

W miesięczniku znajdziemy również interesujący nie tyle nawet z punktu widzenia historycznego, ile kulturowego, tekst Marcina Napiórkowskiego „Dlaczego wierzę w mitologię smoleńską”. Nie jestem pewny, czy obarczenie tego zjawiska pojęciem „mitu” ma je podświadomie summa summarum zdyskredytować, jeśli nawet tak (co do końca nie byłoby chyba uczciwe) jego pewne strony autor tłumaczy w sposób przekonujący.

Jakkolwiek bowiem część składanych podczas rocznic katastrofy smoleńskiej oświadczeń ma prawo budzić głos sprzeciwu, nie da się ukryć, a dobrze że Napiórkowski to zauważa, iż:
„Dzięki instytucjom i praktykom, takim jak rocznice, muzea, czy apele poległych, przeszłość i teraźniejszość pozostają rozdzielone. Właśnie ten rodzaj pamięci proponują wobec katastrofy smoleńskiej oficjalne instytucje państwa i „media głównego nurtu”. Przywołują one 10 kwietnia jako dzień tragiczny, ale i zamknięty rozdział.”
Wracając do tematów podjętych w wywiadzie z prof. Kosickim należy przy tym zauważyć, że tego typu „standard medialny” nie pracuje zarówno na zrozumienie konsekwencji katastrofy smoleńskiej, jak i też mordu z roku 1940. W takim samym stopniu jak nieodpowiedzialna często retoryka pewnych środowisk skupionych wokół obchodów 10 kwietnia.

Wątpliwości pojawiają się w innym miejscu ciekawego skądinąd artykułu. Ustawienie w jednym szeregu tragedii smoleńskiej i obchodzonych w związku z tym miesięcznic oraz rocznic z tajnie obchodzonymi w czasie komuny rocznicami wybuchu Powstania Warszawskiego, mordu w Katyniu bądź sowieckiej agresji „17 września” prowokuje do zadania pytania o to, czy faktycznie mają one na tyle wspólny mianownik, aby pokusić się o ich pewnego rodzaju zespolenie. „Przeciw-pamięć” o której mówi Napiórkowski może tu funkcjonować dzięki podobnym mechanizmom, nie jest jednak tożsama. Innego rodzaju bowiem pamięć kieruje ludźmi biorących udział w spotkaniach pod Pałacem Prezydenckim, inną (nie twierdzę, że lepszą lub gorszą) kierowały tymi, którzy spotykali się na Powązkach 1 sierpnia.
Słusznym natomiast wydaje się wniosek o tym, że tzw. „mitologia smoleńska” pozwala jednym „budować kapitał aluzjami”, drugim umożliwia prowadzenie własnej gry polegającej na „straszeniu” tymi, którzy stoją za „teoriami spiskowymi”.

ZnakWreszcie najistotniejszym z punktu widzenia „poznawania historii” i oczywiście godnym polecenie jest wywiad z Nikołajem Iwanowem – „Zapomniane ludobójstwo”, bo to tutaj odkrywamy nowe tropy zapomnianej historii, która zapomniana w żadnym razie być nie powinna.

Trwająca od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku „Operacja polska” objęła całe terytorium ZSRR i pochłonęła według dokumentów NKWD 111-150 tys. Polaków. W jej skutek zginęło od 10 do 20% populacji mniejszości polskiej w ZSRR, a za zbrodnię tę odpowiadały nie militarne organizacje, jak miało to miejsce w przypadku rzezi wołyńskiej, a państwo kierowane przez Stalina.

Sens tej tragedii, przez Iwanowa słusznie nazywanej ludobójstwem, powinno zmieścić się w pamięci i świadomości historycznej polskiego narodu, bo jakkolwiek „operację polską” i Katyń dzieli specyfika tych zbrodni, to jednak cel i skutek są tożsame. Zasadne jest więc stwierdzenie, że:
„Krew polskiego chłopca spod Żytomierza ma taką samą wartość co krew piłkowania zabitego w Katyniu. W czczeniu ofiar totalitaryzmu nie powinno być Polaków pierwszej i drugiej kategorii”.
Oczywiście należy zrozumieć, z jakich powodów symbolem zbrodni sowieckich na Polakach stał się z czasem Katyń, podobnie jak symbolem Holokaustu jest dla Żydów Auschwitz. Szacunek do ofiar, bez względu na różnice okoliczności zawsze powinien być taki sam, a jego okazywanie mieści się jak najbardziej w pamięci historycznej.

Wspomniane w artykule teksty znajdziecie w:
ZNAK Miesięcznik, nr 706, marzec 2014

*        *        *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

OBSERWATOR – ks. Józef Mroczkowski

jozef-mroczkowski-obserwator-cover-okladka„Ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski […] Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia i nieprawdopodobne. Czynię więc zadość mojej powinności plotkarskiej snując […] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.” | ks. Józef Mroczkowski, Obserwator.

Ta niewielka summa summarum książeczka, skromna w formie literackiego przekazu, pisana prostym językiem, spełniać może dla pasjonatów i badaczy II wojny światowej rolę w gruncie rzeczy ogromną. Parafialne zapiski księdza Mroczkowskiego, choć mocno niekiedy subiektywne (niektórym zda się zapewne, że i niesprawiedliwe) są szczerym świadectwem trudnego czasu na nie mniej trudnym terenie.

Prowadzone od września 1939 aż do roku 1947 zapiski z życia codziennego parafii w Oleszycach, niewielkiej miejscowości w przedwojennym powiecie lwowskim, która w czasie wojny kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk hitlerowskich i sowieckich oprawców, a dodatkowo była nieustannie narażona na działania ukraińskich bojówek nacjonalistycznych UPA, są istotnym dokumentem historycznym, bo choć nacechowane światopoglądem autora, świadczą o tamtym czasie.

Od czytelnika, jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności czytania między wierszami zależy, jak odbierze tych 150 stron, w których przewijają się losy polskiego księdza, jego podopiecznych – polskich parafian, a także sąsiadów Ukraińców, Żydów, czy wreszcie sowieckich i niemieckich okupantów.

Mroczkowski o sobie pisze niewiele i dopiero z notki autorstwa Janusza Grechuty dowiadujemy się, że był człowiekiem odważnym, niebojącym się podjąć, w imieniu sprawy (wiary i swego narodu) wielkiego ryzyka. Z jego zapisków wyłania się obraz małomiasteczkowego, skromnego, choć niepozbawionego dziś już niezrozumiałych uprzedzeń, wikariusza. Człowieka w gruncie rzeczy prostego (bynajmniej nie prostackiego!), ale prawego i sprawiedliwego.

Co bardziej wrażliwsi zwrócą uwagę lub zgoła odsądzą od czci i wiary autora za antysemickie (czy faktycznie?) uwagi i tendencyjny „polski” punkt widzenia. To prawda, że Mroczkowski musiał być w pewnym stopniu nastawiony negatywnie do Żydów, ich religii i kultury, w takim samym zresztą stopniu, w jakim przed wojną nastawionych było tysiące Polaków, w jakim chociażby nastawiona była Zofia Kossak.

Mroczkowski, podobnie jak i Kossak, nie mieli jednak w sobie zrozumienia dla niezrozumiałego zła, które Hitler rozlał po Europie i któremu poddano ludność żydowską – przejawia się to zwłaszcza w zapiskach wikariusza z 1941 roku pokazujących jego prawdziwe oblicze  – oblicze człowieka, który żyjąc w piekle, przeciwstawia się mu za każdym razem, bez względu na swoje uprzedzenia i poglądy.

Nie inaczej jest w przypadku Ukraińców, których pod wpływem doznanych krzywd nazywa narodem dzikim, barbarzyńskim, nie tkniętym narzędziem wiary ani kultury. Niepodobna wymagać od Mroczkowskiego głębokiej refleksji humanistycznej, tolerancji i obiektywizmu, zważywszy na jego przeżycia, zważywszy na kontekst kulturowy, społeczny i historyczny, w którym przyszło mu funkcjonować. I nie znaczy to bynajmniej, że my dziś mamy ulegać podobnemu punktowi widzenia. Nie w tym wszakże rzecz.

Niekiedy ksiądz Mroczkowski, w swym opisie na wskroś zwięzły i prostolinijny zarazem, jakby przyparty ilością zła nie jest w stanie opisać rzeczy, które jak sam twierdzi, nie mieszczą się w ludzkim pojmowaniu. Dramat ukraińskich pogromów, które pustoszyły ludność polską w 1944 roku oddaje pozornie „suchymi”, choć przejmującymi swą wymową i sensem zapiskami, jak chociażby tym z 15 kwietnia, pod którym znajdujemy słowa:
Jeszcze jedna noc darowana.

Rzecz jasna niepodobna jest tu streszczać wszystkiego, o czym opowiada ta niezwykła, acz prosta w swej formie kronika. Zaciekawionych tematem „Wołynia” i krwawego pogranicza polsko-ukraińskiego należałoby w pierwszej kolejności odesłać do profesjonalnych opracowań, których na szczęście w ostatnim czasie nie brakuje.

Nie zmienia to faktu, że „Obserwator” jest zajmującym dopełnieniem historycznego wykładu o trudnej przeszłości na kresach, a jednocześnie jego niezwykle istotnym i sprawdzonym źródłem. I dlatego też właśnie, choć to książka pozbawiona bardziej wnikliwego komentarza poruszającego temat trudnych relacji Polaków i Ukraińców w czasie wojny, godny jest naszej uwagi.

 
Obserwator, ks. J. Mroczkowski, Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Zwróćmy legitymację żołnierza Kampanii Wrześniowej!

39W październiku tego roku mój znajomy Michał trafił na pchlim targu przy kościele dominikanów we Lwowie na rzecz wyjątkową. Na straganach, pośród gwiazdek oderwanych od sowieckich mundurów, starych książek z bajkami, podartych map i masy innych rzeczy, znajdowała się legitymacja zaświadczająca, że WASYL TURKO został odznaczony Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”. Dokument pochodzi z 1997 roku i podpisany został przez prezydenta RP.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że dla legitymacji Pana Turko nie ma miejsca na bazarze, gdzie Ukraińcy starają się wciskać turystom co popadnie. Ponieważ handlarz nie potrafił lub nie chciał powiedzieć skąd ją ma, Michał postanowił ją zakupić. I oczywiście zwrócić Panu Wasylowi lub jego Rodzinie.

TurkoRekonesans sieci poczyniony przez mojego kolegę przyniósł kilka niepewnych informacji. Według niektórych źródeł Pan Wasyl zmarł w czerwcu 2013 roku w Ohio i służył w US Army. Możliwe, że to zbieżność nazwisk, ale równie prawdopodobne, że mała czerwona książeczka z polskim orłem jest częścią pasjonującej historii weterana wielu wojen.
Michał znalazł również zdjęcie tego człowieka. Być może jest to właśnie bohater kampanii wrześniowej.

W związku z tym zwracamy się do wszystkich czytelników bloga Tropy Historii z ogromną prośbą: jeśli wiecie coś o losach tego Żołnierza lub macie kontakt z jego rodziną – dajcie znać. Jeśli nie – udostępniajcie wydarzenie i bierzcie w nim udział, może dzięki temu o sprawie dowie się ktoś, kto zdoła pomóc.

Wydarzenie do udostępnienia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/435981739852451/

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

WIĘZIEŃ NUMER 62754 – cz. II

Piotrowski1Władysław Piotrowski był jednym z ok. 1100000 zamęczonych więźniów Koncentration Lager Auschwitz. I choć nie odegrał w czasie II wojny światowej żadnej znaczącej z historycznego punktu widzenia roli, jego historia jest ważnym świadectwem niepojętego zła, która dla czytelnika może okazać się interesująca ze względu na faktografię, zaś dla mnie ważną jest głównie dlatego, że więzień 62754 był moim pradziadkiem.

Kilkanaście miesięcy temu na łamach bloga Tropy Historii opisałem okoliczności aresztowania, przewiezienia do obozu oraz śmierci mojego przodka. Dzięki zebranym przez mojego ojca informacjom, natrafieniu na nowe dokumenty oraz ostatniej wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau poznałem nowe okoliczności związane z pobytem Władysława Piotrowskiego w KL Auschwitz. Być może zainteresują one i Was.
– Więzień polityczny –

W artykule p.t. „Więzień 62754” z listopada 2012 roku podałem niesprawdzoną wersję okoliczności aresztowania mojego pradziadka. Oparła się ona na rodzinnych wspomnieniach, wedle których Władysław Piotrowski trafił do Oświęcimia za pobicie Niemca. Do zajścia doszło w rodzinnej wsi pradziadka – Łaszczynie (dziś województwo łódzkie, powiat rawski), a według tej wersji Piotrowski został w pobicie „wrobiony” przez jednego z nieprzychylnych sąsiadów.

Dzięki dotarciu do wydawnictwa p.t. Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944 poznałem inną, bardziej prawdopodobną wersję aresztowania pradziadka.
W rozdziale „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” czytamy bowiem:

[…] Część mężczyzn osadzonych w więzieniu w Tomaszowie Mazowieckim przewieziono do Częstochowy. Na Zawodziu spędzili około trzech tygodni”, aż do momentu wyruszenia transportu do Auschwitz. Do tej grupy należeli aresztowani w łapance na dworcu kolejowym w Tomaszowie: Wacław Jastrzębski (nr 62737), Zdzisław Kun (nr 62743), Stefan Libera (nr 62746), Franciszek Mazurkiewicz (nr 62749), Eugeniusz Piaskowski (nr 62753), Władysław Piotrowski (nr 62754), Tadeusz Smejda (nr 62758), Władysław Wojniak (nr 62761). […]

Zgodnie z tym opracowaniem Piotrowski trafił więc w ręce gestapo nie w Łaszczynie i nie za pobicie Niemca, a w Tomaszowie Mazowieckim podczas łapanki na dworcu kolejowym. Być może zjawił się w tym miejscu chcąc załatwić w oddalonym od 40 kilometrów Tomaszowie jakąś pilną sprawę urzędową, być może powodem był handel lub np. zakup odzieży.

Obie wersje są prawdopodobne. Za jedną przemawiają wspomnienia rodzinne, za drugą materiał zebrany przez historyka.

Radomski transport do Oświęcimia z 1 września 1942, w którym znalazł się mój pradziadek liczył 514 osób. Byli to różni ludzie z różnych miejsc okupowanego kraju. Wśród nich znaleźli się partyzanci, członkowie ruchu oporu (AK, ONR, GL), członkowie różnych grup sabotażowych, oficerowie przedwojennego wojska polskiego, księża, przypadkowi ludzie złapani w łapankach oraz grupa 43 Żydów.

100_4650

W zasadzie wszyscy Polacy uwięzieni w Auschwitz otrzymali status „więźniów politycznych”. Myli się jednak ten, który sądzi, że mój pradziadek był aktywnym działaczem politycznym, bądź członkiem polskiego podziemia. Jak pisze w swoich książkach Władysław Bartoszewski pojęcie „Polaka-inteligenta” (a więc wroga III Rzeszy) funkcjonowało w niemieckim systemie pojmowania rzeczywistości w sposób niezwykle uproszczony.

Za inteligenta uznawano polityka, wojskowego, naukowca, nauczyciela, lekarza, ale i złapanego w łapance mężczyznę noszącego okulary, człowieka mieszkającego w inteligenckiej dzielnicy bądź niosącego książkę. Gestapo złapanych w takiej łapance „więźniów politycznych” oskarżało o wyssane z palca przestępstwa. Jedną z ofiar tego terroru został Władysław Piotrowski.
– Bezimienny –

31 sierpnia 1942 roku, gdy pierwsze promienie słońca wyglądały nieśmiało zza radomskich zabudowań, z dworca kolejowego ruszyła z wolna lokomotywa, sapiąc mrukliwie i ciągnąc za sobą rzędy bydlęcych wagonów. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji w Częstochowie, gdzie, wśród krzyku esesmanów, do przeładowanych wagonów wpakowano kilkudziesięciu więźniów, w tym i Władysława Piotrowskiego.

100_4675

Gdy transport zbliżał się do celu, w okolicach Chrzanowa czterech mężczyzn wyłamało deski w jednym z wagonów i rzuciło się do ucieczki. Wśród nich nie było mojego pradziadka. On do miejsca swego przeznaczenia dotarł 1 września późnym wieczorem. Pociąg zwolnił, po chwili stanął w miejscu, po czym drzwi wagonu rozsunęły się i oczom Piotrowskiego ukazała się kolejowa rampa. Ciemność nocy rozświetlił zrazu jasny blask reflektorów, a ostre, niemieckie „schnell!” i przeciągłe „rraauss!” zmieszało się z kanonadą kroków i pierwszych jęknięć bitych przez esesmanów więźniów.

W ubiegłą sobotę przemierzyłem tę samą drogę, którą wówczas pokonał mój przodek. Ruszyłem od strony torów kolejowych i wszedłem na teren obozu mijając bramę z cynicznym napisem „Arbeit macht frei”. W ubiegłą sobotę świeciło słońce, dookoła rozlegał się tumult setek turystów, a stojący na parkingu kierowcy gaworzyli leniwie popalając papierosy.

71 lat temu, to rzecz jasna banał, mój pradziadek pokonał tę drogę inaczej. Biegnąc przy wrzasku wściekle ryczących i bijających gumową pałką esesmanów. Biegnąc w chłodzie wrześniowej nocy ze straszliwym uczuciem niepewności, zwykłym ludzkim strachem, z którym kontrastował krajobraz składający się z przystrzyżonych równo trawników, zadbanych alejek i rosnących wszędy drzewek.

Niemcy rozkazali stanąć nowoprzybyłym w alejkach oddzielających równe rzędy baraków. Piotrowski wraz z pół tysiącem więźniów aż do rana tkwił w jednym miejscu bijąc się z myślami i czekając tego, co stanie się wkrótce. Po wielu godzinach, gdy słońce wzbiło się już ponad horyzont, esesmani wydali polecenie „rozebrać się!”, a następnie popędzili wszystkich w stronę łaźni.

Po kąpieli w strumieniach zimnej wody Piotrowski wraz z innymi podszedł, zupełnie nagi i dygoczący z zimna, do jednego z ustawionych przed blokiem stolików. Tutaj pisarze zadali mu kilka pytań, zabrali nazwisko i nadali mu nowe imię. Nie było już Władysława Piotrowskiego. Od teraz był już tylko polski więzień polityczny nr 62754.

100_4664

Miejsce katowania więźniów KL Auschwitz, tzw. kara słupka polegająca na przywieszaniu więźnia za ręce skrępowane w przegubie i wykręcone do tyłu.

 

 

– U wrót piekieł –

Pierwsze godziny w obozie…
Godziny gehenny. Po apelu i rejestracji, nowych więźniów stłoczono w sali na piętrze bloku 11., gdzie osadzeni spali na betonie i gdzie Piotrowski oraz jego towarzysze niedoli przeszli czas tzw. kwarantanny. Składał się on z tzw. „sportu” – wykonywania męczących ćwiczeń fizycznych, np. skakania żabką, czy też tzw. „rollen” polegającym na toczeniu się po ziemi i ostrym żwirze. Wszystko to wśród nieustających krzyków esesmanów, którzy pastwili się nad nowoprzybyłymi biciem – biciem niekończącym się i niezrozumiałym.

100_4663

Po dwóch lub trzech dniach mój pradziadek trafił wraz z innymi do bloku 10. i tam przydzielono go do jednego z komand robotniczych. Do którego konkretnie, niewiadomo.
Jak podaje Ewa Bazan, autorka rozdziału „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” część więźniów z radomskiego transportu skierowano do pracy przy regulacji rzeki Soły, inni trafili do prac przy roli, także do rozmaitych warsztatów obozowych, komanda Bauhof, czy komanda woźniców. Część z nich wykonując swoje obowiązki przebywała również w rozbudowującym się obozie Auschwitz-Birkenau – miejscu wymordowania prawie miliona Żydów, gdzie niektórzy spośród radomskich więźniów pomagali polskim więźniarkom i zbierali informacje np. na temat budowy krematoriów, zbrodniczych eksperymentach medycznych i licznych egzekucji.

 

 

– Ostatni dzień 1942 roku –

Zimno, brud, a nade wszystko przeszywający wnętrzności głód (na śniadanie 300 gram obrzydliwego chleba i lura zwana kawą, na obiad talerz wodnistych pomyj zwanych zupą, a wieczorem znów tylko „kawa”) oraz strach, ponadto wycieńczająca, wielogodzinna praca ponad ludzkie siły, a wreszcie bicie – ciągłe i bez końca – powodowały, że silny młody mężczyzna, który trafił do dobrego komanda (pod dachem) i potrafił skombinować coś do jedzenia był w stanie przeżyć w obozie pół roku, a rzadziej i więcej. Większość – starsi, schorowani, słabsi spośród tych, którzy trafiali do Oświęcimia wytrzymywali kilka tygodni, góra 3-4 miesiące.

Dzięki uprzejmości p. Krystyny Leśniak z Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau (biuro informacji o byłych więźniach) wiem, że Władysław Piotrowski, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia, w obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754, zginął 31 grudnia 1942 roku. Przeżył więc w fabryce śmierci 4 miesiące.

Władysław Piotrowski został dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego:
Blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego i 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.

100_4666

Przyczyna śmierci mogła więc (choć nie musiała) wiązać się z bardzo poważnymi urazami, prawdopodobnie nabytymi w wyniku pobicia przez kapo lub esesmana bądź też stanowiącymi skutek pracy ponad siły w anormalnych warunkach. Być może powód zgonu był inny, zdarzało się bowiem, że Niemcy fałszowali prawdziwą przyczynę śmierci. Czy Władysław Piotrowski został zakatowany niemal na śmierć, w wyniku czego zginął ostatniego dnia 1942 roku, czy też na przykład otrzymał w bloku szpitalnym zabójczy zastrzyk z fenolu – tego nie sposób dziś ustalić.

Komendant obozu Rudolf Höss mawiał do więźniów: „Popatrzcie to krematorium. Komin to jedyna droga na wolność”. Ta właśnie droga, jedyna niemal droga na wolność z Oświęcimia, stała się udziałem Władysława Piotrowskiego.

100_4665

 

 

– 71 lat później –

Spacerując we wrześniowe sobotnie przedpołudnie po alejkach KL Auschwitz, stąpając więc sensu stricte po świadectwie zła totalnego, po tym jądrze całkowitego wynaturzenia – mimo dziesiątek obejrzanych filmów, przeczytanych książek, wspomnień i opracowań historycznych, mimo setek przejrzanych fotografii, mimo słów przewodnika, mimo wyjących zza muzealnych szyb niemych świadków tragedii, nie zaznamy Auschwitz-Birkenau takim, jakim zaznali go jego więźniowie. I jakimi odczuwał i pojmował go Władysław Piotrowski oraz każdy z 1,3 miliona więźniów.

100_4671

 

100_4678

 

Źródła
– Ewa Bazan, Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku, [w:] Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, str. 773-780.
– Danuta Czech. Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz
– foto wł.

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

FUTBOL W CZASIE OKUPACJI

Boisko przy Podskarbińskiej – niewielka liczba widzów, gdyż przed momentem... była łapanka (źr. fot, kamionek.waw.pl)

Boisko przy Podskarbińskiej – niewielka liczba widzów, gdyż przed momentem… była łapanka. Stadion ten był najważniejszym „stadionem” warszawskich, okupacyjnych rozgrywek. Dziennie odbywały się tu nawet 4 mecze (źr. fot. kamionek.waw.pl)

Hitler i jego poplecznicy doskonale rozumieli, że sport, a szczególnie futbol stanowi ważną część polskiej kultury. Właśnie dlatego Polska stała się jedynym okupowanym przez Niemców krajem, w którym uprawianie sportu zostało zabronione, a mimo tego w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i innych miejscach zniewolonej przez okupantów ojczyzny, rzesze kibiców przez cały okres wojny emocjonowało się piłkarskimi pojedynkami. – Z miłości do futbolu i poczucia własnej godności.

Stawka tych spotkań toczonych w konspiracji, nieustannym niebezpieczeństwie i strachu, niejednokrotnie przerywanych z powodu obław gestapo, była ogromna. Gdyby chcieć dotrzeć do sedna sprawy należałoby używać pojęć i słów, które współczesny, skomercjalizowany świat wyrzucił już dawno na margines. Niech więc fakty mówią same za siebie.

– Wysoka cena –

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: godziny popołudniowe, wokół piaszczystego boiska tłum ludzi o skupionych twarzach jęknął w zawodzie, bo filigranowy skrzydłowy huknął z woleja w poprzeczkę. Po chwili zza jednej z bramek wrzawa, tłum w ciągu ułamka sekundy zastyga niczym na biało-czarnej fotografii, by po chwili rozlać się wraz z dwudziestoma dwoma piłkarzami po całej okolicy w chaotycznej ucieczce przed żandarmami. Strzały z karabinu mieszają się z krzykami rannych i niemieckimi komendami „Halt!”.

Podobnych obrazków w czasie trwania niemieckiej okupacji widziano dziesiątki, a mimo tego Polacy wciąż organizowali mecze używając niezliczonych forteli, aby wywieść w pole znienawidzonego okupanta.

Jakże trudno dziś, przyglądając się zmanierowanym gwiazdkom polskiej ekstraklasy, pojąć pasję, którą w futbol wkładały tysiące tamtych piłkarzy, ryzykujących życie tylko po to, aby sobie i innym dać odrobinę rozrywki i złudnego może, ale summa summarum bezcennego poczucia wolności.

W Polsce sport mogli uprawiać wyłącznie niemieccy ubermenschen, cały zaś dobytek przedwojennych klubów trafił w łapy nowych „panów”. Juliusz Kulesza, autor książki „Podziemny futbol”, wspomina, że za złamanie zakazu grania w piłkę przyszło naszym przodkom płacić bardzo wysoką cenę. Tylko do obozu Auschwitz trafiło w czasie wojny około pięciu tysięcy polskich piłkarzy! Ilu zginęło i zostało zamordowanych w wyniku obław, wpadek, donosów szpicli i volksdeutschów?

– Święta wojna w Krakowie –

Losy przedstawicieli polskiego piłkarstwa, którzy w trakcie II wojny światowej oddali swe życie „na murawie”, zawrzeć na łamach jednego tylko artykułu niezwykle trudno. Jedyne więc o co zdołamy się pokusić to wątła próba przypomnienia o zaledwie kilku z nich; liczymy przy tym, że czytelnik zdoła wyobrazić sobie skalę całego zjawiska, bo ta robi ogromne wrażenie i warta jest zapamiętania.

Cracovia przed meczem z Warszawianką (2 lipca 1939 r. )

Cracovia przed meczem z Warszawianką (2 lipca 1939 r. )

W Krakowie w piłkę grano, z wyjątkiem roku 1942, przez całą okupację, a pierwszy mecz pomiędzy Wisłą i Krowodrzą rozegrano już 22 października 1939! Gród Kraka, zwłaszcza kluby Cracovia, Wisła i Dąbki, zapłacił za miłość do piłki cenę bardzo wysoką. Niemcy przerywali mecze, organizowali łapanki na uczestników futbolowych spotkań oraz dokonywali ich egzekucji m.in. w podkrakowskich Przegorzałach.

Mimo to nikomu w Krakowie nie przeszła przez głowę myśl, aby zaniechać organizowania zawodów. W książce Stanisława Chemicza pod tytułem „Piłka nożna w okupowanym Krakowie” wiślak Władysław Giergiel wspominał:
„Kawiarenka Juvenii, była wspólnym lokalem klubowym, gdzie przy poszczególnych stolikach ustalano składy drużyn, załatwiano pożyczkę butów i strojów, a w międzyczasie przekazywano sobie podnoszące na duchu, najnowsze informacje radiowe, prasę podziemną czy aktualne dowcipy polityczne. Tam również, przy piwku, wspominały stare dzieje takie filary piłkarskie jak: Kałuża, Chruściński, dr Cikowski, Pająk, Lasota, Szumiec czy wiecznie skłóceni na temat prymatu w piłkarstwie krakowskim bracia Wójcikowie (Stanisław z Cracovii i Stefan z Wisły). Dzielnie dotrzymywał im towarzystwa ceniony arbiter Stanisław Jesionka i wielu innych wybitnych niegdyś ludzi polskiej piłki, których widok przypominał człowiekowi stare dobre czasy…”.  (źr.Stanisław Chemicz, Piłka nożna w okupowanym Krakowie, Kraków 1982)

Późniejszy reprezentant Polski - Henryk Boruez (zawodnik Grochowa) w otoczeniu kibiców obserwujących mecz piłkarski w czasie okupacji (źr. fot. kamionek.waw.pl)

Późniejszy reprezentant Polski – Henryk Boruez (zawodnik Grochowa) w otoczeniu kibiców obserwujących mecz piłkarski w czasie okupacji (źr. fot. kamionek.waw.pl)

W Krakowie meczom piłkarskim, a zwłaszcza pojedynkom Wisły z Cracovią, od zawsze towarzyszyły ogromne emocje. Dlatego tak wieki  zawód spotkał kibiców w 1942 roku, gdy do starcia słynnych klubów nie doszło, gdyż o meczu dowiedzieli się Niemcy. Rok później „Biała Gwiazda” spotkała się z „Pasami”, a mecz, zwłaszcza jak na okupacyjne okoliczności, miał niecodzienny przebieg. – Po kontrowersyjnej decyzji sędziego (który podyktował jedenastkę dla Cracovii) doszło do awantury, a ta po pewnym czasie przeniosła się… pod siedzibę komendanta SS, który szczęście w nieszczęściu, okazał się miłośnikiem futbolu i tylko dlatego krewkim krakusom tym razem się upiekło.

Różne też były losy krakowskich piłkarzy. Roman Grynberg, znakomity środkowy pomocnik Cracovii zbiegł do Lwowa, gdzie został osadzony w getcie, a w 1943 roku rozstrzelany w obozie janowskim. Jego kolega z drużyny i zarazem wybitny napastnik Józef Korbas (strzelił trzy bramki w debiucie w reprezentacji Polski) został wywieziono do obozu Auschwitz, następnie przeżył piekło Oranienburga i Sachsenhausen. Zginęli i inni znakomici sportowcy, jak chociażby Leon Sperling, Stefan Fryc, Adam Kogut, Antoni Łyko, Gustaw, Bator czy Bronisław Makowski. Wszyscy oni tworzyli kwiat małopolskiego piłkarstwa.

W Łodzi, gdzie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, niż w Krakowie, bo miasto, zdaniem hitlerowców – rdzennie niemieckie, zostało przyłączone do III Rzeszy. Tu Polacy również walczyli z okupantem i to nie tylko za pomocą dywersji i sabotażu, ale również sprzeciwiając się wszelkim zakazom, w tym zakazowi uprawiania sportu. I tak, najbardziej zasłużony i zarazem najstarszy łódzki klub – Ł.K.S., nie mógł rzecz jasna funkcjonować na przedwojennych zasadach, ale jego sportowcy wciąż wykazywali aktywność.

Ełkaesiacy, wśród nich Longin Janeczek, Stefan Bomba czy Jan Włodarczyk, występowali w czasie wojny w klubie „Wicher”, który rozgrywał potajemne mecze z różnymi łódzkimi drużynami. Inni, jak Alojzy Welnitz i Adam Obrubański zginęli w Katyniu (jednego z nich zidentyfikowano właśnie dzięki klubowej klapie ŁKS-u) oraz w obozie na Radogoszczu, jak Władysław Załęski, który w swoim ostatnim, pożegnalnym liście pisał:

„(…) i wierzę, że uda mi się zobaczyć z Wami. Lecz gdyby nie, to pamiętajcie, że zawsze Was kochałem, że moje myśli były zawsze przy Was, przy naszych przygodach, przy naszym ŁKS-ie”.

Kochających futbol łodzian śledzili piłkarze niemieckiego Unionu Touring, którzy alarmowali hitlerowskie władze, a te przerywały mecze aresztując ich uczestników. Tak stało się m.in. 24 października 1943 roku, gdy Niemcy wtargnęli na Plac Hallera w Łodzi, gdzie wspomniany „Wicher” toczył pojedynek z Wólką prowadząc 2:0 (w „Kronice Okupacji Łodzi” autorstwa Andrzeja Rukowieckiego widnieje fotografia z tamtego spotkania).

Piłkarze ŁKS-u grali w piłkę w czasie wojny i walczyli na wszystkich frontach. Na pierwszym planie Antoni Gałecki, który walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino.

Piłkarze ŁKS-u grali w piłkę w czasie wojny i walczyli na wszystkich frontach. Na pierwszym planie Antoni Gałecki, który walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino.

Gwoli ścisłości warto wspomnieć, że zdaniem Juliusza Kuleszy stworzona z graczy RTS Widzew, KS WIMA i RKS Widzewianka drużyna „Widzewa” rozegrała w czasie wojny najwięcej meczów spośród wszystkich nielegalnych drużyn działających w Łodzi i okolicach.

– Z Łapickim w bramce –

Futbolu nie mogło zabraknąć również w sercu okupowanego kraju – w stolicy. Tutaj, mimo surowych zakazów i codziennych represji, rozgrywki aż do wybuchu Powstania Warszawskiego organizowali m.in. dwaj przedwojenni reprezentanci Polski – Józef Ciszewski oraz Alfred Nowakowski, którzy z okazji piątej rocznicy śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego zorganizowali turniej na Polu Mokotowskim, w którym wzięło udział aż osiem drużyn. Rozgrywki wygrał Błysk z Kolonii Staszica ze słynnym później aktorem – Andrzej Łapicki zajmującym miejsce między słupkami bramki.

W piłkę grano w Warszawie na ulicy Opaczewskiej, na Marymoncie, na Grochowie oraz w Piasecznie, Karczewie, Milanówku i Konstancinie. W tym ostatnim, pod nosem samego gubernatora Ludwiga Fischera, co pewnego razu skończyło się niestety wtargnięciem na boisko esesmanów, śmiercią dwóch uczestników zawodów i aresztowaniem wielu innych.

Na kresach wschodnich, okupowanych przez Sowietów, nie było zakazu gry w piłkę nożną, ale sport można było uprawiać wyłącznie w radzieckich klubach. Właśnie dlatego najwybitniejszy polski trener Kazimierz Górski kopał piłkę za sowieckiej okupacji nie w legendarnej Pogoni, a w Spartaku i Dynamie Lwów.

W otoczeniu piłkarzy Polonii znajduje się Adolf  Dymsza  i słynna aktorka Helena Grossówna. Po meczy Polonia – Radość, 1943 rok. ( źr, fot. kamionek.waw.pl)

W otoczeniu piłkarzy Polonii znajduje się Adolf Dymsza i słynna aktorka Helena Grossówna. Po meczy Polonia – Radość, 1943 rok. ( źr, fot. kamionek.waw.pl)

– W całym kraju –

Niemiecko-sowieckiej dominacji nie poddano się w żadnym zakątku zniewolonego kraju. Mecze piłkarskie rozgrywano m.in. w Lublinie, Kaliszu, Tarnowie, Radomiu, Mielcu, Piotrkowie i Rzeszowie (prym wiedli tu sportowcy Resovii), a także w Poznaniu (piłkarzy Warty Poznań, którzy trafili do jenieckiego oflagu w Woldenbergu i Gross-Born stworzyli tam drużyny piłkarskie) i Sandomierzu (tutaj w 1944 w trakcie nieoficjalnego meczu „Wisły” z reprezentacją garnizonu niemieckiego partyzanci zlikwidowali jednego z niemieckich wysokich urzędników sprawującego władze w mieście), a nawet na Śląsku (tu z kolei zdołano zorganizować mistrzostwa, które wygrała drużyna AKS Niwka).

Piłka nożna była jedną z form wyrażania przez polskie społeczeństwo oporu wobec okupantów. Była najtrudniejszym i zarazem najważniejszym meczem w życiu ówczesnych działaczy, piłkarzy i kibiców. Nagrodą za zwycięstwo w pojedynku okupionym śmiercią tysięcy dzielnych ludzi, były nie punkty, nie splendor, pieniądze czy sława. Była nią ludzka godność i może warto, aby współcześni świata futbolu o tym, od czasu do czasu, sobie przypomnieli.

Źródła:
– Stanisław Chemicz, Piłka nożna w okupowanym Krakowie, Kraków 1982
– Juliusz Kulesza, Podziemny futbol 1939-1944, 2012
– Tomasz Sierżant, Polska piłka w cieniu nazizmu (czasfutbolu.pl)

– źr. fot.: http://www.kamionek.waw.pl/content/view/644/106/

Artykuł był publikowany na łamach portalu: sport4fans.pl

*   *   *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

POEZJA WARSZAWY ‘44

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

Kojarzący się z Powstaniem – Baczyński, Gajcy i Stroiński to nie jedyni twórcy poezji Warszawy walczącej. W dzień 69. rocznicy wybuchu Powstania przypomnimy kilka utworów oraz ich autorów, o których dziś pamięta niewielu.

Poezja Powstania Warszawskiego wpisała się w historię 63 dni nierównej walki, którą stolica wydała niemieckiemu okupantowi 1 sierpnia 1944 roku. Była to liryka walcząca, „strzelająca nie kulami, a słowami”, bijąca wersami Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, Mieczysława Ubysza, Zbigniewa Jasińskiego i wielu innych poetów, mniej lub bardziej uzdolnionych twórców, wierszokletów i grafomanów.

Nasze zestawienie nie jest wynikiem pracy historyków, czy krytyków literatury. Stanowi jedynie subiektywne zestawienie dokonane na podstawie kryteriów mało zapewne „uczonych”, choć w naszym mniemaniu ważnych. Nie o fachową analizę krytyczno-literacką tu się bowiem rozchodzi, a o sens, które liryka ta ze sobą niosła i emocje, które wzbudzała.

– Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona –

Nie sposób jednoznacznie wskazać wiersz, który został opublikowany po wybuchu walk w Warszawie jako pierwszy, a tym bardziej nie sposób ustalić kto jest jego autorem.

Pisało wielu. Wśród nich zarówno znani poeci, których twórczość ukazywała się przed wojną i potem już w czasie okupacji na łamach prasy podziemnej. Pisała emigracja, pisali wreszcie młodzi-debiutanci, niekiedy wyłącznie z potrzeby serca, trochę jak to się zwykło mówić potocznie do szuflady, nie mniej jednak wiele spośród tych utworów opublikowano w powstańczej, jawnej przecież prasie i dzięki temu czytały je tysiące w każdym zakątku wyzwolonego miasta.

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Poezja powstawała spontanicznie, każdego dnia, w chwilach wolnych od walk, nalotów i ostrzałów artylerii, podczas strzelanin, na barykadzie, w ruinach, na ulicach, w okopach, schronach i podwórzach.

Pisano dla siebie – być może aby wyrzucić żal, ból i strach. Pisano dla innych, aby podtrzymywać na duchu, wzywać do pracy i walki. Pisano wreszcie apelując o pomoc sojuszników, przede wszystkim Anglików i Amerykanów.

To prawda, że wiele powstańczych wierszy nosi znamiona nachalnej propagandy, czy jednak można się temu dziwić? Wiersz pisany w trakcie Powstania, a potem publikowany w „Rzeczpospolitej”, czy „Biuletynie Informacyjnym” miał nie tyle nawet dostarczać doznań stricte estetycznych, ile przede wszystkim stanowił pragmatyczną formę wpływania na masy. Był apelem, głosem poszczególnych dzielnic, głosem miasta.

Prawdopodobne, że pierwszym autorem powstańczego wiersza jest Stanisław Ryszard Dobrowolski, znany przed wojną poeta, który został zapamiętany jako autor słynnej i chyba najbardziej popularnej w tym czasie pieśni pod tytułem „Warszawskie dzieci”, pełniącej zresztą rolę nieoficjalnego hymnu walczącego miasta.

Stanisław Ryszard Dobrowolski sięgnął po pióro już w pierwszych godzinach Powstania pisząc utwór „Niezwyciężona”. Poeta w czasie Powstania żył, co potwierdza jego kolega Stanisław Zadrożny, w „twórczym podnieceniu”. Przebywający w budynku kina „Adria”, przy ulicy Moniuszki, na drzwiach swojego pokoju wywiesił napis: „Tu się pisze wiersze”. „Niezwyciężona” była owocem owego intensywnie odczuwanego natchnienia.

I znów wśród murów twych, Stolico –
Ogień we włosach i błysk w oku:
Skrzydłami wiejąc nad ulicą,
Grzmi jasno rytm zwycięskich kroków.
[…]
Żołnierski sen urasta w jawę:
Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona.
Przez ogień idzie w złotą sławę
Niezwyciężona! Niezmożona. […]
(źródło tekstów literackich podajemy na końcu)

Tytuł wiersza, nietrudno się tego domyślić, odnosi się do Warszawy, a sama treść w sposób trzeba przyznać dość prosty gloryfikuje stolicę, wskazując przy tym na ciężki los miasta, wskazując na jego heroiczną postawę.

To prawda, że utwór Dobrowolskiego emanuje nadmiernym patosem. Czytając poezję Powstania Warszawskiego nie możemy jednak przyjmować tej samej miary, którą przykładamy do liryki tworzonej w każdym innym czasie. Jeśli tego nie uczynimy, dziewięćdziesiąt pięć procent tekstów należałoby uznać za grafomańskie i niegodnych uwagi.

 

Zbigniew Jasiński "Rudy" (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Zbigniew Jasiński „Rudy” (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Zapełniajcie nami muzea –

Wiele wierszy powstało pod wpływem konkretnych wydarzeń. Tak było w przypadku utworu Zbigniewa Jasińskiego (pseudonim „Rudy”) pod tytułem „Odmawiamy!”, który ukazał się 10 sierpnia w dodatku nadzwyczajnym do dziennika powstańczego „Warszawa walczy”.

Dotyczyło ono zdarzenia z początku Powstania, gdy Niemcy chcąc wymusić na dowództwie Armii Krajowej zaprzestanie walk, wzięli do niewoli tysiące cywili z okolic Placu Trzech Krzyży, ulicy Ludnej i Nowego Światu. Zakładników osadzono w podziemiach Muzeum Narodowego, a hitlerowcy zagrozili ich wymordowaniem, jeśli AK nie zakończy działań zbrojnych.

Na zakładnikach wymuszano ponadto, aby wybrali delegację, która zażąda od Powstańców przerwania walk. Więźniowie Muzeum nie zamierzali pomagać oprawcom, a ich niezłomna postawa natchnęła Jasińskiego do napisania wiersza „Odmawiamy!”.
Utwór rozpoczyna się znamiennym zwrotem:
„Zapełniajcie, zapełniajcie nami muzea”

W dalszej części wiersza poeta wspomina konkretną grupę uwięzionych – to pracownicy gazowni z rodzinami dają świadectwo męstwa.

Nas pragniecie zatrwożyć nalotem?…
Nas – przerazić hukiem  bomb śród głowni?…
Uwięzieni, legniemy pokotem
Robotnicy Warszawskiej Gazowni! […]

To oni właśnie stają się bohaterami wiersza.

– Pogardzamy waszym ultimatum.
Nas łudzić pokusą służalczą.
Odmawiamy! Żadnych delegatów!
Oddziały nasze niech walczą. […]

– Warsaw Concerto na płycie –

O polskim Powstaniu pisano nie tylko w samej Warszawie. Echo bitwy o stolicę rozbrzmiało również w odległych zakątkach Europy i świata.
Jerzy Pietrkiewicz, polski poeta przebywający w tamtym czasie w Londynie, napisał 13 sierpnia 1944 roku jeden z najpiękniejszych powstańczych liryków. „Warsaw Concerto” to utwór inny od tych tworzonych w kraju, na co wpływ miało to, że jego autor spoglądał na rozgrywający się w ojczyźnie dramat z zupełnie innej perspektywy.

Już pierwsze dwa wersy ukazują klimat wiersza, zawieszonego w trudnej do określenia próżni. Osobą zaś, o której pisze poeta jest mieszkaniec Londynu.

Myślisz, oślepły blackoutem, słuch powierzywszy alertom,
że to nie tylko Bracka, Bielańska, jakieś place, jakieś ulice.
[…]
Nastawisz patefon, zagrasz po raz setny Warsaw Concerto
Snom na pociechę i niebu, co Londyn studzi księżycem.
Zbudzi cię radio zwycięskie, załopocze nadzieją gazeta –
I tłum sportowy konie radośnie przywita przy metach. […]

Usprawiedliwiając się przed Warszawą, odgrywa londyńczyk słynną muzykę. Ma to być symbol pamięci kogoś spoza Warszawy. Symbol ku czci miasta. Symbol bez znaczenia: „Snom na pociechę i niebu”.

To tylko Bracka, Bielańska, Stare Miasto, Plac Teatralny –
Jakieś miasto z filmu, z muzyki, świat obcych nazw – nierealny.
Warsaw Concerto na płycie –
Patefon, fabryka, bank – życie. […]

Autor zdaje sobie sprawę z faktu, że dla ludzi, z którymi obcuje na co dzień, piekło Warszawy to abstrakt. Nazwy rzucane co dzień, przez meldującą do Londynu Armię Krajową są oderwane od rzeczywistości. Głos sumienia zagłusza fortepianowy koncert.

Czy sojusz należy przemilczeć, a przyjaźń – jedynie patrzeć?
Czy się umiera tragicznie dla widzów tylko w teatrze,
Czy rozpacz samotna –  z trupem, zatkniętym na barykadzie,
To jeno polski przywilej na samobójczej paradzie? […]

The Warsaw Concerto album coverNie trudno zgadnąć kto jest adresatem tych słów. Warsaw Concerto gra jednak dalej przy akompaniamencie huku bomb i krzyku mordowanych ludzi.

Znowu
Spod klawiszy wybuchł polonez.
Sztandar zakrwawił niebo
Na Termopilach Europy […]

Jerzy Pietrkiewicz snuje dalej więc swą opowieść o Powstaniu przy akompaniamencie muzyki snując samemu swą smutną melodię, której nie sposób odtworzyć i powtórzyć.

Krztusi się radio, w depeszach brak tchu niecierpliwym słowom.
Dym wplata motywy czarne, kurz białe, a krew czerwone
w koncert ulic i placów. Jak werble żołnierskiej stopy
na Świętokrzyskiej, Królewskiej, na Długiej i Żoliborzu.
[…]
Tego koncertu nie nagrasz
na żadną płytę,
płyta od gniewu pęknie,
melodii odpowie zgrzytem.

– Notujcie w Trybunach i Times’ach –

W czasie Powstania powstał obszerny zbiór poetyckich utworów. – Prawda, że nie zawsze najwyższych lotów, prawda, że prostych, co nie znaczy bynajmniej, że przez to mniej ważnych i niegodnych naszej uwagi.

W powstańczej prasie roiło się od tych utworów – wzniosłych apeli autorstwa znanych i nieznanych z nazwiska świadków i uczestników Powstania. Jeden z najpiękniejszych wierszy Powstania Warszawskiego, którego nazwiska autora nie udało się ustalić nosi tytuł „Tu mówi Warszawa…”.

Opublikowany 19 sierpnia na łamach popularnego wówczas dziennika „Barykada” w mig obiegł całą Warszawę, wkrótce czytano go w Londynie i Waszyngtonie, wielokrotnie pojawiał się w emigracyjnej polskojęzycznej prasie i w radiu.
Wrażenie na czytelnikach robił zwłaszcza pierwszy czterowers:

Uwaga! Tu mówi Warszawa!
Notujcie w Trybunach i Times’ach.
Trzymamy się jeszcze! Słyszycie? Uwaga!
Robotnik, lud, dzieci na szańcach. […]

Napisany w formie komunikatu radiowego utwór jest, co widać na pierwszy rzut oka, nie tylko świadectwem bohaterstwa ludu Warszawy, ale także apelem do aliantów.
Nieznany autor zwrócił uwagę na podejście sojuszników do Powstania, podejście trzeba przyznać symptomatyczne, nie wychodzące poza suchy podziw nad postawą Polaków.
Jeden z fragmentów utworu dobitnie hipokryzję  przyjaciół ze wschodu i zachodu, będące de facto objawem zwyczajnej kurtuazji. A jednak, jak pisał autor wiersza,  to, że AK biła się, nie tylko zresztą za swoją wolność, nie było jedynie chwytem propagandowym – było prawdą.

Tu z ruin pożarów i zgliszczy
Przemawia wolności stolica.
Niełatwo tak damy się zniszczyć –
Możecie się nami zachwycać. […]

„Wolność” przemawia tu z ruin i zgliszczy, a więc ze strasznego pejzażu mordowanego miasta. Czy miało to poruszyć sumienie narodów – angielskiego i amerykańskiego?
Z pewnością, wszakże ogromu cierpień, jaki dokonywał się w tamtych dniach sierpnia, a potem i września, trudno porównywać z jakimkolwiek innym wydarzeniem II wojny światowej.
„Możecie się nami zachwycać” – pisze autor wiersza.

Jak długo? To tym nie wiecie?
Dopóki krew płynie nam w żyłach […]

Autor wskazuje, że Powstanie nie jest oderwanym od całości zjawiskiem abstrakcyjnym – jest konsekwencją postawy, jaką podjęli Polacy we wrześniu 1939 roku. Dla autora Powstańcy to ci sami ludzie, którzy walczą na innych frontach i różnych kontynentach. To ciągle ta sama rodzina – „synowie” i „bracia”.

Tu bracia żołnierzy z Tobruku,
Synowie walczących w Cassino,
Meldują w ogniowym walk huku:
Za wolność gotowiśmy zginąć. […]

– Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie –

O Powstaniu pisali i ci bardziej znani, a zaliczyć do nich należy Zbigniewa Jasińskiego, pseudonim „Rudy”. Miano „poety Powstania Warszawskiego” nadał mu Andrzej Pomian, historyk i emigracyjny pisarz, autor książek o Powstaniu.
Jasiński urodził się w Łodzi w 1908 roku, a jego życiorys mógłby posłużyć do napisania ciekawej książki. Już w okresie międzywojennym nie był osobą anonimową – pisał poezje, zajmował się dziennikarstwem, był znanym marynistą. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku i dostał się do sowieckiej niewoli. Z łagru na wschodzie Rosji przeniesiono go do Lublina. Udało mu się stamtąd zbiec i wkrótce wstąpił do Armii Krajowej. W 1943 jako kurier AK pojechał do Jugosławii. Wreszcie wziął również udział w Powstaniu Warszawskim.

To on napisał najbardziej znane utwory poetyckie Powstania. Utwory, które zdobyły sobie sławę nie tylko w stolicy, ale również w Anglii i Stanach Zjednoczonych oraz, które cytowane były wielokrotnie przez polską prasę emigracyjną i radio. O wierszu pod tytułem  „Odmawiamy!” wspomnieliśmy wcześniej, jeszcze większą jednak popularnością zdobyły dwa inne utwory „Rudego”: „Sierpień” i przede wszystkim – „Żądamy amunicji”.
Pierwszy z nich powstał prawdopodobnie 21 sierpnia, w momencie, gdy walki rozerwały miasto na kilka części i gdy nadal z nadzieją wyczekiwano na pomoc sojuszników.

Gdy Niemcy z coraz większą furią nacierali na Stare Miasto oraz południową część Śródmieścia, a AK zdobyła słynny drapacz chmur – PAST-ę, Jasiński napisał wiersz „Sierpień”. Bardziej liryczny od jego innych, znanych utworów.

„Sierpień” to pewnego rodzaju kompilacja dwóch, przeciwstawnych światów, z których jeden zaczyna dominować. Oczywiście autor nie ustrzegł się uproszczeń, tak powszechnie eksploatowanej wizji biało-czarnego świata dzielącego się na to, co dobre i to, co złe. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze tekstu, gdyż ważniejszy jest tu bardzo silny ekspresjonizm i na co zwrócił uwagę Bartoszewski, żarliwość i ogromny emocjonalizm tej poezji.

Wspomniane zestawienie dwóch światów – idealnego i realnego stanowi szkielet tego utworu. Poeta pyta o sierpień – „nasz złoty sierpień”, wskazując nam sielankowy pejzaż z przeszłości: „Kłosy żytnie, brzęk pszczoły i cichy szept liścia”. Po wykreowaniu tego obrazu następuje drastyczny powrót do rzeczywistości.

– Nic, prócz trupów i ruin, spustoszeń i cierpień.
Mord. Pożoga. Szaleństwo. Sierpień nienawiści.
[…]
I nie pytam: co z bratem? A dom – już spalony.
I tak już trzy tygodnie. I będzie ich więcej.
[…]
Więcej będzie zabitych, kalekich, bezdomnych.
Kto wie, czy ujrzymy, jak złocą się kłosy? […]

Utworem, który przesądził o tym, że Zbigniewa Jasińskiego nazywa się „Poetą Powstania Warszawskiego” jest jednak inny wiersz, napisany prawdopodobnie w okolicach 24 sierpnia.
„Żądamy amunicji” to jeden z najbardziej popularnych wierszy Powstania, na temat którego dysponujemy sporą dawką informacji.
Wspominany, przy okazji tekstu Dobrowolskiego, Stanisław Zadrożny doskonale pamięta dzień, w którym Jasiński przeczytał mu „Żądamy amunicji” po raz pierwszy.

[…] „Dnie były najgorsze. Nad miastem wisiało niebo rude od pożarów. Dławił dym. Ogień nieprzyjaciela gęstniał, koncentrował się w określonych punktach, by je zniszczyć do cna. Coraz częściej trzeba była dopisywać do dziennika radiowego już w ostatniej chwili, w studiu: „ w tej chwili padają na miasto pociski artylerii niemieckiej”… lub „ przed kilku minutami samoloty niemieckie bombardowały miasto…” […]
W tym to czasie przybiegł do mnie Zbigniew Jasiński. Był wyraźnie podniecony:
– Czytaj! – powiedział. Podał mi kartki zapisanego papieru. Czytałem.” […]
Pamiętam, jakie wrażenie wywierał na nas wtedy wiersz Jasińskiego. Po prostu dlatego, że doskonale trafił w nasze ówczesne odczucia. Oczekiwaliśmy wszyscy na możliwie szybką pomoc z Londynu, na zrzuty broni i amunicji, tymczasem wielokrotnie emitowane przez radio głośnego chorału Kornela Uniejskiego […] było w naszym odczuciu anachroniczne i irytujące. Nie wiedzieliśmy oczywiście, że te właśnie melodię obrano jako szyfr i dlatego powtarzano ją tak często. […]
Zbyszek Jasiński […] miał wypieki na twarzy, gdy mi wiersz oddawał. Dla niego ten wiersz był przeżyciem. Wypływał spod serca. Przynosił ulgę nagromadzonej pasji. Czytali go wszyscy, którzy tego dnia zjawili się w naszej kwaterze prasowej. Budził entuzjazm. Ale znalazł się i taki, który powiedział:
– Ja bym wam nie radził nadawać tego wiersza. Londyn się obrazi.
Wbrew tym radom wiersz Zbigniewa Jasińskiego „Żądamy amunicji” poszedł na antenę 24 sierpnia. Czytał go „Krzysztof” (red. Zbigniew Świętochowski). Powtórzony był kilka razy, w kilku audycjach. […]
Rzadko kiedy pojedynczy wiersz zrobił taką karierę i zdobył taki rozgłos jak ten, pisany w małym, starym sklepiku Wedla przy ulicy Szpitalnej, w czasie Powstania Warszawskiego. Nagrany na płytę przez Polskie Radio w Londynie, w dwa dni później, to jest 26 sierpnia, ukazał się po pierwszy drukiem w emigracyjnym „Dzienniku Polskim (i Dzienniku Żołnierza)”. Szybko obiega całą prasę polską na Zachodzie. Jeszcze w czasie Powstania, a więc we wrześniu 1944 roku, Jan Lechoń przemawiając na jakimś emigracyjnym publicznym zebraniu w Nowym Jorku, powiedział: „ to świszczący pamflet na naszą emigrację”. […]
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 184, 185)

Siedemnaście wersów, które jak podaje Zadrożny, ułożono w małym sklepiku, a które obiegły dużą część świata w ciągu kilku dni, stały się symbolem postawy Polaków względem i Powstania Warszawskiego, i reakcji na Powstanie Aliantów.

Stworzył go poeta, podobnie jak i inne swoje utwory, z tonie żarliwym i mocno emocjonalnym, w tonie refleksyjnym i prowokacyjnym, nie rezygnując przy tym z podniosłego klimatu, który nie razi czytelnika, jest wszakże uzasadniony – w sytuacji walki o Warszawę ma po prostu rację bytu.

Jest więc wiersz Jasińskiego głosem zdeterminowanych ludzi, ale i ludzi, którzy dychają ostatkiem sił. Jak podaje Zadrożny, utwór zrobił ogromne wrażenie na całej walczącej Warszawie: „doskonale trafił w nasze odczucia”.
Na pierwszym planie mamy zatem Powstanie – czyn zbrojny Polaków i Armii Krajowej. To gloryfikacja wysiłku bez precedensu, jaki podjęli mieszkańcy Warszawy. Pełno tu kolokwializmów, potocznej mowy nadającej wierszowi swawolny ton, pełen wigoru i zwady.

Tu zęby mamy wilcze, a czapki na bakier,
Tu u nas nikt nie płacze w walczącej Warszawie:
Tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
Tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!… […]

Świat odległy zachwyca się światem, który ginie w oczach, celebrując przy tym jego poświęcenie, i nie mając do zaoferowania nic prócz pustych frazesów. Ginie więc bohater, jak to miało miejsce w „Warsaw Concerto” przy akompaniamencie „podziwu, śpiewu i braw”.
Odwołuje się również Jasiński do wspomnianego przez Zadrożnego chorału Uniejskiego. Pyta się poeta:

Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie
Gdy tu nadeszło wreszcie oczekiwane święto?
[…]
U boku swoich chłopców walczą tu dziewczęta
i nawet dzieci walczą.
[…]
Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla was!
Oklasków też nie trzeba!
Żądamy amunicji! […]

Apel zrobił ogromne wrażenie na słuchaczach i czytelnikach. Poezja okazała się jednak zbyt słaba by móc wpływać na politykę. „Żądamy amunicji” stał się przysłowiowym „krzykiem na puszczy”, prawda, że wyjątkowo wzruszającym (posłuchajcie umieszczonej poniżej i niezwykle poruszającej interpretacji Edwarda Snopka) i udanym pod względem estetycznym, ale niestety głuchym.


Warto przy tym wspomnieć słowa Jana Lechonia, który wskazywał, że wiersz ten jest rodzajem pamfletu na polską emigracją, która mimo starań nie potrafiła wpłynąć na sojusznika, choć jak się okazało nieco później, wpłynąć w wyniku ustaleń zawartych w Teheranie nie mogła.

28 sierpnia ukazał się inny ważny wiersz Powstania. W „Do powstańca” Stanisław Marczak-Oborski pisał:

Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić
W wolność, co przyjdzie, choćbyś padł.
Pamiętaj, że na ciebie patrzy
Ogromny i zdumiony świat
[…]
Choćby zawiodła wszelka pomoc,
Choć przyjdą dni głodu i moru;
Ostatniej stawki nie przegramy
– stawki naszego honoru. […]

Powstanie zaskoczyło wielu ludzi szeroko rozumianej sztuki, kultury i nauki, w tym pisarzy, dziennikarzy, rysowników, naukowców, muzyków i poetów. Wszyscy oni znaleźli się w nowej, jeszcze trudniejszej i bardziej dramatycznej od okupacyjnej, rzeczywistości. Niemal wszyscy też poparli walkę z hitleryzmem w Warszawie.

Co ciekawe, mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem – popularni i czytani twórcy literatury nie stworzyli ani jednego (może z wyjątkiem „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego) utworu, cenionego później przez krytykę ze względu na wartość estetyczną, a jednak razem zrodzili fenomen – pojęcie, które nie funkcjonuje w środowisku czytelniczym i naukowym, a które można nazwać najprościej „Literaturą Powstania Warszawskiego”. Stworzyły ją setki znanych, lub mniej znanych, a czasami anonimowych autorów – pisarzy, poetów, twórców piosenki.

Wiersz „Godzina bije” ogłoszony 15 sierpnia na łamach redagowanego przez Stanisława Wąsowicza dziennika „Barykada Powiśla” napisał Jan Brzechwa, który (o czym wie niewielu) tworzył w Powstaniu i o Powstaniu. I cóż z tego, że wiersz to nadęty patosem i przejaskrawiony. Stanowi przykład jednego, spośród setki podobnych wierszy, które wychodziły spod ręki znanych, jak Brzechwa.
A w Powstaniu żyli, walczyli i tworzyli poza Brzechwą, Baczyńskim, Gajcym i Stroińskim, także Maria Dąbrowska, Leopold Buczkowski, Karol Irzykowski czy Maria Rodziewiczówna.

 

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Przez wieczór bez końca… Wśród nocy bez końca –

Mieczysława Ubysza nazywa się niekiedy „zapomnianym poetą Powstania Warszawskiego”. To jeden z tych, którzy tworzyli w czasie walk o miasto nie tylko poezję propagandową – pełną patosu i emocji, ale którzy potrafili nadać wierszowi ciekawą konstrukcję poetycką, formę i charakterystyczny styl.

Jednym z nich jest napisany przez Ubysza na początku września utwór poświęcony Starówce. To wtedy, gdy stara dzielnica dogorywała powstały dziesiątki wierszy powiązanych z bojem, jaki toczono w okolicach Długiej, Kilińskiego, Placu Krasińskich, Rynku, Placu Zamkowego i Krakowskiego Przedmieścia.
Współtwórca i jednocześnie spiker radiostacji „Błyskawica” zatytułował swój liryk „Stare Miasto”.

Szli, szli, szli,
Zgarbieni, zbłoceni, we krwi.
Przez wieczór bez końca,
Wśród nocy bez końca,
Sunęła, sunęła
Gromada milcząca.
O mury, o asfalt
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…[…]

Liryczny obrazek powstańczej wędrówki przedstawiany jest w refleksyjnym, smętnym, pełnym melancholii tonie. Krótkie wersy zdają się odpowiadać krokom idących żołnierzy, a efekt ten wzmacniają w bardzo dużym stopniu liczne powtórzenia.
Zrujnowani ludzie kroczą przez piekło Starówki. Miast nóg mają „kikuty”.

Przez wieczór bez końca
Wśród nocy bez końca
[…]
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…
[…]
A twarze sczerniały
Z zajadłym chichotem
Noc pluła żelazem,
Gruzami i błotem
I szli tak od gruzów
Do gruzów kamienic
Cieniami olbrzymów
W wichurze płomieni,
Nie rzędem, kolumną –
Gromadą bezładną
[…]
Wiatr uniósł im nad głową,
Wiatr huczał w płomieniach,
Że było, że padło,
Że dzisiaj już nie ma!
Na gruzach Starówki
Brzask przetnie jak nóż
Trzydzieści dwie doby
I krzyknie, że już!
Że padło, ze odwrót,
Że idą i idą […]

Kompilacja życia i śmierci pokazuje całą prawdę o rzeczywistości tamtych dni. Z jednej strony  – dogorywające miasto pełne trupów i gruzów – Starówki „dzisiaj już nie ma”; z drugiej strony – uparte i nieprzerwane „idą i idą” i odezwa, jaką poeta woła na końcu.

Żołnierzu! Zęby wilcze zatnij
I przez ulice spłomienione maszeruj!
Londyn, Paryż, New-York,
Surmy w Brukseli, w Amsterdamie
Grają ci dzisiaj na konanie
–  Pod Twą obronę – […]

Na początku września Artur Międzyrzecki, żołnierz-poeta, jak nazywa go Władysław Bartoszewski, stacjonujący wraz z 13. pułkiem artylerii ciężkiej II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Półwyspie Apenińskim napisał inny wiersz, który okazał się jednym z najpiękniejszych liryków Powstania. Stworzył go w dalekiej Italii, nad Adriatykiem, na froncie włoskim, a utwór został opublikowany w tygodniku „Orzeł Biały”.

Na wiersz ten składa się pięć krótkich zwrotek. Każda skłaniająca do refleksji, każda składająca się z pojedynczych zdań – prostych i jednoznacznych.
Skonstruowany w formie modlitwy tekst robi na czytelniku wrażenie, bo przemawia rozpaczą tych, którzy czują się bezsilni wobec zła i dojmującej samotności. Pozostaje modlitwa.

Oto posągu rozbity kamień,
Oto umarłe ulice.
Święta Maryjo, módl się za nami
O amunicję.

Oto bezduszny serca egzamin.
Oto po dwakroć ruiny
Święta Maryjo, módl się za nami
O karabiny.

Gdzież są granice ludzkich doświadczeń,
Gdzież jest zapłata rozwalin?
Święta Maryjo, nikt tu nie płaczę,
Gniew tu się pali.”

Noc nam śmiertelne okrywa rany –
Nim świt odsłoni nas blady.
Święta Maryjo, wstąp razem z nami
Na barykady. […]

Ostatnia zwrotka sygnalizuje pogodzenie się z losem. I jeśli wołanie o pomoc nie może być wysłuchane, poeta prosi tylko o jedno:

Oto nam huczą strzały armatnie
Na szańcach Żelaznej Bramy.
Święta Maryjo, w palbie ostatniej
Módl się za nami. […]

– […] nadała swój program ostatni […] –

Ostatnim utworem poetyckim powstańczej Warszawie, o który wspomnimy na łamach „Tropów Historii” będzie wiersz napisany jeszcze w sierpniu 1944 roku, który jednak nie bez powodu znajduje się na końcu naszego zestawienia. Jego autorem jest jeden z najpłodniejszych poetów czasu Powstania, wspominany już wielokrotnie Mieczysław Ubysz.

Tak o autorze i jego tekście pisał w swojej książce Władysław Bartoszewski:
„Ubysz już w sierpniu napisał wizjonerski wiersz „Ostatni komunikat”, jeden z najbardziej dla mnie przejmujących utworów poezji powstańczej, antycypujący wydarzenia, które miały nastąpić kilka tygodni później, związane z ostatecznym upadkiem Powstania.
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 410)

Utwór pojawił się drukiem dopiero w 1945 roku, w zachodnich Niemczech, w wydanym przez Ubysza zbiorze pod tytułem „Czas wirujący”.
Zastanawiające jest, że poeta potrafił napisać tego typu wiersz jeszcze w sierpniu, a więc w momencie, kiedy tliła się nadzieja na pomyślne dla Polaków rozwiązanie kwestii Powstania, przede wszystkim zaś na pomoc ze strony aliantów zachodnich.

W tym czasie nadal spora część miasta znajdowała się w rękach Armii Krajowej i mimo masakry Woli, tragicznego położenie Starego Miasta i ciężkiej sytuacji w innych dzielnicach niełatwo było złamać ducha walki zarówno w żołnierzach, jak i w samych cywilach. Wierzono bowiem, że nie jest jeszcze za późno, aby Warszawie można było pomóc.

A jednak w umyśle poety już wówczas pojawiła się, jak powiedział Bartoszewski, owa „wizjonerska” myśl o upadku Powstania. Dlaczego?
Być może Ubysz był baczniejszym obserwatorem sytuacji politycznej, niż większa część warszawiaków, być może potrafił w niuansach rozgrywających się zjawisk dostrzec prawdopodobny rozwój sytuacji. Być może wreszcie przeczuwał klęskę mając świadomość celu przyświecającego Stalinowi i hipokryzji aliantów zachodnich.

Nadajemy komunikat z Warszawy
Nadzwyczajny komunikat z Warszawy,
Stacja Armii krajowej melduje:
Bój skończony i… nic, oprócz sławy…
wieść niesiemy do wszystkich narodów,
konferencyj, przyjaciół i braci:
Lud stolicy za wolność zapłacił
Swoim życiem! […]

Poeta posługuje się formą komunikatu radiowego, sam wszakże jak wspominaliśmy, był spikerem i współtwórcą radiostacji „Błyskawica”. W swojej poetyckiej odezwie zawiadamia świat o klęsce posiłkując się upiornym krajobrazem powstańczej Warszawy.

Już pełzła po mieście
Trupi odór od szańców do szańców,
Milion legło wśród gruzów Powstańców.
Wolni. Wolni od kajdan i… życia. […]

Wolność nabiera w znaczeniu przytaczanym przez Ubysza zupełnie nowego sensu. Pojmowana jest jako oswobodzenie ze wszystkiego co materialne, co fizyczne, a więc oswobodzenie nie tylko z kajdan, z obcej, narzuconej siłą niewoli, ale także z samego życia.

Wolność od życia – te dwa pojęcia tworzą paradoks, który jednak trafnie ukazał dramat pokolenia.
Zwracając się do „przyjaciół” poeta traktuje ich z pogardą, z cynizmem, z dumą człowieka opuszczonego i zdradzonego, ale jednocześnie przekonanego o dobrze spełnionym obowiązku własnym.

Armia bratnia jest o krok, jest blisko,
Na przedpolach Warszawy i zgliszczach,
Nim ostatni o wolność padł strzał –
Hełm widziano –
Rosyjski hełm błyskał…[…]

I zaraz po tym zwraca się do Aliantów zachodnich:

… By. Dwa zrzuty tej nocy,
Lecz nie stało żadnego żołnierza…
[…]
Stacja Armii Krajowej melduje,
że nadała swój program ostatni:
błyskawica. Warszawa. Zwycięstwo.
Surmy! Bratnie fanfary!
Przekleństwo. […]

Taki jest głos Warszawy. Warszawy takiej, jak opisał ją w „Ostatnim komunikacie” Mieczysław Ubysz – zwycięskiej i przegranej zarazem. Warszawy przeklętej niemieckim hitleryzmem i przeklętej zdradą sojuszników.
Im zostało wówczas wiersze pisać, a nam pamiętać.

Źródła
– Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004.
– Norman Davies , Powstanie ’44, Znak, Kraków 2004.
– Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994.
– Szczawiej J., Poezja Polski walczącej. 1939 – 1945. Antologia, tom 1,2., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

*      *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

KOMENTARZ HISTORYCZNY: ’44 i DZIŚ

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / www.1944.pl

źr. Muzeum Powstania Warszawskiego / http://www.1944.pl

69. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego lada dzień stanie się znakomitym powodem, aby skłóconych skłócać jeszcze bardziej, a snujących poważną refleksję nad sierpniem 1944 porównywać do nacjonalistycznych oszołomów. Ciszej nad tymi mogiłami. Ciszej, bo wstyd.

Fakt pierwszy: Polskie Państwo Podziemne było największym ruchem oporu w czasie II wojny światowej.
Fakt drugi: Powstanie Warszawskie okazało się największym wystąpieniem mieszkańców jednego miasta przeciw władzy okupanta.
Fakt trzeci: Walcząca Warszawa miała moralne prawo uważać, że sojusznicy, którzy do wojny przystąpili z powodu Polski i w jej obronie, udzielą pomocy  miastu, a pomoc ta nie ograniczy się do zrzutów lotniczych, ale realnej pomocy.
Fakt czwarty: Chwila rozpoczęcia Powstania została słusznie wyznaczona na moment, gdy do prawobrzeżnej Warszawy zbliży się Armia Czerwona.
Fakt piąty: Za upadek Powstania odpowiadają alianci, którzy zdradzili swojego najbliższego sojusznika, odpowiada i Stalin, który wymordował miasto rękoma Niemców, tak jak po Powstaniu mordował ich rękoma NKWD i komunistów.

Fakt szósty i ostatni: Nie istnieje pytanie o sens Powstania. Biorąc pod uwagę gigantyczne straty w ludziach z racjonalnego punktu widzenia należy istotnie żałować, że Powstanie doszło do skutku (!), jednocześnie musimy zdać sobie sprawę z tego, że historia nie jest racjonalna, dlatego mimo swych oczywistych racji mylił się słynny kurier Jan Nowak-Jeziorański. Powstanie nie powinno mieć miejsca, a jednak nie mogło się nie odbyć. Na tym zasadza się jego największa tragedia.

Wbrew temu co się mówi i pisze o Powstaniu, decyzja o jego wybuchu nie została podjęta pod koniec lipca 1944 roku. Podejmowało ją polskie społeczeństwo za każdym razem, gdy hitlerowski i sowiecki okupant mordował polskich obywateli, podejmowało go polskie podziemie odpowiadając oporem na przemoc i walką na terror. – Począwszy od września 1939 roku.

Czy dobrze się stało, że Powstanie doszło do skutku? Oczywiście, że nie. Cóż jednak z tego, skoro odbyć się musiało i odbyłoby się, bez względu na decyzję podjętą przez generała „Bora” Komorowskiego. Gdyby nie ta, koniec końców tragiczna decyzja, Warszawa – w tamtych dniach wielka beczka prochu – i tak musiałby eksplodować. Dziękować Bogu, że był to wybuch w miarę możliwości „kontrolowany”.

To bowiem Powstanie, tak tragiczne w swych skutkach, uniemożliwiło Stalinowi uczynienie z Polski kolejnej republiki radzieckiej i stało się podwaliną suwerennej myśli polskiej, która z kolei pozwoliła wyrwać się pod koniec lat ’90 ze szponów komunizmu (niestety przemycając pod okrągłym stołem łajno „starego” systemu, którego nie rozliczono po dziś dzień).

Warszawa ’44 to więc summa summarum grecka tragedia. Dramat, w którym Polacy wybierali między mniejszym, a większym złem. Nie było w tym nic ani romantycznego, ani pompatycznego, choć była niepojęta zupełnie odwaga i prawda.
Gdyby chcieć zastanowić się nad tym, co należałoby zrobić, aby Powstanie nigdy nie doszło do skutku, należałoby cofnąć się nie do roku 1944, a przenieść  w czasie do schyłku XVIII wieku i tam szukać przyczyn. W historii wszystko ma bowiem swoje źródła.

Niech więc niektórzy spośród tych stojących po prawej stronie, nie pławią się bez opamiętania we krwi wszystkich tych nieszczęsnych ludzi, którzy (jakkolwiek brzmi to naiwnie dla jaśnie oświeconych intelektualistów) przelewali ją za swoją i potomnych (a więc naszą) wolność.
Przede wszystkim zaś niech milczy lewa strona. To ona, fetując dziś tych, którzy (w najlepszym wypadku) wykluczali ze świadomości i pamięci  zbiorowej bohaterów Powstania Warszawskiego, odebrała sobie jakiekolwiek prawo do ich osądzania. Również dlatego, że stanowi ona ideowo-duchową spuściznę po tych, którzy powstańców ścigali, torturowali i mordowali. I również dlatego, że wykazuje daleko idącą ignorancję w temacie Powstania i wypaczoną hierarchię wartości.

Niech w tych dniach milczy. Niech wpatrzy się w uśmiechy i wsłucha w jęki tych, którzy mieli odwagę nie pójść na bezwstydne kompromisy, którzy zostali oszukani i którzy nie zachowali niestety dość zimnej głowy, aby zrozumieć, że Polskę i Warszawę w 1944 roku sprzedano. Nie mogę pozbyć się przykrego wrażenia, że marzenie Warszawy ’44 o kraju w pełni wolnym, sprawiedliwym i suwerennym nie ziściło się do dziś dnia. Także dlatego – ciszej nad mogiłami…

Remek Piotrowski

7 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

DZIEWCZYNY ATOMOWE – Denise Kiernan

dziewczyny-atomowe-b-iext22515363Pośród wszystkich tych normalnych i anormalnych aspektów życia w mieście Oak Ridge przewija Denise Kiernan opowieść na temat tworzenia najbardziej nieprawdopodobnej broni w historii ludzkości. Autorka nie sili się na pseudo-moralistykę. Odtwarza jedynie niesamowity krajobraz niesamowitego miejsca i zwyczajnie-niezwyczajnych bohaterek, czytelnikowi pozostawiając ocenę użycia broni nuklearnej.

Polski czytelnik, zaznajomiony przecież doskonale z historią XX wieku dzięki tysiącom wydawnictw głównie polskich, angielskich i amerykańskich autorów, o najstraszliwszym konflikcie w dziejach nowożytnego świata wie już niemal wszystko. Jakimże zatem zaskoczeniem okaże się historia miasta Oak Ridge i jego mieszkańców. Historia tak nieprawdopodobna, że sprawiająca wrażenia fantazmatu nadającego się, wydawałoby się, bardziej na scenariusz serialu w klimacie sci-fi, niż książkę non-fiction.

09_Kiernan

źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

O tym niezwykłym mieście jest to przede wszystkim opowieść. O tym, jak powstało na dawnym terenie zajmowanym przez Czirokezów, u podnóża Appalachów, wzgórz Tennessee i słynącej ze słodkowodnych pereł rzeki Clinch – terenie zapomnianym przez ludzi i Boga.
O tym, jak powstawało w tajemnicy nie tylko przed światem zewnętrznym, ale i tymi, którzy zostali doń sprowadzeni i którzy de facto stworzyli od postaw oraz pracowali na jego jedyną w swoim rodzaju potęgę.

Odgrodzone murami i drutami, pilnowane przez strażnice i uzbrojonych żołnierzy, składające się z setek, a potem tysięcy domków, kempingów i baraków zbudowanych z półfabrykatów miasto „pochłonęło” ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi, którzy od 1942 roku tworzyli tu najbardziej niesamowitą w historii świata społeczność i których połączył jeden cel, z którego jednak nie zdawał sobie sprawy niemal nikt – wyprodukowanie materiałów, które umożliwią budowę bomby atomowej – ta miała zmienić bieg historii i oblicze świata.

Oak Ridge oglądamy oczami kobiet – to one stały się bohaterkami (mimo wszystko drugoplanowymi, bo ze sceny prawie nigdy nie schodzi tu miasto) książki Denise Kiernan. To wraz z nimi przemierzamy na boso, trzymając w dłoniach buty, zabłocone uliczki tajemnego miasta. To z tymi sekretarkami, pielęgniarkami, nauczycielkami, sprzątaczkami i chemiczkami poznajemy specyfikę życia w miejscu, którego nie było na żadnej mapie świata, a które żyło własnym niezwykłym życiem.

21_Kiernan hi-res

„To co widzisz, co robisz, co słyszysz – wyjeżdżając zostaw tutaj”
źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

Skojarzenia z przygodami agentów „Archiwum X”, w którym tajemnica goni tajemnicę, a absurd goni absurd, będą tu jak najbardziej na miejscu. – W Oak Ridge znajdował się największy na świecie budynek, którego przeznaczenia nie znał prawie żaden z mieszkańców. W Oak Ridge nikt nigdy (!) nie mówił o tym, jak zarabia na życie – mąż zatajał przed żoną prawdę, żona nigdy nie opowiadała mężowi co robi w pracy, a kto łamał tę zasadę, znikał pośród ciemności i nikt nigdy więcej go nie widział.

W Oak Ridge wydawano gazetę (Oak Ridge Journal), w której 17 października 1943 roku mieszkańcy czytali:
(…) W związku z pewnymi okolicznościami, na które nie mamy żadnego wpływu, nie możemy na razie drukować w naszej gazecie żadnych nazwisk. To wyjaśnia, dlaczego nie publikujemy wiadomości, ani nawet wyników rozgrywek w kręgle […] Jesteśmy wyjątkowi – to jedyna gazeta w kraju, która nie publikuje żadnych wiadomości. (…)

Nikt nigdy nie pytał tutaj: „Po co to robię?”, „Co z tym co zrobiłem – zrobią inni?”.
W tym miejscu rodem z powieści George’a Orwella, gdzie ludzie byli bezustannie inwigilowani przez rozrzuconych po rezerwacie tajniaków, a takie słowa, jak „atom”, „pluton”, „bomba” zostały odgórnie zakazane, zaledwie garstka spośród tysięcy miała pojęcie o tym, co produkowane jest w wielkich, strzeżonych zakładach fabrykopolis.

13_Kiernan

źr: autor fotografii – James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives.

To jednak tylko jedna strona medalu. Autorka przedstawia w „Dziewczynach atomowych” także inne Oak Ridge – z niewyobrażalnie rozwiniętą komunikacją miejską (przy którym Nowy Jork, jak pisała Kiernan, to „pipidówek”), z problemem segregacji rasowej (czarnoskóre małżeństwa nie mogły mieszkać razem!), imprezami tanecznymi, meczami softballowymi, kinami samochodowymi, gigantycznymi kolejkami w sklepach, niechęcią okolicznych miasteczek do zasnutego zmową milczenia miasta, romansami bohaterek oraz ich codziennymi problemami – począwszy od tych związanych ze skompletowaniem kosmetyków i odzieży, a skończywszy na uczuciach, jakimi darzyły miasto, ludzi i mężczyzn.

A pośród wszystkich tych normalnych i anormalnych aspektów życia w mieście Oak Ridge przewija Denise Kiernan z mistrzowską precyzją opowieść na temat tworzenia najbardziej nieprawdopodobnej broni w historii ludzkości. Autorka nie sili się na pseudo-moralistykę. Odtwarza jedynie niesamowity krajobraz niesamowitego miejsca i zwyczajnie-niezwyczajnych bohaterek, czytelnikowi pozostawiając ocenę wykorzystania broni nuklearnej.
Treścią „Dziewczyn atomowych” nie jest refleksja na temat skutków użycia bomby w Hiroszimie i Nagasaki. Jest nią pasjonująca opowieść o miejscu i ludziach, którzy tę broń stworzyli.

Dobre pisarstwo, czy to w duchu kronikarskim, czy też bardziej fabularnym, unika zbędnego patosu i to udaje się Kiernan niemal w pełni. Pisarka nie odgradza nas od możliwych interpretacji kwestii związanych z energią atomową, nie stara się przechylić szali na którąkolwiek ze stron i sama w najlepszym z możliwych momentów dokonuje pewnego rodzaju zawieszenia, które każdy z czytelników dopowie sobie sam. Nie idzie też na szczęście drogą nachalnego feminizmu i nie tworzy wizji bohaterek, bez których powstanie zarówno samego miasta, jak i „Gadżetu” byłoby niemożliwe.

To odpowiednie stawianie akcentów, prosta, acz wciągająca narracja, umiejętne przeplatanie wątków i powściągliwy, aczkolwiek szczery emocjonalizm płynący mimochodem od Kiernan budują opowieść, którą, piszemy to bez krzty przesady, pochłania się jednych tchem.
I cóż z tego, że nie są to może najważniejsze wyznaczniki dokumentu historycznego. „Dziewczyny atomowe”, nawet jeśli zabrzmi to jak często powtarzany banał, to pozycja obowiązkowa dla każdego pasjonata historii XX wieku. Bez cienia wątpliwości.

Remek Piotrowski

13 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

KOMENTARZ HISTORYCZNY: NAZI MATKI, NAZI OJCOWIE

nasze-matki-naszych-ojcówWyemitowany przez ZDF niemiecki serial wojenny „Nasze matki, nasi ojcowie” wywołał burzę wśród dużej części naszego społeczeństwa i  przy okazji okazał przyczynkiem do rozmowy na temat dysputy historycznej i jej kształtu we współczesnej Polsce.

Mądrą rzecz powiedział jeden z naszych historyków – jeśli Polacy sami nie określą swej wizji polityki historycznej, określą ją za nią inne narody, a wówczas powielany stereotyp polskiego nacjonalisty pijaka i antysemity nie tylko może roznieść się po całym świecie, ale i zostanie ugruntowany.

Film, bez względu na jego specyfikę zawsze należy rozpatrywać po pierwsze – w kategorii pewnego rodzaju „podmiotu artystycznego”, po drugie – w kategorii konwencji, którą dziełu nadał autor. Inną miarę przyłożymy zatem do „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, inną do „Listy Schindlera” Spielberga.

Niemiecki serial o piątce berlińskich przyjaciół należy do tej drugiej kategorii – filmu osnutego wokół fikcyjnej fabuły, ale wtrąconego w jak najbardziej poważne realia historyczne. W tym więc sensie jego krytyka głoszona z polskiej racji stanu jest w pełni uzasadniona. – Musi być wysłuchana i powinna skłonić do refleksji.

A ponieważ taką właśnie konwencję wybrał reżyser staje się jasnym, że nie mamy tu do czynienia z tarantinowskim przymrużeniem oka, a produkcją, która utkana jest z historycznych nici. Taka broń ulokowana w nieodpowiedzialnych rękach może rzucić przeszkodę na moście porozumienia pomiędzy narodami.

Uproszczeń i fałszu, których w niemieckim serialu jest wiele (i to nie tylko w kontekście Armii Krajowej i polskiego społeczeństwa) nie można zatem tłumaczyć artystyczną wizją reżysera i to pomimo tego, że obraz nie jest dokumentem, a filmem fabularnym. Niech scena z beztrosko jadącym po berlińskiej ulicy Żydem i to w 1941 roku będzie emblematyczna.

Filmoznawcy mogą być ukontentowani dobrą grą aktorską, sposobem narracji i tempem akcji, jednak gdy tworzy się film ulokowany w konkretnych realiach należy stanąć na wysokości zadania i w tym względzie. Ocena historyczna w przypadku obrazu „Nasze matki, nasi ojcowie” musi być summa summarum niska.

Bez względu bowiem na artystyczną wizję i własne, zawsze subiektywne z natury przekonania, ukazanie zjawiska historycznego bez zachowania proporcji, a  tak postąpiono w przypadku sławetnego, serialowego akowca-antysemity – powinno spotkać się ze sprzeciwem.

AK, największa podziemna armia w historii świata zrzeszająca w swych szeregach setki tysięcy ludzi miast i wsi, rozmaitych profesji i charakterów, nie pozbawiona była wad, a wśród jej członków nie brakowało i zajadłych antysemitów. W każdej masie ludzkiej muszą być pęknięcia, pojawiają się kłamcy, zbrodniarze i niegodziwcy.

Reżyser serialu ukazując ten mały odsetek nie okłamuje nas wprost, przecież takich Wiktorów, czy gospodarzy wiejskich nie brakowało, co jednak istotne – znajdowali się oni w mniejszości, a gdyby było inaczej, to nie wśród Polaków znalazłoby się najwięcej uhonorowanych medalem sprawiedliwych wśród narodów świata. Taki sygnał należy wysłać światu.

Do naszej historii, która jak żadna nie jest ani całkiem biała, ani czarna, podchodźmy zatem z ogromną pokorą i konstruktywnym krytycyzmem. Problem antysemityzmu wśród polskiego społeczeństwa w pierwszej połowie XX wieku nie był wydumaną fantasmagorią, lecz postawienie tu znaku równości pomiędzy tymże problemem,  a zachowaniami ukazanymi w filmie jest zwyczajnym kłamstwem i koniec końców nadaje całości równie groteskowego wymiaru, jak scena ukrzyżowania głównego bohatera „Pokłosia”.

W przeciwieństwie do twórców filmu, którzy nie zdołali (czuć tu  tchórzostwo), należy się z tymi problemami mierzyć. Decyzja telewizji polskiej o emisji serialu świadczącego nieprawdę nie był błędem. TVP wybroniła się dodaniem do filmu debaty historycznej i w takiej formie obraz ten należało nad Wisłą pokazać – chociażby po to, by widz przekonał się o tym, jak mogą, bez reakcji z naszej strony, postrzegać nas inne narody, należy bowiem pamiętać, że serial zostanie wyemitowany wkrótce w kilkudziesięciu innych krajach.

Podobnie więc, jak Main Kampf Hitlera, Dzieła Lenina, podobnie jak i PRL-owską propagandę, tak i niemiecki serial ZDF-u pod tytułem „Nasze matki, nasi ojcowie” należy „sprawdzić”, o ile tylko całość zostanie obarczona fachowym komentarzem historycznym. Wówczas odbiorca nie tylko nie zboczy na manowce, ale i zrozumie, dlaczego „martwa” historia jest dziś taka ważna.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

CICHOCIEMNY FILOLOG

Adam Trybus - zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Adam Trybus – zdjęcie rodzinne (źr. Maciej Trybus)

Jego nazwisko rzuciło mi się w oczy kilkukrotnie podczas lektury kilku książek dotyczących oddziałów dywersyjnych AK i cichociemnych. Tak naprawdę jednak na majora Adama Trybusa zwróciłem uwagę w pewien ciepły, czerwcowy dzień, w jednym z łódzkich tramwajów, w środku którego znajdował się plakat zawierający krótki biogram. Okazało się, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym w swojej zwyczajności i zarazem niezwykłym w swojej odwadze.

Wiadomości na temat tej niepospolitej postaci zapewne ograniczyłyby się  do informacji zawartych na wspomnianym plakacie oraz encyklopedycznym biogramie, gdyby nie odnaleziony w sieci artykuł autorstwa Tomasza Toborka p.t.: „Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)”. To na nim, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, oparłem treść niniejszego artykułu.

– Dwa lata w zawodzie –

Adam Trybus przyszedł na świat 3 sierpnia 1909 roku w Zręcinie, niewielkim miasteczku obok Krosna. Miłością do filologii klasycznej i kultury antycznej zapałał młody Adam jeszcze podczas nauki w gimnazjum. Nic więc dziwnego, że w 1929 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, właśnie na kierunku filologii klasycznej, gdzie ukształtowały go postaci wybitnych profesorów w osobach: Seweryna Hammera, Tadeusza Sinka i Leon Sternbacha. Ukształtowała go również ciężka praca, trzeba bowiem pamiętać, że Trybus pochodził z biednej rodziny i utrzymywał się sam.

Jeden z największych filologów polskich Jerzy Starnowski miał powiedzieć o nim „Niepospolity dydaktyk języka łacińskiego”. W ustach wybitnego pedagoga i zarazem wielkiego naukowca jest to komplement wyjątkowy.
Ten wielki talent pedagogiczny realizował się w krośnieńskim gimnazjum zaledwie przez dwa lata. Gdy nad Polskę nadciągały w sierpniu 1939 roku czarne chmury, Trybus został powołany na ćwiczenia wojskowe do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Tam zastał go wybuch wojny.

– Cichociemny filolog –

Hitlerowska nawała rozbiła oddział, w którym służył bohater naszej opowieści. Trybus podjął decyzję o przebijaniu się na Węgry, gdzie został internowany i skąd wkrótce zdołał uciec. Przez Budapeszt i Jugosławię dotarł nad Sekwanę, gdzie natychmiast wstąpił do tworzonego tam Wojska Polskiego, a po klęsce Francji wraz z tysiącami Polaków przedostał się do Wielkiej Brytanii.

To w Anglii Trybus trafił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej i podjął decyzję – zostanie cichociemnym. Znakomity filolog klasyczny szybko począł udowadniać swój inny ogromny talent  – talent żołnierski. Po odbyciu kursu spadochronowego, szkolenia w zakresie wywiadu i sabotażu przemysłowego, 24 sierpnia 1942 roku Adam Trybus złożył przysięgę, a w nocy 1 sierpnia wsiadł na pokład brytyjskiego samolotu, który pod osłoną nocy ruszył na wschód, w kierunku okupowanej Polski.

– Major rządzi w Łódzkiem –

Nocny lot do Polski nie obył się bez niebezpiecznej przygody. Na trop angielskiego samolotu trafiły niemieckie myśliwce, które o mały włos nie zestrzeliły bombowca wraz z przebywającym na pokładzie cichociemnym. Ostatecznie brytyjski pilot zdołał uciec Messerschmittom, a gdy znalazł się nad Siedlcami w czarną otchłań nocy poszybowała sylwetka, nad którą wnet rozłożyła się czacha spadochronu.
Po niespełna trzech latach Trybus znów dotknął ojczystej ziemi.

Podobnie, jak i każdy zrzucony na teren okupowanej Polski, cichociemny przekazał miejscowym oddziałom akowców pas z pieniędzmi oraz dokumenty, a następnie począł przedzierać się do Warszawy. W stolicy byłego państwa polskiego panował terror, o którym Trybus dotychczas jedynie mógł słyszeć. Teraz na własne oczy przekonywał się o ciężkim klimacie okupacyjnego dnia.

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Okręg Łódź Armii Krajowej (autor: Lonio17, źr. http://commons.wikimedia.org)

Komenda Armii Krajowej zdecydowała się przerzucić nowoprzybyłego żołnierza do Okręgu Łódź – terenu, który nastarczał trudności, jako że znajdował się na granicy Generalnej Guberni z III Rzeszą. W Piotrkowie Trybunalskim „Gaj”, bo pod takim pseudonimem funkcjonował cichociemny, począł formować Kedyw (pion Kierownictwa Dywersji, którego zadaniem była walka zbrojna z okupantem), a że ze swych zadań wywiązywał się bezbłędnie jeszcze w styczniu 1943 roku otrzymał nominację na szefa Kedywu całego okręgu, gdzie podlegał płk. Michałowi Stempkowskiemu „Grzegorzowi” i dowódcy Kedywu Komendy Głównej AK płk. Emilowi Fieldorfowi „Nilowi”.

Trybus wykonał ogromną pracę reorganizując patrole dywersyjne i realizując rozkaz przełożonych zakładający wzmożenie akcji dywersyjnych w okolicach Opoczna, Piotrkowa, Rawy Mazowieckiej i Tomaszowa Mazowieckiego. Tu przydały się pedagogiczne umiejętności, które wpłynęły na szybki rozwój oddziałów „Błyskawica”, „Burza”, „Grom”, „Wicher” i „Zryw”, dowodzonych przez wybitnych żołnierzy ze Stanisławem Karlińskim „Burzą”, Aleksandrem Arkuszyńskim „Majem” i Kazimierzem Załęskim „Bończą” na czele.

Organizowanie dywersji na ziemiach włączonych do III Rzeszy wymagało nie lada talentu i zręczności. Tej na szczęście Trybusowi nie zabrakło, dzięki czemu z czasem stworzono solidny mechanizm wojskowy w liczbie tysiąca żołnierzy, za co 11 listopada 1943 roku otrzymał on awans do stopnia kapitana. Niespełna rok później powstał 25 pułk piechoty Armii Krajowej, a jednym z jego głównych architektów był właśnie Adam Trybus.
Gdy dowództwo Armii Krajowej zdecydowało się „podpalić” okupowaną Polskę i rozpocząć słynną akcję „Burza” Trybus został skierowany do bazy „Węzeł” w rejon Brzeziny – Koluszki, gdzie do jesieni pełnił rolę dowódcy oddziałów liniowych.

1 listopada 1944 roku przed Trybusem postawiono kolejne, arcytrudne zadanie. Mianowano go komendantem zdziesiątkowanego przez gestapo Inspektoratu Łódzkiego AK, a 1 stycznia 1945 roku awansowano do stopnia majora. W Łodzi postęp wymagał czasu i „pracy u podstaw”, a tych cichociemnemu nie dała Armia Czerwona, która wkrótce dotarła do miasta.

– Dobra zła decyzja? –

„Gaj” nie wiedział, jak zachować się względem Sowietów, a sprzeczne informacje przekazywane przez zwierzchników tylko potęgowały chaos. Postanowił czekać, kiedy jednak dostrzegł, że Armia Czerwona nie tylko przyniosła uwolnienie spod hitlerowskiego jarzma, ale i zakładała nowe kajdany i gdy dotarły do niego wiadomości o aresztowaniach dokonywanych przez Rosjan na dowództwu Okręgu Łódź AK, cichociemny postanowił działać.

To on powołał do życia Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK), którego głównym celem była samoobrona przed represjami Armii Czerwonej, NKWD i polskimi komunistami. I to on dał rozkaz ataku na więzienie w Pabianicach, gdzie przetrzymywani byli żołnierze AK.
Dzięki zdecydowaniu, szybkości w działaniu i znakomitemu planowi oddział dowodzony przez Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” uwolnił wówczas, bez jednego wystrzału, uwięzionych towarzyszy.

Trybus gotów walczyć z nieprawością czerwonoarmistów wiedział, że nie ma szans w starciu z wielką polityką. A ta, rozegrana w Teheranie, a dopełniona w Jałcie zakładała, że Polska nie będzie suwerenna, a jej granice zostaną przesunięte na zachód. Bez wsparcia z „góry” polskiego podziemia, „Gaj” zdecydował się skontaktować z premierem Edwardem Osóbką – Morawskim przekazując mu ze skarbca swojej organizacji 80 tysięcy dolarów i  następującej treści list:
*      *      *
Jako rejonowy inspektor Armii Krajowej Okręgu Łódzkiego mający pod swymi rozkazami znaczną liczbę oficerów i szeregowych znalazłem się w trudnym położeniu. Szef mój – bez którego rozkazu każde moje poczynanie formalnie musi być uważane za samowolę – został aresztowany. Obecnie rozwiązano władze państwowe Polski Podziemnej, od których oczekiwałem polecenia oddania się do dyspozycji Rządu Jedności Narodowej. W związku z tą sytuacją zdecydowałem się zwrócić do ob. Premiera, abym – działając zgodnie ze swym sumieniem Polaka – Obywatela – nie popełnił jako nie polityk i nie dyplomata – błędu.
Sumienie to nakazuje mi wydać rozkaz złożenia broni, amunicji oraz majątku stanowiącego własność AK odpowiednim organom rządowym. Opierając się na oświadczeniach Rządu o wykorzystaniu wszystkich sił Narodu do dzieła odbudowy, uprzejmie proszę o wydanie zarządzeń, ażeby przedstawieni przeze mnie ludzie:
Nie byli zmuszani do służby w bezpieczeństwie dla wyłapywania swych niedawnych kolegów, którzy się nie zgłoszą.
Nie byli pociągani do odpowiedzialności za czyny wykonane z rozkazu przełożonych.
Zostali zatrudnieni w swych zawodach.
Jednocześnie proszę o wydanie zarządzeń umożliwiających mi takie zorganizowanie oddawania broni przez podległe mi oddziały (Łódź, Pabianice, Łask i Brzeziny) oraz oddziały sąsiadujące, które mi ufają, aby mogło się to odbyć bez aresztowania ludzi. Chciałbym mieć możność przeprowadzenia oficjalnych odpraw z podległymi mi żołnierzami bez obawy o ich aresztowanie.
Będę bardzo wdzięczny, jeśli ob. Premier zechce zbadać akty oskarżenia moich kolegów z AK znajdujących się w tej chwili w więzieniu, a to celem uwolnienia tych wszystkich, którzy wykonywali wyłącznie rozkazy.
(treść listu za: Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982)
*       *       *

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Biogram informacyjny, który można spotkać łódzkiej komunikacji miejskiej

Ta arcytrudna decyzja podjęta przez Trybusa wywołała wśród wielu członków podziemia zrozumiały sprzeciw. Wielu uznało to posunięcie, za sprzeniewierzenie się idei Polski niepodległej i zdradę podopiecznych. Trudno odmówić im racji, choć należy pamiętać, że powojennych realiów nie sposób rozpatrywać w kategoriach bieli i czerni. Wydaje się również, że w wpływ na taką, a nie inną decyzję miało pedagogiczne doświadczenie człowieka, który odczuwał odpowiedzialność za setki swoich żołnierzy. To zaś, czy powinien przewidzieć konsekwencje ujawnienia organizacji dziś ocenić jest trudno.

Nieco blasku na kwestię okoliczności podjęcia przez Trybusa decyzji rzuca wypowiedź jednego z podopiecznych „Gaja” – Aleksandra Arkuszyńskiego, który wspominał, że Trybus zdawał sobie w tamtym czasie sprawę z potęgi militarnej sowieckiego reżimu i bał się o życie – nie swoje, ale młodych żołnierzy, których krwi nie zamierzał przelewać.

Pamiętajmy, że nie był to światopogląd odosobniony. Bohater Powstania Warszawskiego pułkownik Jan „Radosław” Mazurkiewicz podpisał na początku sierpnia 1945 roku deklarację, która wzywała akowców do wyjścia z podziemia. – Sowieci obiecali amnestię. Czy po 17 września ’39 roku, Katyniu, tragedii Powstania Warszawskiego i zachowaniu czerwonoarmistów względem AK na Wołyniu i Kresach należało dać wiarę tym obietnicom jest kwestią sporną.

Trybus wstąpił do Komisji Likwidacyjną byłego Okręgu AK Łódź, a wkrótce 1800 żołnierzy polskiego podziemia działającego w łódzkim okręgu zdecydowało się na ujawnienie.
W tym trudnym czasie pozornego rozprężenie Trybus poślubił łączniczkę z łódzkiego Kedywu Danutę, której siostry zostały w 1990 r. uhonorowane medalami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata za pomoc okazaną żydowskiej rodzinie w czasie okupacji.

– Wyrok –

Państwo Trybusowie przeniosło się do Wrocławia, gdzie Adam znów mógł oddać się swojej największej pasji – uczył łaciny i greki w Seminarium Duchownym i gimnazjum, a wkrótce na świat przyszła dwójka jego dzieci.
Nad Trybusem, jak i wieloma innymi ludźmi podziemia krążył jednak dalej ponury cień UB, który w 1950 roku wyprowadził cios. Major został aresztowany w Jeleniej Górze i przetransportowany do Łodzi. Tutaj przez sześć miesięcy torturowany i brutalnie przesłuchiwany czekał na swój proces.

Rozpoczął się on 29 czerwca 1951 roku. W Wojskowym Sądzie Rejonowym w Łodzi Trybus wraz z sześcioma innymi członkami AK z Okręgu Łódzkiego był sądzony za walkę z „władzą ludową” po 1945 roku. Chodziło o jego działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, który zorganizował atak na ubeckie więzienie w Pabianicach.

Jak w przypadku innych akowców sądzonych przez sądy kapturowe PRL na nic zdały się tłumaczenia o tym, że zawsze służył wiernie ojczyźnie, że walczył z Niemcami i że ujawnił wreszcie przed komunistami swoją organizację skłaniając do wyjścia spod ziemia wielu akowców. „Gaj” został skazany na 15 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i honorowych oraz utratę mienia. W ten sposób bohaterom polskiego podziemia dziękowała nowa władza.

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Grób ś.p. majora Adama Trybusa (Praca własna /źr. Witia)

Znamienne, że składowi sędziowskiemu w sprawie Trybusa przewodniczył ppłk. Bronisław Ochnio, który wcześniej skazał na karę śmierci m.in. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – słynnego organizatora i dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
Wyrok więzienia cichociemny wykonywał w Sieradzu i Wronkach, a po śmierci Stalina i październikowej „odwilży”, w grudniu 1955 roku sąd dokonał rewizji wyroku i wypuścił Adama Trybusa na wolność. Dwa lata później cichociemny został zrehabilitowany.

Trybus zamieszkał w Piotrkowie Trybunalskim, zaczął uczyć łaciny i języka angielskiego w II Liceum Ogólnokształcącym, a następnie pełnił rolę inspektora kuratoryjnego oraz lektora łaciny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie zapomniał również o swoich towarzyszach broni i akowskim rodowodzie, co pośrednio zapewne przyczyniło się do tego, że w 1970 roku zmuszono go do przejścia na emeryturę, a po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku – prewencyjnie aresztowano. Bohater czasu wojny zmarł 4 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu w Piotrkowskie Trybunalskim.
Nie dane mu było doczekać wolności.

Źródło
– Tomasz Toborek, Żołnierz humanista. Adam Trybus (1909-1982) (uml.lodz.pl)
– Afisz informacyjny zawierający biogram

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY