Tag Archives: kino wojenne

KAMIENIE NA SZANIEC – quasi-recenzja

KamienieRobert Gliński w „Kamieniach na szaniec” stanął w połowie drogi pomiędzy: z jednej strony – książką Aleksandra Kamińskiego, faktami i filmem Łomnickiego i z drugiej strony – chęcią przekonania do siebie młodszej widowni.

Półśrodki rzadko bywają trafnym rozwiązaniem, niemniej wydaje się, że reżyser podejmując niełatwy przecież temat wyszedł z tej potyczki  obronną ręką, co nie znaczy, że można się w tym filmie doszukać kilku fałszywych tropów.

Muzyka skąpana w gitarowych riffach (Łukasz Targosz), szybkie tempo narracji, ciekawe ujęcia, montaż oraz uciekanie od symboliki banalnego patosu z pewnością przysporzy Glińskiemu gromkich braw zwłaszcza wśród zmęczonych bohaterskim mitem ludzi urodzonych po mniej więcej po roku 1980.

Język pojęć ważnych już dawno temu zdewaluowała popkultura, lewicowa demagogia i ekspresowe tempo słownego przekazu. Dziś chcąc opowiadać o BOHATERACH nie sposób używać słów takich, jak „bohater”, „miłość”, „ojczyzna”. Cyniczny posmak, naddany do każdego z tych pojęć wymaga od twórcy, aby poszedł na około (albo i na skróty).

Gliński zdołał opowiedzieć to, czego opowiedzieć tak naprawdę nie sposób. Umieranie za ojczyznę, umieranie w imię lepszej przyszłości dla trzech czwartych jaśnie oświeconych-współczesnych stanie się rzecz jasna donkiszoterią – niesmacznie przaśną groteską (to, że za taki stan rzeczy odpowiada ignorancja i błędy edukacyjne jest sprawą drugoplanową), ale cóż z tego?

„Kamienie na szaniec” choć kilka razy sprowadzają na manowce, a Gliński decyduje się pokazać sceny, z których często poprzednia ma się nijak do następnej (ocena subiektywna) mimo wszystko potrafi uchwycić niewymowny klimat opowieści Kamińskiego więc mimo wszystko wraca z tarczą.

Mając w pamięci znakomity film Łomnickiego nie mogłem pozbyć się porównań. Tomasz Ziętek w roli „Rudego” zmierzył się  z bardzo sugestywną rolą Cezarego Kowalskiego grającego w „Akcji pod Arsenałem”. Udźwignął ten ciężar znakomicie.
Świetnie zaś radzącego sobie w filmie z 1970 w roli „Zośki” Mirosława Konarowskiego momentami dystansuje natomiast Marcel Sabat – można się bowiem kłócić, czy z punktu widzenia faktografii należało tę postać napisać w taki akurat sposób, ale już do gry samego aktora nie można mieć absolutnie żadnych zarzutów.

Dzięki fachowemu oku Pawła Edelmana ogromne wrażenie robi scena odbicia Janka Bytnara – punkt rzecz jasna kulminacyjny, istotnie mrożący krew w żyłach. Podobne emocje wzbudzają sceny z katowni gestapo na Szucha. Znać oko mistrza.

Przy okazji warto wspomnieć o tym, o czym zrobiło się głośno jeszcze przed oficjalną premierą i  tu oddajmy Glińskiemu sprawiedliwość. – Delikatne, wysublimowane i tak naprawdę bardzo autentyczne sceny miłosne nikogo gorszyć nie powinny, nie wysuwają się bowiem na plan pierwszy, a są jedynie symbolicznym zaznaczeniem dążenia do normalności wśród piekła wojny.

Problem miałem natomiast z czymś zupełnie innym. Wyraźne niedopatrzenia natury kronikarsko-historycznej, niekonsekwencja w, że się tak wyrażę, czytaniu książki Kamińskiego jest całkiem niezrozumiała. Ci zaś, którzy do lektury książki „Kamyka” sięgną już po obejrzeniu filmu będą mieli nie lada frajdę odnajdując filmowe błędy i potknięcia.

Drugi duży minus także ściśle wiąże się z przedstawieniem kwestii stricte historycznych (zajmują nas one tutaj, wszakże to nie na blogu amatora-kinematografii, a właśnie historii pojawia się ta skromna quasi-recenzja) i dotyczy sposobu przedstawienia „Szarych Szeregów”.

Widz odbiera obraz młodych ludzi – bohaterów filmów jako niesubordynowaną, zbuntowaną, słabo zdyscyplinowaną grupę dzieci bawiących się w wojnę, co wziąwszy pod uwagę kontekst (chociażby wiek bohaterów) zdaje się być wiarygodne, ale w świetle dostępnych nam źródeł historycznych tak naprawdę sprowadza na manowce.

Tragedia Kolumbów, sensu stricte także Aleksego Dawidowskiego, Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego polegała na tym, że wojna zabrała im młodość i rzuciła w ponury dzień okupacyjnego terroru. Nie znaczy to, że w tym ‚dniu’ nie było miłości, żartów, uśmiechów i miejsca na młodzieńczą nieodpowiedzialność.
Ale poza tym była przede wszystkim dyscyplina, pokora i niewyobrażalna dziś zupełnie odwaga. Gdyby było inaczej Armia Krajowa nie stałaby się największą i najlepiej zorganizowaną podziemną armią świata.

Remek Piotrowski

Reklamy

2 Komentarze

Filed under RECENZJE

W STARYM KINIE: CAFE POD MINOGĄ

Cafe pod MinogąCafe „Pod Minogą” przeżyła wówczas okres najwspanialszego swego rozkwitu. Dzień i noc wszystkie stoliki były zajęte. Za oblężonym bufetem królował rozpromieniony pan Aniołek, rozdając na wszystkie strony potrawy i napoje. Niestety okres ten trwał bardzo krótko. | Fragment powieści „Cafe pod Minogą” Stanisława Wiecheckiego.

Tęsknota za pejzażem starowarszawskiej ulicy skłania nas do zwrócenia się ku przeszłości. Miejsce, którego drobne fragmenty odnaleźliśmy dzięki „Cafe pod Minogą” nasuwa na myśl bajane przez starowinki baśnie, w których żyją szlachetne indywidua i złe potwory, w których nie brak strachu, łez i problemów, ale które summa summarum urzekają niewymownym czarem. Być może jest to prosty sentyment, być może nawina tęsknota za światem, który choć ukazany w filmie w biało-czarnym kadrze był tak naprawdę dużo bardziej kolorowy od tego nam współczesnego.

Nakręcony w 1959 roku „Cafe pod Minogą” to podróż w czasie. Spacer po warszawskiej ulicy z okresy międzywojnia i hitlerowskiej okupacji. Świat zastały po przybyciu w to miejsce nie można nazwać w pełni rzeczywistym, ale choć został on przefiltrowany przez satyryczne sito wyobraźni autorów zarówno książki, jaki i filmu, po kilkudziesięciu latach wciąż urzeka, a także opowiada o tamtym czasie własną istotną prawdę.

I czyni to na swój sposób. Właśnie dlatego obraz ten nie jest dojmującym świadectwem tragedii narodowej, a żartobliwą igraszką, swoistą przygodą ukazującą losy sympatycznych bohaterów-zawadiaków, po których przewala się historia. Całość stanowi zaledwie drobną cząstką prawdy o wojnie i bliżej jej do „Jak rozpętałem II wojnę światową”, niż „Listy Schindlera”, czy „Kolumbów”, niemniej jednak niesie za sobą pewne świadectwo.

Film w reżyserii Bronisława Broka powstał na motywach wydanej w 1947 roku powieści Stefana „Wiecha” Wiecheckiego, nazywanego ze względu na znajomość stołecznej gwary, obyczaju i kultury „Homerem warszawskiej ulicy”. Adaptacja Broka zawiera cząstkę tego, co ukazuje w swojej powieści „Wiech”, jest to jednak rzecz wartościowa, bo ulepiona z tej samej gliny, co historie spisywane przez Stanisława Grzesiuka, Leopolda Tyrmanda, czy właśnie Wiecheckiego.

Komedia opowiada o wojennych losach warszawskich cwaniaków ze Starówki. Bar „Cafe pod Minogą”, którego właścicielem jest jowialny pan Aniołek sąsiaduje z zakładem pogrzebowym „Wieczny Odpoczynek” Celestyna Konfiteora. Stałymi gośćmi pierwszego z wymienionych „przybytków” są warszawscy szoferacy: Maniuś Kitajec i bracia Piskorscy, a także Murzyn Jumbo, kierowca zagranicznego dyplomaty, który tuż przed wybuchem wojny opuścił nagle Warszawę, pozostawiając pod jego opieką luksusowy samochód i kasetę z gotówką pod podłogą willi ambasady przy Alei Róż.

Kadr z filmu "Cafe pod Minogą" w reż. Bronisława Broka.

Kadr z filmu „Cafe pod Minogą” w reż. Bronisława Broka.

Kiedy Niemcy zajmują Warszawę, pan Aniołek otwiera nielegalną „filię” swego baru w zakładzie pogrzebowym, gdzie w przebraniu wdowy Emilli Czarnomordzik ukryty zostaje Jumbo i gdzie cała kompania w oparach piwa i gorzałki zastanawia się, jak przeżyć wojnę. A to nie jest zadanie łatwe, wszakże szoferakom hitlerowcy odbierają auta, a Pan Aniołek zmaga się z ciągłymi brakami w aprowizacji. Receptą na wszelkie problemy ma być wydobycie skarbu z willi, w której wpierw urzędują hitlerowcy, a potem mieszkają volksdeutsche.

Bohaterom sen z powiek spędza kwestia przedostania się do willi, a także problemy dnia powszedniego. Szoferacy, wśród których prym wiedzie Maniuś (kapitalna rola Adolfa Dymszy) wpadają przy tym na szereg pomysłów – organizują uliczny cyrk, handlują choinkami, barankami wielkanocnymi, a nawet… żółwiami, które zakupują niczym kota (i żółwia) w worku od kolejarzy. Każdy z tych „interesów” realizują z iście staromiejską fantazją i stylem.

Jerzy Duszyński, Feliks Chmurkowski (nasuwający na myśl postać sienkiewiczowskiego Zagłoby), żywiołowa (a jakżeby inaczej) Hanka Bielicka, Włodzimierz Skoczylas, Wacław Jankowski, czy wspomniany już Adof Dymsza odgrywają ważne, choć chyba nie pierwsze skrzypce w historii przetworzonej przez Broka. Głównym bohaterem jest tu bowiem język – stara warszawska gwara, nieodżałowany skarb polskiej kultury, który w skutek tragedii Powstania Warszawskiego, wojennych wysiedleń, a po 1945 roku napływu do zrujnowanej stolicy ludzi z innych części kraju dziś jest już tylko ciekawostką historyczną.

Jeśli chcecie wiedzieć, czym była „leguralna zakąska”, „andrus” i „alpagal”, jeśli chcecie poznać urok przedwojennego pejzażu warszawskiej ulicy i jeśli chcecie pośmiać się z Murzyna ukrywającego się przed hitlerowcami w stroju wdowy oraz Adolfa Dymszy sprzedającego na ulicy żółwie, obejrzyjcie (a wcześniej przeczytajcie) „Cafe pod Minogą”, nastawiając się przy tym nie na seans pełen dokumentalnych faktów, a na zabawną historyjkę, która „nie buja do pucu”

Film w całości obejrzycie poniżej:

*     *     *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

RECENZJA FILMU: BACZYŃSKI

Baczyński PlakatTrudno zrozumieć, dlaczego najnowszy film Kordiana Piwowarskiego tak bardzo ubódł gusta kilku profesjonalnych krytyków filmowych, którzy sens „Baczyńskiego” sprowadzili de facto do „ściągi” z lekcji języka polskiego. Oprócz więc przyjrzenia się samemu obrazowi, postanowiliśmy zastanowić się nad zasadnością niektórych zarzutów. Film w pełni na taką obronę zasługuje.

Dzieło Kordiana Piwowarskiego, podobnie jak inne quasi-historyczne produkcje ostatnich miesięcy, choć warty uwagi, pozostawia mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony intuicyjnie wyczuwamy, że reżyser nie wyczerpał tematu, więcej nawet – jedynie go musnął i choć muśnięcie to było iście mistrzowskie, niewykorzystana okazja do opowiedzenia fascynujących, pełnych niedomówień losów poety, ma prawo budzić u nas frustrację.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga ukazuje interesujące oblicze arcyciekawego człowieka w lirycznym, iście impresjonistycznym zarysie. Większość krytyków oczekiwała, że Piwowarski opowie o Baczyńskim zgodnie z tradycją filmowej hagiografii, a więc za pomocą kinowej prozy. Ponieważ krytykiem filmowym nie jestem, niniejszy tekst poruszam wyłącznie ze względu na historyczną proweniencję obrazu, a moje wnioski być może ocierać się będą o banał, niemniej jednak zgadzam się z reżyserem, że takie właśnie ujęcie tematu „jądro mleczne” Baczyńskiego ukazuje w sposób najbardziej intuicyjny.

Zarzutów do „Baczyńskiego” jest kilka. Są wśród nich takie, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Boli przede wszystkim zaprzepaszczony potencjał, a to tym bardziej, że Piwowarski wpada na genialne tropy, by po krótkiej przechadzce kompletnie zboczyć z właściwej ścieżki i tym samym sprowadzić widza na manowce. Właśnie dlatego zasygnalizowane wątki dotyczące niejednoznacznych relacji z matką, konfliktu z Gajcym, czy fascynacji twórczością poety Kazimierza Wyki, Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza wzbudzają ogromny niedosyt, a przecież można by tu tyle opowiedzieć i to nawet bez rezygnacji z wybranej formy.

Grubą przesadą jest jednakowoż sprowadzanie „Baczyńskiego” do trywialnej pozycji na szkolnej liście lektur. Odnoszę się tutaj przede wszystkim do recenzji zamieszczonej na łamach „Krytyki Politycznej”, która z krytyką ma tyle wspólnego, ile poezja Baczyńskiego z komedią dworską. Światopogląd nakazujący widzieć w Powstaniu Warszawskim – nieodpowiedzialną burdę, a w podjętej przez Baczyńskiego decyzji o zamienieniu pióra na karabin – błazenadę, z góry przesądza o ocenie całości, a ta jest niesprawiedliwa, lub w najlepszym przypadku oparta na płytkich argumentach.

Od naszej recenzentki trąci na kilometr, charakterystycznym dla lewicowej orientacji, tendencyjnym spojrzeniem na historię, które okazuje się istotniejsze nie tyle nawet od tzw. prawdy historycznej, ile samego filmu, jako autonomicznego zjawiska artystycznego. Być może to za daleko posunięty wniosek, ale niekiedy można odnieść wrażenie, że autorka wspomnianej recenzji najchętniej widziałby Baczyńskiego w roli elementu niejednoznacznego trójkąta miłosnego, który ten miałby tworzyć z Wyką i Iwaszkiewiczem. Bzdura goni bzdurę…

Wbrew bowiem temu, co sugeruje „Krytyka Polityczna”, ani Baczyński, ani AK, ani wreszcie nawet Powstanie Warszawskie nie były patetycznymi mitami bez znaczenia, a umiejscowionymi w czasie i przestrzeni wartościami, których zarys i ładunek emocjonalno-intelektualny Piwowarskiemu udaje się, w sposób dla polskiego kina nowatorski, uchwycić znakomicie.

Cóż bowiem z tego, że wcielający się w główną rolę Mateusz Kościukiewicz sensu stricte nie gra, tylko jak napisał jeden z krytyków „jest”, skoro samym tym „byciem” połączonym ze słowami kapitalnie projektujących wojenną rzeczywistość wierszy Baczyńskiego, oddaje w sposób autentyczny klimat kreowanej przez siebie postaci. Nie ma przy tym nic z  przeintelektualizowanego błazna, który nadyma się patosem, nie pozuje też na dławionego weltschmerzem wieszcza.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Mateusz Kościukiewicz, jako Krzysztof Kamil Baczyński. Kadr z filmu.

Jest tu natomiast poezja, która ma po pierwsze – tłumaczyć drogę, którą podążył Krzysztof Kamil Baczyński, po drugie – ma za zadanie nadać całości właściwej treści, artykułowanej nie wprost, bo ta artykułowana wprost nie zdołałaby poświadczyć o ciążącym na bohaterze piętnie i uświadomionym przez niego poczuciu spełniającej się apokalipsy.

Baczyński grzmiał w stronę starającego odwieść się go od pomysłu czynnej walki Kazimierza Wyki: „Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”.

Dziwne więc, że ktokolwiek zarzuca reżyserowi, iż nie podjął tematu konfliktu, który jakoby miał się rozegrać w umyśle poety. Znajomość (i nieznajomość) twórczości oraz biografii wieszcza mówią tu same za siebie.

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Katarzyna Zawadzka w roli Basi Baczyńskiej z Drapczyńskich. Kadr z filmu (źr. filmweb.pl)

Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka (znakomita w roli Basi Baczyńskiej), a oprócz tego subtelna, acz niebanalna muzyka i wersety z zeszytów Baczyńskiego (fakt, że nie zawsze deklamowane w odpowiedni sposób) nie kłamią, nie upraszczają, ani nie wpisują filmu do romantycznej szuflady. Rysują natomiast niewyraźną kreską pewnego rodzaju fresk liryczny, to zaś dlaczego Piwowarski zdecydował się na takie rozwiązanie tematu, pozostaje jego tajemnicą i nie nam to oceniać.

Należy się cieszyć, że powstał obraz, który zdołał oddać jeśli nie złożoność (na to brakło czasu) to chociaż ogrom poetyckiej wyobraźni poety. To ona uratowała nie wolny od pewnych uproszczeń i niedociągnięć film, choć nie zdołałaby tego uczynić bez stworzonej przez reżysera „emocjonalnej scenografii”, która porywa tym mocniej, im bardziej zbliżamy się do tragicznego finału.

Chciałbym, aby podobne filmy rzeczywiście kręcono specjalnie dla szkół. Po seansie „Baczyńskiego” nie mam jednak najmniejszych nawet wątpliwości, że jego sens i estetyka nieprzygotowanym licealistom umknie tak samo, jak umknęły kilku profesjonalnym recenzentom kina.

*   *   *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE