Tag Archives: wojna

„GIBRALTAR. TAJEMNICA SIKORSKIEGO” – Dariusz Baliszewski (quasi-recenzja)

„Tego dnia historia otrzymywała do przyjęcia na wiarę jeden z najdziwniejszych chyba wypadków lotniczych w dziejach lotnictwa – ze startującego samolotu wypadły worki z pocztą, zablokowały się stery wysokościowe, które ani teoretycznie, ani praktycznie nie mogły się zablokować, wszystkie ofiary, a nikt nie wie, ile ich było, zginęły na skutek śmiertelnego urazu głowy […]” | Dariusz Baliszewski. Gibraltar. Tajemnica Sikorskiego, RYTM, Warszawa 2017, s. 138.

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiadu gen. Reinharda Gehlena [opis książki]

polskie-podziemie-w-oczach-wroga„W tej woli oporu i zwycięstwa niektóre czynniki uwidaczniają się szczególnie mocno. Jest to przede wszystkim tęsknota za pełnią życia oraz różnorodnymi możliwościami jej doznania. Tam gdzie Polakom ogranicza się te możliwości, tam gwałtownie wybucha jego sprzeciw.” | Polskie Podziemie w oczach wroga. Tajny raport dowódcy niemieckiego wywiady gen. Reinharda Gehlena, Wydawnictwo M, Kraków 2016, s. 165.

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

ROTMISTRZ PILECKI I JEGO OPRAWCY – Tadeusz M. Płużański (quasi-recenzja)

Pilecki-i-jego-oprawcy-okladka-360x509„Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje. Tak bohater dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej – rotmistrz Witold Pilecki odpowiedział na rozkaz generała Andersa, aby ewakuował się z Polski do Włoch. Te słowa powinny być dla nas drogowskazem. Bez względu na konsekwencje…”
[Tadeusz M. Płużański, Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy, Fronda, Warszawa 2015, s. 262.]

Czytaj dalej

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

PROCES NORYMBERSKI. TRZECIA RZESZA PRZED SĄDEM – Joe J. Heydecker, Johannes Leeb

Proces„[…] Dr Seidl: – Tydzień przed wybuchem wojny i trzy dni przed planowaną koncentracją wojsk przeciw Polsce między obu państwami został jeszcze zwarty tajny układ.

Przewodniczący trybunału, sir Lawrence: – Doktorze Seidl, mam nadzieję, że nie zapomniał pan obowiązującej procedury i zdaje sobie sprawę, że nie jest to właściwa pora na wygłaszanie przemówień?

Dr Seidl:- Nie zamierzam wygłaszać przemówienia, zamieszam jedynie powiedzieć kilka słów tytułem wprowadzenia do dokumentu, który przekażę trybunałowi. […]”

[Joe J. Heydecker, Johannes Leeb, Proces Norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem, RM, Warszawa, 2015, s. 246.]

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, RECENZJE

POPEŁNIŁEM: Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia

Rozkaz Trzaskać PiotrowskiKilka tygodni temu miała miejsce premiera mojej trzeciej książki pod tytułem Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia. Dołożyłem wszelkich starań, aby rzecz była zajmująca i możliwie najwierniej oddała przebieg wybranych akcji. Na ile to się udało, ocenicie sami. Zachęcam do lektury.

Poniżej krótka informacja od mojego wydawcy (DW PWN) oraz linki do umieszczonych w sieci recenzji. Na końcu kilka słów o tym, co znajdziecie w poszczególnych rozdziałach książki.

Informacja od wydawcy:
Książka przedstawia wybrane akcje polskiego podziemia w okupowanej przez Niemców Warszawie i Krakowie, a także na ziemiach zagarniętych po 1939 roku przez ZSRR. Zostały w niej opisane zamachy, akcje likwidacyjne, akcje odbicia więźniów – niektóre nieznane lub wręcz zapomniane. Każda z tych historii nadaje się na scenariusz dobrego kina sensacyjnego…
Autor opisuje przygotowania to wybranych akcji i ich przebieg, ale zwraca także uwagę na motywację i pomysłowość uczestników, a także podłoże emocjonalne i konsekwencje (źr. http://www.dwpwn.pl)

Opublikowane do tej pory recenzje książki (linki). Zachęcam do lektury przed ewentualnym kupnem książki:
zielonowglowie.blogspot.com – Walczyć z apokalipsą…
histmag.org – Recenzja
historia.org.p – Recenzja
Półka z Kulturą – Recenzja
http://mojswiat-szelestkart.blogspot.com – Recenzja
http://pasje-fascynacje-mola-ksiazkowego.blogspot.com – Recenzja
Dziennik Łódzki – Książka o niezwykłych akcjach łódzkiego podziemia podczas II wojny światowej

Spis treści (plus kilka słów o tym, czego dotyczą poszczególne rozdziały):
– Rozdział I: BOLLWERK (czyli podpalenie magazynów III Rzeszy w porcie rzecznym w Poznaniu)
– Rozdział II: ZDOBYĆ WIĘZIENIE (jak Jan Piwnik „Ponury” rozbił więzienie w Pińsku)
– Rozdział III: BOMBY W BERLINIE (zapomniane akcje polskiego podziemia w Berlinie)
– Rozdział IV: POKÓJ 228 (zamachy na SS-Oberscharführera Herberta Schultza i SS-Rottenführera Ewalda Lange)
– Rozdział V: KAMIKAZE (szaleńczy atak Jana Krysta w „Adrii”)
– Rozdział VI: ZEMSTA I ZDRADA (o oddziale Piwnika, pacyfikacji Michniowa i zdradzie zaufanego żołnierza AK)
– Rozdział VII: „N” W ŁODZI (walka z okupantem w Łodzi)
– Rozdział VIII: PENSJONAT (uwolnienie więźniów z jasielskiego więzienia)
– Rozdział IX: GÓRAL (słynna akcja zdobycia prawie 105 milionów złotych)
– Rozdział X: DZIEWIĘĆDZIESIĄT SEKUND – AKCJA „GŁÓWKI” (zamachy na SS-Oberscharführera Franza Bürkla, SS-Hauptscharführera Augusta Kretschmanna i  SS-Sturmmanna Ernsta Weffelsa)
– Rozdział XI: ZA KOTARĄ (likwidacja groźnego konfidenta w warszawskim barze)
– Rozdział XII: POLOWANIE NA GRUBEGO ZWIERZA (zamachy na gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera i gubernatora GG Hansa Franka)
– Rozdział XIII: STRZAŁY POD WAWELEM (zamach na wyższych Dowódców SS i Policji w GG – Friedricha Wilhelma Krügera i Wilhelma Koppe)
– Rozdział XIV: ZAPOMNIANE AKCJE „KOLEGIUM A” (zapomniany oddział Józefa Rybickiego i jego zapomniane akcje)
– Rozdział XIV: ZWOLNIENIE ZE SZPITALA (uwolnienie więźniów ze Szpitala Jana Bożego)

Książkę można kupić w księgarniach lub w internecie (na przykład: TUTAJ )
Życzę zajmującej lektury. Za ewentualne wpadki z góry przepraszam

– Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY

IGŁY – Marek Łuszczyna

Obrazek„Głęboki wywiad to zrzeczenie się tożsamości. Umiejętność automatycznego „myślenia fikcyjnym bohaterem”, którego się odgrywa. Ponadto to zajęcie, w którym trzeba być krańcowo podejrzliwym, zachowując jednak jasny, wolny od paranoi umysł.” | fragment książki.

Odkrywanie historii to zajęcie pasjonujące. Układanie całości z drobnych fragmentów, cząstek w kontekście pojęć tak obszernych, jak II wojna światowa, czy XX wiek koniec końców niewielkich, pozwala uchwycić nie tylko sens ogólny zjawisk i wydarzeń. Pozwala autentycznie wgłębić się w istotę tychże oraz zająć odpowiednią perspektywę. I na to właśnie pozwala książka Marka Łuszczyny.

Ważne epizody w polskiej historii dotyczącej II wojny światowej to morze zdarzeń, faktów, zagadnień, poglądów i postaci. Po przeczytaniu książki „Igły” poczułem wstyd. Pojąłem bowiem, że historii agentek, które działały w czasie wojny na rzecz polskiego wywiadu, nie znam chociażby w drobnym szczególe. A znać ją powinniśmy.

Historia to trzeba przyznać niezwykła, o której wie wąskie grono pasjonatów dziejów, autorów książek historycznych i świadków. Dzięki Markowi Łuszczynie szansę dowiedzenia się o nim będzie miało większe grono czytelników, a że autor zbadał (jak się zdaje) rzecz po pierwsze wnikliwie, po drugie – przedstawił ją w cudownie przystępnej formie, mamy tu do czynienia z wydawnictwem cennym.

W opisie wydawcy umieszczonym na okładce czytamy m.in.:
[…] Artystki, żony dyplomatów, córki przedsiębiorców, troskliwe panie domu i przedwojenne feministki, dojrzałe opiekuńcze matki i nastolatki, którym ledwie starczało sił, by przeładować pistolet. […]
Nie oczekiwały za swoje dokonania nagród, i wyróżnienia rzeczywiście je omijały. Podejmując się misji decydujących o losach świata, ginęły lub – w najlepszym razie – skazywano je na zapomnienie. Te, które ocalały czekała cela w więzieniu UB lub ciężki los na emigracji. […]

Marek Łuszczyna zdecydował się na najprostszy z możliwych, ale i chyba najtrafniejszy sposób narracji. W kolejnych rozdziałach odkrywa losy agentek, które być może bezpośrednio nie zdecydowały o ostatecznym rozstrzygnięciu konfliktu z lat 1939-45, ale miały na niego wpływ. Nie należy go ani powiększać, ani pomniejszać.

W gronie bohaterek książki są zresztą nie tylko Polki. Znajdzie się tu chociażby miejsce dla Benity von Falkenhayn, która uwiedziona przez rotmistrza Sosnowskiego stworzyła wraz z nim nieprawdopodobną siatkę szpiegów w III Rzeszy i gdyby nie pewne okoliczności – miała szansę znacznie utrudnić Hitlerowi szybkie summa summarum zwycięstwo we wrześniu ’39.

Inną osobą jest Halina Szymańska, żona atache wojskowego w polskiej ambasadzie w Berlinie. Stateczna, inteligenta i zarazem oddana sprawom domu kobieta z klasą przemieni się w asa wywiadu, która dzięki swoim talentom i znajomościom prześle aliantom informacje wprost ze sztabu Wehrmachtu, a „jeść” jej z dłoni będzie sam Wilhelm Canaris.

Jest tu Maria Sapieżyna, która potrafiła bez ogródek „wylać” papieżowi Piusowi XII swoje rozczarowanie jego polityką względem Niemiec. Krystyna Skarbek została „ulubioną agentką Churchilla” po tym, jak wydobyła z niemieckiego więzienia ważną postać z siatki alianckich szpiegów. Agentka weszła do siedziby gestapo, przedstawiła się, jako siostrzenica generała Montgomery’ego i bezczelnie zażądała uwolnienia więźnia argumentując to żądanie sytuacją na froncie i konsekwencjami takiego rozwiązania sprawy dla szefa gestapo. Wygrała.

Poznamy również historię Haliny Szwarc, Klementyny Mańkowskiej, Elżbiety Zawackiej, Władysławy Macieszyny, Malwiny Gertler i Annie Louise Mogensen. Ta ostatnia nie tylko zdobyła bezcenne informacje dotyczące niemieckich linii obronnych na północy Francji, ale i na własne oczy zobaczyła słynne lądowanie w Normandii.

Każda z tych kobiet była inna. Każda łącząc nieprzeciętną urodę, inteligencje i kobiecy szósty zmysł stała się skuteczną bronią polskiego (i alianckiego) wywiadu.
Wszystkie one nie walczyły z bronią w ręku (choć i to się zdarzało) na polach bitwy. Swoją niezwykłą walkę toczyły na spotkaniach, w kawiarenkach, przyjęciach, podczas rozmów, nierzadko również w łóżku, wydobywając informacje na wagę życia i śmierci, pośrednicząc, przekazując tajemnice i sabotując działania oraz politykę wroga za pomocą rozmaitych metod i sposobów.

Epilog ich historii był w większości przypadków smutny. Niektóre z nich zginęły jeszcze w czasie wojny, inne trafiły w samo jądro komunistycznych represji, pozostałe zapomniane i porzucone dożyły swoich dni w biedzie. Dobrze, że Marek Łuszczyna napisał tę książkę. Dobrze, że Igły, polskie agentki, które zmieniały historię zostaną w ten sposób przywrócone naszej pamięci.

Ponoć Ian Fleming kreując postaci bondowskich dziewczyn niemal zawsze dodawał do ich charakterystyki cząstkę Krystyny Skarbek. Zamiast jednak kina sensacyjnego pełnego nieprawdopodobnych zwrotów akcji, zamiast mrożących krew w żyłach thrillerów, poświęćcie czas na lekturę tych niespełna 300 stron. Otrzymacie w zamian to, co podczas seansu najlepszego filmu szpiegowskiego lub kryminału. Otrzymacie dziesięć gotowych scenariuszy takiego filmu. I historię, o której nie wypada zapomnieć. Polecam.

– Marek Łuszczyna, Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię, PWN, Warszawa 2013.

Remek Piotrowski

2 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

OBSERWATOR – ks. Józef Mroczkowski

jozef-mroczkowski-obserwator-cover-okladka„Ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski […] Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia i nieprawdopodobne. Czynię więc zadość mojej powinności plotkarskiej snując […] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.” | ks. Józef Mroczkowski, Obserwator.

Ta niewielka summa summarum książeczka, skromna w formie literackiego przekazu, pisana prostym językiem, spełniać może dla pasjonatów i badaczy II wojny światowej rolę w gruncie rzeczy ogromną. Parafialne zapiski księdza Mroczkowskiego, choć mocno niekiedy subiektywne (niektórym zda się zapewne, że i niesprawiedliwe) są szczerym świadectwem trudnego czasu na nie mniej trudnym terenie.

Prowadzone od września 1939 aż do roku 1947 zapiski z życia codziennego parafii w Oleszycach, niewielkiej miejscowości w przedwojennym powiecie lwowskim, która w czasie wojny kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk hitlerowskich i sowieckich oprawców, a dodatkowo była nieustannie narażona na działania ukraińskich bojówek nacjonalistycznych UPA, są istotnym dokumentem historycznym, bo choć nacechowane światopoglądem autora, świadczą o tamtym czasie.

Od czytelnika, jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności czytania między wierszami zależy, jak odbierze tych 150 stron, w których przewijają się losy polskiego księdza, jego podopiecznych – polskich parafian, a także sąsiadów Ukraińców, Żydów, czy wreszcie sowieckich i niemieckich okupantów.

Mroczkowski o sobie pisze niewiele i dopiero z notki autorstwa Janusza Grechuty dowiadujemy się, że był człowiekiem odważnym, niebojącym się podjąć, w imieniu sprawy (wiary i swego narodu) wielkiego ryzyka. Z jego zapisków wyłania się obraz małomiasteczkowego, skromnego, choć niepozbawionego dziś już niezrozumiałych uprzedzeń, wikariusza. Człowieka w gruncie rzeczy prostego (bynajmniej nie prostackiego!), ale prawego i sprawiedliwego.

Co bardziej wrażliwsi zwrócą uwagę lub zgoła odsądzą od czci i wiary autora za antysemickie (czy faktycznie?) uwagi i tendencyjny „polski” punkt widzenia. To prawda, że Mroczkowski musiał być w pewnym stopniu nastawiony negatywnie do Żydów, ich religii i kultury, w takim samym zresztą stopniu, w jakim przed wojną nastawionych było tysiące Polaków, w jakim chociażby nastawiona była Zofia Kossak.

Mroczkowski, podobnie jak i Kossak, nie mieli jednak w sobie zrozumienia dla niezrozumiałego zła, które Hitler rozlał po Europie i któremu poddano ludność żydowską – przejawia się to zwłaszcza w zapiskach wikariusza z 1941 roku pokazujących jego prawdziwe oblicze  – oblicze człowieka, który żyjąc w piekle, przeciwstawia się mu za każdym razem, bez względu na swoje uprzedzenia i poglądy.

Nie inaczej jest w przypadku Ukraińców, których pod wpływem doznanych krzywd nazywa narodem dzikim, barbarzyńskim, nie tkniętym narzędziem wiary ani kultury. Niepodobna wymagać od Mroczkowskiego głębokiej refleksji humanistycznej, tolerancji i obiektywizmu, zważywszy na jego przeżycia, zważywszy na kontekst kulturowy, społeczny i historyczny, w którym przyszło mu funkcjonować. I nie znaczy to bynajmniej, że my dziś mamy ulegać podobnemu punktowi widzenia. Nie w tym wszakże rzecz.

Niekiedy ksiądz Mroczkowski, w swym opisie na wskroś zwięzły i prostolinijny zarazem, jakby przyparty ilością zła nie jest w stanie opisać rzeczy, które jak sam twierdzi, nie mieszczą się w ludzkim pojmowaniu. Dramat ukraińskich pogromów, które pustoszyły ludność polską w 1944 roku oddaje pozornie „suchymi”, choć przejmującymi swą wymową i sensem zapiskami, jak chociażby tym z 15 kwietnia, pod którym znajdujemy słowa:
Jeszcze jedna noc darowana.

Rzecz jasna niepodobna jest tu streszczać wszystkiego, o czym opowiada ta niezwykła, acz prosta w swej formie kronika. Zaciekawionych tematem „Wołynia” i krwawego pogranicza polsko-ukraińskiego należałoby w pierwszej kolejności odesłać do profesjonalnych opracowań, których na szczęście w ostatnim czasie nie brakuje.

Nie zmienia to faktu, że „Obserwator” jest zajmującym dopełnieniem historycznego wykładu o trudnej przeszłości na kresach, a jednocześnie jego niezwykle istotnym i sprawdzonym źródłem. I dlatego też właśnie, choć to książka pozbawiona bardziej wnikliwego komentarza poruszającego temat trudnych relacji Polaków i Ukraińców w czasie wojny, godny jest naszej uwagi.

 
Obserwator, ks. J. Mroczkowski, Literatura Faktu PWN, Warszawa 2013

* * *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

Zwróćmy legitymację żołnierza Kampanii Wrześniowej!

39W październiku tego roku mój znajomy Michał trafił na pchlim targu przy kościele dominikanów we Lwowie na rzecz wyjątkową. Na straganach, pośród gwiazdek oderwanych od sowieckich mundurów, starych książek z bajkami, podartych map i masy innych rzeczy, znajdowała się legitymacja zaświadczająca, że WASYL TURKO został odznaczony Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”. Dokument pochodzi z 1997 roku i podpisany został przez prezydenta RP.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że dla legitymacji Pana Turko nie ma miejsca na bazarze, gdzie Ukraińcy starają się wciskać turystom co popadnie. Ponieważ handlarz nie potrafił lub nie chciał powiedzieć skąd ją ma, Michał postanowił ją zakupić. I oczywiście zwrócić Panu Wasylowi lub jego Rodzinie.

TurkoRekonesans sieci poczyniony przez mojego kolegę przyniósł kilka niepewnych informacji. Według niektórych źródeł Pan Wasyl zmarł w czerwcu 2013 roku w Ohio i służył w US Army. Możliwe, że to zbieżność nazwisk, ale równie prawdopodobne, że mała czerwona książeczka z polskim orłem jest częścią pasjonującej historii weterana wielu wojen.
Michał znalazł również zdjęcie tego człowieka. Być może jest to właśnie bohater kampanii wrześniowej.

W związku z tym zwracamy się do wszystkich czytelników bloga Tropy Historii z ogromną prośbą: jeśli wiecie coś o losach tego Żołnierza lub macie kontakt z jego rodziną – dajcie znać. Jeśli nie – udostępniajcie wydarzenie i bierzcie w nim udział, może dzięki temu o sprawie dowie się ktoś, kto zdoła pomóc.

Wydarzenie do udostępnienia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/435981739852451/

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

WIĘZIEŃ NUMER 62754 – cz. II

Piotrowski1Władysław Piotrowski był jednym z ok. 1100000 zamęczonych więźniów Koncentration Lager Auschwitz. I choć nie odegrał w czasie II wojny światowej żadnej znaczącej z historycznego punktu widzenia roli, jego historia jest ważnym świadectwem niepojętego zła, która dla czytelnika może okazać się interesująca ze względu na faktografię, zaś dla mnie ważną jest głównie dlatego, że więzień 62754 był moim pradziadkiem.

Kilkanaście miesięcy temu na łamach bloga Tropy Historii opisałem okoliczności aresztowania, przewiezienia do obozu oraz śmierci mojego przodka. Dzięki zebranym przez mojego ojca informacjom, natrafieniu na nowe dokumenty oraz ostatniej wizycie w Muzeum Auschwitz-Birkenau poznałem nowe okoliczności związane z pobytem Władysława Piotrowskiego w KL Auschwitz. Być może zainteresują one i Was.
– Więzień polityczny –

W artykule p.t. „Więzień 62754” z listopada 2012 roku podałem niesprawdzoną wersję okoliczności aresztowania mojego pradziadka. Oparła się ona na rodzinnych wspomnieniach, wedle których Władysław Piotrowski trafił do Oświęcimia za pobicie Niemca. Do zajścia doszło w rodzinnej wsi pradziadka – Łaszczynie (dziś województwo łódzkie, powiat rawski), a według tej wersji Piotrowski został w pobicie „wrobiony” przez jednego z nieprzychylnych sąsiadów.

Dzięki dotarciu do wydawnictwa p.t. Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944 poznałem inną, bardziej prawdopodobną wersję aresztowania pradziadka.
W rozdziale „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” czytamy bowiem:

[…] Część mężczyzn osadzonych w więzieniu w Tomaszowie Mazowieckim przewieziono do Częstochowy. Na Zawodziu spędzili około trzech tygodni”, aż do momentu wyruszenia transportu do Auschwitz. Do tej grupy należeli aresztowani w łapance na dworcu kolejowym w Tomaszowie: Wacław Jastrzębski (nr 62737), Zdzisław Kun (nr 62743), Stefan Libera (nr 62746), Franciszek Mazurkiewicz (nr 62749), Eugeniusz Piaskowski (nr 62753), Władysław Piotrowski (nr 62754), Tadeusz Smejda (nr 62758), Władysław Wojniak (nr 62761). […]

Zgodnie z tym opracowaniem Piotrowski trafił więc w ręce gestapo nie w Łaszczynie i nie za pobicie Niemca, a w Tomaszowie Mazowieckim podczas łapanki na dworcu kolejowym. Być może zjawił się w tym miejscu chcąc załatwić w oddalonym od 40 kilometrów Tomaszowie jakąś pilną sprawę urzędową, być może powodem był handel lub np. zakup odzieży.

Obie wersje są prawdopodobne. Za jedną przemawiają wspomnienia rodzinne, za drugą materiał zebrany przez historyka.

Radomski transport do Oświęcimia z 1 września 1942, w którym znalazł się mój pradziadek liczył 514 osób. Byli to różni ludzie z różnych miejsc okupowanego kraju. Wśród nich znaleźli się partyzanci, członkowie ruchu oporu (AK, ONR, GL), członkowie różnych grup sabotażowych, oficerowie przedwojennego wojska polskiego, księża, przypadkowi ludzie złapani w łapankach oraz grupa 43 Żydów.

100_4650

W zasadzie wszyscy Polacy uwięzieni w Auschwitz otrzymali status „więźniów politycznych”. Myli się jednak ten, który sądzi, że mój pradziadek był aktywnym działaczem politycznym, bądź członkiem polskiego podziemia. Jak pisze w swoich książkach Władysław Bartoszewski pojęcie „Polaka-inteligenta” (a więc wroga III Rzeszy) funkcjonowało w niemieckim systemie pojmowania rzeczywistości w sposób niezwykle uproszczony.

Za inteligenta uznawano polityka, wojskowego, naukowca, nauczyciela, lekarza, ale i złapanego w łapance mężczyznę noszącego okulary, człowieka mieszkającego w inteligenckiej dzielnicy bądź niosącego książkę. Gestapo złapanych w takiej łapance „więźniów politycznych” oskarżało o wyssane z palca przestępstwa. Jedną z ofiar tego terroru został Władysław Piotrowski.
– Bezimienny –

31 sierpnia 1942 roku, gdy pierwsze promienie słońca wyglądały nieśmiało zza radomskich zabudowań, z dworca kolejowego ruszyła z wolna lokomotywa, sapiąc mrukliwie i ciągnąc za sobą rzędy bydlęcych wagonów. Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji w Częstochowie, gdzie, wśród krzyku esesmanów, do przeładowanych wagonów wpakowano kilkudziesięciu więźniów, w tym i Władysława Piotrowskiego.

100_4675

Gdy transport zbliżał się do celu, w okolicach Chrzanowa czterech mężczyzn wyłamało deski w jednym z wagonów i rzuciło się do ucieczki. Wśród nich nie było mojego pradziadka. On do miejsca swego przeznaczenia dotarł 1 września późnym wieczorem. Pociąg zwolnił, po chwili stanął w miejscu, po czym drzwi wagonu rozsunęły się i oczom Piotrowskiego ukazała się kolejowa rampa. Ciemność nocy rozświetlił zrazu jasny blask reflektorów, a ostre, niemieckie „schnell!” i przeciągłe „rraauss!” zmieszało się z kanonadą kroków i pierwszych jęknięć bitych przez esesmanów więźniów.

W ubiegłą sobotę przemierzyłem tę samą drogę, którą wówczas pokonał mój przodek. Ruszyłem od strony torów kolejowych i wszedłem na teren obozu mijając bramę z cynicznym napisem „Arbeit macht frei”. W ubiegłą sobotę świeciło słońce, dookoła rozlegał się tumult setek turystów, a stojący na parkingu kierowcy gaworzyli leniwie popalając papierosy.

71 lat temu, to rzecz jasna banał, mój pradziadek pokonał tę drogę inaczej. Biegnąc przy wrzasku wściekle ryczących i bijających gumową pałką esesmanów. Biegnąc w chłodzie wrześniowej nocy ze straszliwym uczuciem niepewności, zwykłym ludzkim strachem, z którym kontrastował krajobraz składający się z przystrzyżonych równo trawników, zadbanych alejek i rosnących wszędy drzewek.

Niemcy rozkazali stanąć nowoprzybyłym w alejkach oddzielających równe rzędy baraków. Piotrowski wraz z pół tysiącem więźniów aż do rana tkwił w jednym miejscu bijąc się z myślami i czekając tego, co stanie się wkrótce. Po wielu godzinach, gdy słońce wzbiło się już ponad horyzont, esesmani wydali polecenie „rozebrać się!”, a następnie popędzili wszystkich w stronę łaźni.

Po kąpieli w strumieniach zimnej wody Piotrowski wraz z innymi podszedł, zupełnie nagi i dygoczący z zimna, do jednego z ustawionych przed blokiem stolików. Tutaj pisarze zadali mu kilka pytań, zabrali nazwisko i nadali mu nowe imię. Nie było już Władysława Piotrowskiego. Od teraz był już tylko polski więzień polityczny nr 62754.

100_4664

Miejsce katowania więźniów KL Auschwitz, tzw. kara słupka polegająca na przywieszaniu więźnia za ręce skrępowane w przegubie i wykręcone do tyłu.

 

 

– U wrót piekieł –

Pierwsze godziny w obozie…
Godziny gehenny. Po apelu i rejestracji, nowych więźniów stłoczono w sali na piętrze bloku 11., gdzie osadzeni spali na betonie i gdzie Piotrowski oraz jego towarzysze niedoli przeszli czas tzw. kwarantanny. Składał się on z tzw. „sportu” – wykonywania męczących ćwiczeń fizycznych, np. skakania żabką, czy też tzw. „rollen” polegającym na toczeniu się po ziemi i ostrym żwirze. Wszystko to wśród nieustających krzyków esesmanów, którzy pastwili się nad nowoprzybyłymi biciem – biciem niekończącym się i niezrozumiałym.

100_4663

Po dwóch lub trzech dniach mój pradziadek trafił wraz z innymi do bloku 10. i tam przydzielono go do jednego z komand robotniczych. Do którego konkretnie, niewiadomo.
Jak podaje Ewa Bazan, autorka rozdziału „Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku” część więźniów z radomskiego transportu skierowano do pracy przy regulacji rzeki Soły, inni trafili do prac przy roli, także do rozmaitych warsztatów obozowych, komanda Bauhof, czy komanda woźniców. Część z nich wykonując swoje obowiązki przebywała również w rozbudowującym się obozie Auschwitz-Birkenau – miejscu wymordowania prawie miliona Żydów, gdzie niektórzy spośród radomskich więźniów pomagali polskim więźniarkom i zbierali informacje np. na temat budowy krematoriów, zbrodniczych eksperymentach medycznych i licznych egzekucji.

 

 

– Ostatni dzień 1942 roku –

Zimno, brud, a nade wszystko przeszywający wnętrzności głód (na śniadanie 300 gram obrzydliwego chleba i lura zwana kawą, na obiad talerz wodnistych pomyj zwanych zupą, a wieczorem znów tylko „kawa”) oraz strach, ponadto wycieńczająca, wielogodzinna praca ponad ludzkie siły, a wreszcie bicie – ciągłe i bez końca – powodowały, że silny młody mężczyzna, który trafił do dobrego komanda (pod dachem) i potrafił skombinować coś do jedzenia był w stanie przeżyć w obozie pół roku, a rzadziej i więcej. Większość – starsi, schorowani, słabsi spośród tych, którzy trafiali do Oświęcimia wytrzymywali kilka tygodni, góra 3-4 miesiące.

Dzięki uprzejmości p. Krystyny Leśniak z Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau (biuro informacji o byłych więźniach) wiem, że Władysław Piotrowski, przywieziony do KL Auschwitz w dniu 1.9.1942 r. transportem z Radomia, w obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P.Pole) numerem 62754, zginął 31 grudnia 1942 roku. Przeżył więc w fabryce śmierci 4 miesiące.

Władysław Piotrowski został dwukrotnie notowany w książce szpitala obozowego:
Blok 21 chirurgiczny : 21.12.1942 r. – wpis: abscessus femoris dex. – ropień mięśnia dużego uda prawego i 23.12.1942 r. – wpis: abscessus humeri dex – ropień kości ramiennej prawej. Zwłoki do obozowej kostnicy dostarczono z bloku szpitalnego 28.

100_4666

Przyczyna śmierci mogła więc (choć nie musiała) wiązać się z bardzo poważnymi urazami, prawdopodobnie nabytymi w wyniku pobicia przez kapo lub esesmana bądź też stanowiącymi skutek pracy ponad siły w anormalnych warunkach. Być może powód zgonu był inny, zdarzało się bowiem, że Niemcy fałszowali prawdziwą przyczynę śmierci. Czy Władysław Piotrowski został zakatowany niemal na śmierć, w wyniku czego zginął ostatniego dnia 1942 roku, czy też na przykład otrzymał w bloku szpitalnym zabójczy zastrzyk z fenolu – tego nie sposób dziś ustalić.

Komendant obozu Rudolf Höss mawiał do więźniów: „Popatrzcie to krematorium. Komin to jedyna droga na wolność”. Ta właśnie droga, jedyna niemal droga na wolność z Oświęcimia, stała się udziałem Władysława Piotrowskiego.

100_4665

 

 

– 71 lat później –

Spacerując we wrześniowe sobotnie przedpołudnie po alejkach KL Auschwitz, stąpając więc sensu stricte po świadectwie zła totalnego, po tym jądrze całkowitego wynaturzenia – mimo dziesiątek obejrzanych filmów, przeczytanych książek, wspomnień i opracowań historycznych, mimo setek przejrzanych fotografii, mimo słów przewodnika, mimo wyjących zza muzealnych szyb niemych świadków tragedii, nie zaznamy Auschwitz-Birkenau takim, jakim zaznali go jego więźniowie. I jakimi odczuwał i pojmował go Władysław Piotrowski oraz każdy z 1,3 miliona więźniów.

100_4671

 

100_4678

 

Źródła
– Ewa Bazan, Mężczyźni – transport z 1 września 1942 roku, [w:] Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, str. 773-780.
– Danuta Czech. Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz
– foto wł.

* * *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, PORTRETY

SEKRETY DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ. WOJNA MÓZGÓW – Brian Johnson

sekrety_okladka_gotowaKsiążka Johnsona nie jest lekturą z serii „łatwych i przyjemnych”. Nie można traktować jej podobnie do historycznych czytadeł sensacyjnych, których w ostatnich latach na półkach księgarni pojawia się coraz więcej. Nie mniej jednak gigantyczny materiał faktograficzny i techniczny oraz możliwość odkrywania kolejnych sekretów tajnych wynalazków powodują, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdego pasjonata II wojny światowej.

Historycy koncentrujący uwagę na wydarzeniach z lat 1939-1945 w większości przypadków terminami takimi, jak „Enigma”, „Ultra”, „radar” czy „V1” posługują się bez refleksji (bynajmniej to nie jest zarzut) odkrywając przed czytelnikiem zaledwie czubek góry lodowej, a sens działania ów skomplikowanych urządzeń sprowadzając do skutków, jakie spowodowały lub powodować potencjalnie mogły.

„Sekrety drugiej wojny światowej. Wojna mózgów”, oparte na serialu historycznym BBC (The Secret War, 1977), wypełniają tę lukę w sposób perfekcyjny. Dokładność z jaką Johnson analizuje każdy z wynalazków, nieprawdopodobna konsekwencja w przytaczaniu kolejnych faktów oraz odpowiednie nakreślenie tła wojskowo-politycznego tworzą zajmujące studium powstawania, funkcjonowania i zwalczania urządzeń, które niejednokrotnie wyprzedzały swoją epokę.

To ponadto pozycja dla każdego, kto poznawszy z grubsza sens terminów „Enigma”, czy rakieta „V2” chciałyby poznać niezdawkową, a dokładną historię ich tworzenia i wykorzystywania. Tak wyczerpującej analizy na temat owoców wojennej pracy naukowców, osobiście, jeszcze nie spotkałem.

Autor książki skupia naszą uwagę na najmniejszych detalach (fanatycy fizyki, czy historii wojskowości będą w siódmym niebie), odkrywając przy tym, kroczek po kroczku, sposób działania niesłychanie skomplikowanych urządzeń. Dla niektórych zmaganie się z tym gigantycznym materiałem rozkładającym każdy z tajnych wynalazków na czynniki pierwsze (dosłownie!) może z czasem stać się odrobinę nużące, ale czy obierając za przedmiot badań ten właśnie temat można byłoby zadowolić się uogólnieniami i półprawdami?

Po tego typu literaturze oczekujemy bowiem przede wszystkim jednego – rzetelności. Brian Johnson sprostał wyzwaniu, a dzięki temu, że na łamach swojego dzieła przeplótł szczególiki techniczne z klarownie nakreślonym tłem sytuacyjnym, całość nie tylko nie nuży, ale i intryguje pozostawiając czytelnika niejednokrotnie w niemym osłupieniu. Bo czegoż oni w tamtym czasie nie wymyślali…

Dzięki tej książce dowiemy się nie tylko o tym, jak na przykład działał niemiecki system naprowadzania samolotów za pomocą fal radiowych używany przez Luftwaffe podczas nocnych bombardowań Wielkiej Brytanii zwany „Knickebein”. Dowiemy się również o okolicznościach odkrycia go przez Brytyjczyków oraz o tym, jak przekonano Churchilla, że „zabawka” ta może okazać się dla wyspiarzy zabójcza. Wreszcie poznamy historię walki z nim, de facto więc historię powstawania innych urządzeń, które zwalczały ten i wiele innych niemieckich wynalazków wojskowych.

Zdradzanie tajemnic odkrywanych przez autora byłoby z mojej strony nie na miejscu i popsułoby Wam zabawę, wspomnę więc jedynie, że poza wspomnianymi systemami naprowadzania, „Sekrety II wojny światowej” rozkładają na czynniki pierwsze prace Wernhera von Brauna nad pociskami V1 i V2, tajemnice różnego rodzaju radarów i systemów wykrywania używanych przez marynarkę i lotnictwo, echosondy ASDIC i inne fantastyczne wynalazki.

Bundesarchiv, Bild 146-1973-029A-24A / Lysiak / CC-BY-SA

Rakieta V1 (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1973-029A-24A / Lysiak / CC-BY-SA)

Przysłowiową wisienkę na torcie stanowi ostatni rozdział, w którym Johnson przedstawia legendarną „Enigmę” i sekretny tajnopis, za pomocą którego porozumiewały się najważniejsze osobistości III Rzeszy. Poznajemy tu tajniki działania tych niezwykłych szyfrujących machin i fascynującą historię walki aliantów o to, aby je oszukać.

Co ważne dla polskiego czytelnika, rola zarówno polskiego wywiadu, jak i zespołu naszych matematyków w pokonaniu niemieckiego systemu szyfrowania została przez historyka podkreślona bardzo wyraźnie i na szczęście nie pokrywa się z niedopuszczalną wersją znaną Amerykanom i Brytyjczykom z filmowej produkcji z 2001 roku z Kate Winslet w roli głównej. Johnson jest zbyt poważnym badaczem, aby nie oddać nam tego lauru.

Oczywiście to nie historycy-amatorzy, a znawcy tematu oraz fachowcy wojskowości będą w stanie stwierdzić, czy w zebranej przez Johnsona dokumentacji są błędy i pęknięcia. Biorąc pod uwagę źródła z jakich korzysta autor oraz zebrane świadectwa uczestników opisywanych wydarzeń, wydaje się to mało prawdopodobne.

Ważne jest również coś jeszcze innego. W przeciwieństwie do wielu historyków, Brian Johnson nie próbuje z przedmiotu swych badań uczynić „kamienia węgielnego” II wojny światowej. Tutaj fakty mówią zawsze same za siebie, a autor niejednokrotnie przyznaje, że gro z fascynujących wynalazków z różnych przyczyn nie odegrały w wojnie roli, jaka była im pierwotnie wyznaczona. To uczciwość godna szacunku.

„Sekrety drugiej wojny światowej. Wojna mózgów” istotnie pokazują, że tak jak I wojna światowa stała się polem walki chemików, tak konflikt lat 1939-1945 okazał się starciem nie tylko żołnierzy, ale i fizyków. I właśnie o tej fascynującej walce polegającej na „przechytrzeniu” wroga nie tyle na polu bitwy, ile w ukrytych pracowniach naukowych, snuje na kartach swej książki opowieść Johnson. Gdy odkryjecie sekrety „Aspiryny”, „Bomby” i „Colossusa”, przekonacie się o tym sami.

W dodatku, mimo trudności, jakie bez wątpienia nastręcza czytelnikowi przyswojenie ogromnego materiału dokumentalnego, całość przedstawia II wojną światową w nowym, dotąd dla wielu (w tym i dla mnie), nieznanym świetle. I dlatego niech sięgną do tej książki ci, którzy z tematu II wojny światowej lub wojskowości tego okresu uczynili przedmiot swojego zainteresowania.

* * *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA, RECENZJE

FUTBOL W CZASIE OKUPACJI

Boisko przy Podskarbińskiej – niewielka liczba widzów, gdyż przed momentem... była łapanka (źr. fot, kamionek.waw.pl)

Boisko przy Podskarbińskiej – niewielka liczba widzów, gdyż przed momentem… była łapanka. Stadion ten był najważniejszym „stadionem” warszawskich, okupacyjnych rozgrywek. Dziennie odbywały się tu nawet 4 mecze (źr. fot. kamionek.waw.pl)

Hitler i jego poplecznicy doskonale rozumieli, że sport, a szczególnie futbol stanowi ważną część polskiej kultury. Właśnie dlatego Polska stała się jedynym okupowanym przez Niemców krajem, w którym uprawianie sportu zostało zabronione, a mimo tego w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i innych miejscach zniewolonej przez okupantów ojczyzny, rzesze kibiców przez cały okres wojny emocjonowało się piłkarskimi pojedynkami. – Z miłości do futbolu i poczucia własnej godności.

Stawka tych spotkań toczonych w konspiracji, nieustannym niebezpieczeństwie i strachu, niejednokrotnie przerywanych z powodu obław gestapo, była ogromna. Gdyby chcieć dotrzeć do sedna sprawy należałoby używać pojęć i słów, które współczesny, skomercjalizowany świat wyrzucił już dawno na margines. Niech więc fakty mówią same za siebie.

– Wysoka cena –

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: godziny popołudniowe, wokół piaszczystego boiska tłum ludzi o skupionych twarzach jęknął w zawodzie, bo filigranowy skrzydłowy huknął z woleja w poprzeczkę. Po chwili zza jednej z bramek wrzawa, tłum w ciągu ułamka sekundy zastyga niczym na biało-czarnej fotografii, by po chwili rozlać się wraz z dwudziestoma dwoma piłkarzami po całej okolicy w chaotycznej ucieczce przed żandarmami. Strzały z karabinu mieszają się z krzykami rannych i niemieckimi komendami „Halt!”.

Podobnych obrazków w czasie trwania niemieckiej okupacji widziano dziesiątki, a mimo tego Polacy wciąż organizowali mecze używając niezliczonych forteli, aby wywieść w pole znienawidzonego okupanta.

Jakże trudno dziś, przyglądając się zmanierowanym gwiazdkom polskiej ekstraklasy, pojąć pasję, którą w futbol wkładały tysiące tamtych piłkarzy, ryzykujących życie tylko po to, aby sobie i innym dać odrobinę rozrywki i złudnego może, ale summa summarum bezcennego poczucia wolności.

W Polsce sport mogli uprawiać wyłącznie niemieccy ubermenschen, cały zaś dobytek przedwojennych klubów trafił w łapy nowych „panów”. Juliusz Kulesza, autor książki „Podziemny futbol”, wspomina, że za złamanie zakazu grania w piłkę przyszło naszym przodkom płacić bardzo wysoką cenę. Tylko do obozu Auschwitz trafiło w czasie wojny około pięciu tysięcy polskich piłkarzy! Ilu zginęło i zostało zamordowanych w wyniku obław, wpadek, donosów szpicli i volksdeutschów?

– Święta wojna w Krakowie –

Losy przedstawicieli polskiego piłkarstwa, którzy w trakcie II wojny światowej oddali swe życie „na murawie”, zawrzeć na łamach jednego tylko artykułu niezwykle trudno. Jedyne więc o co zdołamy się pokusić to wątła próba przypomnienia o zaledwie kilku z nich; liczymy przy tym, że czytelnik zdoła wyobrazić sobie skalę całego zjawiska, bo ta robi ogromne wrażenie i warta jest zapamiętania.

Cracovia przed meczem z Warszawianką (2 lipca 1939 r. )

Cracovia przed meczem z Warszawianką (2 lipca 1939 r. )

W Krakowie w piłkę grano, z wyjątkiem roku 1942, przez całą okupację, a pierwszy mecz pomiędzy Wisłą i Krowodrzą rozegrano już 22 października 1939! Gród Kraka, zwłaszcza kluby Cracovia, Wisła i Dąbki, zapłacił za miłość do piłki cenę bardzo wysoką. Niemcy przerywali mecze, organizowali łapanki na uczestników futbolowych spotkań oraz dokonywali ich egzekucji m.in. w podkrakowskich Przegorzałach.

Mimo to nikomu w Krakowie nie przeszła przez głowę myśl, aby zaniechać organizowania zawodów. W książce Stanisława Chemicza pod tytułem „Piłka nożna w okupowanym Krakowie” wiślak Władysław Giergiel wspominał:
„Kawiarenka Juvenii, była wspólnym lokalem klubowym, gdzie przy poszczególnych stolikach ustalano składy drużyn, załatwiano pożyczkę butów i strojów, a w międzyczasie przekazywano sobie podnoszące na duchu, najnowsze informacje radiowe, prasę podziemną czy aktualne dowcipy polityczne. Tam również, przy piwku, wspominały stare dzieje takie filary piłkarskie jak: Kałuża, Chruściński, dr Cikowski, Pająk, Lasota, Szumiec czy wiecznie skłóceni na temat prymatu w piłkarstwie krakowskim bracia Wójcikowie (Stanisław z Cracovii i Stefan z Wisły). Dzielnie dotrzymywał im towarzystwa ceniony arbiter Stanisław Jesionka i wielu innych wybitnych niegdyś ludzi polskiej piłki, których widok przypominał człowiekowi stare dobre czasy…”.  (źr.Stanisław Chemicz, Piłka nożna w okupowanym Krakowie, Kraków 1982)

Późniejszy reprezentant Polski - Henryk Boruez (zawodnik Grochowa) w otoczeniu kibiców obserwujących mecz piłkarski w czasie okupacji (źr. fot. kamionek.waw.pl)

Późniejszy reprezentant Polski – Henryk Boruez (zawodnik Grochowa) w otoczeniu kibiców obserwujących mecz piłkarski w czasie okupacji (źr. fot. kamionek.waw.pl)

W Krakowie meczom piłkarskim, a zwłaszcza pojedynkom Wisły z Cracovią, od zawsze towarzyszyły ogromne emocje. Dlatego tak wieki  zawód spotkał kibiców w 1942 roku, gdy do starcia słynnych klubów nie doszło, gdyż o meczu dowiedzieli się Niemcy. Rok później „Biała Gwiazda” spotkała się z „Pasami”, a mecz, zwłaszcza jak na okupacyjne okoliczności, miał niecodzienny przebieg. – Po kontrowersyjnej decyzji sędziego (który podyktował jedenastkę dla Cracovii) doszło do awantury, a ta po pewnym czasie przeniosła się… pod siedzibę komendanta SS, który szczęście w nieszczęściu, okazał się miłośnikiem futbolu i tylko dlatego krewkim krakusom tym razem się upiekło.

Różne też były losy krakowskich piłkarzy. Roman Grynberg, znakomity środkowy pomocnik Cracovii zbiegł do Lwowa, gdzie został osadzony w getcie, a w 1943 roku rozstrzelany w obozie janowskim. Jego kolega z drużyny i zarazem wybitny napastnik Józef Korbas (strzelił trzy bramki w debiucie w reprezentacji Polski) został wywieziono do obozu Auschwitz, następnie przeżył piekło Oranienburga i Sachsenhausen. Zginęli i inni znakomici sportowcy, jak chociażby Leon Sperling, Stefan Fryc, Adam Kogut, Antoni Łyko, Gustaw, Bator czy Bronisław Makowski. Wszyscy oni tworzyli kwiat małopolskiego piłkarstwa.

W Łodzi, gdzie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, niż w Krakowie, bo miasto, zdaniem hitlerowców – rdzennie niemieckie, zostało przyłączone do III Rzeszy. Tu Polacy również walczyli z okupantem i to nie tylko za pomocą dywersji i sabotażu, ale również sprzeciwiając się wszelkim zakazom, w tym zakazowi uprawiania sportu. I tak, najbardziej zasłużony i zarazem najstarszy łódzki klub – Ł.K.S., nie mógł rzecz jasna funkcjonować na przedwojennych zasadach, ale jego sportowcy wciąż wykazywali aktywność.

Ełkaesiacy, wśród nich Longin Janeczek, Stefan Bomba czy Jan Włodarczyk, występowali w czasie wojny w klubie „Wicher”, który rozgrywał potajemne mecze z różnymi łódzkimi drużynami. Inni, jak Alojzy Welnitz i Adam Obrubański zginęli w Katyniu (jednego z nich zidentyfikowano właśnie dzięki klubowej klapie ŁKS-u) oraz w obozie na Radogoszczu, jak Władysław Załęski, który w swoim ostatnim, pożegnalnym liście pisał:

„(…) i wierzę, że uda mi się zobaczyć z Wami. Lecz gdyby nie, to pamiętajcie, że zawsze Was kochałem, że moje myśli były zawsze przy Was, przy naszych przygodach, przy naszym ŁKS-ie”.

Kochających futbol łodzian śledzili piłkarze niemieckiego Unionu Touring, którzy alarmowali hitlerowskie władze, a te przerywały mecze aresztując ich uczestników. Tak stało się m.in. 24 października 1943 roku, gdy Niemcy wtargnęli na Plac Hallera w Łodzi, gdzie wspomniany „Wicher” toczył pojedynek z Wólką prowadząc 2:0 (w „Kronice Okupacji Łodzi” autorstwa Andrzeja Rukowieckiego widnieje fotografia z tamtego spotkania).

Piłkarze ŁKS-u grali w piłkę w czasie wojny i walczyli na wszystkich frontach. Na pierwszym planie Antoni Gałecki, który walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino.

Piłkarze ŁKS-u grali w piłkę w czasie wojny i walczyli na wszystkich frontach. Na pierwszym planie Antoni Gałecki, który walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino.

Gwoli ścisłości warto wspomnieć, że zdaniem Juliusza Kuleszy stworzona z graczy RTS Widzew, KS WIMA i RKS Widzewianka drużyna „Widzewa” rozegrała w czasie wojny najwięcej meczów spośród wszystkich nielegalnych drużyn działających w Łodzi i okolicach.

– Z Łapickim w bramce –

Futbolu nie mogło zabraknąć również w sercu okupowanego kraju – w stolicy. Tutaj, mimo surowych zakazów i codziennych represji, rozgrywki aż do wybuchu Powstania Warszawskiego organizowali m.in. dwaj przedwojenni reprezentanci Polski – Józef Ciszewski oraz Alfred Nowakowski, którzy z okazji piątej rocznicy śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego zorganizowali turniej na Polu Mokotowskim, w którym wzięło udział aż osiem drużyn. Rozgrywki wygrał Błysk z Kolonii Staszica ze słynnym później aktorem – Andrzej Łapicki zajmującym miejsce między słupkami bramki.

W piłkę grano w Warszawie na ulicy Opaczewskiej, na Marymoncie, na Grochowie oraz w Piasecznie, Karczewie, Milanówku i Konstancinie. W tym ostatnim, pod nosem samego gubernatora Ludwiga Fischera, co pewnego razu skończyło się niestety wtargnięciem na boisko esesmanów, śmiercią dwóch uczestników zawodów i aresztowaniem wielu innych.

Na kresach wschodnich, okupowanych przez Sowietów, nie było zakazu gry w piłkę nożną, ale sport można było uprawiać wyłącznie w radzieckich klubach. Właśnie dlatego najwybitniejszy polski trener Kazimierz Górski kopał piłkę za sowieckiej okupacji nie w legendarnej Pogoni, a w Spartaku i Dynamie Lwów.

W otoczeniu piłkarzy Polonii znajduje się Adolf  Dymsza  i słynna aktorka Helena Grossówna. Po meczy Polonia – Radość, 1943 rok. ( źr, fot. kamionek.waw.pl)

W otoczeniu piłkarzy Polonii znajduje się Adolf Dymsza i słynna aktorka Helena Grossówna. Po meczy Polonia – Radość, 1943 rok. ( źr, fot. kamionek.waw.pl)

– W całym kraju –

Niemiecko-sowieckiej dominacji nie poddano się w żadnym zakątku zniewolonego kraju. Mecze piłkarskie rozgrywano m.in. w Lublinie, Kaliszu, Tarnowie, Radomiu, Mielcu, Piotrkowie i Rzeszowie (prym wiedli tu sportowcy Resovii), a także w Poznaniu (piłkarzy Warty Poznań, którzy trafili do jenieckiego oflagu w Woldenbergu i Gross-Born stworzyli tam drużyny piłkarskie) i Sandomierzu (tutaj w 1944 w trakcie nieoficjalnego meczu „Wisły” z reprezentacją garnizonu niemieckiego partyzanci zlikwidowali jednego z niemieckich wysokich urzędników sprawującego władze w mieście), a nawet na Śląsku (tu z kolei zdołano zorganizować mistrzostwa, które wygrała drużyna AKS Niwka).

Piłka nożna była jedną z form wyrażania przez polskie społeczeństwo oporu wobec okupantów. Była najtrudniejszym i zarazem najważniejszym meczem w życiu ówczesnych działaczy, piłkarzy i kibiców. Nagrodą za zwycięstwo w pojedynku okupionym śmiercią tysięcy dzielnych ludzi, były nie punkty, nie splendor, pieniądze czy sława. Była nią ludzka godność i może warto, aby współcześni świata futbolu o tym, od czasu do czasu, sobie przypomnieli.

Źródła:
– Stanisław Chemicz, Piłka nożna w okupowanym Krakowie, Kraków 1982
– Juliusz Kulesza, Podziemny futbol 1939-1944, 2012
– Tomasz Sierżant, Polska piłka w cieniu nazizmu (czasfutbolu.pl)

– źr. fot.: http://www.kamionek.waw.pl/content/view/644/106/

Artykuł był publikowany na łamach portalu: sport4fans.pl

*   *   *

Remek Piotrowski

Dodaj komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

POEZJA WARSZAWY ‘44

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

foto: Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons/CC

Kojarzący się z Powstaniem – Baczyński, Gajcy i Stroiński to nie jedyni twórcy poezji Warszawy walczącej. W dzień 69. rocznicy wybuchu Powstania przypomnimy kilka utworów oraz ich autorów, o których dziś pamięta niewielu.

Poezja Powstania Warszawskiego wpisała się w historię 63 dni nierównej walki, którą stolica wydała niemieckiemu okupantowi 1 sierpnia 1944 roku. Była to liryka walcząca, „strzelająca nie kulami, a słowami”, bijąca wersami Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, Mieczysława Ubysza, Zbigniewa Jasińskiego i wielu innych poetów, mniej lub bardziej uzdolnionych twórców, wierszokletów i grafomanów.

Nasze zestawienie nie jest wynikiem pracy historyków, czy krytyków literatury. Stanowi jedynie subiektywne zestawienie dokonane na podstawie kryteriów mało zapewne „uczonych”, choć w naszym mniemaniu ważnych. Nie o fachową analizę krytyczno-literacką tu się bowiem rozchodzi, a o sens, które liryka ta ze sobą niosła i emocje, które wzbudzała.

– Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona –

Nie sposób jednoznacznie wskazać wiersz, który został opublikowany po wybuchu walk w Warszawie jako pierwszy, a tym bardziej nie sposób ustalić kto jest jego autorem.

Pisało wielu. Wśród nich zarówno znani poeci, których twórczość ukazywała się przed wojną i potem już w czasie okupacji na łamach prasy podziemnej. Pisała emigracja, pisali wreszcie młodzi-debiutanci, niekiedy wyłącznie z potrzeby serca, trochę jak to się zwykło mówić potocznie do szuflady, nie mniej jednak wiele spośród tych utworów opublikowano w powstańczej, jawnej przecież prasie i dzięki temu czytały je tysiące w każdym zakątku wyzwolonego miasta.

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994

Poezja powstawała spontanicznie, każdego dnia, w chwilach wolnych od walk, nalotów i ostrzałów artylerii, podczas strzelanin, na barykadzie, w ruinach, na ulicach, w okopach, schronach i podwórzach.

Pisano dla siebie – być może aby wyrzucić żal, ból i strach. Pisano dla innych, aby podtrzymywać na duchu, wzywać do pracy i walki. Pisano wreszcie apelując o pomoc sojuszników, przede wszystkim Anglików i Amerykanów.

To prawda, że wiele powstańczych wierszy nosi znamiona nachalnej propagandy, czy jednak można się temu dziwić? Wiersz pisany w trakcie Powstania, a potem publikowany w „Rzeczpospolitej”, czy „Biuletynie Informacyjnym” miał nie tyle nawet dostarczać doznań stricte estetycznych, ile przede wszystkim stanowił pragmatyczną formę wpływania na masy. Był apelem, głosem poszczególnych dzielnic, głosem miasta.

Prawdopodobne, że pierwszym autorem powstańczego wiersza jest Stanisław Ryszard Dobrowolski, znany przed wojną poeta, który został zapamiętany jako autor słynnej i chyba najbardziej popularnej w tym czasie pieśni pod tytułem „Warszawskie dzieci”, pełniącej zresztą rolę nieoficjalnego hymnu walczącego miasta.

Stanisław Ryszard Dobrowolski sięgnął po pióro już w pierwszych godzinach Powstania pisząc utwór „Niezwyciężona”. Poeta w czasie Powstania żył, co potwierdza jego kolega Stanisław Zadrożny, w „twórczym podnieceniu”. Przebywający w budynku kina „Adria”, przy ulicy Moniuszki, na drzwiach swojego pokoju wywiesił napis: „Tu się pisze wiersze”. „Niezwyciężona” była owocem owego intensywnie odczuwanego natchnienia.

I znów wśród murów twych, Stolico –
Ogień we włosach i błysk w oku:
Skrzydłami wiejąc nad ulicą,
Grzmi jasno rytm zwycięskich kroków.
[…]
Żołnierski sen urasta w jawę:
Powstańcie! Rozkaz! – rzecz skończona.
Przez ogień idzie w złotą sławę
Niezwyciężona! Niezmożona. […]
(źródło tekstów literackich podajemy na końcu)

Tytuł wiersza, nietrudno się tego domyślić, odnosi się do Warszawy, a sama treść w sposób trzeba przyznać dość prosty gloryfikuje stolicę, wskazując przy tym na ciężki los miasta, wskazując na jego heroiczną postawę.

To prawda, że utwór Dobrowolskiego emanuje nadmiernym patosem. Czytając poezję Powstania Warszawskiego nie możemy jednak przyjmować tej samej miary, którą przykładamy do liryki tworzonej w każdym innym czasie. Jeśli tego nie uczynimy, dziewięćdziesiąt pięć procent tekstów należałoby uznać za grafomańskie i niegodnych uwagi.

 

Zbigniew Jasiński "Rudy" (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Zbigniew Jasiński „Rudy” (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Zapełniajcie nami muzea –

Wiele wierszy powstało pod wpływem konkretnych wydarzeń. Tak było w przypadku utworu Zbigniewa Jasińskiego (pseudonim „Rudy”) pod tytułem „Odmawiamy!”, który ukazał się 10 sierpnia w dodatku nadzwyczajnym do dziennika powstańczego „Warszawa walczy”.

Dotyczyło ono zdarzenia z początku Powstania, gdy Niemcy chcąc wymusić na dowództwie Armii Krajowej zaprzestanie walk, wzięli do niewoli tysiące cywili z okolic Placu Trzech Krzyży, ulicy Ludnej i Nowego Światu. Zakładników osadzono w podziemiach Muzeum Narodowego, a hitlerowcy zagrozili ich wymordowaniem, jeśli AK nie zakończy działań zbrojnych.

Na zakładnikach wymuszano ponadto, aby wybrali delegację, która zażąda od Powstańców przerwania walk. Więźniowie Muzeum nie zamierzali pomagać oprawcom, a ich niezłomna postawa natchnęła Jasińskiego do napisania wiersza „Odmawiamy!”.
Utwór rozpoczyna się znamiennym zwrotem:
„Zapełniajcie, zapełniajcie nami muzea”

W dalszej części wiersza poeta wspomina konkretną grupę uwięzionych – to pracownicy gazowni z rodzinami dają świadectwo męstwa.

Nas pragniecie zatrwożyć nalotem?…
Nas – przerazić hukiem  bomb śród głowni?…
Uwięzieni, legniemy pokotem
Robotnicy Warszawskiej Gazowni! […]

To oni właśnie stają się bohaterami wiersza.

– Pogardzamy waszym ultimatum.
Nas łudzić pokusą służalczą.
Odmawiamy! Żadnych delegatów!
Oddziały nasze niech walczą. […]

– Warsaw Concerto na płycie –

O polskim Powstaniu pisano nie tylko w samej Warszawie. Echo bitwy o stolicę rozbrzmiało również w odległych zakątkach Europy i świata.
Jerzy Pietrkiewicz, polski poeta przebywający w tamtym czasie w Londynie, napisał 13 sierpnia 1944 roku jeden z najpiękniejszych powstańczych liryków. „Warsaw Concerto” to utwór inny od tych tworzonych w kraju, na co wpływ miało to, że jego autor spoglądał na rozgrywający się w ojczyźnie dramat z zupełnie innej perspektywy.

Już pierwsze dwa wersy ukazują klimat wiersza, zawieszonego w trudnej do określenia próżni. Osobą zaś, o której pisze poeta jest mieszkaniec Londynu.

Myślisz, oślepły blackoutem, słuch powierzywszy alertom,
że to nie tylko Bracka, Bielańska, jakieś place, jakieś ulice.
[…]
Nastawisz patefon, zagrasz po raz setny Warsaw Concerto
Snom na pociechę i niebu, co Londyn studzi księżycem.
Zbudzi cię radio zwycięskie, załopocze nadzieją gazeta –
I tłum sportowy konie radośnie przywita przy metach. […]

Usprawiedliwiając się przed Warszawą, odgrywa londyńczyk słynną muzykę. Ma to być symbol pamięci kogoś spoza Warszawy. Symbol ku czci miasta. Symbol bez znaczenia: „Snom na pociechę i niebu”.

To tylko Bracka, Bielańska, Stare Miasto, Plac Teatralny –
Jakieś miasto z filmu, z muzyki, świat obcych nazw – nierealny.
Warsaw Concerto na płycie –
Patefon, fabryka, bank – życie. […]

Autor zdaje sobie sprawę z faktu, że dla ludzi, z którymi obcuje na co dzień, piekło Warszawy to abstrakt. Nazwy rzucane co dzień, przez meldującą do Londynu Armię Krajową są oderwane od rzeczywistości. Głos sumienia zagłusza fortepianowy koncert.

Czy sojusz należy przemilczeć, a przyjaźń – jedynie patrzeć?
Czy się umiera tragicznie dla widzów tylko w teatrze,
Czy rozpacz samotna –  z trupem, zatkniętym na barykadzie,
To jeno polski przywilej na samobójczej paradzie? […]

The Warsaw Concerto album coverNie trudno zgadnąć kto jest adresatem tych słów. Warsaw Concerto gra jednak dalej przy akompaniamencie huku bomb i krzyku mordowanych ludzi.

Znowu
Spod klawiszy wybuchł polonez.
Sztandar zakrwawił niebo
Na Termopilach Europy […]

Jerzy Pietrkiewicz snuje dalej więc swą opowieść o Powstaniu przy akompaniamencie muzyki snując samemu swą smutną melodię, której nie sposób odtworzyć i powtórzyć.

Krztusi się radio, w depeszach brak tchu niecierpliwym słowom.
Dym wplata motywy czarne, kurz białe, a krew czerwone
w koncert ulic i placów. Jak werble żołnierskiej stopy
na Świętokrzyskiej, Królewskiej, na Długiej i Żoliborzu.
[…]
Tego koncertu nie nagrasz
na żadną płytę,
płyta od gniewu pęknie,
melodii odpowie zgrzytem.

– Notujcie w Trybunach i Times’ach –

W czasie Powstania powstał obszerny zbiór poetyckich utworów. – Prawda, że nie zawsze najwyższych lotów, prawda, że prostych, co nie znaczy bynajmniej, że przez to mniej ważnych i niegodnych naszej uwagi.

W powstańczej prasie roiło się od tych utworów – wzniosłych apeli autorstwa znanych i nieznanych z nazwiska świadków i uczestników Powstania. Jeden z najpiękniejszych wierszy Powstania Warszawskiego, którego nazwiska autora nie udało się ustalić nosi tytuł „Tu mówi Warszawa…”.

Opublikowany 19 sierpnia na łamach popularnego wówczas dziennika „Barykada” w mig obiegł całą Warszawę, wkrótce czytano go w Londynie i Waszyngtonie, wielokrotnie pojawiał się w emigracyjnej polskojęzycznej prasie i w radiu.
Wrażenie na czytelnikach robił zwłaszcza pierwszy czterowers:

Uwaga! Tu mówi Warszawa!
Notujcie w Trybunach i Times’ach.
Trzymamy się jeszcze! Słyszycie? Uwaga!
Robotnik, lud, dzieci na szańcach. […]

Napisany w formie komunikatu radiowego utwór jest, co widać na pierwszy rzut oka, nie tylko świadectwem bohaterstwa ludu Warszawy, ale także apelem do aliantów.
Nieznany autor zwrócił uwagę na podejście sojuszników do Powstania, podejście trzeba przyznać symptomatyczne, nie wychodzące poza suchy podziw nad postawą Polaków.
Jeden z fragmentów utworu dobitnie hipokryzję  przyjaciół ze wschodu i zachodu, będące de facto objawem zwyczajnej kurtuazji. A jednak, jak pisał autor wiersza,  to, że AK biła się, nie tylko zresztą za swoją wolność, nie było jedynie chwytem propagandowym – było prawdą.

Tu z ruin pożarów i zgliszczy
Przemawia wolności stolica.
Niełatwo tak damy się zniszczyć –
Możecie się nami zachwycać. […]

„Wolność” przemawia tu z ruin i zgliszczy, a więc ze strasznego pejzażu mordowanego miasta. Czy miało to poruszyć sumienie narodów – angielskiego i amerykańskiego?
Z pewnością, wszakże ogromu cierpień, jaki dokonywał się w tamtych dniach sierpnia, a potem i września, trudno porównywać z jakimkolwiek innym wydarzeniem II wojny światowej.
„Możecie się nami zachwycać” – pisze autor wiersza.

Jak długo? To tym nie wiecie?
Dopóki krew płynie nam w żyłach […]

Autor wskazuje, że Powstanie nie jest oderwanym od całości zjawiskiem abstrakcyjnym – jest konsekwencją postawy, jaką podjęli Polacy we wrześniu 1939 roku. Dla autora Powstańcy to ci sami ludzie, którzy walczą na innych frontach i różnych kontynentach. To ciągle ta sama rodzina – „synowie” i „bracia”.

Tu bracia żołnierzy z Tobruku,
Synowie walczących w Cassino,
Meldują w ogniowym walk huku:
Za wolność gotowiśmy zginąć. […]

– Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie –

O Powstaniu pisali i ci bardziej znani, a zaliczyć do nich należy Zbigniewa Jasińskiego, pseudonim „Rudy”. Miano „poety Powstania Warszawskiego” nadał mu Andrzej Pomian, historyk i emigracyjny pisarz, autor książek o Powstaniu.
Jasiński urodził się w Łodzi w 1908 roku, a jego życiorys mógłby posłużyć do napisania ciekawej książki. Już w okresie międzywojennym nie był osobą anonimową – pisał poezje, zajmował się dziennikarstwem, był znanym marynistą. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku i dostał się do sowieckiej niewoli. Z łagru na wschodzie Rosji przeniesiono go do Lublina. Udało mu się stamtąd zbiec i wkrótce wstąpił do Armii Krajowej. W 1943 jako kurier AK pojechał do Jugosławii. Wreszcie wziął również udział w Powstaniu Warszawskim.

To on napisał najbardziej znane utwory poetyckie Powstania. Utwory, które zdobyły sobie sławę nie tylko w stolicy, ale również w Anglii i Stanach Zjednoczonych oraz, które cytowane były wielokrotnie przez polską prasę emigracyjną i radio. O wierszu pod tytułem  „Odmawiamy!” wspomnieliśmy wcześniej, jeszcze większą jednak popularnością zdobyły dwa inne utwory „Rudego”: „Sierpień” i przede wszystkim – „Żądamy amunicji”.
Pierwszy z nich powstał prawdopodobnie 21 sierpnia, w momencie, gdy walki rozerwały miasto na kilka części i gdy nadal z nadzieją wyczekiwano na pomoc sojuszników.

Gdy Niemcy z coraz większą furią nacierali na Stare Miasto oraz południową część Śródmieścia, a AK zdobyła słynny drapacz chmur – PAST-ę, Jasiński napisał wiersz „Sierpień”. Bardziej liryczny od jego innych, znanych utworów.

„Sierpień” to pewnego rodzaju kompilacja dwóch, przeciwstawnych światów, z których jeden zaczyna dominować. Oczywiście autor nie ustrzegł się uproszczeń, tak powszechnie eksploatowanej wizji biało-czarnego świata dzielącego się na to, co dobre i to, co złe. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze tekstu, gdyż ważniejszy jest tu bardzo silny ekspresjonizm i na co zwrócił uwagę Bartoszewski, żarliwość i ogromny emocjonalizm tej poezji.

Wspomniane zestawienie dwóch światów – idealnego i realnego stanowi szkielet tego utworu. Poeta pyta o sierpień – „nasz złoty sierpień”, wskazując nam sielankowy pejzaż z przeszłości: „Kłosy żytnie, brzęk pszczoły i cichy szept liścia”. Po wykreowaniu tego obrazu następuje drastyczny powrót do rzeczywistości.

– Nic, prócz trupów i ruin, spustoszeń i cierpień.
Mord. Pożoga. Szaleństwo. Sierpień nienawiści.
[…]
I nie pytam: co z bratem? A dom – już spalony.
I tak już trzy tygodnie. I będzie ich więcej.
[…]
Więcej będzie zabitych, kalekich, bezdomnych.
Kto wie, czy ujrzymy, jak złocą się kłosy? […]

Utworem, który przesądził o tym, że Zbigniewa Jasińskiego nazywa się „Poetą Powstania Warszawskiego” jest jednak inny wiersz, napisany prawdopodobnie w okolicach 24 sierpnia.
„Żądamy amunicji” to jeden z najbardziej popularnych wierszy Powstania, na temat którego dysponujemy sporą dawką informacji.
Wspominany, przy okazji tekstu Dobrowolskiego, Stanisław Zadrożny doskonale pamięta dzień, w którym Jasiński przeczytał mu „Żądamy amunicji” po raz pierwszy.

[…] „Dnie były najgorsze. Nad miastem wisiało niebo rude od pożarów. Dławił dym. Ogień nieprzyjaciela gęstniał, koncentrował się w określonych punktach, by je zniszczyć do cna. Coraz częściej trzeba była dopisywać do dziennika radiowego już w ostatniej chwili, w studiu: „ w tej chwili padają na miasto pociski artylerii niemieckiej”… lub „ przed kilku minutami samoloty niemieckie bombardowały miasto…” […]
W tym to czasie przybiegł do mnie Zbigniew Jasiński. Był wyraźnie podniecony:
– Czytaj! – powiedział. Podał mi kartki zapisanego papieru. Czytałem.” […]
Pamiętam, jakie wrażenie wywierał na nas wtedy wiersz Jasińskiego. Po prostu dlatego, że doskonale trafił w nasze ówczesne odczucia. Oczekiwaliśmy wszyscy na możliwie szybką pomoc z Londynu, na zrzuty broni i amunicji, tymczasem wielokrotnie emitowane przez radio głośnego chorału Kornela Uniejskiego […] było w naszym odczuciu anachroniczne i irytujące. Nie wiedzieliśmy oczywiście, że te właśnie melodię obrano jako szyfr i dlatego powtarzano ją tak często. […]
Zbyszek Jasiński […] miał wypieki na twarzy, gdy mi wiersz oddawał. Dla niego ten wiersz był przeżyciem. Wypływał spod serca. Przynosił ulgę nagromadzonej pasji. Czytali go wszyscy, którzy tego dnia zjawili się w naszej kwaterze prasowej. Budził entuzjazm. Ale znalazł się i taki, który powiedział:
– Ja bym wam nie radził nadawać tego wiersza. Londyn się obrazi.
Wbrew tym radom wiersz Zbigniewa Jasińskiego „Żądamy amunicji” poszedł na antenę 24 sierpnia. Czytał go „Krzysztof” (red. Zbigniew Świętochowski). Powtórzony był kilka razy, w kilku audycjach. […]
Rzadko kiedy pojedynczy wiersz zrobił taką karierę i zdobył taki rozgłos jak ten, pisany w małym, starym sklepiku Wedla przy ulicy Szpitalnej, w czasie Powstania Warszawskiego. Nagrany na płytę przez Polskie Radio w Londynie, w dwa dni później, to jest 26 sierpnia, ukazał się po pierwszy drukiem w emigracyjnym „Dzienniku Polskim (i Dzienniku Żołnierza)”. Szybko obiega całą prasę polską na Zachodzie. Jeszcze w czasie Powstania, a więc we wrześniu 1944 roku, Jan Lechoń przemawiając na jakimś emigracyjnym publicznym zebraniu w Nowym Jorku, powiedział: „ to świszczący pamflet na naszą emigrację”. […]
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 184, 185)

Siedemnaście wersów, które jak podaje Zadrożny, ułożono w małym sklepiku, a które obiegły dużą część świata w ciągu kilku dni, stały się symbolem postawy Polaków względem i Powstania Warszawskiego, i reakcji na Powstanie Aliantów.

Stworzył go poeta, podobnie jak i inne swoje utwory, z tonie żarliwym i mocno emocjonalnym, w tonie refleksyjnym i prowokacyjnym, nie rezygnując przy tym z podniosłego klimatu, który nie razi czytelnika, jest wszakże uzasadniony – w sytuacji walki o Warszawę ma po prostu rację bytu.

Jest więc wiersz Jasińskiego głosem zdeterminowanych ludzi, ale i ludzi, którzy dychają ostatkiem sił. Jak podaje Zadrożny, utwór zrobił ogromne wrażenie na całej walczącej Warszawie: „doskonale trafił w nasze odczucia”.
Na pierwszym planie mamy zatem Powstanie – czyn zbrojny Polaków i Armii Krajowej. To gloryfikacja wysiłku bez precedensu, jaki podjęli mieszkańcy Warszawy. Pełno tu kolokwializmów, potocznej mowy nadającej wierszowi swawolny ton, pełen wigoru i zwady.

Tu zęby mamy wilcze, a czapki na bakier,
Tu u nas nikt nie płacze w walczącej Warszawie:
Tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
Tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!… […]

Świat odległy zachwyca się światem, który ginie w oczach, celebrując przy tym jego poświęcenie, i nie mając do zaoferowania nic prócz pustych frazesów. Ginie więc bohater, jak to miało miejsce w „Warsaw Concerto” przy akompaniamencie „podziwu, śpiewu i braw”.
Odwołuje się również Jasiński do wspomnianego przez Zadrożnego chorału Uniejskiego. Pyta się poeta:

Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie
Gdy tu nadeszło wreszcie oczekiwane święto?
[…]
U boku swoich chłopców walczą tu dziewczęta
i nawet dzieci walczą.
[…]
Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla was!
Oklasków też nie trzeba!
Żądamy amunicji! […]

Apel zrobił ogromne wrażenie na słuchaczach i czytelnikach. Poezja okazała się jednak zbyt słaba by móc wpływać na politykę. „Żądamy amunicji” stał się przysłowiowym „krzykiem na puszczy”, prawda, że wyjątkowo wzruszającym (posłuchajcie umieszczonej poniżej i niezwykle poruszającej interpretacji Edwarda Snopka) i udanym pod względem estetycznym, ale niestety głuchym.


Warto przy tym wspomnieć słowa Jana Lechonia, który wskazywał, że wiersz ten jest rodzajem pamfletu na polską emigracją, która mimo starań nie potrafiła wpłynąć na sojusznika, choć jak się okazało nieco później, wpłynąć w wyniku ustaleń zawartych w Teheranie nie mogła.

28 sierpnia ukazał się inny ważny wiersz Powstania. W „Do powstańca” Stanisław Marczak-Oborski pisał:

Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić
W wolność, co przyjdzie, choćbyś padł.
Pamiętaj, że na ciebie patrzy
Ogromny i zdumiony świat
[…]
Choćby zawiodła wszelka pomoc,
Choć przyjdą dni głodu i moru;
Ostatniej stawki nie przegramy
– stawki naszego honoru. […]

Powstanie zaskoczyło wielu ludzi szeroko rozumianej sztuki, kultury i nauki, w tym pisarzy, dziennikarzy, rysowników, naukowców, muzyków i poetów. Wszyscy oni znaleźli się w nowej, jeszcze trudniejszej i bardziej dramatycznej od okupacyjnej, rzeczywistości. Niemal wszyscy też poparli walkę z hitleryzmem w Warszawie.

Co ciekawe, mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem – popularni i czytani twórcy literatury nie stworzyli ani jednego (może z wyjątkiem „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego) utworu, cenionego później przez krytykę ze względu na wartość estetyczną, a jednak razem zrodzili fenomen – pojęcie, które nie funkcjonuje w środowisku czytelniczym i naukowym, a które można nazwać najprościej „Literaturą Powstania Warszawskiego”. Stworzyły ją setki znanych, lub mniej znanych, a czasami anonimowych autorów – pisarzy, poetów, twórców piosenki.

Wiersz „Godzina bije” ogłoszony 15 sierpnia na łamach redagowanego przez Stanisława Wąsowicza dziennika „Barykada Powiśla” napisał Jan Brzechwa, który (o czym wie niewielu) tworzył w Powstaniu i o Powstaniu. I cóż z tego, że wiersz to nadęty patosem i przejaskrawiony. Stanowi przykład jednego, spośród setki podobnych wierszy, które wychodziły spod ręki znanych, jak Brzechwa.
A w Powstaniu żyli, walczyli i tworzyli poza Brzechwą, Baczyńskim, Gajcym i Stroińskim, także Maria Dąbrowska, Leopold Buczkowski, Karol Irzykowski czy Maria Rodziewiczówna.

 

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

Mieczysław Ubysz (źr. foto: facebook.com/PamietaMY)

– Przez wieczór bez końca… Wśród nocy bez końca –

Mieczysława Ubysza nazywa się niekiedy „zapomnianym poetą Powstania Warszawskiego”. To jeden z tych, którzy tworzyli w czasie walk o miasto nie tylko poezję propagandową – pełną patosu i emocji, ale którzy potrafili nadać wierszowi ciekawą konstrukcję poetycką, formę i charakterystyczny styl.

Jednym z nich jest napisany przez Ubysza na początku września utwór poświęcony Starówce. To wtedy, gdy stara dzielnica dogorywała powstały dziesiątki wierszy powiązanych z bojem, jaki toczono w okolicach Długiej, Kilińskiego, Placu Krasińskich, Rynku, Placu Zamkowego i Krakowskiego Przedmieścia.
Współtwórca i jednocześnie spiker radiostacji „Błyskawica” zatytułował swój liryk „Stare Miasto”.

Szli, szli, szli,
Zgarbieni, zbłoceni, we krwi.
Przez wieczór bez końca,
Wśród nocy bez końca,
Sunęła, sunęła
Gromada milcząca.
O mury, o asfalt
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…[…]

Liryczny obrazek powstańczej wędrówki przedstawiany jest w refleksyjnym, smętnym, pełnym melancholii tonie. Krótkie wersy zdają się odpowiadać krokom idących żołnierzy, a efekt ten wzmacniają w bardzo dużym stopniu liczne powtórzenia.
Zrujnowani ludzie kroczą przez piekło Starówki. Miast nóg mają „kikuty”.

Przez wieczór bez końca
Wśród nocy bez końca
[…]
Trącały kikuty,
Gubiły rytm buty,
Gubiły rytm buty,
Szli, szli, szli…
[…]
A twarze sczerniały
Z zajadłym chichotem
Noc pluła żelazem,
Gruzami i błotem
I szli tak od gruzów
Do gruzów kamienic
Cieniami olbrzymów
W wichurze płomieni,
Nie rzędem, kolumną –
Gromadą bezładną
[…]
Wiatr uniósł im nad głową,
Wiatr huczał w płomieniach,
Że było, że padło,
Że dzisiaj już nie ma!
Na gruzach Starówki
Brzask przetnie jak nóż
Trzydzieści dwie doby
I krzyknie, że już!
Że padło, ze odwrót,
Że idą i idą […]

Kompilacja życia i śmierci pokazuje całą prawdę o rzeczywistości tamtych dni. Z jednej strony  – dogorywające miasto pełne trupów i gruzów – Starówki „dzisiaj już nie ma”; z drugiej strony – uparte i nieprzerwane „idą i idą” i odezwa, jaką poeta woła na końcu.

Żołnierzu! Zęby wilcze zatnij
I przez ulice spłomienione maszeruj!
Londyn, Paryż, New-York,
Surmy w Brukseli, w Amsterdamie
Grają ci dzisiaj na konanie
–  Pod Twą obronę – […]

Na początku września Artur Międzyrzecki, żołnierz-poeta, jak nazywa go Władysław Bartoszewski, stacjonujący wraz z 13. pułkiem artylerii ciężkiej II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Półwyspie Apenińskim napisał inny wiersz, który okazał się jednym z najpiękniejszych liryków Powstania. Stworzył go w dalekiej Italii, nad Adriatykiem, na froncie włoskim, a utwór został opublikowany w tygodniku „Orzeł Biały”.

Na wiersz ten składa się pięć krótkich zwrotek. Każda skłaniająca do refleksji, każda składająca się z pojedynczych zdań – prostych i jednoznacznych.
Skonstruowany w formie modlitwy tekst robi na czytelniku wrażenie, bo przemawia rozpaczą tych, którzy czują się bezsilni wobec zła i dojmującej samotności. Pozostaje modlitwa.

Oto posągu rozbity kamień,
Oto umarłe ulice.
Święta Maryjo, módl się za nami
O amunicję.

Oto bezduszny serca egzamin.
Oto po dwakroć ruiny
Święta Maryjo, módl się za nami
O karabiny.

Gdzież są granice ludzkich doświadczeń,
Gdzież jest zapłata rozwalin?
Święta Maryjo, nikt tu nie płaczę,
Gniew tu się pali.”

Noc nam śmiertelne okrywa rany –
Nim świt odsłoni nas blady.
Święta Maryjo, wstąp razem z nami
Na barykady. […]

Ostatnia zwrotka sygnalizuje pogodzenie się z losem. I jeśli wołanie o pomoc nie może być wysłuchane, poeta prosi tylko o jedno:

Oto nam huczą strzały armatnie
Na szańcach Żelaznej Bramy.
Święta Maryjo, w palbie ostatniej
Módl się za nami. […]

– […] nadała swój program ostatni […] –

Ostatnim utworem poetyckim powstańczej Warszawie, o który wspomnimy na łamach „Tropów Historii” będzie wiersz napisany jeszcze w sierpniu 1944 roku, który jednak nie bez powodu znajduje się na końcu naszego zestawienia. Jego autorem jest jeden z najpłodniejszych poetów czasu Powstania, wspominany już wielokrotnie Mieczysław Ubysz.

Tak o autorze i jego tekście pisał w swojej książce Władysław Bartoszewski:
„Ubysz już w sierpniu napisał wizjonerski wiersz „Ostatni komunikat”, jeden z najbardziej dla mnie przejmujących utworów poezji powstańczej, antycypujący wydarzenia, które miały nastąpić kilka tygodni później, związane z ostatecznym upadkiem Powstania.
(źr. Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004, str. 410)

Utwór pojawił się drukiem dopiero w 1945 roku, w zachodnich Niemczech, w wydanym przez Ubysza zbiorze pod tytułem „Czas wirujący”.
Zastanawiające jest, że poeta potrafił napisać tego typu wiersz jeszcze w sierpniu, a więc w momencie, kiedy tliła się nadzieja na pomyślne dla Polaków rozwiązanie kwestii Powstania, przede wszystkim zaś na pomoc ze strony aliantów zachodnich.

W tym czasie nadal spora część miasta znajdowała się w rękach Armii Krajowej i mimo masakry Woli, tragicznego położenie Starego Miasta i ciężkiej sytuacji w innych dzielnicach niełatwo było złamać ducha walki zarówno w żołnierzach, jak i w samych cywilach. Wierzono bowiem, że nie jest jeszcze za późno, aby Warszawie można było pomóc.

A jednak w umyśle poety już wówczas pojawiła się, jak powiedział Bartoszewski, owa „wizjonerska” myśl o upadku Powstania. Dlaczego?
Być może Ubysz był baczniejszym obserwatorem sytuacji politycznej, niż większa część warszawiaków, być może potrafił w niuansach rozgrywających się zjawisk dostrzec prawdopodobny rozwój sytuacji. Być może wreszcie przeczuwał klęskę mając świadomość celu przyświecającego Stalinowi i hipokryzji aliantów zachodnich.

Nadajemy komunikat z Warszawy
Nadzwyczajny komunikat z Warszawy,
Stacja Armii krajowej melduje:
Bój skończony i… nic, oprócz sławy…
wieść niesiemy do wszystkich narodów,
konferencyj, przyjaciół i braci:
Lud stolicy za wolność zapłacił
Swoim życiem! […]

Poeta posługuje się formą komunikatu radiowego, sam wszakże jak wspominaliśmy, był spikerem i współtwórcą radiostacji „Błyskawica”. W swojej poetyckiej odezwie zawiadamia świat o klęsce posiłkując się upiornym krajobrazem powstańczej Warszawy.

Już pełzła po mieście
Trupi odór od szańców do szańców,
Milion legło wśród gruzów Powstańców.
Wolni. Wolni od kajdan i… życia. […]

Wolność nabiera w znaczeniu przytaczanym przez Ubysza zupełnie nowego sensu. Pojmowana jest jako oswobodzenie ze wszystkiego co materialne, co fizyczne, a więc oswobodzenie nie tylko z kajdan, z obcej, narzuconej siłą niewoli, ale także z samego życia.

Wolność od życia – te dwa pojęcia tworzą paradoks, który jednak trafnie ukazał dramat pokolenia.
Zwracając się do „przyjaciół” poeta traktuje ich z pogardą, z cynizmem, z dumą człowieka opuszczonego i zdradzonego, ale jednocześnie przekonanego o dobrze spełnionym obowiązku własnym.

Armia bratnia jest o krok, jest blisko,
Na przedpolach Warszawy i zgliszczach,
Nim ostatni o wolność padł strzał –
Hełm widziano –
Rosyjski hełm błyskał…[…]

I zaraz po tym zwraca się do Aliantów zachodnich:

… By. Dwa zrzuty tej nocy,
Lecz nie stało żadnego żołnierza…
[…]
Stacja Armii Krajowej melduje,
że nadała swój program ostatni:
błyskawica. Warszawa. Zwycięstwo.
Surmy! Bratnie fanfary!
Przekleństwo. […]

Taki jest głos Warszawy. Warszawy takiej, jak opisał ją w „Ostatnim komunikacie” Mieczysław Ubysz – zwycięskiej i przegranej zarazem. Warszawy przeklętej niemieckim hitleryzmem i przeklętej zdradą sojuszników.
Im zostało wówczas wiersze pisać, a nam pamiętać.

Źródła
– Władysław Bartoszewski, Dni walczącej Stolicy, Świat Książki, Warszawa 2004.
– Norman Davies , Powstanie ’44, Znak, Kraków 2004.
– Ranni różą. Poeci walczącej Warszawy pod red. Andrzeja K. Waśkiewicza, Anagram, Warszawa 1994.
– Szczawiej J., Poezja Polski walczącej. 1939 – 1945. Antologia, tom 1,2., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

*      *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

JAK SOWIECI RATOWALI MARSJAN, CZYLI ANIMACJA W ZSRR

Animacja propJuż u początków powstania kinematografii odkryto, że nie musi ona spełniać jedynie funkcji rozrywkowej – doskonale sprawdza się również jako nosicielka idei. Ruchome obrazy okazały się idealnym medium, które w przystępny sposób docierało do odbiorców i wytwarzało w nich pożądane postawy zgodne z aktualną linią polityczną. Obok filmów aktorskich i dokumentalnych często wykorzystywanym polem działalności artystycznej była animacja. | Zapowiedź pokazu Animacja w służbie propagandy.

Kilka miesięcy temu w łódzkim klubie Szafa odbyła się projekcja cyklu filmów animowanych pod tytułem „O propagandzie w Stanach i Rosji”. Wspólnym mianownikiem 27 produkcji była animacja i propaganda polityczno-wojskowa z okresu II wojny światowej.

O filmach produkcji amerykańskiej pisaliśmy w osobnym artykule p.t. „Królik Bugs i Kaczor Donald w służbie wojennej propagandy” (znajdziecie go tutaj). Tym razem przyjrzymy się kilku obrazom stworzonym w kraju „dobrotliwego Wujka Joe”.
Rzecz jasna nie będziemy filmów analizować pod względem techniki animacyjnej (w tej kwestii niech wypowiedzą się znawcy tematu), a jedynie streścimy oraz spuentujemy fabułę wybranych filmów z różnych okresów istnienia radzieckiego totalitaryzmu.

– Na ratunek Marsjanom  –

Filmy radzieckie bazują na tym samym prostym schemacie biało-czarnego świata, na jakim swe filmy opierali Amerykanie, Anglicy, czy też (tu akurat mowa o produkcjach fabularnych) Niemcy Adolfa Hitlera. Widać to w pierwszym animowanym filmie zrobionym przez ZSRR w 1924 roku. „Radzieckie zabawki” starają się przekonać, że tylko sojusz robotnika i chłopa może pokonać bogaczy, duchowieństwo prawosławne i innych gnębicieli ludu pracującego.

Również tym samym roku powstała bardzo ciekawie zrealizowana pod względem animacyjnym „Rewolucja międzyplanetarna”, czyli jak czytamy na początku projekcji „Opowieść o tym, jak komisarz Kominternow, wojownik Armii Czerwonej, leciał i na Marsie rozegnał wszystkich kapitalistów”. To już, pozwalając sobie na pewną dozę ironii, wyższa szkoła propagandowej jazdy.

W filmie ukazano, jak rosyjscy rewolucjoniści w roku 1929 zanoszą rewolucję… na Marsa i wyzwalają uciśnionych Marsjan spod władzy tamtejszych burżujów. Ten świat (i kosmos) opanowany początkowo przez kapitalistów (naznaczonych ziarnem nazizmu) nie ma szans wobec dobrotliwego oblicza Lenina, moskiewskiej „Prawdy” i dzieł Marksa. Przekaz filmu jest jasny – rewolucja ma mieć docelowo wymiar kosmopolityczny i sięgać nie tylko „tu i teraz”, ale również „tam i wtedy”.

”Zwycięskie przeznaczenie”, film z 1937 roku mimo już innych, znacznie bardziej zaawansowanych technik animacyjnych, stworzony jest w podobnym tonie. Kolejne plany pięcioletnie są tu zwycięską odpowiedzią komunizmu na wrogie poczynania kapitalistycznych finansistów; a gospodarka scentralizowana  jako panaceum na wszystko. Radzieccy twórcy filmowi korzystają z powszechnie znanych technik propagandowych przedstawiając antybohatera (w tym filmie są to rozprawiający przy stole finansiści oraz potwór kułak) w sposób karykaturalny lub złowrogi, stale stawiając go w opozycji do człowieka radzieckiego. Ten pierwszy stara się zatrzymać „lokomotywę zwycięskiej rewolucji socjalistycznej”, ale jego wysiłek blednie w obliczu „konstytucji Stalina”.

W filmie zawarto również dwa powszechnie stosowane przez ZSRR argumenty mówiące o sile idei komunistycznej, która zdaniem autorów sprawdza się nie tylko w teorii, ale i w praktyce. Silna, gotowa do działania armia (lasy żołnierzy z wysuniętymi przed siebie bagnetami, morze czołgów, samolotów i okrętów) jest tutaj odpowiedzią na niespokojny czas panujący w Europie u schyłku lat trzydziestych, ale twórcy filmu pamiętają, że komunizm tworzą przede wszystkim zwykli robotnicy – na przykład „górnik Aleksiej Stachanow, ktory na jednej zmianie wydobył 102 tony węgla przekraczając normę 14 razy”. Ten typ retoryki znany jest nam doskonale z okresu Polski Ludowej.

– Na wojnie z Hitlerem –

Radzieckie kino animowane realizowane w trakcie II wojny światowej (oczywiście dopiero po agresji Hitlera w 1941 roku) miało za cel nie tyle bawić widza, ile ośmieszać wspólnego wroga. Pragmatyzm pełnił tu rolę pierwszoplanową, a filmy produkowane przez wytwórnię Sojuzmultfilm w 1941 i 1942 roku nie siliły się na oryginalność, choć ciekawym w tym względzie konceptem filmowym jest seria trzech mini-filmów zatytułowanych Kino-Cyrk, którą przeznaczono do pokazów na linii frontu i na projekcjach w fabrykach.

Ta  prostacka satyra na niemieckich agresorów ma w sposób najprostszy z możliwych unaocznić odbiorcy, że sojusznicy Hitlera pozbawieni są wolnej woli („Treser Adolf i jego pieski”), los Hitlera jest przesądzony jak i każdego, kto podniósł rękę na Rosję („Hitler u Napoleona”), a sam fuhrer jest jedynie błaznem, który igra z losem i zostanie za to ukarany („Żongler Adolf na beczkach z prochem”).
Co ciekawe historie te przedstawiono, jako osobne numery w cyrkowym programie, co całości nadaje odpowiedniej wymowy i trzeba przyznać jest pomysłem, mając na uwadze cel przyświecający twórcom, całkiem udanym. Działa bowiem zarówno na widza młodego, działa i na starszego.

Jeszcze bardziej jednoznaczny w swojej wymowie jest zrealizowany również w 1942 roku (niektóre źródła podają rok 1941) film pod tytułem „Buciory faszystów nie będą deptać naszej ojczyzny”. Maszerujący hitlerowiec (o świńskim obliczu) depce po europie zagarniając kolejne kraje, na których szerzy się głód i cierpienie. Gdy dotrze do granic ZSRR czeka go, jak zapewniają autorzy filmu, „tęgie lanie”. Z głośników poczyna dochodzić radziecka melodia, a na ekranie pojawiają się zastępy bohaterskich czerwonoarmistów, którzy zatrzymują „gada”. Wszelki komentarz jest w tym wypadku zbędny.

Sojuzmultfilm z różnego rodzaju prostej symboliki korzystał również w kontekście ukazywania działań wojennych na rozmaitych polach walki. I tak w „Sępach” z 1941 roku lotnictwo niemieckie zostało przedstawione jako drapieżne sępy, którym przeciwstawia się myśliwce radzieckie. Twórcy (nie po raz pierwszy) posługują się symboliką barwy, czystość bieli konfrontując z czernią hitleryzmu. Rzecz jasna los tego drugiego jest przesądzony, gdy tylko na scenie pojawia się socjalizm.

Godny uwagi jest również zestaw plakatów politycznych zawartych w cyklu filmów Żurnal Sojuzmultfilmu nr 2/1941, które nawołują do walki z najeźdźcami na ziemi, w powietrzu i na morzu. W filmie „Czego chce Hitler” wymieniono cele, jakie przyświecają Führerowi, a są nimi: uczynienie z ludzi niewolników, zasłanie Europy grobami i co dość ciekawe – oddanie fabryki w ręce kapitalistów. Widać więc wyraźne działania na podświadomość prostych ludzi ZSRR, którzy zło III Rzeszy od zawsze mieli kojarzyć ze złem kapitalistycznego, zgniłego zachodu.

Kolejne dwa filmy „Bij faszystowskich piratów” oraz „Bij wroga na froncie i na tyłach” opowiadają o zmaganiach bohaterskiej Armii Czerwonej na morzu i lądzie. Charakterystyczne rysunki przypominają amerykańskie produkcje z tego okresu (np. Popeye, czy sierżanta Snafu), a poza tym, że ukazują rzeczywistość w sposób jednowymiarowy nasuwają na myśl skojarzenia z niezwykłą przygodą, w której młodszy widz chętnie weźmie udział. Stalinowi mięso armatnie potrzebne było w każdej ilości.

W trzecim z filmów zwrócono również uwagę na problem szpiegów i sabotażystów przypominając społeczeństwu, że nawet na dalekich tyłach frontu każdego dnia toczy się walka. Odbiorca filmu propagandowego nie mógł być bowiem jedynie biernym widzem – musiał na każdym kroku przejawiać inicjatywę.

Zupełnie inny przekaz niesie za sobą natomiast ostatni w cyklu film p.t. „Mocny uścisk dłoni”. Trudno sobie wyobrazić, aby tego typu obraz powstał później, niż w latach 1941-1942 (a więc po tym, jak ZSRR zaczęło dominować w konflikcie i rozdawać tym samym karty) – opowiada on bowiem o angielsko-sowieckiej przyjaźni, która staje się solą w oku czyhającego na duszę jednych i drugich Hitlera. Sztuczny sojusz, którego ofiarą stanie się Polska, potrwał ledwie kilka lat, a wkrótce w ZSRR powstaną filmy i plakaty ośmieszające kulturę zachodu.

– Po wojnie –

Po wojnie miejsce hitlerowskich Niemiec, jako głównego wroga socjalizmu, zajęły tzw. zachodnie demokracje. Pranie mózgu toczyło się dalej.
Amerykanie często w swoich filmach korzystali z repertuaru gwiazd kina animowanego (chociażby postacie ze stajni Disneya), natomiast Rosjanie czerpali z „natury”, stąd w ich filmach odwołania do przyrody, czy świata zwierząt. W filmie „Cudzy głos” z 1949 roku, zapatrzona w Zachód sroka chce wprowadzić do śpiewu ptaków jazz, ale dbające o tradycję ptaki odrzucają ze wstrętem jej zamiary i bronią tradycyjnej sztuki śpiewu.

Walka idei i sposobów życia dotyczyła więc nie tylko kwestii militarnych, gospodarczych i społecznych. Dotyczyła również sposobu życia, kultury i rozrywki. Sowieci wskazują w swoich filmach, że po „tamtej” stronie żelaznej kurtyny złe jest wszystko, nawet muzyka.
Ptaki na scenie filmów animowanych pojawiają się również w filmie „Pan Wilk”, w którym ukazano, że nawet największe zachodnie gołębie pokoju zmieniają się w jastrzębie, jeśli mogą zrobić duże pieniądze.

Kwestia wyzysku i skrajnego materializmu, jaki socjalizm wytykał na każdym kroku zachodnim demokracjom pojawia się w filmie „Milioner” z 1963 roku, który starał się przekonać widzów, że na zgniłym zachodzie spadkobiercą milionerki może stać się jej pies; a odziedziczona fortuna szybko zrobi z niego kolejnego gnębiciela uczciwych robotników.

Animowane filmy sowieckiej propagandy - okładka box DVD

Animowane filmy sowieckiej propagandy – okładka box DVD

– Wszędzie to samo –

W radzieckich filmach animowanych lat ’20, ’30, ’40 oraz późniejszych próżno rzecz jasna szukać autorefleksji na przykład na temat tego, dlaczego ZSRR przystąpił do wojny z Hitlerem dopiero w 1941 roku, co stało się we wrześniu ’39 roku, czy w jaki sposób sowieci traktowali ludność okupowanych krajów, a w 1945 ludność niemiecką.

Stworzone na polecenie Stalina i jego współpracowników filmowe plakaty polityczne rzeczywistość pierwszej połowy XX wieku przedstawiały w sposób najprostszy z możliwych, tendencyjny i banalny, choć pod względem wizualnym niewiele ustępują produkcjom amerykańskim.

A wracając do kwestii merytorycznych treści przekazywanych za pośrednictwem propagandowej animacji – pamiętajmy, że nie inaczej było w przypadku innych krajów, które decydowały się powołać animację do służby propagandy.
To spełniało swoją rolę, wpływało bowiem na nieprzebrane masy ludzkie, które m.in. dzięki takim filmom tak długo wierzyły, że w Rosji mimo trudnego losu nic lepszego, niż Lenin, Stalin i Marks człowiekowi nie może się przydarzyć.

– Spis wymienionych filmów –

Zwycięskie przeznaczenie (Победный маршрут)
reżyseria: Igor Amalrik, Dymitr Babiczenko, Wasilij Pokolnikow; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1937
czas: 6’48”

Radzieckie zabawki (Советские игрушки)
reżyseria: Dziga Wiertow; produkcja: Goskino, ZSRR, 1924
czas: 10’46”

Rewolucja międzyplanetarna (Межпланетная революция)
reżyseria: Nikołaj Chodatajew, Zinowij Komissarenko, Jurij Mierkułow; produkcja: Biuro GosTechKino, ZSRR, 1924
czas: 7’51”

Milioner (Миллионер)
reżyseria: W. Bordziłowski, J. Pritkow; scenariusz: Siergiej Michałkow; muzyka: M. Miejerowicz; zdjęcia: E. Rizo; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1963
czas: 9’55”

Pan Wilk (Мистер Уолк)
reżyseria: W. Gromow; scenariusz: W. Długacz i S. Romanow na podstawie powieści Pietrowa „Wyspa pokoju”; muzyka: Jurij Lewitin; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1949
czas: 10’08”

Cudzy głos (Чужой голос)
reżyseria: Iwan Iwanow-Wano; scenariusz: D. Tarasow, M.Kalinin; muzyka: Jurij Nikolski; zdjęcia: N. Woinow; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1949
czas: 9’24”

Kino-Cyrk. Animowana satyra w trzech aktach
(Кино-Цирк. Мульт-сатира в 3-х аттракционах)
akt 1:Treser Adolf i jego pieski; akt 2: Hitler u Napoleona; akt 3: Żongler Adolf na beczkach z prochem.
reżyseria: Leonid Amalrik, Olga Chodatajewa; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1942
czas: 3’35”

Plakat polityczny: Buciory faszystów nie będą deptać naszej ojczyzny
(Политплакат: Не топтать фашистцкому сапогу хашей Родины)
reżyseria: Anton Iwanow, Iwan Wano; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1942
czas: 2’47”

Sępy – plakat polityczny (Стервятники – политплакат)
reżyseria: Piotr Sazonow; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1941
czas: 2’14”

Żurnal Sojuzmultfilmu nr 2/1941 (Журнал Союзмультфилма Но.2/1941)
1: Czego chce Hitler; 2: Bij faszystowskich piratów; 3: Bij wroga na froncie i na tyłach; 4: Mocny uścisk dłoni.
reżyseria: Waleria i Zinowij Brumberg, Anton Iwanow, Olga Chodatajewa; produkcja: Sojuzmultfilm, ZSRR, 1941.
czas: 8’12”

*     *      *

Remek Piotrowski

1 komentarz

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

AKCJA KOPPE

SS KopfMłodzi ludzie w zapiętych pod szyje płaszczach, pod którymi ukryta jest broń, stoją w żarze promieni słonecznych. Ani jednej chmurki, ani odrobiny cienia na tym rogu Zwierzynieckiej i Powiśla… | Aleksander Kamiński „Zośka i Parasol”.

Próba zlikwidowania Wilhelma Koppe była jedną z najpoważniejszych w ramach „Akcja główki” , polegającej na eliminacji funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru. Po udanym zamachu na Franza Kutscherę i kilku „głośnych” akcjach przeprowadzonych w Warszawie, tym razem Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej postanowił uderzyć w jednego z najważniejszych przedstawicieli władzy niemieckiej Generalnej Guberni stacjonującej w Krakowie i zarazem zastępcę samego Hansa Franka.

– Pozbawiony uczuć oprawca –

Wilhelm Koppe piastował stanowisko wyższego Dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie, a jednocześnie sekretarza stanu w niemieckim „rządzie” Generalnego Gubernatorstwa, był więc bezpośrednim zastępcą Hansa Franka. Na swoim sumieniu miał życie tysiące Polaków i Żydów, którzy zginęli w wyniku jego decyzji i dyktowanej przez niego represyjnej polityki.

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Po lewej: SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe (obok Heinrich Himmler oraz Gauleiter Fritz Bracht).

Lista zbrodni tego człowieka jest długa. Między innymi na przełomie maja i czerwca 1940 roku zorganizował masowy mord przy użyciu samochodowych komór gazowych na 1558 niemieckich i ok. 500 polskich niepełnosprawnych pacjentach z ośrodka opiekuńczego w Działdowie, a na początku 1944 roku wydał rozkaz rozstrzelanie stu polskich zakładników przetrzymywanych w więźniu Montelupich. To jednak tylko czubek góry lodowej.
Jak napisał Czesław Madajczyk: „Jego zwierzchników uderzała jego nadgorliwość i bezwzględność, pozbawiona cienia ludzkich uczuć”.

– Plan zamachu –

Rezydujący na Wawelu, a pracujący w gmachu Akademii Górniczej Koppe dbał o swoje bezpieczeństwo w stopniu wyższym, niż wspomniany tu Kutschera, czy też Reinhard Heydrich (tego ostatniego zamordowano w Pradze). Koppe nie był punktualny (różnice w jego rozkładzie dnia wynosiły około godziny), często przemieszczał się po Krakowie w asyście drugiego wozu ubezpieczającego, w którym zasiadało czterech uzbrojonych policjantów – jak pisał autor „Kamieni na szaniec” Aleksander Kamiński – „trzymających rozpylacze gotowe do strzału na burtach samochodu”. W dodatku do pracy jeździł aż trzema różnymi trasami, nigdy więc nie było wiadomo, którą drogę obierze tym razem.

Nie były to jedyne kłopoty Armii Krajowej. Zamach zaplanowano na lipiec, miesiąc gorący, podczas którego ubrani w długie płaszcze młodzi mężczyźni (wszakże, jakże inaczej schować pistolety maszynowe?) wzbudzali podejrzenie, zwłaszcza jeśli stali w jednym miejscu przez sześćdziesięciu minut. Ponadto Kraków nie był miastem, które przybyli z Warszawy zamachowcy znali, jak własną kieszeń, a i sami mieszkańcy nie nawykli do licznych akcji podziemia w takim stopniu, jak nawykli do nich warszawiacy.

Stanisław Leopold ps. "Rafał"

Stanisław Leopold ps. „Rafał”

Decyzją Adama Borysa ps. „Pług”, dowódcy batalionu „Parasol”, zamach miał poprowadzić Stanisław Leopold ps. „Rafał” – założyciel tajnej harcerskiej organizacji konspiracyjnej (PET) i redaktor czasopisma „Przyszłość”. Ten jeden z najzdolniejszych przywódców Szarych Szeregów był, jak pisał Kamiński, typowym intelektualistą i demokratą, który jednak rozumiał, że w rzeczywistości hitlerowskiej okupacji wystąpienie zbrojne przeciw oprawcy jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem.

Rafał do dyspozycji miał dwudziestu żołnierzy wydzielonej grupy z oddziału dyspozycyjnego AK „Parasol”, sześć łączniczek, zastępcę w osobie Stanisława Huskowskiego ps. „Ali” oraz doradcę, którym został Jeremi. Krakowski rekonesans rozpoczęto już w kwietniu 1944 roku organizując broń, kryjówki i meliny, obserwując zachowanie niemieckiej policji oraz wyrabiając odpowiednie dokumenty, w czym rzecz jasna pomagały krakowskie komórki Armii Krajowej.

Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku, na miesiąc przed wybuchem Powstania w Warszawie, do Krakowa pociągami, przez Radom i Częstochowę oraz pięcioma samochodami (w tym dwoma ciężarówkami) udał się cały zespół złożony głównie z wyszkolonych, doświadczonych, ale i dość młodych jeszcze ludzi.

Zdecydowano się na podobny atak, jak miało to miejsce w przypadku warszawskiego zamachu na Kutscherę (w obu akcjach brali udział „Ali” i „Dewajtis”).
Po sygnale łączniczki dowódca akcji miał dać rozkaz do rozpoczęcia ataku, ten zaś miał się opierać na uderzeniu dwóch grup: jedna miała ostrzelać auto, którym jechał Koppe, celem drugiej był atak na auto ubezpieczające.
Wcześniej, samochód którym jechał Koppe, miało zostać zablokowane przez auto zamachowców, a w odwodzie czekała półciężarówka, która gotowa była do pościgu, gdyby cel wyrwał się z pułapki.

Ryzyko, jak zawsze w przypadku tego typu akcji było ogromne, ostatecznie jednak zdecydowano, że akcja ma szansę powodzenia. Pierwsze dwie próby (5 i 7 lipca) w wyniku zmiany trasy przez Koppego nie doszły do skutku. Inaczej było 11 lipca.
Wówczas, o godzinie 9:00 stojąca na wale wiślanym łączniczka (Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”) dojrzała mercedesa i dała znak do rozpoczęcia ataku…

– Atak i ucieczka –

Jak się okazało tego dnia Koppe jechał do pracy bez dodatkowego wozu ubezpieczającego. Być może ten właśnie fakt w połączeniu z upałem, nerwami i nagłym rozluźnieniem członków grupy uderzeniowej spowodowały błąd, który zaważył na powodzeniu akcji.
Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, kierowca Chevroleta 4t, który miał stanąć w poprzek ulicy i zablokować przejazd, zatrzymał auto metr za blisko i niemiecki szofer zdołał go wyminąć.

Według Piotra Stachiewicza dwa samochody czekały na placu Kossaka aby uniemożliwić ewentualną ucieczkę Koppemu (był to Mercedes 170 prowadzony przez Bogusława Niepokoja ps. „Storch” oraz BMW Jana Bernatowicza ps. „Bartek”).

Obie grupy uderzeniowe zalały auto skomasowanym ogniem ze swych stenów, w wyniku czego zginął adiutant dowódcy SS, ranny został również sam Koppe, ale wóz zdołał wyrwać się z pułapki i popędził dalej.

Przebieg Akcji "Koppe"

Przebieg Akcji „Koppe” (źr. dws-xip.pl)

Przez kilkadziesiąt metrów półciężarówka kierowana przez Stefana Dyża ps Pikuś goniła mercedesa, ale gdy ten, już w podziurawionych oponach skręcił w jedną z uliczek, Rafał dał natychmiastowy znak do odwrotu. Teraz akowcy ze zwierzyny stawali się ofiarą.
Zamachowcy zdołali wyjechać z Krakowa, ale uciekając w kierunku lasów dwukrotnie natrafili na przeważające siły najpierw żandarmerii niemieckiej, a potem Wehrmachtu. Koło wsi Kąty, a następnie we wsi Udórz akowcy życie straciło sześciu ludzi (w trakcie zamachu niegroźnej rany doznał jedynie Antoni Sakowski ps. „Mietek”).

– Po zamachu –

Koniec końców zamach nie powiódł się. Wilhelm Kappe odniósł rany, ale pozostał przy życiu. W czasie trwania akcji (wliczając w to zamach, jak i ucieczkę) zginęło natomiast kilkunastu Niemców, w tym osobisty adiutant Koppego.

Stanisław Leopold „Rafał”, który dowodził Akcją Koppe, poległ miesiąc później, w czasie Powstania Warszawskiego, 25 sierpnia 1944 broniąc Starego Miasta (rejon Reduty Banku Polskiego – ul. Bielańska 12). Odznaczono go Krzyżem Walecznych oraz już pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. Został pochowany na Wojskowych Powązkach.

Sam niemiecki zbrodniarz zdołał uniknąć kary również po wojnie. Po 1945 roku ukrywał się po fałszywym nazwiskiem i sprawował funkcję… dyrektora fabryki czekolady.
Co prawda w 1964 roku, kiedy już zdołano go złapać, prokuratura w Bonn wszczęła przeciw niemu postępowanie, oskarżając m.in. o współudział w zamordowaniu 145000 osób, ale z powodu złego stanu zdrowia oskarżonego do procesu nie doszło. Wilhelm Koppe nigdy nie poniósł kary za zbrodnie dokonane podczas II wojny światowej. Zmarł w 1975 roku w Bonn.

– Uczestnicy zamachu na Koppego –

Dowódcy
Stanisław Leopold ps. „Rafał”- dowódca, Stanisław Huskowski ps. „Ali” – zastępca dowódcy, Jerzy Zborowski “Jeremi”.

Żołnierze
Jan Bernatowicz ps. „Bartek”, Józef Baster ps. „Rak”, Wojciech Czerwiński ps. „Orlik”, Stefan Dyż ps. „Pikuś”, Tadeusz Fopp ps. „Tadeusz”, Mieczysław Janicki ps. „Otwocki”, Tadeusz Karczewski ps. „Wierzba”, Przemysław Kardasiewicz ps. „Akszak”, Jerzy Kołodziejski ps. „Zeus”, Jerzy Małow ps. „Rek”, Bogusław Niepokój ps. „Storch”, Zdzisław Poradzki ps. „Kruszynka”, Wiesław Raciborski ps. „Robert”, Antoni Sakowski ps. „Mietek”, Józef Szczepański ps. „Ziutek”, Eugeniusz Schielberg ps. „Dietrich”, Jacek Sperling ps. „Jacek”, Wojciech Świątkowski ps. „Korczak”, Tadeusz Ulankiewicz ps. „Warski”, Halina Grabowska ps. „Zeta”.

Łączniczki
Irena Sokołowska ps. „Bobo”, Zofia Sokołowska ps. „Dzidzia”, Zofia Jasieńska ps. „Ina”, Irena Potoczek ps. „Ada”, Maria Stypułkowska-Chojecka ps. „Kama”, Elżbieta Dziębowska ps. „Dewajtis”.
Plus obserwator, który przeprowadził rekonesans: Aleksander Kunicki, ps. „Rayski”

*    *    *

Źródła:
– Aleksander Kamiński, Zamach na Koppego w Krakowie w: Zośka i Parasol, Warszawa 1970
– Specjalna operacja Koppe – http://www.208wdhiz.home.pl/parasol/a_koppe.htm
– Czesław Madajczyk: Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1970, s. 242, 358 (tom 2)
– Piotr Stachiewicz „Akcja Koppe : Krakowska akcja Parasola” Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa, 1982

Fotografie/grafika:
http://www.dws-xip.pl/PW/bitwy/pw2010.html
– Bundesarchiv, Bild 146-1969-052-27 / CC-BY-SA
– Scanned from book „Szare Szeregi – harcerze 1939-1945”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988, ISBN 83-01-06821-3

*    *    *

Remek Piotrowski

5 Komentarzy

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA

AKCJA PIŃSKA: ZDOBYĆ WIĘZIENIE!

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

Szedł wzdłuż drewnianego płotu jak zwykły przechodzeń. Lekko zadarł głowę i na szczycie płotu zobaczył cztery linie drutu kolczastego. Przeszedł obok głównej bramy, również drewnianej, a ponieważ nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie przebywanie w sąsiedztwie więzienia, zanotował w pamięci tylko parę szczegółów i zawrócił. Potrzebował dokładnego planu więzienia… | Kacper Śledziński „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”

Kapitan Alfred Paczkowski pseudonim „Wania”, jeden z wyszkolonych w Wielkiej Brytanii cichociemnych zrzucony na teren okupowanych przez Niemców ziem polskich, został jednym z komendantów „Wachlarza” w 1942 roku. Celem zaś „Wachlarza”, organizacji działającej w ramach Armii Krajowej, było prowadzenie dywersji na tyłach hitlerowskich wojsk stacjonujących na Wschodzie.

„Wania” nie miał szczęścia. Tuż bowiem po wylądowaniu na polskiej ziemi został aresztowany przez patrol Grenzschutzu i tylko przytomności umysłu, odwadze i brawurowemu atakowi na strażników zawdzięczać mógł ratunek.
Skierowany na wschód kierował walką II odcinka „Wachlarza”, który w rejonie Brześcia i Mińska wysadzał w powietrze transporty niemieckie oraz likwidował konfidentów gestapo. Podczas jednej z nocnych wędrówek, przechodząc po zamarzniętym jeziorze, „Wania” złamał nogę. Ostatkiem sił dowlókł się do starej smolarni, gdzie czekać miał na pomoc swoich oficerów – „Bociana” i „Azora”. Rzeczeni sami wpadli w niemieckie ręce, a Paczkowskiego znaleźli wkrótce białoruscy policjanci tropiący w tych rejonach Żydów.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali "Wanię" i innych oficerów AK.

Brama wjazdowa do więzienia w Pińsku, gdzie Niemcy przetrzymywali „Wanię” i innych oficerów AK.

– Spisani na straty –

Paczkowski, a oprócz niego również trzech oficerów: Marian Czarnecki ps. „Ryś”, Piotr Downar ps. „Azor”, Mieczysław Eckhardt ps. „Bocian” trafili do więzienia w Pińsku, niewielkiego i „nieciekawego”, jak pisali w listach do rodziny niemieccy żołnierze, miasteczka na Polesiu, położonego nad rzeka Piną, u jej ujścia do Prypeci.

Dowódca „Wachlarza” – Remigiusz „Doktor” Grocholski znał procedury na pamięć i z ciężkim sercem spisał czwórkę swoich ważnych ludzi na straty, podobnie zresztą jak i kierowaną przez siebie organizację, która zmuszana przez Londyn do przeprowadzania szaleńczych akcji, wkrótce miała zostać wchłonięta przez Kedyw.

Więcej inicjatywy, od szefa „Wachlarza”, wykazała w kwestii losu uwięzionych akowców Warszawa. Komendant Armii Krajowej Stefan „Grot” Rowecki o wpadce pińskiej dowiedział się od swojego adiutanta i po konsultacji z generałami Pełczyńskim i Komorowskim zdecydował, że Paczkowskiego i spółkę należy odbić.

Alfred Paczkowski ps. "Wania"

Alfred Paczkowski ps. „Wania”

– W kaźni gestapo –

O „Wanii” myślał jeszcze ktoś. Marian Przysiecki, onegdaj szef pińskiej placówki „Wachlarza” siedział kilka miesięcy wcześniej w tym samym więzieniu, ale zdołał uciec (wraz z towarzyszami odkręcił śruby z krat więziennych okien i przedostał się na drugą stronę). To on, zanim wiadomość o wpadce dotarła jeszcze do Warszawy, zainteresował się „Wanią” i poprzez swoich ludzi pracujących w więzieniu przekazywał więźniowi grypsy mające na celu podtrzymanie go na duchu.

Było to w tym okresie bardzo ważne. Cichociemni byli ludźmi twardymi, świadomymi ogromnego ryzyka i wszelkich konsekwencji, ale byli też przede wszystkim ludźmi z krwi i kości, których teraz gestapo poddawało okrutnym torturom. Niemcy wiedzieli, że mają do czynienia ze spadochroniarzem z Anglii, nie wiedzieli natomiast, że z samym komendantem tajnej organizacji, o której swoją drogą wiedzieli niewiele, choć co rusz wpadali na jej trop.

Nie trudno się domyślić, w jaki sposób Niemcy chcieli wydobyć od Paczkowskiego tajemnice „Wachlarza”. Podkute buty gestapowców, co rusz uderzały w poranione ciało Polaka, a kiedy kopniaki i pięści nie przynosiły efektów hitlerowcy starali „wpłynąć” na więźnia żelaznym prętem i wieszaniem za ręce. Do tego dochodziły krzyki i tortury psychiczne. Gdy Paczkowski mdlał, ocucano go wiadrem zimnej wody, poczym „wywiad” rozpoczynał się od początku. „Wania” milczał uparcie sprzedając oprawcom naprędce wymyślone bajeczki pełne fikcyjnych, wymyślonych na poczekaniu nazwisk i rozkazów. Wiadomym jednak było, że wkrótce będzie dla niego za późno.

Jan Piwnik "Ponury" (zdjęcia "Ponurego"  © Mariusz Baran-Barański)

Jan Piwnik „Ponury” (zdjęcia „Ponurego” © Mariusz Baran-Barański)

– Marne szanse –

Akcję odbicia więźniów z Pińska „Grot” Rowecki postanowił powierzyć Janowi Piwnikowi ps. „Ponury”, cichociemnemu, który dwa lata wcześniej został przerzucony do kraju z Anglii i który zdążył od tego czasu zaliczyć stanowisko koordynatora do spraw przyjmowania cichociemnych, pozycję kierownika II odcinka „Wachlarza”, wpadkę, areszt oraz ucieczkę z więzienia i wreszcie długą podróż (na pieszo) do Warszawy, po której zresztą zachorował na czerwonkę. Gdy cichociemny wyzdrowiał natychmiast zgłosił się do służby, a zdaniem Roweckiego był to idealny kandydat do wykonania skomplikowanego zadania.

„Ponuremu” rozkaz przekazał Remigiusz Grocholski. Cel misji był prosty – uwolnić Wanię, Rysia i Azora. Sposób – przekupstwo, podstęp, atak zbrojny.
Piwnik miał wykorzystać wszelkie dostępne środki, byle tylko dopiąć swego, choć realne szanse na powodzenie akcji były stosunkowo niewielkie i wszyscy liczyli się z porażką.

Na nikłe szanse przedsięwzięcia składało się kilka czynników. Przede wszystkim „Ponurego” gonił czas. Wiadomym było, że każdy upływający dzień to jeszcze jedna doba cierpień dla uwięzionych, których w każdej chwili Niemcy mogli wywieźć, rozstrzelać lub zamęczyć na śmierć. Przygotowując akcję Piwnik nie mógł więc liczyć na dokładny rekonesans fotograficzny, nie był też w stanie przeprowadzić ćwiczeń w terenie.

Wkrótce okazało się, że przekupstwo nie wchodzi w grę, bo „Ponury”, dysponujący kwotą około czterdziestu tysięcy marek, nie znalazł odpowiedniego „dojścia” w więzieniu. Tutaj potrzebny był ktoś o znanej „reputacji”, ktoś kogo zaufaniem darzyć będą obie strony, a nikt taki po prostu się nie znalazł, mimo prób podjętych przez „Drucika” (być może pod tym pseudonimem ukrywał się sam Marian Przysiecki).

Piwnik nie miał wyjścia i zdecydował – zaatakuje więzienie. Teraz całą uwagę on i jego najbliżsi współpracownicy skupili na przygotowaniu operacji i opracowaniu planu ucieczki.
Wkrótce do Paczkowskiego dotarł gryps o treści: „Pozdrowienia od pani Atkinson”.
„Wania” przypomniał sobie, że pani Atkinson była kobietą, u której mieszkał w Londynie. Jego współlokatorem w tamtych czasach był… Jan Piwnik.
Kolejna przekazana przez zaprzyjaźnionego strażnika wiadomość wlała w serce Paczkowskiego jeszcze więcej nadziei: „Będzie odbicie”.

– Szesnastu przeciw trzem tysiącom –

Powodzenie akcji zależało od zaskoczenia nieprzyjaciela i precyzji. Nic więc dziwnego, że plan ataku, przygotowanego w konspiracyjnym lokalu znajdującym się w Brześciu, był autorem czwórki cichociemnych – oprócz Piwnika –  Jana Rogowskiego„Czarka”, Wacława Kopisto „Kry” i Michała Fijałka  „Kawy”. To oni podczas kilku, trwających wiele godzin spotkań zadecydowali, że w akcji weźmie udział szesnaście osób podzielonych na cztery grupy.
Kopisto i Pakunek
Czekała ich nie lada przeprawa. W Pińsku znajdowało się, jak podaje Kacper Śledziński, około 100 żandarmów, 300 milicjantów, ponad tysiąc Kozaków dońskich walczących po stronie hitlerowców oraz batalion wojska, w sumie oddział „Ponurego” musiała wywieźć w pole wroga liczącego około trzech tysięcy ludzi.

Czarka i Kawa

Jak słusznie zauważył autor cytowanej tu książki o cichociemnych, pamiętajmy jednocześnie, że dostanie się za mury więzienia, oswobodzenie więźniów i pokonanie strażników stanowiło tylko połowę sukcesu. Drugą była ucieczka z Pińska i przedostanie się do Warszawy, na drodze do której zagrożeń, w postaci patroli i innych „punktów kontrolnych” mogących przyłączyć się do obławy na sabotażystów, czekało bez liku.

– W „imieniu” radzieckiej partyzantki –

Wczesnym rankiem 17 stycznia w lokalu zajmowanym przez „Czarkę” rozbrzmiał dzwonek telefonu. Cichociemny podniósł słuchawkę i usłyszał w niej głos swojego przełożonego.
– Zbieraj ludzi. Między godziną 17 a 18 musicie zameldować się w umówionym punkcie w Pińsku – oznajmił Piwnik i zakończył rozmowę.
„Czarka” natychmiast skontaktował się z zespołem i wkrótce czternastu ludzi podążało w dwóch autach – ciężarowym fordzie oraz oplu kadecie w kierunku Pińska. Z Janowa ruszył w tę samą stronę kierowany przez „Douglasa” ciężarowy chevrolet.

Wieczorem cała grupa dotarła do celu, a następnie „Ponury” zapoznał wszystkich z planem ataku. Cztery grupy (I – „Ponury”, „MSZ”, „Motor” i przebrany w niemiecki mundur „Esesman”; II – „Czarka”, „Kra”, „Jastrząb”, „Dzik”; III – „Kawa”, „Kmicic”, „Ryks”, „Dym”; IV – „Wrona”, „Płomień” plus „Monter” i „Pakunek” w fordzie) miały przedostać się do wnętrza więzienia i w ciągu półgodziny, najlepiej bez użycia broni palnej, wykonać zadanie.

Zdecydowano przy tym posługiwać się wyłącznie językiem rosyjskim, tak, aby stworzyć pozór ataku radzieckich partyzantów, co z kolei miało zapewnić bezpieczeństwo polskim zakładnikom trzymanym w niewoli przez Niemców, jako zabezpieczenie przed jakimikolwiek działaniami polskich oddziałów dywersyjnych w tym rejonie.
Godzinę rozpoczęcia akcji wyznaczono na godzinę 17:00.

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia - "Jeliny" za pośrednictwem łączniczki "Leny" na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

Apteka mgr Wojnarowskiego w Pińsku. Przed rozbiciem więzienia była punktem przekazywania ekipie uderzeniowej meldunków pracownika więzienia – „Jeliny” za pośrednictwem łączniczki „Leny” na zdjęciu (źr fot. i opisu: skarzysko24.pl)

– Atak –

Trzy minuty przed godziną piątą po południu pod pińskie więzienie podjechał opel kadet, z którego wysiadł oficer SS i bez zbędnych uprzejmości rozkazał strażnikom otworzyć bramę więzienia. Gdy samochód wjechał na dziedziniec, do zamykającego bramę strażnika podszedł od tyłu ten sam esesman i ubranemu w gruby kożuch Niemcowi przyłożył do pleców lufę swego pistoletu. Ponieważ strażnik sięgnął po broń wkrótce, po okolicy, rozeszło się echo pojedynczego wystrzału. Teraz czasu było niewiele.

Wkrótce więzienny mur pokonała druga grupa, która przebiegła przez dziedziniec i wpadła do wnętrza budynku kancelarii, gdzie wyrwała przewód telefoniczny.
Następna grupa również przedostała się do środka i zaskoczyła kończących pracę Oberwachtmeistera Hellingera i Wachmeistera Zollnera. Niemcy z przerażeniem w oczach spoglądali na wycelowane w ich kierunku kolty 45 i lufę stena, ale po chwili, ku zaskoczeniu akowców, zdecydowali się stawić opór. Po krótkiej strzelaninie hitlerowcy padli na zimną posadzkę martwi, a ranny w ramię został „Ryks”.

RyksPolacy przy ciele martwego komendanta znaleźli klucze, a potem, ile tylko sił w nogach, popędzili w kierunku wieży strażniczej, na którą wspiął się „Ryks” spuszczając po chwili linę, po której z kolei wspięli się „Dzik”, „Kmicic” i „Kawa”. Czwórka żołnierzy znalazła się na dziedzińcu i poczęła skradać się w kierunku strażników zajętych rozmową ze znajdującym się po drugiej stronie „Esesmanem”. Wkrótce strażnicy zostali obezwładnieni, brama otworzona, a opel „Esesmana” wtoczył się do środka stając dopiero przez budynkiem, w którym trzymano więźniów.

Akowcy wpadli do budynku otwierając kolejne cele i krzycząc do skonsternowanych więźniów, że „Wo imieniu Stalina wy swobodny, wychoditie!”. Wkrótce zgrzytnął zamek również w pewnej, bardzo ważnej dla napastników celi, a oczom „Czarki” i ”Motora” ukazał się poobijany, wychudzony Paczkowski. Gdy uwolniono już wszystkich więźniów „Wania”, „Azor” i „Ryś” zajęli miejsce w oplu, a Hackiewicz („MSZ”) wyjechał z więzienia i ruszył na zachód.
Zegarek „Ponurego”, któremu Paczkowski po wyswobodzeniu ostatkiem sił ponoć rzucił się w ramiona, wskazywał teraz godzinę 17:25.

– Wolność –

Po przejechani kilkunastu kilometrów opel zaczął się „wiercić”, a zmorzonych snem trzech byłych więźniów obudził huk eksplozji. To eksplodowały stare opony, które wedle relacji świadków nie wytrzymały obciążenia. Na szczęście wkrótce pojawił się chevrolet „Douglasa” i po uprzednim spaleniu opla, podróż można było kontynuować. Polacy, przygotowani na niemiecki pościg, rozrzucili na drodze za miastem kolce do przebijania opon. Okazało się to zbędne.

Esesman i Kmicic
Niemcy o ataku na swoje więzienie dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Znakomity rezultat przyniosła akcja sabotażowa „Drucika” (Przysiecki?), który poważnie uszkodził linię telefoniczne w centrum miasta opóźniając czas reakcji okupanta. W dodatku „Ponury” bojąc się pościgu nakazał jednej ciężarówce udać się do Brześcia, a drugiej, w której znajdowali się m.in. odbici więźniowie, skierować do Drohiczyna.

Po wielogodzinnej, prowadzonej w przenikliwym zimnie i trwającej wiele godzin podróży, urozmaicanej kawałkami słoniny i haustami wódki, kapitan Paczkowski – jak relacjonuje Kacper Śledziński – 20 stycznia pojawił się w swoim warszawskim mieszkaniu, w którym czekała na niego żona Alicja.

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego" po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

Pińsk. Widać ulicę Marszałka Piłsudskiego, którą wycofywała się ekipy „Ponurego” po rozbiciu więzienia (źr. skarzysko24.pl)

– Z rąk samego „Grota” –

Uwolnieni 18 stycznia 1943 roku oficerowie Armii Krajowej zostali przetransportowani do Warszawy. 13 lutego, za akcję pińską, która została uznana za wzorcową i na jej podstawie prowadzono szkolenia dywersji, Jan Piwnik „Ponury” i Jan Rogowski „Czarka” otrzymali nadania Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari i to z rąk samego generała „Grota” Roweckiego.

Porucznik „Kra” Kopisto, „porucznik „Kawa” Fijałka oraz trzynastu pozostałych uczestników akcji otrzymało również, i także z rozkazu Roweckiego, a z rąk Remigiusza Grocholskiego „Doktora” – nadania Krzyży Walecznych. Ordery mieli otrzymać już w wolnej, niepodległej Polsce. Nie doczekali…

Niemcy nie dali się oszukać i szybko doszli do wniosku, że to nie radzieccy partyzanci, a polski oddział Armii Krajowej dokonał tego śmiałego ataku na pińskie więzienie. Los zakładników trzymanych w tzw. Polskim Komitecie został przesądzony.

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Niemieckie obwieszczenie informujące o rozstrzelaniu 30 zakładników. Był to odwet za śmierć komendanta więzienia pińskiego i jego zastępcy (źr. skarzysko24.pl)

Jan Piwnik zginął 16 czerwca 1944 roku pod wsią Jewłasze. Przed śmiercią zdążył wyszeptać: Powiedz żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem, i że umieram jako Polak… I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie…

– Zespół akcji pińskiej –

Wedle portalu cichociemni.ovh.org (dane oparte na wspomnieniach Alfreda Paczkowskiego w: „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”) skład grupy, która wzięła udział w ataku na więzienie w Pińsku wyglądał następująco:

Sekcja pierwsza – 1. por. Jan Piwnik „Ponury”, cichociemny,
2. pchor. Władysław Hackiewicz, „MSZ”, „Zaleski”,
3. pchor. Zbigniew Wojnowski, „Motor”,
4. pchor. Zbigniew Sulima, „esesman”
Sekcja druga – 1. por. Jan Rogowski, „Czarka”, cichociemny,
2. por. Wacław Kopisto, „Kra”, cichociemny
3. pchor. Zbigniew Słonczyński, „Jastrzębiec”, „Jastrząb”,
4. szer. Turoń, „Dzik”
Sekcja trzecia – 1. ppor. Michał Fijałka, „Kawa”, cichociemny,
2. szer. WIktor Hołub, „Kmicic”,
3. szer. Czesław Hołub, „Ryks”,
4. szer. Skwierczyński, „Dym”,
Sekcja czwarta – 1. sierż. „Wrona” – „Kruk”
2. szer. Władysław Westwalewicz, „Płomień”
Sekcja piąta – 1. kpr. Edward Pobudkiewicz, „Monster”,
2. szer. Henryk Fedorowicz, „Pakunek”
Sekcja szósta – grupa pińska, dowódca Bronisław Posłuszny, „Drucik”. Skład ani pozostałem nazwiska nieustalone (źr. cichociemni.ovh.org/pinsk.html)

*    *    *

Źródła
– Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Kraków 2012
– Jan Piwnik, Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku w: Alfred Paczkowski, Ankieta cichociemnego, Warszawa, 1987
– cichociemni.ovh.org
– Mariusz Gruszczyński, Jak Ponury więzienie w Pińsku  rozbijał w: skarzysko24.pl
Fot.: zdjęcia „Ponurego”  © Mariusz Baran-Barański/ skarzysko24.pl / ciekawostkihistoryczne.pl / studioopinii.pl

*    *    *

Remek Piotrowski

3 Komentarze

Filed under ARTYKUŁY, II WOJNA ŚWIATOWA