Tag Archives: dywersja

RECENZJA FILMU: BACZYŃSKI

Baczyński PlakatTrudno zrozumieć, dlaczego najnowszy film Kordiana Piwowarskiego tak bardzo ubódł gusta kilku profesjonalnych krytyków filmowych, którzy sens „Baczyńskiego” sprowadzili de facto do „ściągi” z lekcji języka polskiego. Oprócz więc przyjrzenia się samemu obrazowi, postanowiliśmy zastanowić się nad zasadnością niektórych zarzutów. Film w pełni na taką obronę zasługuje.

Dzieło Kordiana Piwowarskiego, podobnie jak inne quasi-historyczne produkcje ostatnich miesięcy, choć warty uwagi, pozostawia mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony intuicyjnie wyczuwamy, że reżyser nie wyczerpał tematu, więcej nawet – jedynie go musnął i choć muśnięcie to było iście mistrzowskie, niewykorzystana okazja do opowiedzenia fascynujących, pełnych niedomówień losów poety, ma prawo budzić u nas frustrację.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga ukazuje interesujące oblicze arcyciekawego człowieka w lirycznym, iście impresjonistycznym zarysie. Większość krytyków oczekiwała, że Piwowarski opowie o Baczyńskim zgodnie z tradycją filmowej hagiografii, a więc za pomocą kinowej prozy. Ponieważ krytykiem filmowym nie jestem, niniejszy tekst poruszam wyłącznie ze względu na historyczną proweniencję obrazu, a moje wnioski być może ocierać się będą o banał, niemniej jednak zgadzam się z reżyserem, że takie właśnie ujęcie tematu „jądro mleczne” Baczyńskiego ukazuje w sposób najbardziej intuicyjny.

Zarzutów do „Baczyńskiego” jest kilka. Są wśród nich takie, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Boli przede wszystkim zaprzepaszczony potencjał, a to tym bardziej, że Piwowarski wpada na genialne tropy, by po krótkiej przechadzce kompletnie zboczyć z właściwej ścieżki i tym samym sprowadzić widza na manowce. Właśnie dlatego zasygnalizowane wątki dotyczące niejednoznacznych relacji z matką, konfliktu z Gajcym, czy fascynacji twórczością poety Kazimierza Wyki, Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza wzbudzają ogromny niedosyt, a przecież można by tu tyle opowiedzieć i to nawet bez rezygnacji z wybranej formy.

Grubą przesadą jest jednakowoż sprowadzanie „Baczyńskiego” do trywialnej pozycji na szkolnej liście lektur. Odnoszę się tutaj przede wszystkim do recenzji zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej”, która z krytyką ma tyle wspólnego, ile poezja Baczyńskiego z komedią dworską. Światopogląd nakazujący widzieć w Powstaniu Warszawskim – nieodpowiedzialną burdę, a w podjętej przez Baczyńskiego decyzji o zamienieniu pióra na karabin – błazenadę, z góry przesądza o ocenie całości, a ta jest niesprawiedliwa, lub w najlepszym przypadku oparta na płytkich argumentach.

Od naszej recenzentki trąci na kilometr, charakterystycznym dla lewicowej orientacji, tendencyjnym spojrzeniem na historię, które okazuje się istotniejsze nie tyle nawet od tzw. prawdy historycznej, ile samego filmu, jako autonomicznego zjawiska artystycznego. Być może to za daleko posunięty wniosek, ale niekiedy można odnieść wrażenie, że autorka wspomnianej recenzji najchętniej widziałby Baczyńskiego w roli elementu niejednoznacznego trójkąta miłosnego, który ten miałby tworzyć z Wyką i Iwaszkiewiczem. Bzdura goni bzdurę…

Wbrew bowiem temu, co sugeruje „Krytyka Polityczna”, ani Baczyński, ani AK, ani wreszcie nawet Powstanie Warszawskie nie były patetycznymi mitami bez znaczenia, a umiejscowionymi w czasie i przestrzeni wartościami, których zarys i ładunek emocjonalno-intelektualny Piwowarskiemu udaje się, w sposób dla polskiego kina nowatorski, uchwycić znakomicie.

Cóż bowiem z tego, że wcielający się w główną rolę Mateusz Kościukiewicz sensu stricte nie gra, tylko jak napisał jeden z krytyków „jest”, skoro samym tym „byciem” połączonym ze słowami kapitalnie projektujących wojenną rzeczywistość wierszy Baczyńskiego, oddaje w sposób autentyczny klimat kreowanej przez siebie postaci. Nie ma przy tym nic z  przeintelektualizowanego błazna, który nadyma się patosem, nie pozuje też na dławionego weltschmerzem wieszcza.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Jest tu natomiast poezja, która ma po pierwsze – tłumaczyć drogę, którą podążył Krzysztof Kamil Baczyński, po drugie – ma za zadanie nadać całości właściwej treści, artykułowanej nie wprost, bo ta artykułowana wprost nie zdołałaby poświadczyć o ciążącym na bohaterze piętnie i uświadomionym przez niego poczuciu spełniającej się apokalipsy.

Baczyński grzmiał w stronę starającego odwieść się go od pomysłu czynnej walki Kazimierza Wyki: „Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”.

Dziwne więc, że ktokolwiek zarzuca reżyserowi, iż nie podjął tematu konfliktu, który jakoby miał się rozegrać w umyśle poety. Znajomość (i nieznajomość) twórczości oraz biografii wieszcza mówią tu same za siebie.

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka (znakomita w roli Basi Baczyńskiej), a oprócz tego subtelna, acz niebanalna muzyka i wersety z zeszytów Baczyńskiego (fakt, że nie zawsze deklamowane w odpowiedni sposób) nie kłamią, nie upraszczają, ani nie wpisują filmu do romantycznej szuflady. Rysują natomiast niewyraźną kreską pewnego rodzaju fresk liryczny, to zaś dlaczego Piwowarski zdecydował się na takie rozwiązanie tematu, pozostaje jego tajemnicą i nie nam to oceniać.

Należy się cieszyć, że powstał obraz, który zdołał oddać jeśli nie złożoność (na to brakło czasu) to chociaż ogrom poetyckiej wyobraźni poety. To ona uratowała nie wolny od pewnych uproszczeń i niedociągnięć film, choć nie zdołałaby tego uczynić bez stworzonej przez reżysera „emocjonalnej scenografii”, która porywa tym mocniej, im bardziej zbliżamy się do tragicznego finału.

Chciałbym, aby podobne filmy rzeczywiście kręcono specjalnie dla szkół. Po seansie „Baczyńskiego” nie mam jednak najmniejszych nawet wątpliwości, że jego sens i estetyka nieprzygotowanym licealistom umknie tak samo, jak umknęły kilku profesjonalnym recenzentom kina.

*   *   *

Remek Piotrowski

Reklamy

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

ZAMACH W BARZE „ZA KOTARĄ”

StenStary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć.
– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu.

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było zamordowanie Józefa Staszauera –  oficera Oddziału V KG AK i zdrajcy.

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić.

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy tysiące osób wyznania mojżeszowego gniło w piekła getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal.

Podejrzenia powinno wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, że pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników (wszelki ślad po nich zaginął), a Staszauera pozostawiano w spokoju. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli.

Zamach

Plakat filmu „Zamach” z 1958 r.

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwa żołnierze podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta.

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy).

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie.
Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo.

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego karę śmierci.

– Plan –

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia).

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa przybytku). To właśnie ten punkt zostało wytypowane przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na śmierć konfident przebywał najwięcej czasu.

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziła podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski (wiadomym wszakże było, że nie będą za nie płacili) i starali się rozeznać w sytuacji.

Ich zadaniem było: po pierwsze stwierdzić, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i po drugie: obserwować pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni.

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy STEN. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”.

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami). Jak podaje autor artykułu, dostępnego na stronie powstanie-warszawskie-1944.pl: „Ubezpieczenie uzbrojone było w pistolety, granaty i jeden pistolet maszynowy STEN obsługiwany przez „Sokoła”.”

por. Stefan Matuszczyk "Porawa" (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

por. Stefan Matuszczyk „Porawa” (zdjęcie z serwisu: powstanie-warszawskie-1944.pl)

– Przypadek? –

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem:
– Jest wsypa. Odwołajcie akcję.

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasnym, że jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar.
Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek. Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta.

Koniec końców „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę w gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru.

– Morze ognia „Pod kotarą” –

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a Doktur siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany.

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar "Pod kotarą" (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

ul. Mazowiecka 2, róg Świętokrzyska 22. Tutaj znajdował się bar „Pod kotarą” (zdjęcie z serwisu: warszawa1939.pl)

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy” (źr. powstanie-warszawskie-1944.pl). Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”.

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których również dosięgnął ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina” („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć do lokalu na ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”).

Szubienica– 11 trupów i jedna tajemnica –

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobnież także agentów Gestapo).

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała, jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”.

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W [Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140] pisze:

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski, oraz wspomniana już kelnerka, Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych tu dwu Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.”

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego.

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie – patrz książka telefoniczna, gdzie czytamy: „W. Chojecki”) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech”

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdło się mu ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć.

– Efekty akcji „Za kotarą” –

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko.
„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych.

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.

Na dawnej strony autorstwa Whatfora (powstanie-warszawskie-1944.pl) znajduje się szczegółowy wykaz ofiar i spis uczestników akcji, które przedstawiamy poniżej:

W barze „Za kotarą” zginęli:
1. Józef Staszauer „Aston” – cel zamachu
2. Helena Staszauer – jego żona i współpracownica
3. Eugeniusz Larsch – szwagier Staszauera
4. żona Larscha, szwagierka Staszauera
5. Agent Gestapo
6. Agent Gestapo
7. Henryk Müller – Reichsdeutsch, syn właściciela zakładów w Piastowie
8. Henryk Braun – dyrektor tych zakładów
9. Zygfryd ? – obywatel Rzeszy
10. Adolf Kuratz – Volksdeutsch, Treuhänder Hotelu „Europejskiego”
11. Jerzy Konarzewski „Toruń” – konfident Gestapo z komórki antylewicowej.
Wśród zastrzelonych znalazły się także osoby przypadkowe:
12. Tadeusz Wojciechowski (Tadeusz Chojecki?) – członek Polski Niepodległej
13. Tadeusz Zjawiński – prawdopodobnie klient Chojeckiego
14. Maria Malanowicz-Niedzielska – aktorka pracująca w barze jako kelnerka

W akcji „Za kotarą” wzięli udział, m.in.:
Porawa – ppor. Stefan Matuszczyk
Ryś – ?
Naprawa – pchor. Tadeusz Towarnicki
Nina – Danuta Hubner
Zosia – Zofia Rusecka
Szlak – Bolesław Bąk
Burza – Stanisław Bąk
Doktur – Leon Bąk
Sokół – Bronisław Gwiaździński
Andrzejewski – pchor. Andrzej Zawadzki
Clive – Zbigniew Szumański
Teresa – Iza Horodecka
Gil – Ryszard Duplicki

* * *

Źródła:
– Akcja za kotarą w: http://www.powstanie-warszawskie-1944.pl
– Tomasz Strzembosz „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944” PIW, 1983
– Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, „Przeciw konfidentom i czołgom”, RADEWAN-WANO 1996
– Egzekucja zdrajców w: Strona byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA